Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na praktykę

20.06.05, 16:33
Mam dołek sad
Sam znowu dostał gorączki, nagle, szybko przyszła, szybko poszła. Teraz jest ok.
Znaczy NIE jest ok, bo nadal nie znamy przyczyny tych epizodów gorączkowych!

I teraz o co chodzi - gdzie przebiega granica między zaufaniem Bogu a
beztroską... Mąż mówi, żeby dać spokój, że może będzie chory a potem
wyzdrowieje, albo Pan Bóg go uzdrowi... Ale gdyby miała takie podejście w
stosunku do Zuzy, to miałaby już zniszczone nerki, gdybyśmy zaniechali
szukania, "bo taka jej uroda i tyle", niewykryty refluks moczowodowy to
niszczyciel nerek sad

Czy modlitwa zwalnia mnie od szukania przyczyny? Mam wrażenie że zależy mi na
wykryciu przyczyny wiele razy bardziej niż lekarzom i to mnie bardzo przygnębia sad

Jak mogę zostawić moje dziecko bez diagnozy, gdy może to być coś
niebezpiecznego i przez moje beztroskie podejście mu zaszkodzę?

Czy przesadzam? Postawcie mnie do pionu albo co. Jak rozmawiam z mężem, to
gryzę się w język, żeby nie powiedzieć "nic nie rozumiesz, bo nie jesteś
matką!". On tak tego nie przyżywa, może bardziej ufa, może nie przeżywa tak
jak bym chciała... To ja jeżdżę do lekarzy, piszę posty, pytam, szukam, a on
mówi "zaufaj Bogu" - i taki w tym jego udział sad
    • glupiakazia Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 20.06.05, 16:50
      może nie przeżywa tak
      > jak bym chciała...
      ano rzadko kiedy inni reaguja tak jakbysmy sobie tego zazyczyli... i w tym sek
      calego naszego obcowania z innymi smile

      Marzku, opowiem Ci jak bylo u nas.
      Kiedy najstarsza miala 2 miesiace okazalo sie na usg, ze ma cos na watrobie,
      jakis guzek. Podejrzenia oczywiscie byly najgorsze i przez jakies 3-4 miesiace
      biegalismy po lekarzach, szpitalach, stosy badan itd. Juz bylismy przygotowani
      psychicznie, ze jej ciachna kawalek tej watroby. W okolicach czerwca, po 4
      miesiacach tej szarpaniny, okazalo sie, ze to cos sie zmniejszylo, wyniki badan
      byly dobre. Generalnie okazalo sie, falszywy alarm. Nie musze ci tlumaczyc, co
      wtedy czulam. I myslalam tak jak Ty, ze moj maz w ogole sie tym nie przejmuje.
      To ja latalam na wszystkie te badania. On mi tylko mowil: no i co, bedziesz
      Panu Bogu wygrazac?
      Kiedy wrocilam do domu po ostatnich badaniach i zadzwonilam do niego, ze
      wszystko jest ok - dopiero wtedy poczulam, uslyszalam to OGROMNE westchnienie
      ulgi, przeszedl mnie dreszcz i dopiero wtedy dotarlo do mnie jak BARDZO on to
      przezywal.
      Marzku, nie mowie, zeby siedziec z zalozonymi rekami i pchac w malego
      paracetamol. Jasne, trzeba szukac przyczyny. Ale spokojnie. Jestescie pod
      kontrola dwoch lekarzy. A przede wszystkim nie miej zalu do Ciumaka, bo kwasow
      miedzy wami teraz wam najmniej potrzeba. Trzymajcie sie mocno razem, to zeby
      nie wiem co, bedzie Wam latwiej.
      Pozdrawiam Was bardzo. I ucaluj Samusia.
    • verdana Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 20.06.05, 16:57
      Ja wiem, że sprawa jest poważna - bardzo współczuję, choć pewnie faktycznie
      "samo przejdzie".
      Ale dla mnie odpowiedzią jest stary żydowski kawał. "Josełe modli się w
      synagodze i złorzeczy Bogu. Oj, Boże, Boże, modlę się od tylu lat, żeby choć
      ćwiartkę losu wygrać, żeby choć najmniejsze pieniądze, a Ty Boże, nic, ani
      grosika, nie słuchasz moich błagań, a ja sie tak do Ciebie modliłem, tak Ci
      ufałem...". I nagle słyszy głos z nieba "Josełe, ty daj mi szansę, ty kup los!"
      Myślę, że trzeba dać Bogu szansę - tzn. chodzić po lekarzach. Inaczej własciwie
      można by nie szczepić, nie podawać antybiotyków, nie operować - tylko czekać na cud.
      Jestem niewierząca - ale tak myślę - że jak dziecko coś samo umie zrobić , to
      dobra matka nie będzie go w tym wyręczać - aby wyrósł na zaradnego człowieka, a
      nie na liczacego wiecznie na ukochaną i oddaną mu mamę - maminsynka. Człowiek ma
      chyba też obowiązek dbania o siebie i swych bliskich - sam, a liczenie na cud i
      interwencję kochajacego Boga pozostawić sobie na sytuacje, gdy człowiek sam nic
      już nie poradzi. Bo Bóg nie jest od zastępowania człowieka w codziennych
      kłopotach - od tego mamy wolna wolę.
    • mader1 Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 20.06.05, 18:30
      Marzku Kochany,
      mądre kobiety napisaly chyba wszystko, co trzeba smile
      Bóg powierza nam nasze dzieci. Daje nam do ręki wszystkie narzędzia. Naszym
      zadaniem jest "kupić los", jak to napisała verdana czyli : zrobić wszystkie
      badania, wypytać wszystkich lekarzy, którzy przychodzą nam do głowy,
      skonsultować się ze wszystkimi. tym mamy zająć się my. Żebyśmy sobie nie
      wyrzucali, że nie chciało nam się, albo że sie zniechęciliśmy czy
      wystraszyliśmy. Reszta należy do Boga. Reszta ? Lekarz, który się przejmie,
      postawienie prawidłowej diagnozy. Wedlug mnie zaufanie jest obopólne - On ufa
      nam, że zrobimy, co do nas należy, my musimy zaufać, że jeżeli zrobiliśmy
      wszystko co w naszej mocy , stanie się Jego Wola - najlepsza dla nas.
      Sa tu dwa " niebezpieczne" czy " sporne" momenty
      1. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy : kiedy to jest ? No kiedy ? Jeżeli mamy
      małżeństwo, to często tak jest, że gdy jedno uważa, że nic nie da się już
      zrobić, drugie jeszcze chce walczyć. Wedlug mnie po to właśnie jest nas dwoje.
      Po to, aby nie piszę, że wyciągnąć średnią, ale po to, by dojść do pewnego
      konsensusu smile Jak zajrzymy w głąb swojej duszy, po modlitwie, mniej więcej
      możemy namacać, że zaczęła się już panika ze strachu lub apatia czy
      zniechęcenie. Każde z nas po postępowaniu w czasie innych chorób wie, do czego
      ma tendencję, także do czego na tendencję drugi rodzic. Mamy na ogół
      wyolbrzymiają problem, ale... czasem tatusiowie wtedy na pokaz są zbyt ufni,
      bardziej okazują ten spokój i ufność niz naprawdę czują.Chcą niby dodać otuchy.
      Na swój sposób.
      Trzeba powiedzieć, że my raz daliśmy plamę. Wcale nie czuliśmy, że z naszym
      synkiem jest jeszcze coś nie tak - spadła bilirubina, był w niezłym stanie.
      Nasza wspaniała doktor, która niestety odeszła z naszej przychodni ostatnio,
      spojrzała na nas i powiedziała : " A ja wcale nie jestem taka spokojna. On
      wygląda na zdrowego, ale coś, nie wiem , co, niepokoi mnie." Prawdę mówiąc do
      specjalisty i na badania poszliśmy, żeby "kupić los". Specjalista obejrzał, był
      pewien, że się nie spotkamy więcej. Badania zlecił, bo " w razie czego".
      Też "kupił los". Za trzy dni pędziliśmy po leki. Gdyby nie te "losy" , nasz
      synek przeleżałby miesiące w szpitalu. Właśnie, właśnie zaczął mu się tworzyć
      jakiś zator w wątrobie.Wszystkie wyniki były już bardzo złe.A on jeszcze
      wyglądał wspaniale. Nikt nie wie dlaczego ?
      Pocieszę cię, że dwoje bliskich nam dzieci też miało taką samą gorączkę i nic
      nie wykazały żadne badania. Jednemu minęło już pół roku temu - nic się nie
      dzieje. Drugi ciągle jeszcze jest słaby, bo to sytuacja, która zakończyła się
      miesiąc temu. Nikt nie wie, co to było. Ale przeszło. Wszystkie badania
      porobili.
      2. Czasem trudno pogodzić sie z Wolą Bożą - sami wiecie. I tu też każde z
      dwojga jest różne. Dużo możemy się od siebie nauczyć. Niekiedy jedno z rodziców
      latami ciągnie modlitwą to drugie, niepogodzone.
    • samboraga Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 20.06.05, 23:01
      Marzkusmile może być też tak, że Samuel dostaje gorączki (teraz, gdy z medycznego
      punktu widzenia jest zdrowysmile z powodu Twojego zdenerwowania...jak sądzisz? W
      sensie, żę współodczuwa i...też się denerwuje...że Ty się denerwujesz...

      tzn. ja tak sobie tylko rozmyślamsmile bo sama kiedyś w dzieciństwie miesiąc
      dłużej - cały! - przeleżałam w szpitalu z powodu stałej, choć niewielkij,
      gorączki, a byłam po zabiegu chirurgicznym - był to jedyny objaw bo badania
      były prawidłowe, posiewy jałowe itp.
      po powrocie do domu - wypis był wreszcie na życzenie rodziców - po 2! dniach
      było OK, gorączka opadła, po prostu tak na mnie zadziałał pobyt w szpitalu, ale
      oczywiście jest to przyczyna jaką sie bierze pod uwagę dopiero po rozważeniu
      wszystkich 'medycznych'

      nawet jeżeli to tylko błędny trop to Twoje zaufanie Bogu (zwłaszcza w sensie
      nabrania spokoju) na pewno Samuelowi jest teraz bardzo potrzebne, Samuelowi i
      dziewczynkom, że o mężu nie wspomnęwink)
    • yen74 Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 20.06.05, 23:26
      W sprawie gorączki nic niestety nie pomogę, a chciałabym ;-(
      W kwestii zaufania Verdana ujęła to chyba najrafniej.
      Bóg daje nam "cuda" właśnie- podsyłając nam pewne możliwości, rozwiązania,
      właściwych ludzi we właściwym miejscu...NIe zostawia nas samych. A ten czas
      niepewności też ma chyba czemuś służyć dla nas. Czy gdyby go nie było
      zadawałbyś takie pytania? Pewnie nie.
      Modlitwa to jedno a działanie to drugie.
      Kilka dni po śmierci Jana Pawła II znalazłam się z córką w szpitalu w celu
      zweryfikowania wysypki i gorączki. Oddział zakaźny. Pani na izbie postawiła
      wstępną diagnozę, że to zap. opon mózgowo-rdzeniowych. Zrobiono córce badania
      krwi. CRP wyszło makabryczne. Włsciwie świadczyło o ropnym zapaleniu opon.
      Rokowania b. złe. Doktor zleciła jeszcze inne badania, bo objawów oponowych
      palpacyjnych nie było. Nic. O 23 Majkę przygotowywano do biobsji (maśc emla) I
      zadzwoniła komórka-teściowa moja nie wiedząc jak poważna jest syt. odradzała
      biopsję i ja ... odwołałam ją prosząc lekarkę, aby zaczekać do rana. W nocy
      znów temp 39 i moja myśl skierowana w stonę papieża (bo modlitwa mi nie
      wychodziła)i pewność jakaś że to nie to co oni mówią. Tylko co? Rano jeszcze
      mocz, bo może to pęcherz... Potem obchód i ordynator zagląda w gardło...
      angina, która wykluwała się kilka dni. A wysypka była z innej bajki. Strach,
      strach i jeszcze raz strach. Ja zrobiłam wszystko co mogłam, Bóg, Ojciec święty
      dali mi pewność wewnętrzną, że będzie dobrze...
      Pozdrwiam i trzymam kciuki za Sama
    • marzek2 Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 21.06.05, 10:01
      Dziewczyny, bardzo dziękuję za mądre posty. Za historie i empatię. Myślę, że w
      całej tej sytuacji, a raczej w moim podejściu do niej przewija się moja stała
      duchowa pięta Achillesowa, czyli przemożna chęć do kontrolowania sytuacji sad
      Jak się wykona wszelkie badania, można się uspokoić że JA wszystko zrobiłam, że
      JA jestem w porządku. Na razie chyba stać mnie tylko na modlitwę wg Psalmu 23 bo
      czuję się jak w ciemnej dolinie. Jedno jest pewne, chyba przestaję się silić
      przed Panem Bogiem na udawanie kogoś lepszego, na duchową "poprawność" itp...
      ale jeszcze też Mu nie wygrażam smile
      Staram się koncentrować na tym, za co mogę na pewno dziękować, choćby na tym, że
      Sam w ogóle jest na świecie. Przecież ta ciąża była tak trudna, tyle problemów,
      a maluch jest...
      • mama_kasia Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 21.06.05, 10:12
        Jedno jest pewne, chyba przestaję się silić
        > przed Panem Bogiem na udawanie kogoś lepszego, na duchową "poprawność" itp...
        I to jest bardzo dobra droga Marzku. Przecież On i tak wie, jaka jesteś
        naprawdę. Najbardziej to udajemy przed sobą.
      • pysio8 Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 21.06.05, 12:15
        Na co dzień jest we mnie wiele szarpaniny, sprzeczności. Nie umiem w każdej
        sytuacji, codziennie zaufac, zawierzyć Bogu, a chciałabym już.

        Pamiętam jednak moment bezsilności , kiedy córka walczyła o życie ponad dwa
        lata temu.
        Dałam pozwolenie lekarzom, by czynili co w ich mocy, nie przeszkadzałam, nie
        patrzyłam przesadnie na ręce, nie kontrolowałam tego co robią, jak robią.
        W modlitwie sięgnęłam wówczas do prawdy o sobie, jaka jestem, co robię, co
        zaniedbałam -a zaniedbań była fura! To wszystko oddałam Bogu, cała swoja
        bezsilność, choć może nie wiedziałam do Kogo tak naprawdę się modlę. Obiecałam
        Bogu, że zacznę wybaczać tym, którzy mnie zranili i samej sobie wszystkie
        niegodziwości, jakich się dopuściłam.Trochę trwało zanim przeszłam do
        realizacji obietnic poczynionych przed Panem. A kiedy byłam w szpitalu
        przyzywałam na pomoc wszystkich świętych, ze szczególnym uwzględnieniem dwóch
        osób. Poza tym miałam jakąś świadomość, ze jeśli dziecko umrze, to będzie
        najprawdziwszy koniec mojego pokręconego małżeństwa.
        Podsumowując, zobaczyłam, odczułam swoją nędzę i niemoc, oddałam wszystko w
        Jego ręce wraz z obietnicą wybaczenia innym i sobie.

        Z tym, że do tej pory też mam doły i czuję się jakbym była ślepa,
        głucha ,brnęła w świecie na czworaka i po omacku.
        Pozdrawiam Cię Marzku, trzymaj się smile)))
    • pawlinka Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 21.06.05, 12:46
      Marzek, po prostu bądź z Nim i nim (Samem), no i resztą.
      pewnie to już pisałam, ale jeszcze raz:
      Nasz znajomy mówi często tak: to, że dzieci dożywają 3 roku życia zawdzięcza
      się jedynie Opatrznościwink
      Patrząc na moją dwójkę, to cóż ja mogę?
      • sion2 bardzo osobiste 21.06.05, 15:46
        Temat jest mi szalenie bliski gdyż spędza mi sen z powiek odnośnie mojej
        sytuacji zdrowotnej. Ja też staram się ufać Bogu i też nie wiem gdzie przebiega
        granica pomiędzy zbytnim troszczeniem się o siebie a odpowiedzialnym
        korzystaniem z daru Bożego jakim jest zdrowie.
        I tej granicy nie da się jasno wyznaczyć. Sama mam dolegliwości rózne a lekarze
        nie potrafią postawić diagnozy, każdy mówi co innego, reumatolog odsyła do
        ortopedy a ortopeda do reumatologa. Poza tym doświadczyłam kilka razy po prostu
        skandalicznego "tumiwisizmu" ze strony lekarzy. W lutym miałam straszny okres
        gdyż byłam świezo po 3 tyg pobycie w szpitalu gdzie kazali mi robić takie
        ćwieczenie że doprowadziło do tego że przez 3 tyg nastepne miałam potęzne
        pogorszenie i ból taki, że byłam pewna że już do końca życia będę chodzić
        wyłącznie z dwoma kulami i powoli. Wiec na gwałtu rety szukałam innego lekarza.
        Znalazłam, poszłam i.... zostałam wyśmiana, dosłownie! Żałuję że nie miałam
        ukrytej kamery ze sobą bo mogłabym poskarzyć na tego lekarza, kytóry na koniec
        łaskawie wypisał mi receptę na inną osobę (nie zajrzał do moje karty ja sie
        nazywam)na tzw. blokadę do kolana i tyle. NIe obejrzał w ogóle rtgnów, nie
        przeczytał wyników usg, nie chciał w ogóle czytać mojej dokumentacji! A ja tam
        poszłam z taką nadzieją ze ktoś mi pomoze że potem rozryczałam sie na korytarzu
        z bezradności i bólu. Wróciłam do domu kompletnie załamana, w ogóle nic nie
        chciało mi się już robić, walczyć o cokolwiek. Obraziłam sie na Boga na kilka
        dni, ze mi nie pomaga, ze mnie zostawił, ze Go nie obchodzę. Po paru dniach
        powoli zaczęła mi się pojawiać refleksja, że oto zobaczyłam jak słaba jest moja
        wiara i zawierzenie Bogu. Ja oczekuję że stanie się to i to a nie zawierzam Mu -
        to kolosalna różnica. Zajęło mi w sumie kilka tygodni zastanowienie sie na nowo
        co to znaczy że Jezus jest moim Panem, ze moje życie nalezy do Niego. I wynik
        tego wszystkiego była taki ze coprawda szukam ciągle pomocy i wyjścia z sytuacji
        ale wiem ze do mnie nalezy tylko tyle a WYNIK POSZUKIWAŃ zależy od Boga. Jak on
        zechce to i weterynarz mi pomoze a jak On nie zechce gdyż ma inny plan, bardziej
        dobry dla mnie - wtedy nawet super profesor mi nie pomoze. Jestem spokojniejsza
        choć także mam "doły" ale one są jakby o wiele płytsze. Jestem pewna że musze
        walczyć o moje zdrowie ale że On wszytsko trzyma w swojej dłoni.
        Jest takie powiedzenie: "módl sie tak jakby wszytsko zależało od Boga a działąj
        tak, jaby wszytsko zależało od ciebie" czyli pełne zaangażowanie woli ze
        świadomoscia że ja sama bez Niego nic nie mogę smile

        Po krótkim czasie pojawiła się jedna osoba z tego forum i dała mi pieniądze na
        zrobienie b. kosztownego badania, jego wynik dał częściowo odpowiedź dlaczego
        moje prawe kolano jest w tak fatalnym stanie. Potem ta osoba prawie zmusiła mnie
        do pójścia za jej pieniądze do wybitnego centrum medycznego na konsultację. Z
        tej konsultacji wynikło że nie miałam zrobionych wszytskich badan a koszt ich
        prywtanie jest ogromny (kilaset złotych). Lekarze na Kasę Chorych postawili mi
        diagnoze że nie można postawić na razie diagnozy choć nie kwestionują że "coś
        pani jest". Sęk w tym że jak uczestniczę w forum dla takich połamańców stawowych
        to jest to absloutna POLSKA NORMA że pacjent chorje kilka lat bez diagnozy i
        dopiero gdy pewnego dnia nie moze już wstać z łózka i OB ma 120 a CRP prawie 200
        to lekarze diagnozują chorobę reumatologiczną tyle w samych stawach zmiany są
        już 4 stopnia wtedy. Na ok 40 osób z forum "stawowego" TYLKO 3 miały postawioną
        diagnoze po roku choroby. Sami więc wiecie że jak sobie wyobrażam moją
        przyszłosc...Wrócilam i pytam się Boga "no i po co ja tam poszłam? przecieć nie
        mam pieniędzy na te badania", potem włączam komputer a tam list od innej osoby
        jeszcze wczesniejszy "kasia jakbyś potrzebowała to daj znać". Napisałam jej co
        sie dzieje, i dostałam tylko info "wpłaciłam ci tyle i tyle". No tak.... to ja
        sobie myslę ale czy ja mogę przyjąć? Dzieci umierają bo rodziców nie stać na
        przeszczepy itd a ja mam wziąc pieniądze na zwykłe badania diagnostyczne? Wydało
        mi sie to niezgodne z duchem ubóstwa wiec zaczełam gadac z osobami z mojej
        wspólnoty że co ja mam zrobić? I wszyscy jak jeden mąż: weź, to wola Boża, weź!
        Przyjęłam bez przekonania że naprawdę tak ma być. Bo jak znam życie i te badania
        nie rozstrzygną a wtedy nikt ani nic nie zmusi mnie do dalszych smile.
        NIe wiem po co napisałam to wszystko, głupi jajek moze sobie kopiowac jak chce
        znowu (skopiował moją prosbę o modlitwę w sprawie renty na forum "kosćioł,
        religia" żeby sobie posmiac z naiwnosci mojej ale na szczęście adminka zaraz
        wykasowała a jajka po raz chyba piętnasty wywaliła z forum) - niech się cieszy.
        Chciałam w ten sposób bardzo podziękowac tym dwóm osobom z was które mi pomagają
        i chcę jakoś dac świadectwo że BÓG DZIAŁA zawsze choć nie zawsze według naszych
        wyobrażen.
        Chyba to wszytsko zbyt osobiste ale jednoczesnie wszystko cały czas w duchu
        zawierzenia Bogu z ustawicznym pytaniem "a gdzie jest Twoja wola?"
        • mama_kasia Re: bardzo osobiste 22.06.05, 00:25
          Kasiu, ja tylko z modlitwą, ale przyjmij i to.
          I pisz, jak będziesz wiedziała coś więcej.
        • marzek2 Re: bardzo osobiste 22.06.05, 09:43
          Kasiu, bardzo dziękuję za tego bardzo osobistego posta. Dał mi trochę do
          myślenia. Muszę sobie przemyśleć Twoje rozważania nt działania Boga a nasze
          działania.
          I po raz kolejny cieszę się, że istnieje to forum, też ze względu na Ciebie i na
          to, że Bóg się poprzez osoby z tego forum o Ciebie zatroszczył.
        • mader1 Re: bardzo osobiste 22.06.05, 10:07
          Kasiu, bardzo się cieszę, że są osoby, które pomogły Ci nie tylko modlitwą smile
    • patka.f Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 21.06.05, 15:03
      Chyba nie potrzeba nic juz dodawac do moich poprzedniczeksmile
      Pamietam o was w modlitwie i ufam, ze juz wkrotce sytuacja sie zdecydowanie
      poprawi. Sciskam cie mocno.
    • marzek2 Do Magdy9945 21.06.05, 20:35
      Magda, dostałam wiadomość od Ciebie, bardzo dziękuję. Odpisałam na Twoją
      skrzynkę gazetową, mam nadzieję, że dostaniesz...
      • alex05012000 Re: na poprawę nastroju ... 22.06.05, 10:10
        dziś rano wysłałam wam, tzn raczej dzieciom - w szczególności dziewczynkom,
        choć jest i drobiazg dla malucha... paczkę z ubraniami i dołożyłam drobiazgi do
        zabawy - wiem jak dzieci lubią dostać nawet maleńką zabawkę lub gadżet,
        przynajmniej moja Ola zawsze sie bardzo cieszy... pozdrawiam serdecznie - maria
        • sion2 dziękuję 22.06.05, 11:05
          Dziekuję wszystkim za wsparcie smile))))))).
    • marzek2 Chciałam Wam tylko powiedzieć, że... 23.06.05, 10:27
      Nie mnożąć wątków "samowych" piszę tutaj -

      Wczoraj musiałam zmierzyć się sama z własnym podejrzeniem, że Sam może mieć np
      mukowiscydozę,chorobę genetyczną, nieuleczalną. Nie krzyczcie, nie ma żadnych
      badań, może to absolutnie nie być to, ale ta choroba daje czasem baaardoz dziwne
      objawy, przez to myli się ją często z innymi chorobami i dlatego trudno diagnozuje.

      Musiałam zmierzyć się z pytaniem "a jeśli tak, czy też być chciała go (Samuela)
      mieć? ". Więc wieczorem się mierzyłam w różnymi pytaniami. Pogadaliśmy sobie
      troszkę z Panem Bogiem, tak szczerze dawno między nami nie było...
      Dziś jest lepiej. Znaczy diagnozy nie ma, niepokój nadal troszkę siedzi, ale mam
      cichutką nadzieję, uda mi się w końcu zmusić samą siebie do przyjęcia Bożego
      pokoju w tej sprawie. Ale.... mam czasem takie chwile w życiu, po szczerych
      rozmowach z Panem Bogiem, kiedy mam odczucie, że "sprawa" poszła w końcu do
      góry. Znaczy, że ja ją w końcu tam wysłałam. I dziś takie poczucie mam. I jest
      mi "troszkę" lżej. Namacalnym tego dowodem jest to, że ból brzucha, zmęczenie i
      słabość (chyba organizm zaczął mi w końcu reagować na stres) od wczoraj minęły.
      Na razie tyle. Dziękuję Bogu za wczorajszą trudną rozmowę.
      • katriel o podejrzeniach, pytaniach i niepewności 23.06.05, 16:48
        Ja mam tak (niektórzy tak mają), że zawsze dużo trudniej jest mi pogodzić się ze
        stanem niepewności i oczekiwania na rozstrzygnięcie, niż potem z ostatecznym
        rozstrzygnięciem sprawy, nawet jeśli to rozstrzygnięcie okazuje się niepomyślne
        (w sensie etymologicznym: nie po mojej myśli). Pamiętam wiele takich sytuacji,
        nie będę wszystkich opisywać, ale coś jednak napiszę.

        Na początku maja leżałam w szpitalu z zagrożoną wczesną ciążą. Denerwowałam się
        okropnie, codziennie płakałam, bezustannie obserwowałam na przemian nasilające
        się i ustępujące krwawienia, nie byłam w stanie zasnąć bez różańca w łapie.
        Bałam się. Bałam, że moje dziecko umrze, a ja będę cierpieć.

        Ono rzeczywiście umarło. USG ostatecznie potwierdziło, że jest już po wszystkim.
        Łzy popłynęły mi z oczu, ale oprócz żalu poczułam ulgę: że to już, że już
        wszystko się wyjaśniło, że już nie trzeba się denerwować.

        Mam trochę podobnie w większej skali czasowej. Ten kilkutygodniowy epizod z
        ciążą i poronieniem był fragmentem naszej wieloletniej epopei starań o dziecko;
        którą to epopeją jestem chwilami śmiertelnie zmęczona. Zmęczona niepewnością
        właśnie, tym, że nie wiadomo, czego się spodziewać. Czasem myślę, że lepszy już
        byłby wyrok: nigdy nie będziecie mieć dziecka. Byłoby wiadomo, czego się
        trzymać. Teraz, kiedy jedno z nas podejmuje nieśmiałe próby rozmów o adopcji,
        drugie patrzy mu z niepokojem w oczy: czy ten temat zwiastuje śmierć nadziei?
        Nie widać żadnego oczywistego momentu, w którym należałoby powiedzieć sobie
        "dość"; a z drugiej strony, realnie grozi nam niebezpieczeństwo takiego
        zapamiętania się w uporczywych staraniach, że ucieknie nam normalne życie.

        W którymś momencie zeszłego roku miałam już tak bardzo dosyć, że chciałam się
        poddać. Rzucić to wszystko w diabły, przestać się włóczyć po lekarzach i
        faszerować hormonami, zrezygnować z walki z biologią. Jeśli Bóg zechce, żebyśmy
        mieli dzieci, to będziemy je mieć i tak, chcemy czy nie chcemy. Zresztą możemy
        adoptować. Bylebym miała wreszcie święty spokój.

        Był przy mnie mąż, i to on nie pozwolił mi zrezygnować. Powoli, spokojnie,
        rzeczowo tłumaczył jak krowie na rowie, że moje pomysły są niedorzeczne. Że to
        się nie godzi: adoptować dziecko po to tylko, żeby mieć świety spokój. Że leczyć
        się tak czy tak powinnam, bo to o moje zdrowie idzie, nawet jeśli nie o dziecko.
        Że przecież nie wiem, jak długo jeszcze przyjdzie mi znosić tę sytuację; więc
        wszystko, czego ode mnie chce, to żebym wytrzymała po prostu jeszcze trochę, nie
        myśląc o tym, co dalej.

        Oprócz męża pomogli mi jeszcze:

        1) C.S.Lewis, który pisze (uwaga, to z "Listów starego diabła...", więc trzeba
        czytać "na odwrót"):
        "Niezależnie od tego, co pacjent mówi, niech będzie nastawiony nie na zniesienie
        wszystkiego, cokolwiek go spotka, lecz na zniesienie tego 'przez rozsądny okres
        czasu' - a ten rozsądny okres niech będzie krótszy niż przypuszczalne trwanie
        próby. Nie ma potrzeby, by był o wiele krótszy; przy atakach na cierpliwość,
        czystość i męstwo jest rzeczą bardzo zabawną sprawić, by pacjent zrezygnował z
        walki właśnie wtedy, gdy (o gdybyż on to wiedział) był tylko o krok od zwycięstwa."

        2) Paweł z Tarsu, który pisze:
        "Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny
        jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając
        pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać." [1Kor
        10:13]
        (Odkryłam ten werset wiele lat temu, po szóstym oblanym egzaminie na prawo
        jazdy. Od tego czasu niezliczoną liczbę razy uratował mnie przed kompletnym
        załamaniem.)

    • mader1 Re: Co to znaczy ufać Bogu - przełożenie na prakt 23.06.05, 14:24
      Zrobiliście sobie taki prawdziwy Dzień Ojca..... To niesamowite, że podczas,
      gdy ja zliczam ilość podkoszulków, przekładam pranie, że ktos tam w tym samym
      czasie "przebudowuje" swoje życie.Dziękuję, że o tym napisałaś. Marzek, ufaj...
Pełna wersja