marzek2
21.02.06, 09:15
W wątku o Narnii powstała ciekawa dyskusja, ponieważ myślę, że temat
arcyważny, zaczynam nowy wątek.
Mader właśnie zaczyna doświadczenia z nastolatką w domu, Mama_Kasia chyba już
na progu tego okresu,Verdana to już weteranka w tej dziedzinie można powiedzieć
Dla mnie to trudny temat. Rozumiem ważność tłumaczenia, "dlaczego nie".
Rozumiem konieczność "popuszczania cugli" w sensie coraz bardziej
samodzielnych wyborów. Nie chcę wychować moralnych "schizofreników" które będą
zachowywać się "pode mnie" choć w środku będą uważały inaczej.
Ale... jako rodzic czuję się odpowiedzialna za moje dziecko, za przedstawienie
mu jednak swoich poglądów na życie. Czy za nimi pójdzie, przyszłość pokaże
oczywiście.
W jednej sprawie się różnimy Verdano - napisałaś w poprzednim wątku, że nie
uważasz, że należy wychowywać dziecko całkowicie zgodnie ze swoimi poglądami
(może nie dokładnie tak to napisałaś, ale chyba sens był podobny). Rozumiem,
że zakładasz pomyłki rodzicielskie i zmiany poglądów np. Tutaj się zgadzam,
nie jesteśmy wolni od błędów. Tylko widzisz, ja nie do końca wychowuję dzieci
wg moich poglądów. Ja mogę się mylić i mylę się pewnie nie raz. Ale staram się
wychowywać dzieci wg zasad napisanych w Biblii, co do których nie mam
wątpliwości, że są dla nich dobre. To jakby dla mnie "wyższa instancja"
wychowawcza. Ja jestem omylna, Bóg nie. Oczywiście pozostaje kwestia
intepretacji różnych zasad, doskonale wiem, że są na świecie chrześcijańscy
rodzice, którzy pozwalają dzieciom czytać HP (nawet takich znam hi hi)
rozmawiając z nimi, a są i tacy na tym świecie, dla których TV to dzieło
szatana i w domu nie mają (to skrajny przykład, ale wiem, że tak bywa).
Ciągle pozostaje pytanie, w jakim momencie życia pozwalać dziecku na coraz
bardziej samodzielne wybory? Jak ocenić, że jest już do tego gotowe? Jeśli np
zabraniam mojemu paroletniemu dziecku stać na parapecie przy otwartym oknie bo
może spaść a ono nie słucha mówiąc "na pewno nie spadnę" to czy mogę pozwolić
mu na samodzielny wybór? Chcę chronić moje dzieci nie tylko w kwestii ich
bezpieczeństwa fizycznego, ale też duchowego, moralnego.
Bo u mnie np było tak, że moja mama, przekochana kobieta, która chciała, żeby
wszyscy byli zadowoleni i nikogo zbytnio ranić nie chciała moim zdaniem mnie
osobiście pozwalała na zbyt wiele. Teraz z perspektywy czasu myślę sobie, że
może w paru sytuacjach sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby mama bardziej
"tupnęła nogą" i po prostu nie pozwoliła mi na to czy tamto. Z drugiej strony
ponoć w czasach nastoletnich i tak robiłam co chciałam (cytat z mojej mamy
właśnie

więc może tylko miałabym większe wyrzuty sumienia i to by mnie
powstrzymało? Być może dlatego teraz widzę u siebie niestety tendencje do
nadopiekuńczości...
Rozumiem zasadę "nie podoba mi się to, ale zrobisz jak uważasz" i myślę, że w
pewnym momencie już nie da się inaczej. Ale do jakiego momentu/wieku niejako
myślę za dziecko i za nie podejmuję decyzje?
Próbuję sobie to wszystko układać. Czyli - dużo luzu, ale też dużo
tłumaczenia, szczerej rozmowy i przede wszystkim wiarogodność wobec własnych
dzieci, tak?
Na zakończenie przytoczę Wam smutną, ale niestety prawdziwą historię,
opowiedzianą w gronie znajomych przez dorosłego obecnie syna znanego polskiego
pastora. Otóż syn ten wyjechał do Stanów na studia - na chrześcijański
college. Nie wiem dokładnie jak wychowywany był ten chłopak, ale najwyraźniej
mądrze, bo się tam uchował. Od czego? Wyobraźcie sobie, że te "grzeczne"
dzieci chrześcijańskie, chowane pod ogromnym i szczelnym kloszem, chronione
przed wszelkim złem tego świata w postaci kina, tv itp co robiły zaraz po
przyjeździe? Ten polski chłopak widział, jak studenci pierwsze kroki kierowali
do wypożyczalni i spędzali wieczory na oglądaniu wszystkich tych filmów,
których kiedyś oglądanąć nie mogli... Widział, jak te amerykańskie dzieciaki
po "spuszczeniu z rodzicielskiej smyczy" po prostu dostawały świra na punkcie
chodzenia ze sobą, seksu itp, używek wszelkiego rodzaju. Chwała pastorowi, że
mądrze wychował syna, który z pobytu w tym "świętym" miejscu przywiózł sobie
zresztą fajną żonę
Sprawa ważna. I trudna. Czekam na Wasze opinie.