mamalgosia
01.10.05, 16:08
Nurtuje mnie ostatnio pewien problem. Zaczynam u siebie obserwować otępienie
na nieszczęścia ludzkie - takie, które w bezpośredni sposób nei dotyczą mnie,
mojej rodziny czy znajomych. Mam wrażenie wypalenia. Tsunami kosztowało mnie
strasznie dużo emocji, potem Biesłan - za bardzo się wczuwam. Może to wina
nerwicy lękowej - i bez tych wszystkich tragedii boję się o moich bliskich.
Ale co zrbić: zamknąć ich na klucz? To zjedzą zakażonego kurczaka (ptasia
grypa) lub zakażoną wołowinę. (BSE). Jak wiadomo: niektórych nieszczęść
uniknąć się nie da. A życie w stałym lęku... można oszaleć.
To chyba jakaś samoobrona (z małej litery). Wyłączam telewizor gdy mówią o
Katrinie, wczoraj odwróciłam się gdy mówili o autokarze z licealistami z
Białegostoku. Nie mam po prostu siły.
Jak z Wami? Współodczuwacie? Interesujecie się?
A co z dziećmi? Mówić o tym: "zobacz, co się stało, rodzice płaczą, bo
stracili dziecko,ale ty się tym nie martw, albo martw się właśnie"? Czy
uczulać na takie nie szczęścia - czy przeciwnie: bagatelizować informacje
telewizyjne, żeby nie wyrobić postawy lękowej? Jak zwykle - najlepszy byłby
złoty środek, ale ja go nie znajduję.