sion2
15.12.05, 14:47
Nie, nie to nie konkurencja do rozważań Pisma

))).
Chcę się podzielić pewnymi przemysleniami, ktore dojrzały we mnie przez
tydzień czasu od forumowej polemiki "co wolno a co nie wolno" w rozważaniach
adwentowych nad Słowem Bożym.
Otóz w weekend byłam na rekolekcjach, ktore miały własnie taki temat jak w
tytule wątku. Generalnie chodziło o postawę modlitwy, która w zyciu
chrześcijanina powinna wyprzedzać wszelkie działanie, a już w szczególności to
podejmnowane dla Boga czy ze względu na Niego. Bo mozna robić i działać
wielkie rzeczy dla Boga ale... bez Niego.
Bardzo, bardzo mnie zmartwiły głosy na priv że "nie będziemy dalej ciągnąć
rozważań po adwencie gdyż jak widac nie da się uniknąć kłótni" "nie mam siły
rozstrzygać sporów, nie będę się angazować dalej" "było tak pieknie a tu....".
Przeprosiłam i jeszcze raz przepraszam za swoją niefortunne wystąpienie,
rozstrzepanie gdyz nieświadoma że mabrulki jest luteranką "walnęłam" tekst o
niepokalnym poczęciu NMP. Co prawda prawo do wyrażania swojej wiary mam i nikt
mi go nie odbiera (z tych trzeźwo tu myslących) ale taki teskt w wątku tym był
conajmniej niewłaściwy. I zupełnie nieświadomie to ja stałam się tą, która wam
zepsuła dzieło, jakiego się podjęliście.
Refleksja nad tym wydarzeniem uzmysłowiła mi jeszcze raz moją nędzę - nie tyle
grzech, gdyż o nim mowa w przypadku działania świadomego i zamierzonego które
tu nie miało miejsca - ale nędzę czyli że gdy działam nie oddając tego
działania Bogu, wtedy wlaśnie mogę kogoś urazić, zranić. Niechcący, ale
przeciez realnie! Jeszcze raz zrozumiałam wagę słow że kazde dzialanie dobre
musi mieć początek w Bogu, musi być swiadomie Mu oddane i przemodlone bo można
działac wiele dla Boga - w swoim przekonaniu - a potem okazauje się że się
działało bez Niego a więc także nie dla Niego... Sądzę że gdybym pomodliła się
przed napisaniem swojego komentarza... byłoby inaczej niż wyszło. Co do zaś
przykrości jaką odczułam ja, gdy spostrzegłam że nieformalnie zostałam
mianowana "wrogiem protestantów" na forum, takze odnoszę do siebie, że jak
bardzo ranić można kierując się uprzedzeniami wobec kogoś. Można nawet utracić
kontakt z rzeczywistością....
Ale potem jeszcze moja refleksja poszła dalej. Pomogła mi w niej specyfika
duchowości mojej wspólnoty. Otóz dużo mówi sie u nas o wszelakim apostolstwie,
podejmowanym dla Boga, ktore sobie trwa i trwa i w pewnym momecie klops! Cos
się "psuje", ktoś nam przeszkodził, coś się rozwaliło, jakiś człowiek
nawalił... "ojej, było tak ładnie a ten mi tu...". Mówiąc krótko chodzi o to,
że szatanowi zależy na tym abysmy działali pozornie dla Boga ale z dużą
domieszką "interesu własnego" który moze przyjąc postawę "jakie ładne dzieło
Boze nam wyszło" "ach, jakie to głebokie" "och, jaka cudowna atmosfera w
czasie tego dzielenia" "hm... jak dobrze, że ja w tym uczestniczę"! Są to
sytuacje z mojego życia, i z życia osób z mojej wspólnoty, a zwłaszcza
wszelakich animatorów, którzy uczetsnicząc w róznych "dziełach duchowych"
bardzo doswiadczają takich pokus. I co wtedy robi Bóg?
Ano wkracza aby nas ratować przed pychą doskonałości. Wiec musi jakoś nas
upokorzyć, pokazać rysę na tym wspaniałym dziele jakie podjęliśmy dla Niego.
Mówiąc konkretnie musi pozwolić aby coś potoczyło się nie tak, jak chcą
ludzie. Aby wypłynęła na wierzch czyjaś nędza, aby nastąpiło zranienie, aby
ktoś dokonał złego wyboru. Bo wtedy można przyjąc dwie postawy: albo się
obarzić "no to ja nie będę się bawić w to skoro stało się tak a nie inaczej",
"no to koniec", albo tez mozna spróbować odczytać takie wydarzenie jako
dopuszczone przez Boga, który domaga się czegoś od nas. Czego?
Własnie modlitwy, uznania, że to On musi być głównym działającym aby cokolwiek
duchowego miało sens, pokory że nie jesteśmy doskonali ale "przecież Tobie nie
zalezy na naszej dokosnałosci bo nie osiągamy jej bez Ciebie, Tobie zalezy na
tym abyśmy Cię potrzebowali i wzywali". Im bardziej Boga potrzebujemy, tym
bardziej On przychodzi aby przemieniać jedno i... ukazac nam następną
płaszczyznę na której oczekuje spotkania z nami - z nami w postawie żebraka
duchowego. Bo tak naprawdę nie ma innej płaszczyzny do realnego spotkania z Nim.
Sądzę, że Bóg - jesli organizatorki akcji rozważan nad Słowem miały na mysli
dzialanie dla dobra duchwego naszego wspólnego - oczekuje nie tyle "idealnej
atmosfery na forum" "doskonałej wspólpracy międzydenominacyjnej" "stosowania
się wszystkich do naszych ekumenicznych uzgodnień" ile własnie.... modlitwy
osób piszącyh, pokory, uznania że nie potrafię, że jestem zdolna tylko ranić
albo obrazić się że ktoś mi coś popsuł itd.
Myslę że zamiast pisać "regulamin dzieleń nad Pismem", wprowadzać podziały co
wolno a co nie, wystarczy wystosowac prosbę o co mniej wiecej chodzi, i gdy
pojawią się jakieś "psuje" to bardziej modlić się i reagowac na priv niż
załamywac ręce że "wszystko zniszczone". Samma nędza nie oddala nas od Boga,
tylko dopiero nieuznana nędza niszczy. Gdy jest jakiś "brak", jakiś grzech
wypłynął na wierzch to patrzeć że pojawiła sie szansa na wyleanie miłosierdzia
Boga bo Go potrzebujemy.
Nie chodzi mi tutaj o sytuacje gdy ktoś ewidentenie złamie regulamin forum,
czy wyszydzi kogos gdyż zezwalanie na zło też dobre nie jest, ale bardziej o
styaucje te związane z rozważaniem Pisma. Po prostu potraktujmy to jako nasze
inetrenetowe spotykanie z Bogiem, gdyż jak wszystkim wiadomo Pismo św to nie
"coś" ale "Ktoś"

)).