Wpływ dzieci z innych domów

19.10.04, 19:26
Ostatnio miałm lekcję życia od moich chłopaków.
Otóż po powrocie z pracy i przedszkola do domu od razu chłopcy usiedli na
podłodze wprzedpokoju i domagali się, abym złożyła im nowe zabawki. Niestety
nie udawało mi się to i zniecierpliwiona powiedziałm:
-musimy poczekać na tatę, on to na pewno ułoży.
- maciek na to :
mamuś powiedz ja pier....
-ja: a czy wiesz, że to jest bardzo brzydkie słowo?
-maciek: tak brzydkie ,że aż przekleństwo?
-ja: takie właśnie.
Ale Paweł.... w przedszkolu zawsze tak mówi, jak mu sie coś nie udaje.

Do niedawna sądziłam, że nasze dzieci nie uzywają takich wyrazów, bo ich nie
znają, ale wiem, że jest to tylko moim przypuszczeniem. Ciekawe, dlaczego
jest to dla nich takie fascynujące. Coraz częściej słyszę inne nieładne
wyrazy. Mam nadzieję, że nie odbiegają od normy , a jakjest lub było u was?
    • verdana Re: Wpływ dzieci z innych domów 19.10.04, 21:40
      Dla mnie nie ma nic złego w tym, ze dzieci ucza sie od innych brzydkich słów.
      To ostatecznie też zasób języka polskiego, bez którego poradzić sobie w życiu
      nie będzie mozna. Chodzi przecież nie o to, by słów nie znały, tylko by ich nie
      uzywały.
      A poza tym, dla mnie jednak tzw. brzydkie słowa sa kwestia umowy społecznej.
      Kto dziś pamieta co oznaczały słowa kiep czy kobieta? Uzywamy ich na codzień
      nie rumieniac się. A za to zwyczajnego niegdyś słowa, oznaczającego frędzelek -
      w dobrym towarzystwie nie powiemy.
    • marzek2 Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 10:46
      Jasne, że nie odbiegają od normy smile) Nasza Zuzia po paru dniach w przeszkolu
      zaczęła z "o Jezu"... Potraktowaliśmy ją tak samo, parę razy dziennie wołaliśmy
      ją "Zuzia!", a gdy przychodziła mówiliśmy, że nic od niej nie chcemy. Po to,
      żeby pokazać jej, że kiedy tak mówi, woła Pana Boga bez potrzeby. Na razie
      poskutkowało. Córeczka znajomych po paru dniach w przedszkolu wywróciła się w
      domu i słyszą "o Jezu, Matko Boska" a zaraz potem pytanie do mamy "mamo, a co to
      jest matkoboska?" smile))

      Jeśli chodzi o przekleństwa, cóż jeszcze nie przyniosła, ale jesteśmy na to
      przygotowani. Jasne, że wytłumaczymy dzieciom, że to nieładnie tak mówić, skoro
      sami tak nie mówimy, nie zamierzamy też tolerować takich słów w naszym domu. A
      że to dzieci fascynuje? Cóż, może czują się przez to bardziej "dorosłe"? Może
      słyszą takie słowa na codzień od rodziców? Może po prostu pociąga to co zakazane?
      • isma Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 10:53
        marzek2 napisała:

        > Jasne, że nie odbiegają od normy smile) Nasza Zuzia po paru dniach w przeszkolu
        > zaczęła z "o Jezu"... Potraktowaliśmy ją tak samo, parę razy dziennie
        wołaliśmy
        > ją "Zuzia!", a gdy przychodziła mówiliśmy, że nic od niej nie chcemy. Po to,
        > żeby pokazać jej, że kiedy tak mówi, woła Pana Boga bez potrzeby.

        Genialne. Kupuje!!!!
        • marzek2 Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 10:58
          Isma, Ty tylko nie myśl, że my tacy genialni jesteśmy smile) Ja sama w wieku
          "ponawróceniowym" usłyszałam takie argumenty przeciwno "wzywaniu nadaremno" i to
          pomogło mi z radzeniem sobie ze zwrotami wyżej wymienionymi smile)
          • mader1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 14:38
            Nie wpadlabym na to smile
          • mama_kasia Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 18:01
            Marzek, ja moim zamiast "o Jezu" kazałam mówić "o jejku",
            ale ten Twój sposób jest rewelacyjny. Jak najmłodsza dorośnie i wejdzie
            w fazę takiego gadania, to zastosuję smile)
    • mader1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 14:54
      Pewnie, ze znaja wszystkie te " piekne" wyrazy. Dzieciecy i mlodzienczy jezyk
      ta sie zwulgaryzowal, ze niektorzy mlodziency uzywaja tylko dwu, trzech slow,
      zeby wyrazic cale swoje skomplikowane emocje. Zdarza mi sie mijac na podworku,
      na osiedlu wcale nie patologicznym 8-9 letnie dziewczyny, ktore klna z duza
      wprawa. Ostatnio przy piaskownicy zwrocilam sie do dwoch moze 11- latkow "
      Panowie ( sic!) , powsciagnijcie troche swoj jezyk, bo tu sie dziecko
      bawi." smile)) uspokoili sie smile
      Moje dzieci tak nie mowia ( przynajmniej nic o tym nie wiem )
      Ja sie we wplywie innych dzieci czy ludzi na moje boje czegos innego. Boje sie
      zmiany sposobu spostrzegania innych ludzi, patrzenia na rzeczywistosc.
      Moja kolezanka znalazla u syna kasete z wulgaryzmami ( hip hop), ale
      najbardziej przerazily ja nie same slowa, ale sens. Starsi ludzie przedstawiani
      jako "kupa gowna" , chorzy podobnie. Przerazil ja sposob patrzenia na czlowieka.
      Mojej corce na jej blogu jakis czas temu kolezanka wpisala sie " ty pojebana,
      niewyruchana kurwo !" I to byl szok. Z pozoru zupelnie normalna dziewczyna
      (nka) sad(( Tlumaczyla sie potem, ze byla wsciekla na caly swiat i musiala sie
      gdzies wyzyc ! I zdziwila sie, ze moja corka nie chce z nia rozmawiac !
      • glupiakazia Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 17:05
        Wlasnie, wulgaryzmy to jedno, ale ogolnie chyba bardziej bym sie bala takiego
        wplywu na moje dzieci, ktory moglby zmienic ich "kregoslup" i zachwiac systemem
        wartosci, ktory probujemy im wpajac. Chodzi mi o postrzeganie innych,
        potrzebujacych, szacunek dla siebie i innych, ale takze o cala mase innych
        rzeczy, ktore skladaja sie na nasz swiatopoglad. Co zrobimy, kiedy nasze dzieci
        zetkna sie z osobami wysmiewajacymi nasze poglady? Oczywiscie bedziemy starali
        sie im nasze poglady tlumaczyc, tak zeby je rozumialy, chcialy przyjac jako
        swoje i umialy ich bronic. Tutaj widze dwa problemy: po pierwsze, co robic w
        mikroskali, tzn. czy "cenzurowac" kolegow i kolezanki? I po drugie -w
        makroskali - jak na tyle skutecznie "zaimpregnowac" dziecko, zeby sie w
        przyszlosci nie dalo nasaczyc wszechogarniajaca lewicowa propaganda politycznej
        poprawnosci. Zawsze myslalam, ze przyklad domu jest wystarczajaco skuteczny,
        ale moze to za malo? I ciekawa jestem jak to jest u was z tym cenzurowaniem
        znajomosci waszych dzieci?
        • verdana Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 22:15
          Ja nie cenzuruję. Ale jestem na tyle zadufana w sobie, ze wierzę, ze wychowanie
          w domu będzie istotniejsze od wpływu kolegów. (O ile przyjąć, ze wpływ kolegów
          jest zły - nasze dzieci są też kolegami dla innych, a przecież przyjaźń z
          NASZYMI dziećmi moze innym tylko wyjść na dobre, prawda?). Z dwojgiem starszych
          się sprawdziło. Zobaczymy, jak bedzie z najmłodszym.
          Ale nie oburzałabym sie na polityczną poprawność - wprawdzie niczego nie
          potepia, ale za to nie daje mozliwości mieszania z błotem starych, chorych,
          obcych, innej wiary itd.
        • mader1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 20.10.04, 23:00
          Nie raz je wysmieja. Bedzie nas serce bolalo, bo tak jest w przypadku
          rodzicow. I pewnie nie raz zachowaja sie roznie - raz stchorza i nie przyznaja
          sie do wiary, ale innym razem stana w jej obronie. To jest ich Droga. I ja o
          tym z dzieciakami rozmawiam - mlodsze przyjmuja to przez osluchanie smile Ja mowie
          szczerze, ze sa tacy , co kpia. Moga wykpic i wiare i poglady polityczne i
          ubranie albo zawod... Mowie o tym, ze to ICH problem - ich kultury. Uwazam, ze
          w ten sposob zalatwiam dwie rzeczy - mysle, ze po takiej interpretacji moje
          dzieci nie beda mialy ochoty smiac sie z innych.
          Moglabym napisac, ze nie wybieram dzieciom znajomych ani przyjaciol. Ale mysle,
          ze troche mam na to wplyw. One opowiadaja mi o kolezankach czy kolegach, a ja
          czasem wypowaidam swoje zdanie. I widze, ze pod wplywem mojego oburzenia lub
          zachwytu one tez inaczej patrza na kolezanke. Kiedys, pod wplywem tego wpisu na
          blogu, troche puscily mi nerwy. Ale sama znalam te dziewczyne pare lat i nie
          przypuszczalam, ze tak moze napisac, ba, ze tak moze myslec. Przyznam sie, ze
          przez cale swoje zycie nie uslyszalam czegos takiego ( nie, nie chce tu nikogo
          prowokowac ...)
          Trzeba o czyms pamietac - z dziecinstwa przypominam sobie - byly dzieciaki,
          ktore zupelnie inaczej zachowywaly sie przy doroslych a inne byly z
          rowiesnikami. Natomiast jak sie jakis moj kolega bardzo podobal mamie, na ogol
          przeze mnie byl nie do przyjecia. Normalni nie musza udawac wink i czesto
          wypadaja gorzej wink
          Napisalam kiedys, dawno o pewnym kazaniu. Pieknym i strasznym. Ksiadz
          powiedzial w nim, ze Judasz obracal sie w najlepszym mozliwym towarzystwie na
          ziemi.
          • netus Re: Wpływ dzieci z innych domów 21.10.04, 15:58
            Dziękuje za taki odzew. Podzielę sie z wami czymś jeszcze:
            Nasz Jasiu (4 latka) w modlitwie długi czas powtarzał:
            "Prosze cie Panie Jezu żeby Paweł nie mówił dupa'i taka prośba była powtarzana
            z dziesięć razy (naprawdę) tylko osoba się zmieniała. Nie mieliśmy odwagi
            przerwać tej litanii i mąż wreszcie mówi:
            PROSZĘ CIĘ PANIE JEZU ŻEBY JUZ NIGDY TAK NIE MÓWIŁ
            Na co Jasiu: Tatuś, ale nie powiedziałeś tego wyrazu DUPA.
            i znowu: i jeszcze prossze cie Panie Jezu żeby tatus nie mówił dupa.
            Śmialiśmy się potem do łez.
        • evee1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 06:56
          > Wlasnie, wulgaryzmy to jedno, ale ogolnie chyba bardziej bym sie bala takiego
          > wplywu na moje dzieci, ktory moglby zmienic ich "kregoslup" i zachwiac
          systemem
          > wartosci, ktory probujemy im wpajac.
          Dla mnie wulgaryzmy sa sprawa drugorzedna. Oczywiscie nie chcialabym aby moje
          dzieci ich uzywaly. Teraz widze, ze rozne slowa powoduja niezdrowa sensacje
          i jedno skarzy na drugie "Mamo, a ... powiedzial(a) <tu pada brzydkie slowo>!!".
          I ja widze, ze one wykorzystuja to wlasnie, zeby samemu moc to brzydkie
          slowo powiedziec smile). No, ale zdaje sobie sprawe, ze z czasem po prostu nie
          bedzie to juz tak atrakcyjne. A bardziej mi zalezy na ich dobrym sercu, niz
          przykladnym jezyku, wiec nawet jak od przypadku do przypadku im sie wypsnie, to
          tragedii nie bedzie.

          > Chodzi mi o postrzeganie innych,
          > potrzebujacych, szacunek dla siebie i innych, ale takze o cala mase innych
          > rzeczy, ktore skladaja sie na nasz swiatopoglad. Co zrobimy, kiedy nasze
          dzieci
          > zetkna sie z osobami wysmiewajacymi nasze poglady? Oczywiscie bedziemy
          starali
          > sie im nasze poglady tlumaczyc, tak zeby je rozumialy, chcialy przyjac jako
          > swoje i umialy ich bronic. Tutaj widze dwa problemy: po pierwsze, co robic w
          > mikroskali, tzn. czy "cenzurowac" kolegow i kolezanki? I po drugie -w
          > makroskali - jak na tyle skutecznie "zaimpregnowac" dziecko, zeby sie w
          > przyszlosci nie dalo nasaczyc wszechogarniajaca lewicowa propaganda
          politycznej
          > poprawnosci. Zawsze myslalam, ze przyklad domu jest wystarczajaco skuteczny,
          > ale moze to za malo? I ciekawa jestem jak to jest u was z tym cenzurowaniem
          > znajomosci waszych dzieci?
          Co do politycznej poprawnosci, to ta "zdrowa" polityczna poprawnosc nie jest
          znowu taka zla. W gruncie rzeczy u jej podstaw lezy poszanowanie innosci
          innych smile). Tylko bywa, ze czasami posuniete jest to do absurdu.

          Ja osobiscie nie wierze w skutecznosc cenzury znajomych dzieci przez rodzicow.
          Jak praktycznie mozna zabronic kontaktow z kolezankami czy kolegami? Nie
          wypuszczac z domu po szkole? Przeniesc do innej szkoly? Przeprowadzic sie do
          innego miasta? Oczywiscie tak tez mozna, ale chyba dopiero w skrajnych
          przypadkach.
          A wiec wszystko sprowadza sie do tego z kim nasze dzieci chca sie przyjaznic
          i co zrobic, zeby wybieraly sobie tych "dobrych" znajomych.
          Moje dzieci sa jeszcze male (7 i 9 lat), ale widze, ze niektore osoby mniej
          czy bardziej im sie podobaja i widze, ze mniej podobaja im sie osoby, co do
          ktorych ja tez mam pewne zastrzezenia, wiec jakos te podstawy maja
          zaszczepione i jakos wedlug nich oceniaja innych. Nam dodatkowo pomaga fakt,
          ze dzieci chodza do szkoly katolickiej, gdzie zwraca sie uwage nie tyle na
          sama nauke religii ile na caloksztalt zachowania sie wobec innych.
          Przyklad i rozmowy w domu, jako ze nie stoja w sprzecznosci z tym co slysza
          w szkole tez maja wielkie znaczenie. Jednak ja zdaje sobie sprawe, ze w
          pewnym momencie bede sie juz tylko mogla modlic o madrosc swoich dzieci, bo i
          tak beda robic, to co uwazaja za sluszne. Nie bede im w stanie czegos zabronic,
          albo nakazac. No, niby bede mogla, ale efektu to przeciez nie bedzie mialo
          zadnego smile).
          Co do "impregnacji", to ja sobie wypracowalam taka teorie na wlasny uzytek, ze
          wazne jest nie tylko to jak traktujemy innych ludzi, ale takze jaki mamy
          stosunek do siebie samego, czyli o poczucie wlasnej wartosci. Nie chodzi mi o
          to, zeby miec przesadnie wysokie mniemanie o sobie, ale zeby zdawac sobie
          sprawe, ze wszystkim ludziom (i nam tez) nalezy sie szacunek niezaleznie od
          tego jaki ma sie wyglad, stan majatkowy czy swiatopoglad.
          Jezeli ktos ma niskie poczucie wlasnej wartosci, to jest bardziej sklonny
          szukac uznania wsrod autorytetow (to jeszcze pol biedy) lub "autorytetow" (np.
          u najwiekszego rozrabiaki w klasie) i czasem dosyc bezkrytycznie przyjmuje to co
          te autorytety mowia. Takze aby byc zaakceptowanym w jakims srodowisku czesto
          jest sie sklonnym robic rzeczy, z ktorymi nie do konca czlowiek sie zgadza, ale
          ma sie swiadomosc, ze jezeli bedzie sie robic inaczej, to czlowiek znajduje sie
          poza nawiasem.
          I ja staram sie uczyc swoje dzieci, ze nie musimy byc koniecznie tacy jak inni
          i zeby nie bac sie byc innym. Jezeli jestesmy dobrzy i postepujemy uczciwie, i
          jakas grupa nas nie akceptuje, to trudno, ale jest to ich problem, nie nasz.
          Jak narazie w malych rzeczach to dziala, nie wiem jak to bedzie pozniej smile).
          Wiem, ze przyjdzie pewnie czas proby, ale narazie moge tylko wierzyc, ze jakos
          dadza sobie z tym rade.
          Nie wiem czy ktos zrozumial o co mi chodzi, ale moze...

          A tak w ogole, to moj ksiadz z duszpasterstwa akademickiego z dawnych lat
          powiedzial pewna rzecz, a ktora sie zgadzam, a mianowicie ze dzieci zaczynamy
          wychowywac 20 lat przed ich urodzeniem.
          Pozdrowienia.
          • alex05012000 Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 09:27
            Ola ma niecałe 5 lat i na razie wpływ innych dzieci na nią jest mały... nie
            wiem co będzie potem, ma dość silną osobowość i raczej podporządkuje sobie niż
            da sie podporządkować sama, chociaż tak do końca nie wiadomo... będę sie
            starała "monitorować" znajomości i przyjaźnie, tłumaczyć jeśli będzie potrzeba,
            postaram się jej zapewnić towarzystwo tzw. dobre, dzieci naszych znajomych np.
            jeszcze nie zastanawiałam sie dokładnie jak to będzie... ale uderzyło mnie co
            innego, w wypowiedzi evee, która pozwolę sobie zacytować: "Jednak ja zdaje
            sobie sprawe, ze w pewnym momencie bede sie juz tylko mogla modlic o madrosc
            swoich dzieci, bo i tak beda robic, to co uwazaja za sluszne. Nie bede im w
            stanie czegos zabronic, albo nakazac. No, niby bede mogla, ale efektu to
            przeciez nie bedzie mialo zadnego".. otórz ja jestem tym bardzo głęboko
            zdziwiona i zmartwiona (tego typu wypowiedzi zreszta już czytywałam czy
            słyszała), bo oznacza to, iż rodzice przyznają sie do całkowitej porażki
            wychowawczej!? jak to nie będą w stanie niczego zabronić czy nakazać??? tzn.
            będą mogli ale bez efektu? jak uważnie czytam, to mi się włos na głóowie
            jeży... bo to znaczy, że jak w pewnym momencie moje dziecko zejdzie na złą
            drogę i zacznie kraść, rabowac itd, wiem przerysowuję, to ja-rodzic będę mogła
            jedynie cieniutkim głosikiem prosić aby synuś czy córeczka sie opamiętali???
            nie mam żadnego rodzicielskiego, realnego, wpływu??? ja osobiście zostałam
            wychowana bardzo sztywno i konserwatywnie, było to "lat temu nieco trochę...",
            miało to wychowanie swoje plusy i minusy, ale wpływ rodziców na mnie był bardzo
            duży w stosunku do tego co sie taraz obserwuje... do wieku licealnego np. nie
            wyobrażałam sobie dyskusji z tym w co chciano mnie ubrać (czasy były jakie
            były, wielkiego wyboru nie było, zwłaszcza, że w liceum to już miałam 175 cm a
            kobieta kończyła sie na 165!, ale nie o to chodzi), z pewnymi rzeczami po
            prostu sie nie dyskutowało i tyle! bedę się starała dać swojej córce więcej
            swobody, ale bedę się również starała, abyśmy-my-rodzice mieli na nią jednak
            taki wpływ pozwalajacy na uchronienie jej od niektórej nauki na własnych
            błedach, niech się lepiej uczy na uniwersytetach... tym akcentem zakończę - ale
            sie rozpisałam... pozdrawiam - maria



            • evee1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 09:58
              > ale uderzyło mnie co
              > innego, w wypowiedzi evee, która pozwolę sobie zacytować: "Jednak ja zdaje
              > sobie sprawe, ze w pewnym momencie bede sie juz tylko mogla modlic o madrosc
              > swoich dzieci, bo i tak beda robic, to co uwazaja za sluszne. Nie bede im w
              > stanie czegos zabronic, albo nakazac. No, niby bede mogla, ale efektu to
              > przeciez nie bedzie mialo zadnego".. otórz ja jestem tym bardzo głęboko
              > zdziwiona i zmartwiona (tego typu wypowiedzi zreszta już czytywałam czy
              > słyszała), bo oznacza to, iż rodzice przyznają sie do całkowitej porażki
              > wychowawczej!? jak to nie będą w stanie niczego zabronić czy nakazać??? tzn.
              > będą mogli ale bez efektu? jak uważnie czytam, to mi się włos na głóowie
              > jeży... bo to znaczy, że jak w pewnym momencie moje dziecko zejdzie na złą
              > drogę i zacznie kraść, rabowac itd, wiem przerysowuję, to ja-rodzic będę
              mogła
              > jedynie cieniutkim głosikiem prosić aby synuś czy córeczka sie opamiętali???
              > nie mam żadnego rodzicielskiego, realnego, wpływu??? ja osobiście zostałam
              > wychowana bardzo sztywno i konserwatywnie, było to "lat temu nieco
              trochę...",
              > miało to wychowanie swoje plusy i minusy, ale wpływ rodziców na mnie był
              bardzo
              > duży w stosunku do tego co sie taraz obserwuje...

              Dlaczego uwazasz, ze niewymaganie absolutnego posluszenstwa W PEWNYM WIEKU (nie
              napisalam, ze jak dzieci maja lat 10, to moga sobie robic co chca!) jest
              przyznaniem sie do porazki wychowawczej?
              Chyba przyznasz, ze jest taki wiek, kiedy dzieci przestaja byc dziecmi i staja
              sie doroslymi. Oczywiscie dzieje sie to stopniowo, tylko rodzice czesto nie
              zauwazaja, ze dzieci juz nie sa dziecmi. Ja nie twierdze, ze to staje sie w
              wieku lat 12 czy 15, ale wreszcie kiedys sie staje i niestety musisz im
              pozwolic popelniac wlasne bledy. Moja mama na przyklad (a mam lat 38) nadal nie
              potrafi zaakceptowac tego, ze ja chce zrobic pewne rzeczy, mimo ze wedlug niej
              sa bez sensu. Ale ja uwazam, ze maja sens i nawet jezeli jej sie to nie podoba,
              to zamierzam je zrobic. A ona sie obraza, bo WIE, ze nic z tego i dlaczego jej
              nie slucham. Ja wiem, ze to jest przerysowany przyklad z racji mojego wieku,
              ale jezeli w tej sytuacji co ja jest 20-latka?
              I nie mowimy o rabowaniu sklepow, tylko o bardziej zwyklycyh, codziennych
              wyborach.
              Moim zdaniem to jest tak, ze wychowujesz, wychowujesz i w pewnym momencie musisz
              sie pogodzic z tym, ze Twoj czas wychowywania minal i teraz mozesz tylko
              zbierac tego owoce. Owszem mozesz powiedziec, ze cos Ci sie nie podoba w
              zachowaniu Twoich dzieci, ale musisz zaakceptowac ich prawo dla wlasnych
              wyborow.
              Jak sa male, to mowisz "Nie wchodz tutaj, bo jest kaluza i stanie sie to i to".
              Potem mozesz najwyzej na te kaluze zwrocic im uwage, ale nie mozesz zabronic im
              tam wejsc.
              • maika7 Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 10:40
                Zgadzam się z tym wszystkim, o czym pisze evee1. Dodam jeszcze, że my, jako
                rodzice uczymy dzieci podejmować różne wybory i nadchodzi czas, kiedy zaczną
                podejmować (i odpowiadać) wybory samodzielnie. Ufam, że to, czym "nasiąkną" w
                domu wcześniej wyda pozytywne owoce w przyszłości. Dlatego nie zamierzam raczej
                ingerować w znajomości moich dzieci. A to, że dzieci stykają się z innymi
                poglądami na życie w innych domach, z innymi wartościami uznaję za wartość.
              • alex05012000 Re: Wpływ dzieci z innych domów-do evee 28.10.04, 11:29
                droga evee, nie do końca sie zrozumiałyśmy, albo niedokładnie przeczytałam co
                pisałaś, przepraszam, ja myślałam raczej o dzieciach tak do lat 18 -
                dwudziestu... kiedy rodzice mają, powinni mieć wpływ na to co dzieci robią,
                przynajmniej ja tak uważam, myślałam o dzieciach małych i nastolatkach, tak
                obecnie podatnych na wpływ mediów, otoczenia, kolegów... wpływ często
                negatywny....
                a kiedy dzieci stają sie dorosłe? hmm, róznie bywa, niektóre nawet w wieku 40
                lat dorosłe nie są, inne mając lat 18 wyfruwają z domu całkowicie niezależne,
                ja mam moze wypaczony obraz, bo mnie nikt nie dawał specjalnie prawa do
                wyborów, nie nauczył ani wybierać ani brać odpowiedzialności za wybory,
                wybierano za mnie co było dla mnie najlepsze w mniemamiu wybierających, a ja
                sie nie broniłam, oczywiście od kilkunastu lat żyję po swojemu (mam 39 lat) ale
                nie odbywało się i nie odbywa bez tarć ... p.s. moja mam jak twoja, hi,hi...
                • lucasa Re: Wpływ dzieci z innych domów-do evee 28.10.04, 14:25
                  dzieki za ciekawy temat! a przy okazji moge sie dowiedziec ile dylematow
                  jeszcze nas czeka (bo na razie, Mala jest jeszcze za mala aby koledzy mieli na
                  nia wplyw smile)

                  ja zgadzam sie calkowiecie z evee, ze od pewnego momentu rodzice moga sie tylko
                  modlic i miec nadzieje, ze dzieci podaza wlasciwa droga. czy Droga. tyle, ze
                  pewnie ten moment bedzie rozny u roznych dzieci.

                  ja bylam wychowana w totalnym zaufaniu - takim, ze jak mialam zrobic cos zlego,
                  to czasmi nie robilam nie dlatego, ze sama bylam taka dobra, ale ze by mi bylo
                  glupio przed rodzicami, ze zawiodlam ich zaufanie. kiedys, pamietam, ze bylam
                  moze w podstawowce ogladalismy z rodzicami program w ktorym byla sytuacja
                  mlodej dziewczyny wyrzuconej z domu bo zaszla w ciaze. przy tej okazji tato
                  powiedzial, zebym nigdy nie bala sie z czyms takim przyjsc do rodzicow. i ze w
                  takiej sytuacji oni zawsze mnie by przyjeli. i moje dziecko. nawet teraz jak o
                  tym mysle, to mnie zatyka. w tym krotkim zdaniu tato zawarl cala swoja
                  filozofie naszego wychowania.

                  a teraz gdy mamy trudna sytuacje w rodzinie rodzice nic nie moga poradzic. moga
                  rozmawiac. a wlasciwie nawet tego nie moga - bo rozmowa jest ucinana. moga
                  tylko (!) nadal kochac. i nadal wymagac. ale juz nie oczekiwac, ze ktores z nas
                  podazy ich droga.

                  alex, w jaki sposob wyobrazasz sobie w praktyce wplyw, czy zapobieganie czemus
                  u dzieci czego nie akceptujesz? i nie chodzi juz od 20-30 letnie dzieci, ale
                  np. o nastolatki. nie pisze zaczepnie, ale naprawde chcialabym poznac Twoje
                  zdanie i innych mam.

                  ja bylam swiadkiem jak mama przyjaciolki schowala jej paszport, bo nie chciala
                  aby w tym okresie corka pojechala za granice. potem byly wrecz naloty na
                  akademik. i panie z recepcji byly zatrudnione przy sledztwie, bo mama nie
                  akceptowala jej zwiazku... jak sie sytuacja skonczyla? szczesliwie. bo corka
                  byla madrzejsza od mamy. i miala w sobie duzo milosci. i teraz, juz szczesliwa
                  mezatka pozwala rodzicom uczestniczyc w ich szczesciu.

                  a tu gdzie mieszkam byly tez sytuacje gdy 13-letni zakochani uciekali z domu
                  (na kilka tyd, i szukala ich policja), bo rodzice nie akceptowali zwiazku.

                  jak mysliscie mamy, czy mamy duzy wplyw na dzieci? i jak wyglada wplyw,
                  kierowanie, zakazy w wieku gdy dziecko juz zaczyna decydowac za siebie... bo ja
                  osobiscie jestem pesymistyczna w tym wzgledzie. rozmowa, rozmowa, rozmowa poki
                  czas. i lepiej jej wiecej niz mniej. a potem co?

                  pozdrawiam
                  Agnieszka

                  ps. a propos poczatkowych watkow, to jednak uwazam, ze mamy wplyw (choc w
                  pewnym stopniu) na znajomosci naszych dzieci. bo szkoly moze nie zmienimy. ale
                  juz w pewnym stopniu zalezy od nas na jakie zajecia pozaszkolne zapiszemy
                  dzieci (w moim przypadku te znajomosci wlasnie byly wazne), czy i w jakich
                  organizacjach koscielnych beda dzieci sie udzielac, czy beda z rodzicami
                  chodzic czy uczestniczyc w roznych spotkaniach. i poki co w pewnym stopniu tez
                  organizujemy dzieciom weekendy, a przynajmniej uzgadnimy plany weekendowe.
                  • alex05012000 Re: Wpływ dzieci z innych domów-do lucasa... 28.10.04, 15:45
                    Lucasa,
                    nie zwykłam pisać o sobie... , ale jakoś tak zjechało z ogolników... pytasz? "w
                    jaki sposob wyobrazasz sobie w praktyce wplyw, czy zapobieganie czemus
                    u dzieci czego nie akceptujesz? i nie chodzi juz od 20-30 letnie dzieci, ale
                    np. o nastolatki. nie pisze zaczepnie, ale naprawde chcialabym poznac Twoje
                    zdanie i innych mam" - u mnie w praktyce wyglądało to tak że rodzice mieli
                    wpływ na to co robiłam i czego nie robiłam, i skutecznie zapobiegali
                    wszystkiemu czego nie akceptowali, można powiedzieć o chowaniu pod kloszem,
                    zastraszeniu, chociaż to złe słowo, jak? trzebaby ich spytać, choć nie sądzę
                    zeby zrozumieli o co chodzi, poza tym ojciec mój nie żyje od 10 lat. Tak
                    naprawdę zaczęłam zyć własnym wolnym życiem jak kupiłam mieszkanie i wyniosłam
                    sie na swoje... miałam wtedy 28 lat, na etapie nastolatka byłam całkowicie
                    podporządkowana i bezwolna, uciekałam w świat książek i fikcji, a jak piszesz
                    o "13-letni zakochani uciekali z domu (na kilka tyg, i szukala ich policja), bo
                    rodzice nie akceptowali zwiazku." to mnie pusty śmiech ogarnia bo ja w tym
                    wieku w ogóle nie byłabym w stanie być zakochaną i uciec z domu, po prostu by
                    mi coś takiego nie przyszło do głowy... ja sie uczyłam, uczyłam i uczyłam,
                    szkoła podst, liceum, studia... klapki na ochach, byłam nieśmiała i stłamszona,
                    stawiano mi duże wymagania, którym starałam sie sprostać, nie przyszło mi do
                    głowy sie. buntować, nie miałam odwagi?siły?... i nie byłam w stanie sie
                    przeciwstawić nawet jak czasami chciałam .... ale dość o mnie,
                    teraz czasy są inne, moje 5-letnie dziecko już ujawniło rogaty charakter, na
                    razie nie wiem co będzie za kilka lat, nie wiem jak będę postępować, w dodadtku
                    nie mam czasu sie zastanawiać, bo zycie pędzi, praca, dom, praca, ale
                    przyszłość napawa mnie niepokojem...
                • evee1 Re: Wpływ dzieci z innych domów-do evee 28.10.04, 14:26
                  > a kiedy dzieci stają sie dorosłe? hmm, róznie bywa, niektóre nawet w wieku 40
                  > lat dorosłe nie są, inne mając lat 18 wyfruwają z domu całkowicie niezależne,
                  He, he, ale ja tak nie zamierzam podejmowac dezyzji za moje dzieci jak juz
                  beda bardzo duze smile). Ani mi sie sni! Niech sobie same podejmuja, a potem
                  zbieraja zniwo. No, pewnie troszke bede sie przejmowac jak sobie piwa nawarza,
                  juz taka okropna to nie jestem smile).

                  > nie odbywało się i nie odbywa bez tarć ... p.s. moja mam jak twoja, hi,hi..
                  Wiesz, to jest chyba sprawa pokoleniowa, bo mamy moich znajomych tez tak smile).
                • mader1 Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 14:32
                  No to ja Was zaskocze. Ja mialam bardzo duzo wolnosci. Moi rodzice nie
                  wybierali mi znajomych absolutnie ! Jednoczesnie wiedzialam, ze nie podobaloby
                  im sie, gdybym wspolzyla z chlopakiem, gdybym sie zle prowadzila, gdybym pila
                  czy palila. Nie pozwalano mi tez wloczyc sie po nocy.
                  Sama decydowalam czy chce chodzic na religie i do Kosciola ( moj ojciec byl
                  niewierzacy).
                  Kiedys poznalam na spacerach z psem kolezanke. Dwa lata starsza ode mnie.
                  Bardzzo zle sie uczyla, jej rodzice ( choc my nie bylismy bogaci0, byli
                  baaardzo biedni. Nie pila i nie palila, ale bardzo sie interesowala chlopcami.
                  Moja mama dawala jej rodzinie jakies rzeczy, pamietam , jakkiedys przebieralam
                  z nimi polzgnile porzeczki, ktore z laski dostali ze sklepu... Potem jej mama
                  umarla. Po jakims czasie nie do konca akceptowalam, to co u niej sie dzieje.
                  Studiowalam. Nasze drogi rozeszly sie. Spotkalam jakies 4 lata temu i teraz ja
                  widuje. Uratowala swoje malzenstwo, jej maz przestal pic, ma dwoje dzieci,
                  oboje w ogolniaku, ma swoj sklepik, robi mature. Powiedziala, ze przez wiele
                  lat, przez ktore sie nie widzialysmy, myslala o mnie bardzo czesto. jak juz
                  stala na rozdrozu , myslala, co w tej sytuacji zrobilaby moja mama.
                  Powiedziala, ze wizyty w naszym domu ( choc to ja chyba bylam u niej rownie
                  czesto, jak nie czesciej) daly jej bardzo duzo...
                  Nie przypuszczalam, tego " na biezaco" nie bylo w ogole widac !
                  Ja przyznam, ze moze niesprawiedliwie, ale nie mam az tyle zaufania do moich
                  dzieci. A z drugiej strony chcialabym interweniowac tylko w sprawach waznych.
                  I tak sie raz stalo, w przypadku tej dziewczyny, ktora moja corke tak
                  wulgarnie zwyzywala, notabene z katolickiego domu, poznana w katolickiej
                  szkole. Zadzwonilismy tez do jej mamy.Corce zakazalismy sie z nia widywac.
                  Przyznam, ze choc czasem mowie, ze moglaby gadac z kims bardziej wartosciowym,
                  nie widzac duzych problemow - lwasnie papierosy, alkohol, rozwiazlosc u jej
                  znajomych, jestem przeciwna interwencji. Maz przeciwnie, chcialby, by miala do
                  czynienia tylko z najlepszymi, z takimi, ktorzy jemu odpowiadaja.
                  Kazde spoznienie, pyskowanie czy gorszy stopien odbiera jako zly wplyw znajomych
                  • verdana Re: Wpływ dzieci z innych domów 28.10.04, 19:29
                    Nigdy nie zakazywałam żadnych znajomości, bo i tak w wieku szkolnym człowiek
                    nie jest w stanie do końca wyegzekwować takiego zakazu - a dla mnie nie ma nic
                    gorszego, niż prawo, które nie jest przestrzegane! A więc moi obaj synowie
                    zawsze przyjaźnili się z najwiekszymi chuliganami, córka siedziała w jednej
                    ławce z chłopcem zażywajacym narkotyki.
                    Poza tym dawałam dzieciom maksimum wolnosci, dając (mam nadzieję) jednocześnie
                    reguły postępowania. Wychodziłam przy tym z założenia, ze wprawdzie ja prawnie
                    odpowiadam za dziecko do 18 roku zycia, ale faktycznie za swoje życie może
                    odpowiadać tylko ono samo - czy ma 10 lat, czy 13, 17. Jeśli to zrozumie - ze
                    nie ja mam się martwić, gdy popełni głupstwo, ale martwić powinien się przede
                    wszystkim on sam - wtedy moja konrtola będzie coraz mniej potrzebna.
                    Zastanawiam się, czego zabraniałam - spóźniać się, palić papierosy (córka, o
                    ile wiem - nie pali, syn 21 lat nigdy w zyciu nie zapalił papierosa i tępi
                    palących kolegów, zresztą moim zdaniem zbyt nachalnie), nie ćpają. Piją alkohol
                    umiarkowanie, zresztą tego nigdy nie zabraniałam, uwazając, ze kulturalnego
                    picia należy się nauczyć tak jak wszystkiego innego - w domu.
                    Syn, po wielu latach nieuczenia się, na studiach jest dobrym studentem.
                    Twierdzi, ze wstyd by mu było zawalić egzamin, skoro za poprawę my płacimy.
                    Oprócz w/w zakazów nie pamiętam. Zakazują i nakazują teraz sobie sami.
                    Zobaczymy, czy ta polityka sprawdzi się w odniesieniu do najmłodszego.
                    • lucasa Re: do alex 28.10.04, 19:42
                      hej, dzieki za odpowiedz,
                      wiesz, ja nie chcialam nikogo naciagac na blizsze zwierzenia, ale wychowujac
                      swoje dzieci mozemy patrzec na to co sie dzialo we naszych domach, mozemy
                      rozmawiac tutaj smile), i jakos z tego wyciagnac "przepis" (hihi) na wlasne
                      wychowywanie dzieci.

                      ja wlasnie czasu mam troche bo corke bezproblemowa, a do pracy - godzine w
                      jedna strone...

                      i sie zastanawiam czy jest jakis "bezpieczny" model, czy tak jak w wiekszosci
                      przypadkow trzeba polegac na intuicji i miec nadzieje, ze to wyjdzie na
                      dobre... a reszte zostawic Bogu

                      podoba mi sie to co napisala verdana, aby "przerzucic" odpowiedzialnosc na
                      dzieci smile, to chyba w moim przypadku rodzice stosowali, i w jakims stopniu im
                      sie udalo smile

                      a bardzo lubie czytac Wasze wypowiedzi, bo tez sporo mi sie rzeczy uklada co ja
                      sama mysle na dany temat...

                      pozdrawiam jesiennie,
                      Agnieszka
                      • evee1 Re: do alex 29.10.04, 02:02
                        > hej, dzieki za odpowiedz,
                        > wiesz, ja nie chcialam nikogo naciagac na blizsze zwierzenia, ale wychowujac
                        > swoje dzieci mozemy patrzec na to co sie dzialo we naszych domach, mozemy
                        > rozmawiac tutaj smile), i jakos z tego wyciagnac "przepis" (hihi) na wlasne
                        > wychowywanie dzieci.
                        Ja tez bardzo lubie czytac o doswiadczeniach innych. To nie ma nic wspolnego
                        ze byciem wscibskim, bo w sumie przeciez nikogo na oczy nie widze i pewnie
                        nie zobacze, ale interesuja mnie wlasnie te doswiadczenia, bo uwazam, ze
                        daje mi to jakas inna perspektywe. Ale i tak staram sie pamietac o tym, ze
                        ludzie sa rozni i dlatego...

                        > i sie zastanawiam czy jest jakis "bezpieczny" model, czy tak jak w wiekszosci
                        > przypadkow trzeba polegac na intuicji i miec nadzieje, ze to wyjdzie na
                        > dobre... a reszte zostawic Bogu

                        .. uwazam, ze nie ma chyba takiego "modelu", ktory mozna zastosowac i miec
                        gwarancje, ze dziecko sie nam wychowa dobrze. W zasadzie na bierzaco trzeba
                        obserwowac i korygowac swoje podejscie, bo co z jednym dzieckiem dziala
                        dobrze, to z innym niekoniecznie musi. Zreszta to co pisze na temat swoich
                        sposobow wychowawczych wcale nie musi byc skuteczne u innych dzieci. To rodzice
                        ktorzy swoje dzieci znaja najlepiej moga ocenic co (byc moze) zadziala, a co
                        nie. Ba, ja sama nie wiem czy moje sposoby sie sprawdza i co z tych moich
                        dzieci bedzie smile).
                        Ale mam tez wrazenie, ze to do pewnego stopnia jest jednak loteria co nam pod
                        skrzydlami wyrosnie. Glownie dlatego, ze nie wychowujemy dzieci sami. Z czasem,
                        czy tego chcemy czy nie, wychowuje je tez szkola, srodowisko kolegow i
                        kolezanek, telewizja i wszystko z czym sie stykaja na codzien. Nie wszystko
                        jestesmy w stanie sprawdzic, nie wszytsko skontrolowac i nie wszystkiemu
                        zapobiec.
                        Moze verdana, jako mama doroslych juz dzieci, ma jakis poglad na te sprawe na
                        podstawie obserwacji nie tylko dzieci wlasnych, ale i ich kolezanek i kolegow i
                        jakos to skomentuje. Loteria, czy nie?

                        > podoba mi sie to co napisala verdana, aby "przerzucic" odpowiedzialnosc na
                        > dzieci smile, to chyba w moim przypadku rodzice stosowali, i w jakims stopniu im
                        > sie udalo smile
                        Ja nie czuje, zeby mna rodzice jakos tam sterowali. Owszem musialam wracac o
                        jakiejs tam porze od znajomych i tlumaczyc sie gdzie ide, ale dla mnie bylo
                        jasne, ze to nie wynikalo z ich potrzeby kontroli, tylko zeby sie nie
                        denerwowali co sie ze mna dzieje. I nie to, ze zrozumialam to dopiero teraz.
                        Ja bardzo dobrze zdawalam sobie sprawe z tego juz wtedy i rozumialam im
                        i dlatego nie buntowalam sie. Tak ze w sumie mimo roznych zakazow czulam
                        sie w miare wola i nie ograniczana.
                        Moze to tez chodzi o to, zeby jakos umiejetnie nie pozwalac, ale tak zeby
                        dziecko nie czulo sie tlamszone.

                        Co do zakazow i nakazow, to przyszlo mi jeszcze do glowy cos takiego.
                        Ja owszem zabraniam dzieciom roznych rzeczy, ale zawsze staram sie logicznie
                        tlumaczyc dlaczego to robie. Jezeli nie moge znalezc sensownych powodow
                        dlaczego nie, to moge sobie dac spokoj z zakazywaniem. Bo glownie chodzi mi o
                        to, zeby one NIE CHCIALY tego zrobic, niz zeby NIE ROBILY. Dlaczego niby one
                        maja same potem czegos unikac, jezeli nie sa przekonane o tym, ze tak sie robic
                        nie powinno. Wiecie, ze dobry manager nie tylko wydaje polecenia, ale takze
                        upewnia sie czy polecenia zostaly zrozumiane i czy "poleceniobiorca" sie z nimi
                        zgadza smile). Ja tak podchodze do zakazow w stosunku do dzieci. Slucham co one
                        maja do powiedzienia, dlaczego chca czy nie chca czegos zrobic. I staram sie je
                        zrozumiec. Wysypki dostaje na argument "bo nie", albo "bo ja tak mowie".
                        Zarowno ze strony dzieci jak i rodzicow.
                        Oczywiscie (zeby nie bylo, ze jak tylko gadam, a nie dzialam) dotyczy to dzieci
                        juz w pewnym wieku, bo trudno wymagac od 4-5 latka, zeby takie dysputy
                        prowadzil, chociaz mozna probowac, ale pewnie niewiele sie osiagnie - najwyzej
                        pelne zrozumienie i przyrzecznie poprawy... do nastepnego razu smile)).
                        No i jak jest sytuacja awaryjna (wbieganie za pilka na jezdnie), to tez jednak
                        czlowiek dziala od razu, a nie tlumaczy.

                        > a bardzo lubie czytac Wasze wypowiedzi, bo tez sporo mi sie rzeczy uklada co
                        ja
                        > sama mysle na dany temat...
                        Ja tez dziekuje wszystkim za podzielenie sie doswiadczeniami, bo jak juz
                        pisalam im wiecej tym lepiej.

                        Teraz milkne, bo wyjezdzamy na 5 dni, ale potem chetnie do tego watku zajrze.
                        • lucasa Re: 29.10.04, 09:20
                          evee1 napisała:
                          > .. uwazam, ze nie ma chyba takiego "modelu", ktory mozna zastosowac i miec
                          > gwarancje, ze dziecko sie nam wychowa dobrze.

                          no wlasnie, dzieci rodza sie bez instrukcji obslugi smile)), a rodzice nie dostaja
                          podrecznika do wychowania dzieci smile))
                          pozdrawiam
                          A
                      • alex05012000 Re: od alex do lucasa 29.10.04, 11:21
                        lucasa napisała:
                        > hej, dzieki za odpowiedz,
                        > wiesz, ja nie chcialam nikogo naciagac na blizsze zwierzenia, ale wychowujac
                        > swoje dzieci mozemy patrzec na to co sie dzialo we naszych domach, mozemy
                        > rozmawiac tutaj smile), i jakos z tego wyciagnac "przepis" (hihi) na wlasne
                        > wychowywanie dzieci. - no właśnie, ja patrząc po swoim domu rodzinnym mogę
                        stwierdzić duży wpływ rodziców na dzieci, na wybór kolegów i pewenie częsciowo
                        to powielę, będę chciała powilać w wychowaniu własnej córki,
                        >
                        > ja wlasnie czasu mam troche bo corke bezproblemowa, a do pracy - godzine w
                        > jedna strone... - nie obraź sie Broń Boze, ale ja uważam, że nie ma dzieci
                        bezproblemowych w pewnym sensie, ja byłam takim niby bezproblemowym dzieckiem,
                        niby, bo pod skorupą grzecznej dziewczynki kryła sie cała masa problemów
                        psychicznych, emocjonalnych, kompleksów itd.. więc uważam, zę trzeba bardzo na
                        tę bezproblemowość uważać, no, moze nie w wieku 4-5 lat a nieco potem...
                        >
                        > i sie zastanawiam czy jest jakis "bezpieczny" model, czy tak jak w wiekszosci
                        > przypadkow trzeba polegac na intuicji i miec nadzieje, ze to wyjdzie na
                        > dobre... a reszte zostawic Bogu
                        > podoba mi sie to co napisala verdana, aby "przerzucic" odpowiedzialnosc na
                        > dzieci smile, to chyba w moim przypadku rodzice stosowali, i w jakims stopniu im
                        > sie udalo smile
                        > a bardzo lubie czytac Wasze wypowiedzi, bo tez sporo mi sie rzeczy uklada co
                        ja sama mysle na dany temat... ja też lubię czytać, nieczęsto piosuje, nie wiem
                        co mi przyszło do łba ostatnio sie wyzewnętrzniać...
                        >
                        też pozdrawiam jesiennie,
                        > Maria mama alex
Pełna wersja