Między dobrocią a roztropnością

06.03.06, 14:01
Mamy te swoje rodziny. Jesteśmy za nie odpowiedzialni. I przychodzą, zupełnie
spontaniczne odruchy dobra - dzielenia się. Czasem pieniędzmi albo wiedzą
albo czasem... Bywa ( Wam pewnie też się to zdarzyło), ze ktoś nabierze,
wykorzysta. Przyznaję, że mam wtedy wyrzuty sumienia wobec swojej rodziny czy
wprost - dzieci. Taka płytka jest granica między dobrem a naiwnością. Tak
trudno ocenić czy jakieś działanie jest jeszcze roztropne, czy już naraża
rodzinę na wymierne straty.
Wyobraźcie sobie męża ( żeby było łatwiej), ten mąż ma kolegę. Kolega
właściwie co chwilę potrzebuje pomocy w pracy - bo coś mu się zdarza, co
wprowadza go w nieustanne doły, nie wierzy w siebie itd. Miły człowiek. Ale
ten hipotetyczny mąż przychodzi później z pracy, jest bardzo zmęczony, bo
ciężej pracuje... Krzyknie na dziecko, bo nie ma już cierpliwości i siły...
Mówią o nim " dobry człowiek" - dobry, bo pomaga, współczuje. A żona myśli -
ciągle rozdrażniony, zmęczony, niewyspany.
Jak ustalić granicę ?
    • mamalgosia Re: Między dobrocią a roztropnością 06.03.06, 14:51
      Tak na szybko przyszły mo do głowy przy czytaniu Twojego posta diwe sprawy:
      1) Jan PAweł II powiedział kiedyż, ż elepiej jest być naiwnym, niż kogoś
      skrzywdzić brakiem zaufania.
      2) Na teologii moralnej mówiono nam, że jeśli nie jesteś w stanie pomóc
      wszystkim, a dobra są porównywalne, to należy najpierw pomagać najbliższym, bo
      im się to niejako od nas należy. Czyli: mąż jednak przede wsyztskim ma być dla
      rodziny a nie dla obcych. Jasne, że najlepiej gdyby był Matką Teresą i radził
      sobie z naprawianiem wszystkiego, ale jesli nie może podołać, to jego wybór
      powinien być właśnie taki.
      • verdana Re: Między dobrocią a roztropnością 06.03.06, 15:18
        Ja znam co najmniej jeden przypadek niezwykle poboznej i wykształconej kobiety,
        która za swoje powołanie uznała pomoc ludziom. Wszystkim ludziom, za wyjątkiem
        swojego syna.
        Dziecko z zamoznej, wykształconej rodziny nigdy nie było w teatrze, gdy
        przyszło ze szkoły ze wstrząsem mózgu matka nie miała czasu iśc do lekarza.
        Efekty widoczne są do dziś. Nie było tez czasu na spacery, rozmowy, chyba nie
        było nawet czasu na okazywanie miłości.
        Myślę, ze człowiek za swoją rodzinę, a szczególnie za dzieci bierze
        odpowiedzialnośc. Pomoc innym, kosztem własnej rodziny wydaje mi się słuszna
        tylko w wypadkach ekstremalnych (potrzeby innych są bez porównania wazniejsze
        niz potrzeby rodziny w tym momencie). Natomiast na codzien jest to chyba
        jednak niewywiązywanie się z wziętych kiedyś na siebie obowiazków.
        • mader1 Re: verdano 06.03.06, 15:26
          też znam takie przypadki. Zastanawiam się czemu łatwiej być dobrym dla obcych
          niż bliskich ? Czy w grę wchodzi zwykły brak asertywności, czy jeszcze coś ?
          A poza tym jak z kolei nie zasklepić się w tym swoim świecie ?
          • mary_ann relacja nagradzająca:-) 06.03.06, 21:20
            mader1 napisała:

            > też znam takie przypadki. Zastanawiam się czemu łatwiej być dobrym dla obcych
            > niż bliskich ? Czy w grę wchodzi zwykły brak asertywności, czy jeszcze coś ?
            >

            Dla mnie to proste i w jakiejś mierze dotyczy każdego - uznanie w oczach obcej
            osoby ma większa moc nagradzania (w sensie psychologicznym). Widzisz w oczach
            drugiej osoby zachwyt (często bezkrytyczny), słuchasz pochwał, rośniesz w
            oczachsmile; ktoś bliski - jakze paradoksalnie! - tego Ci nie da, nie uzna Cię za
            chodzącego aniola, bo... zna Cię za dobrzesmile, także Twoje "słabsze"
            momenty. "Po ludzku" rzekłabym, że pomoc obcym jest efektowniejsza,
            bardziej "fajerwerkowa", lżejszasmile


            Takich "altruistów na wynos" to, niestety, znam na kopysad I zgadzam się z tym,
            co powiedział cytowany przez Mamałgosię ksiądz.
            • mader1 Re: relacja nagradzająca:-) 07.03.06, 11:34
              Oczywiście, jest to tak, że w rodzinie są to powinności, jest to sytuacja
              normalna - dzielna kobieta, dzielny mężczyzna i już.
              Obcy uśmiechają się, dziękują, chwalą.
              I to zaspokajanie w gruncie rzeczy własnej próżności,bierze wielu sad
      • mader1 Re: Między dobrocią a roztropnością 06.03.06, 15:21
        wiem, nie tylko Jan Paweł II miał takie zdanie smile , ale jak pożyczysz
        znajomemu pieniądze i on ich nie zwróci... Natychmiast inni znajomi pytają cię -
        jak mogłaś być tak naiwna ? dlaczego nie spisałaś umowy pożyczki ? a jak
        widzisz swoje dzieci w wakacje na podwórku, zamiast nad morzem - głupio Ci.
        • verdana Re: Między dobrocią a roztropnością 06.03.06, 15:34
          Mnie tez oszukała najblizsza przyjaciólka. Z tym, ze nie pozyczylabym pieniedzy
          niezbędnych moim dzieciom -chyba ze na pilną operację.
          Ale szkoda i pieniędzy i przyjazni.
          A co do takich ludzi, co pomogą kazdemu, a zaniedbują rodzinę - mnie wydaje się
          jednak, ze jest to forma samousprawiedliwienia się, gdy rodziny po prostu się
          nie lubi lub nie kocha.
          • pszczolamaja Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 00:32
            Ale co znaczy "pieniądze niezbędne moim dzieciom"? Ja się nad tym bardzo często
            zastanawiam, rozmawiam z księżmi, ludźmi ze wspólnoty. Na pewno moim
            powołaniem, drogą do Boga jest przede wszystkim droga żony i matki. Czyli czas,
            ciepło, opieka i troska dla rozdiny. Ale kto z nas jest na tyle biedny, że nie
            może się podzielić? To chyba kwestia kraetywności w dzieleniu. Np. można razem
            z dziećmi pomóc sąsiadce - staruszce, można zaprosić dziecko z uboższej rodziny
            do kina czy na wspólne odrabianie lekcji. Altruizm na wynos może być
            ucieczkowy, ale jednak Ewangelia nie uczy rachunkowości miłości, tylko miłości
            bezgranicznej.
            • verdana Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 09:59
              Ale czy moralne jest np. danie pieniedzy osobie potrzebującej, jeśli są to
              pieniądze przeznaczone na uzasadnione potrzeby dzieci? Opieka nad kimś, kosztem
              większości czasu dla własnej rodziny? W ten sposób świadczymy miłosierny
              uczynek nie swoim kosztem. Ofiarowuję pieniądze, czas, a wyrzec się czegoś bedę
              musiała nie ja, tylko dzieci.
              Problem w tym, ze w wielu wypadkach traktujemy wyrzeczenie dzieci jako własne -
              jest mi przykro, ze nie pojedziesz na wycieczkę, ale te pieniądze były
              potrzebne komu innemu. Nie mam czasu ci pomoc, bo ktos potrzebuje pomocy
              bardziej. Mam watpliwosci, czy dobroczynność cudzym kosztem to jeszcze ciagle
              dobroczynność.
              Od razu zaznaczam, ze nie mówię o wypadkach ekstremalnych, gdy potrzeby innych
              są kwestią życia i smierci.
              • alex05012000 Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 11:22
                "Mamy te swoje rodziny. Jesteśmy za nie odpowiedzialni. I przychodzą, zupełnie
                spontaniczne odruchy dobra - dzielenia się. Czasem pieniędzmi albo wiedzą
                albo czasem... Bywa ( Wam pewnie też się to zdarzyło), ze ktoś nabierze,
                wykorzysta. Przyznaję, że mam wtedy wyrzuty sumienia wobec swojej rodziny czy
                wprost - dzieci."
                napiszę o swoim doświadczeniu... otóż ja pomagam (a pomagam, o czym niektórzy
                na tym forum wiedzą) wyłącznie kosztem siebie, nigdy rodziny, męża, dziecka...
                wtedy nie ma wyrzutów sumienia; na pomoc materialną przeznaczam pieniądze,
                które przeznaczyłabym dla siebie na zasadzie zjem owoc zamiast obiadu, nowe
                buty kupie w następnym sezonie, wybieram krem do twarzy za 6 zł a nie 60zł ...
                wyrzeczenia dotyczą tylko mnie, rodzina niczego nie traci, zaspokajam jej
                potrzeby i nawet "zachcianki", a jak coś zostaje dzielę sie z tymi co mają
                mniej, mało, wcale... wyrzekam siedo maksimum potrzeb własnych, nauczyłam sie
                tego przez kilka lat kiedy było nam wyjatkowo ciężko materialnie i tak mi
                zostało, mam takie niejasne przeświasdczenie, ze moją powinnością moralna
                (możecie to nazwać nakazem boskim) jest podzielić sie z tymi co potrzebują
                teraz kiedy mam nieco "lepiej"....
                świdczenie miłosiernego uczynku kosztem rodziny a zwłaszcza dzieci, małych
                dzieci uważam za niemoralne ...

                • mader1 Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 11:41
                  przyznaję, że nigdy świadomie nie naraziłam dzieciaki czy reszty rodziny na
                  straty, ale zdarzyło nam ( bo nigdy nie była to decyzja samodzielna) się zrobić
                  to nieświadomie... Nie dlatego, że odmówiliśmy czegoś dzieciom, bo kto inny
                  potrzebował. Dlatego po prostu, że nas oszukał sad
                  Ale potem zastanawialiśmy się, czy mogliśmy się jakoś bardziej zabezpieczyć. I
                  wychodziło nam, że w zasadzie ( choć trudno było przypuszczać) - mogliśmy sad
              • pszczolamaja Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 13:17
                Ja cały czas myślę,że "uzasadnione potrzeby" można bardzo, bardzo różnie
                określać. Jeżeli uważam, że są to: markowe ciuchy, ekstra sprzęt grający,
                komputer najnowszej generacji, wakacje na Majorce i tysiące zajęć
                pozalekcyjnych, to może i faktycznie nie ma się już z czego dzielić...i co to
                znaczy "kostzem dzieci"? Można się dzieci pytać, rozmawiać z nimi - "Masz 6
                samochodzików, a Jurek żadnego, może oddasz mu jeden, będzie się cieszył?".
                Ostatnio zapytałam syna, czy zgodziłby się, żeby na sobotę przychodził do nas
                chłopczyk z sąsiedztwa, który potrzebuje takiego środowiskowego
                wsparcia. "Świetny pomysł", powiedział mój 5-latek.
                A mszę mu czasem "odpuszczam", jak bardzo nie ma ochoty. Na rekolekcjach
                letnich, 15-dniowych miał wyraźnie dość. Ja go rozumiałam,nie wymagałam
                codziennego bycia na mszy.
                To chyba kwestia wyczucia. Myślę jednak, że nie możemy popadać w paranoję, na
                zasadzie - nie pomogę, dopóki na 100% nie upewnię się, że mnie nie oszukają. To
                jest jakoś wliczone w koszty, a "Ojciec nasz, który widzi w ukryciu, odda
                Tobie".
            • mader1 Re: do pszczolymaji 07.03.06, 12:06
              No właśnie, dla mnie ta sytuacja też nie jest taka całkowicie jasna. Bo w
              kwestiach zasadniczych to wiadomo - nie kosztem najbliższych.
              Ale są takie drobne, zwykłe, codzienne sytuacje. I w każdej z tych relacji
              podejmuje się osobną decyzję.
              Zaprosić sąsiadkę - tak. Ale jeżeli ta samotna osoba przychodzi coraz częściej,
              musi poopowiadać, pogadać ? Jeżeli dziecko mówi - " mamo, przez nią nie masz
              dla mnie czasu!" Zastanawiasz się i widzisz, że sąsiadka przychodzi, rozmawia z
              Tobą wymierną godzinę. Ale przecież z dzieckiem jesteś następne parę godzin -
              od 16.00 dokąd nie pójdzie spać...
    • mader1 Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 11:55
      W przypadku Matki Teresy sytuacja była jasna - brała swoje ciężary, swój trud i
      jeżeli nie dawała rady - zapewne tylko ona to odczuwała, nikt inny.
      Czytałam natomiast kiedyś wywiad z Kotańskim, nie żebym porównywała go z Matką
      Teresą, opowiadał o swoim domu, otwartym dla każdego. O problemach, które
      wnoszą ludzie obcy, o dyskusjach i rozmowach. Przecież tego czasu brakowao mu
      wymiernie wtedy dla najbliższych. Padło nawet takie pytanie, a on powiedział,
      że jego córka daje sobie dobrze radę, że uczy się w ten sposób żyć.
      Nie będę przytaczała innych nazwisk, ale tacy ludzie są wokół.
      A u nas ?
      Zastanawiamy się, czy my możemy ocenić, czy dosyć zaspokajamy rodzinę, czy
      powinni zrobić to najbliżsi ?
      Moja mama zawsze była i jest ogromnie społeczna.Dla mnie tego czasu było mało -
      zresztą nie miałam o to pretensji. To dawało mi nawet pewną wolność. Jej
      wnuczki też są gdzieś tam i Dzień Babci w przedszkolu odbierany jest raczej
      jako kłopot organizacyjny, niż zaszczyt wink
      Natomiast mojemu mlodszemu bratu najwyraźniej to przeszkodziło, niestety.
      Nawet nie wiem, czemu tak jest - mnie " nie" jemu " tak" ?
      A przecież wspólnoty, ruchy - one także " zabierają" czas ? Sluchałam skarg
      takch dzieciaków.
      • mama_kasia Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 12:20
        > A przecież wspólnoty, ruchy - one także " zabierają" czas ? Sluchałam skarg
        > takch dzieciaków.
        Tak, zabierają czas. Podobnie jak zabiera czas pójście na mszę w tygodniu,
        jak spędzanie trzech dni w kościele w czasie Świętego Triduum Paschalnego,
        jak wyjazd na rekolekcje wakacyjne.
        Mój tata kiedyś powiedział: co te moje dzieci będą miały ze świąt (Wielkanoc),
        jeśli ja ciągle w kościele jestem.
        Tylko, że ja widzę wartość w tym "siedzeniu" w kościele. Tylko że my chcemy,
        aby tak wyglądały TE święta. Tak, ciągamy dzieci ze sobą w różne "dziwne"
        miejsca. Mają inne dzieciństwo, ale czy gorsze?
        Potrzeba dużo rozwagi, mądrości, aby nie przedobrzyć. Np. jeśli
        wakacyjne rekolekcje z dziećmi, to w ciągu dnia musi być czas dla rodziny.
        U nas jest. Jest też czas na zwiedzanie okolicy. Poza tym jeździmy w
        stałym gronie ciotek i wujków. Dzieci się znają. Nasze lubią te wyjazdy.

        Generalnie staram się, aby moje zaangażownie w parafii (zresztą nie takie
        duże wink nie było kosztem dzieci. Czy kosztem nich jest to, że np. pójdą
        ze mną przygotować kościół do świąt? Ktoś powidziałby, że tak, bo w tym
        czasie mogłyby wykonać inne ciekawsze rzeczy. Ale jeśli one chcą iść ze
        mną? ...Przywyczaiły się? A coż innego mogą zrobić?
        Każda rodzina ma swój styl życia. Narzucamy naszym dzieciom różne zachowania.
        Ważne jest też, aby słuchać dzieci, aby w ich zachowaniu umiec dostrzec, że
        już przesadzam. Przecież to da się zauważyć.
        • kulinka3 Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 13:40
          Właściwie zgadzam się z tym, co napisała mama Kasia.
          Wszystko zabiera "nasz" czas rodzinny. Nawet czytanie książki czy rozmowa przez
          telefon,nie mówiąc już o modlitwie czy sakramentach, a nawet naszej obecności na
          tym forumwink).
          Myślę,że jak w każdych wyborach- konieczna jest właściwa miara.
          Rodzina jest najważniejsza, ale gdyby każdy zamknął się w 4 ścianach swoich
          domów w celu realizacji 100% potrzeb swoich najbliższych, bardzo smutny byłby
          ten świat.
          Pragnę, by moje dzieci z naszego domu wyniosły żywy przykład,że bywają sytuacje
          kiedy trzeba poświęcić swój "cenny" czas dla Pana Boga, dla bliskich, dla
          przyjaciół.
          Właściwa miara, oczy szeroko otware i dobre rozeznanie to dla mnie kryteria, by
          rozpoznawać potrzeby i sygnały najbliższych i tych innych , którym trzeba
          naszego czasu.


      • aka21 Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 14:08
        A przecież wspólnoty, ruchy - one także " zabierają" czas ? Sluchałam skarg
        > takch dzieciaków.

        Ja niestety też, i to odciągało dzieci od Bogasad(, zwłaszcza nastoletnie. Miały
        takiego życia dość, chciały rodziców!
        Aktywizm jest bardzo niebezpieczny, łatwo uciec do wspólnoty (i nie
        tylko) "dla wyższych celów", a mąż/żona niech sobie radzi z domem, dziećmi.
        Przecież Bóg ma być na pierwszym miejscu! Jakoś tak zwykle łatwiej jest być
        dobrym dla obcych niż najbliższych, oni nie znają naszych wad...Takie działanie
        niestety często rozbija jedność małżeńską.
        U nas we Wspólnocie jest zasada, że należą do niej jedynie całe małżeństwa. To
        musi być ich wspólna decyzja i wybór konkretnego powołania. Dzieci wyrastają w
        tej atmosferze (podobnie jak u Mamy-Kasismile). Jedne zostają członkami wsólnoty,
        inne wybierają swoją, jeszcze inne żyją "zwyczajnie". Ale jakoś tak zauważyłam,
        że zawsze blisko Bogasmile) mimo pytań, okresów buntu - bo i tak bywa. To chyba
        właśnie to doświadczenie domu rodzinnego. Zawsze musi być czas dla dzieci,
        małżeństwa. Tego pilnujemysmile Rekolekcje są rekolekcjami dla dorosłych, a dzieci
        zwyczajnie się bawią(no, może trochę lepiej niż zwyczajniewink), nie musza nawet
        uczestniczyć we Mszy Św.
        A z tą roztropnością, to jest problem. Myślę, że już dzieci trzeba uczyć życia
        z innymi, dzielenia się, ale i dbania o siebie - tak rozsądnie. My jak możemy
        to pomagamy, jak potrzebujemy to prosimy o pomoc. Jakoś tak zwyczajnie to się
        układa. Nie spycham własnych potrzeb na samo dno, nawet przyjemności, ale i nie
        są one najważniejsze...
        W moim rodzinnym domu zawsze było dużo ludzi (i jestsmile), czasem nas to
        denerwowało, bo znów nie można sobie z rodzicami zagraćwink Teraz patrzę na to
        inaczej, miło wspominam, nie straciłam na tym, rodzice mieli dla nas czas.
        Teraz w naszym domu są otwarte drzwi...ciekawe co na to dzieci kiedyś powiedzą?
        pozdrawiam
        agnieszka
    • utka Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 13:59
      U nas to chyba zawsze priorytetem jest pomoc, nie tylko pomoc finansowa, ale
      takie zwyczajne pobycie z kims, zaproszenie do nas, troche rozmowy - czesto
      wiaze sie to z dwudniowymi wyjazdami, bo 'potrzebujacy' np w Warszawie. To
      wazne dla mojego meza - bo od podnoszenia na duchu u nas jest on i nigdy nie
      potrafilabym z nim dyskutowac i przekonywac, ze najpierw my a reszta potem.
      Zreszta ludzie raczej bez powodu nie zawracaja nam glowy swoimi sprawami, jesli
      prosza, to naprawde sa w potrzebie. Ja jestem od tzw. pomocy finansowej (paczki
      zywnosciowe, pieniadze na leczenie dzieci itp) i coz jak tak sobie teraz mysle,
      to robie to czasami kosztem dziecka - tzn. zrobie np. paczke dla innego malucha
      a moje nic nie dostanie, bo juz pieniedzy nie starczylo. Tlumacze to sobie tym,
      ze mala jest jeszcze malutka i niewiele ja dzien dziecka czy mikolaj w tym
      wieku jeszcze obchodzi (w sesie bycia obdarowywana prezentami z tej okazji).
      Zabawki jakies ma, ubrana jest, najedzona, wypieszczona i wycalowana i
      wylaskotana i jej to wystarczy. No a na przyszlosc musze pamietac o tym, co
      napisala Alex bodajze. Pomagac bede dalej ale rezygnujac ze swoich potrzeb.
      Staram sie rozwaznie wybierac osoby, ktorym pomagam, ale i tak nigdy pewnosci
      nie mam, ze to nie naciagactwo. Wierze ze ci ludzie naprawde tej pomocy
      potrzebuja i tak mi latwiej.
      • verdana Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 15:38
        Zawsze kiedy mowa o potrzebach dzieci pojawia się ten sam watek -co dla dzieci
        jest potrzebą, a co już nie -np. modne ubranie.
        Myślę, że potrzebą jest to, co uznalibyśmy za potrzebne, gdyby nie pomoc innym.
        To znaczy, ze jeśli uwazamy, że nastoletnia dziewczyna powinna być w miarę
        porządnie ubrana, to nie nalezy kazać jej chodzić w ciuchach z lumpeksu, żeby
        pomóc potrzebującem. Ale jeśli tak czy inaczej uwazamy modne ubieranie
        dziewczyny za zbędny luksus - to ciuchy z lumpeksu będą OK, a pieniądze można
        przeznaczyć na co innego (trochę to zawiłe).
        No i myślę, że pomoc innym, jesli ma odbywać się "kosztem" starszego dziecka
        powinna być za jego niewymuszoną zgodą. Pamiętam dwie sytuacje z dzieciństwa.
        Byłam na wakacjach z babcią, dostałam od rodziców paczkę na imieniny, z dwoma
        lalkami-bliźniaczkami w kołyskach. Jedną babcia kazała mi oddać innej
        dziewczynce (młodszej, ale wcale niebiednej). Byłam okropnie rozczarowana i
        bardzo, bardzo zła. Na pewno nie zachęciło mnie to do "dobrych uczynków".
        Pamiętam też, jak ojciec dostał w pracy dużą premię. Rodzice zawołali mnie i
        powiedzieli, ze chcieli za tę premię kupić mojej drugiej babci, osobie
        samotnej, telewizor, o którym od lat marzyła (dawno to było i babcia jeszcze
        nie miała telewizora). Jesli jednak to zrobią, nie bęzie już ani grosza z
        premii, aby mi coś kupić(a w domu się nie przelewało, byłam gorzej ubrana niż
        koleżanki). Radość babci z telewizora pamiętam do dziś. Naprawdę, ani przez
        moment nie żałowalam, ze ja nic nie dostałam.
    • pawlinka Re: Między dobrocią a roztropnością 07.03.06, 19:54
      Myślę, że taka granicę potrafił dostrzec miłosierny Samarytanin. Zatrzymał się,
      zsiadł ze zwierzęcia, pochylił się, zabrał rannego, przywiózł do gospody,
      zapłacił za opiekę...
      Podobno wkrótce znów wędrował ową niebezpieczną drogą i znów zobaczył jakiegoś
      biedaka pobitego przez zbójców. Znów się zatrzymał i zajął nieszczęśnikiem; i
      tak było jeszcze wiele razy. Nie był zaskoczony, kiedy zobaczył człowieka
      potrzebującego, zręcznie potrafił już wsadzić go na osła, a osioł automatycznie
      obierał kierunek na gospodę. Aż pewnego dnia przyszedł sam osioł z rannym.
      Samarytanin został na drodze, żeby się rozprawić ze zbójcami.
      O!
      • kamilla14 Re: Między dobrocią a roztropnością 08.03.06, 11:08
        Nie wiem, czy to na temat, ale utkwilo mi kiedys takie zdanie zapracowanej mamy:
        dzieci ani nie potrzebuja nas na 100%, ani tego nie docenia...
        Mysle, ze wlasnie wazne jest, by czasem dzieci zostawic, dac szanse, by
        poradzily sobie bez mamy i nauczyc, ze mama/rodzice tez gdzies sa potrzebni/maja
        prawo miec czas dla siebie...
        A jesli to pod tak zboznym "pretekstem" jak wspolnota, to chyba tym bardziej?
        Ale oczywiscie, jesli wspolnoty sa otwarte na cale rodziny, to chyba najlepsze
        wyjscie .
        Z drugiej strony - jesli juz ktos sie "poswieca" i nie zostawia dzieci nawet dla
        wspolnoty (ja wlasnie z tych), to tez nie powinien oczekiwac jakiegos strasznego
        "doceniania" czy krytykowac tych ktorzy tak nie robia...
        K
        • verdana Re: Między dobrocią a roztropnością 08.03.06, 11:27
          Tu chyba nie ma w ogole mowy o poswięcaniu 100% czasu dziecku, kosztem
          wszystkich innych zajęć, w tym pomocy innym, uczestnictwu we wspólnocie,
          chodzenia do koscioła.
          Idzie raczej o poświęcanie tego czasu, ktory jest dla dziecka niezbędny -
          oczywiscie to rózny czas dla róznych dzieci. O sytuację, w której rodzice sa
          tak zaangazowani w pomoc innym, ze dziecko nie może na nich liczyc, bo jego
          problemy sa zawsze na drugim planie. Gdy dziecko traci i więź z rodzicami i
          pewne, konieczne mu do normalnego funkcjonowania, dobra materialne.
          I nikt nie mówi o "docenianiu". Dzieci nie wychowuje sie po to, by doceniły czy
          były wdzięczne - tylko po to, by nauczyly się dobrze funkcjonowac w
          spoleczenstwie i byc dobrymi ludźmi.
        • mader1 Re: Między dobrocią a roztropnością 08.03.06, 11:30
          prawdę pisząc ( bo przecież nie mówiąc wink)) poruszając ten temat wcale nie
          miałam gotowej tezy.Ciągle nie mam zresztą.
          Oprócz ewidentnych przypadków zaniedbań czy głupoty, jest mnóstwo, które z
          boku, 'obiektywnie" mieszczą się przecież w normie. Słucham wspomnień koleżanek
          o ich domach i słucham czasem skarg dzieciaków w związku z ich rodzinami. Inni
          z kolei są zadowoloni ze swojego życia. Widzę czasem, że dzieci przesadzają -
          im więcej mają rodziców, tym bardziej ich jeszcze zawłaszczają.Inne, choć
          rodzice wcale się specjalnie nie starają i tak wspominają ich dobrze.Co
          sprawia,że ta "komunikacja", pomimo dobrych chęci rodzicow zaburza się ?

          Natomiast - nie wiem, czy tez macie takie spostrzeżenia - są rodzice, którzy
          nigdy nie reflektują. Robią coś źle - daje złe efekty, znajomi,czasem psycholog
          z nimi rozmawia, a oni swoje.
          • verdana Niereformowalni... 08.03.06, 12:48
            Moja przyjaciółka-psycholog załamuje ręce. Mówi (i niestety dotyczy to głównie
            matek), że coraz wiecej jest "niereformowalnych". Dziecko jest w fatalnym
            stanie, mówi się matce, co robi źle, a ona upiera się "że to dla dobra dziecka".
            Moim zdaniem liczba niereformowalnych rodziców rośnie, z powodu coraz wiekszej
            izolacji rodziny. Kiedyś jednak rodzice liczyli sie z opinią dziadków czy
            otoczenia, teraz - co dobrze widac na innych forach - jest to oceniane wręcz
            negatywnie. Króluje haslo "Matka wie najlepiej".
            A bardzo często nie wie - spoleczeństwo nie składa się ze 100% nieomylnych
            kobiet.
Pełna wersja