lubie, nie lubie...

23.06.05, 14:46
Juz kiedys chcialam z Wami o tym porozmawiac i jakos tak dzisiaj mi sie
zebralo. Mam nadzieje, ze w ferworze dzialan porzadkowo-organizacyjnych na
forum i przygotowan do wakacji w realu, jednak ktos znajdzie chwilke, zeby
pogadac smile

Otoz. Sa ludzie, ktorych nie lubie. Na szczescie nie jest ich wielu. Ale sa
tacy, ktorzy z pewnych powodow mnie draznia i unikam ich. Wczoraj
przypadkowo natknelam sie na znajoma z tego gatunku i odruchowo pomyslalam
sobie: "Matko, zeby sie tylko do mnie nie odezwala". Czuje, ze tak byc nie
powinno. No i rozumowo tlumacze sobie to tak, ze rzeczywiscie moze
emocjonalnie ta osoba mi nie lezy, ale przeciez gdyby cos jej sie stalo i
potrzebowala pomocy, oczywiscie bym jej pomogla.
Wymyslilam sobie na wlasny uzytek, ze mozna kochac bliznich niekoniecznie ich
lubiac. Ale nie wiem, czy sie nie oszukuje...
No bo wlasnie, jak mi sie zdarza tak przypadkiem spotkac
kogos "nieulubionego" i mam taki odruch, zeby zwiewac, to jednak czuje, ze
tak byc nie powinno sad
Czy Wy wszystkich lubicie?
    • mama_kasia Re: lubie, nie lubie... 23.06.05, 14:52
      > Wymyslilam sobie na wlasny uzytek, ze mozna kochac bliznich
      niekoniecznie ich lubiac.
      Mam tak samo. Odruch ze zwiewaniem też mam.
      • isma Re: lubie, nie lubie... 23.06.05, 15:25
        Znaczy tak. Znajomych, ktorych sama sobie wybieram, to wszystkich lubie.
        Rodzina, zwlaszcza dalsza, ekhm, duzo by mowic.

        Natomiast ja mam rzeczywiscie problem z kontaktami w pracy. Poniewaz sie
        zajmuje m.in. skargami, to czesto spotykam sie z ludzmi charekteryzujacymi sie,
        oglednie mowiac, zawyzona w stosunku do sredniej roszczeniowoscia oraz zwyklym
        pieniactwem (nie mowie o przypadkach, kiedy skargi czy interwencje sa zasadne,
        zreszta zazwyczaj akurat autorzy akurat tych to najcichsi sposrod
        wymienionych). I, szczerze mowiac, jestem uprzejma, tlumacze, wyjasniam, ale w
        srodku czasami buzuje we mnie niezla zlosc. No, nic na to nie poradze, mam
        problem z kochaniem tego rodzaju bliznich ;-(((.
        Ma ktos sposob, jak sobie z tym radzic?
        • glupiakazia Re: lubie, nie lubie... 23.06.05, 15:45
          no ja mam na bliznich upierdliwych powyzsza formulke, ale nadal mnie to uwierasad
          I to tez oczywiscie ci, ktorych sobie "nie wybralam", rodzina, praca, inni
          rodzice ze szkoly dzieci... Jak juz pisalam, nie jest takich osob wiele, ale
          zawsze mi przykro, jak zwiewam. Ale jednak zwiewam, to silniejsze ode mnie.
          • lucasa Re: lubie, nie lubie... 23.06.05, 22:08
            hej Marysiu,
            a dla mnie temat nowy dopiero od niedawna. moge z reka na sercu powidziec ze do
            dnia slubu nie bylo osoby ktorej bym nie lubila (choc mialam zal np. do mamy
            przyjaciolki, bo bardzo ja ranila). moze mialam taka sytuacje, bo w wiekszosci
            ludzi z ktorymi sie stykalam byli wybrani przeze mnie... ale nawet w pracy, czy
            znajomi jezeli w jakis sposob mi nie lezeli, to najczesciej dlatego, ze przez
            ich zachowanie/poglady nie moglam ich szanowac (a jest tego dosyc duzo: tez
            pieniactwo, ale tez chamstwo, wscibstwo, cwaniactwo, itd). a jak nie
            szanowalam - to tez nie mialam do nich emocjonalnego stosunku: lubie/nie lubie.
            tak malo po chrzescijansku moge napisac, ze po prostu mialam do nich stosunek
            olewacki.

            a teraz! eh. nie wiem jak sobie radzic z wlasnymi myslami (i uczuciami). jest
            wlasnie osoba, ktorej nie lubie, bo za duzo zranien spowodowala, powinnam
            szanowac ja chocby ze wzgledu na wiek, na wiezi rodzinne. i nie potrafie.
            metoda uniku nijak nie wychodzi, ale jezeli chodzi o moje zdrowie (zwlaszcza w
            dwoch ciazach) to przynosi efekty. tyle, ze krotkotrwalej ciszy przed burza. bo
            kolejny wybuch jest nieunikniony. i nie wiem co robic. czasami mysle, ze
            powinnam calkowicie odpuscic. ale nie moge z roznych wzgledow. plus tez sie z
            tym zle czuje. mi pomaga zdanie gdzies uslyszane od ksiedza, ze nikt nie
            powiedzial, ze trzeba miec dobre relacje z rodzina meza (wiec chyba jeszcze
            mniej z reszta bliznich?). tyle, ze nie potrafie sie (siebie) odnalezc majac
            zle relacje.

            hmmm... wiec po tym powyzszym moge napisac, ze nawet jakby teraz ktos "obcy"
            trafil sie, za ktorym bym za bardzo nie przepadala to i tak nie potrafilabym
            sie tym przejac, bo mam swoj smile problem w rodzinie i to mnie bardziej zajmuje i
            obchodzi.

            pozdrawiam
            Agnieszka

    • nordynka1 Re: lubie, nie lubie... 30.06.05, 11:57
      Ja mam podobnie - są ludzie którzy czasami albo zawsze działają na mnie
      alergicznie. Tez zwiewam. Ale ponieważ dużą część życia miałm problem z
      powinnościami, to dziś inaczej widzę siebie w tych sytuacjach. Tzn - wiele lat
      wiele rzeczy robiłam tak, jak być powinno wg mnie, czy tam jakichś reguł. Np
      oskarżałam się za uczucia wobec mojej mamy (trudna relacja), a powinnam
      przecież ją kochać. Np jakimś pokusom nie ulegałam nie z miłości do Boga, ale z
      lęku przed uczynieniem czegoś czego nie powinno się robić.Itd itp..I jak
      zdarzyło się, że sotkałąm kogoś nielubianego i zwiałam, to miałam poczucie
      winy, że przecież z chrześcijańskiego punktu widzenia nie powinnam tak robić.

      Tyle że w chrześcijaństwie nie chodzi o to by robić coś z lęku, ale z miłości.

      Więc jak dziś mi się przydarzy mieć mało chrześcijańskie uczucia wobec drugiego
      człowieka (co wcale nie jest takie rzadkie he he) to mówię sobie "popatrz, to
      jest dziś prawda o tobie - nie znosisz jego/jej, ale nie umiesz nic z tym
      zrobić. Dziś nie umiesz go kochać. Powiedz to Bogu i proś Go by nauczył cię
      miłości." Mnie pomaga. Daje wolność. I nie jest to forma samousprawiedliwiania
      się - ja wiem kiedy czegoś nie potrafię bo tak mam, a kiedy uciekam w pójście
      na łatwiznę.
      • glupiakazia Re: lubie, nie lubie... 30.06.05, 12:34
        > Tyle że w chrześcijaństwie nie chodzi o to by robić coś z lęku, ale z miłości.

        No z tym to masz zupelnie sluszna racjesmile

        Ale ja sie bede upierac, ze chodzi mi o mozliwosc rozdzielenia "lubienia"
        od "kochania". Ja sobie wymyslilam, ze jest to mozliwe i z powyzych wpisow tez
        tak wynika. A ma to przelozenie calkiem praktyczne, bo najstarsza, ktora po
        wlamaniu do naszego domu okropnie boi sie zlodziei, zapytala, czy musi kochac
        zlodzieja.
        Powiedzialam jej, ze owszem musi go kochac, ale nie musi go lubic i to, ze sie
        go boi jest naturalne. Ale kochac go musi w tym sensie, ze np. dzis wieczorem
        pomodlimy sie o jego nawrocenie.
        Moja mama na przyklad, jak jej dzieci strasznie daly w kosc, to mowila czasem,
        ze nas nie lubi, ale dodawala, ze nas kocha i zawsze bedzie kochala, tylko
        teraz nas nie lubi, bo xyz i lepiej byloby jakbysmy zeszli jej z oczu.
        Szkod to specjalnych w naszej psychice nie wyrzadzilo, ale domyslam sie, ze
        wspolczesni spece od wychowania niezle by mamusie pogonili.
        No i takie rozne mysli mi chodza po glowie, bo dzieci coraz wieksze i ich
        stosunek do innch coraz bardziej swiadomy...
        • jofin Re: lubie, nie lubie... 30.06.05, 13:59
          Oczywiscie, ze to, ze sie kogos kocha, nie oznacza ze tego kogos ma sie lubic.
          W sumie Jezus ciekawe zdanie kiedys wypowiedzial "Modlcie sie za nieprzyjaciol
          Waszych" , mowil o tym ,ze slonce wschodzi i nad dobrymi nad zlymi, mowil o tym
          nieszcsnym policzku, aby przebaczac. ja w swoim zyciu mialam taka osobe, ktorej
          szczerze nienawidzilam. Byla to dosyc bliska mi osoba. Zreflektowalam sie co do
          swoich uczuc, gdy moja przyjaciolka, powiedziala mi, ze ja nic pozytywnego o
          tej osobie nie jestem w stanie powiedziec. Wtedy zaczelam sie bardzo goracao i
          usilnie, pomimo tkwiacej w moim sercu nienawisci do tej osoby. I to bylo
          niesamowite, jak po ok. pol roku modlitwy w czasie dla mnie calkowicie
          niespodziewnaym, bo w trakcie zajec jakichs na uniwerku, poczulam, jak Bog wlal
          w moje serce milosc do tejze osoby. Od tamtej pory relacje pomiedzy nami
          diametralnie sie zmienily.
          Czasem spotykam ludzi, ktorych nie darze szczegolna sympatia. NIe zawsze, ale
          czasem zastanawiam sie, jak Bog na nich patrzy, probuje ich zobaczyc z bozego
          dystansu i powiem Wam, ze wtedy rowniez relacje moje z tymi ludzmi ulegaja
          zmianom.
          • nulleczka Re: lubie, nie lubie... 30.06.05, 15:29
            Masz rację. Ktos słusznie powiedział, że najkrótsza droga do drugiego człowieka
            jest przez Pana Boga...Gdybyśmy umieli z wiara przyjmować tych wszystkich,
            których nie lubimy...Ale - ja np. nie umiem, a czesto nawet sie nie staram...
            Przyklejam ludziom etykietki - ten nudziarz, ten siaki, ten owaki i zamykam
            się...Dla kogos może to byc bolesne, że go unikam, że stronię...Sama jestem w
            takiej sytuacji. Miałam kiedys przyjaciółkę, którą w pewnym sensie
            rozczarowałam (nie zdradziłam jej tajemnicy czy tp), której nie spodobała się
            jedna z moich życiowych decyzji. I...koniec. Minęło juz tyle lat, a ona mnie
            unika. I kontaktu z nią właściwie nie mam żadnego, chociaż próbowałam nieraz.
            Smutne to...
            • l.e.a Re: lubie, nie lubie... 03.07.05, 16:01
              nie wiem czy nie lubię, raczej mam żal do ludzi, którzy skrzywdzili moją
              rodzinę lub mnie, boje się ich i unikam sad ...
    • mamalgosia Re: lubie, nie lubie... 08.07.05, 15:41
      To ja mam jeszcze gorzej. Pewnej osoby wręcz nienawidzę. To mój duzy problem.
      Wyznałąm sprawę w spowiedzi. Ksiądz powiedział, że uczucia są ludzkie. chrystus
      mówiąc o miłości nieprzyjaciół nie miał na myśli uczuć, bo do tego nie potrafimy
      się zmusić. ALe o coś rozumowego. Czyli ja swoją miłość (której myslałam, że
      nie ma) do owej znienawidzonej osoby mogę wyrazić przez niedokuczanie jej,
      czasem wręcz przez unikanie jej, przez modlitwę za nią.
      I czasem jest to jedyne wyjście
Pełna wersja