verdana
08.03.06, 13:53
Na "Starszych dzieciach" toczy się dyskusja (awantura właściwie), o to, jak
dalece można pomagać dzecku w odrabianiu lekcji. Pierwszoklasista dostał
zadanie domowe z religii - wierszyk, który ma napisac. Jego mama prosi o
pomoc w napisaniu wierszyka, a więc zamierza dac dziecku "gotowca", jako
samodzielnie odrobioną lekcję (i to na religię, co mnie wydaje sie
absurdem...). Jest to wg. mnie uczenie małego dziecka nieuczciwości. Znajduję
się jednak w zdecydowanej mniejszości, większość sądzi, ze nic w tym
nieuczciwego nie ma, taka pomoc jest wrecz wskazana, a dziecko musi miec
zawsze odrobione lekcje - to sprawa nadrzędna.
I teraz zastanawiam sie - czy są w ogóle szanse, by wychować ucznia na
uczciwego człowieka. Nie da się ukryć - szkoły 100% uczciwie skończyć się nie
da. Co mozna zatem zaakceptować, a czego absolutnie nie, by były szanse, ze
na spółkę ze szkołą nie wychowamy oszusta, kłamcy i plagiatora?
Dla mnie niedopuszczalne jest robienie czegos za dziecko w pierwszych
klasach. Później - o ile dziecko juz wie, co jest uczciwe, a co nie - jest to
chyba mniej groźne, o ile uczeń zdaje sobie sprawę, ze nie jest to
postępowanie właściwe. Wychodzę tu z założenia prawa rzymskiego "nie można od
nikogo wymagac rzeczy niemozliwych" (akurat licea lubują się w łamaniu tej
zasady) - ale dziecko musi zrozumiec, ze nieuczciwość jest nieuczciwością.
Raz w życiu poradziłam ściagnąć pracę z internetu, gdy wypracowanie, napisane
samodzielnie i z wielkim trudem przez nastoletnią córke, zostało odrzucone,
bo miało 5 stron "tyczasem inni napisali na trzydzieści". Ale co sadze o
nauczycielu, który tego wymaga powiedziałam bardzo dobitnie.
Mogę dopuscić ściąganie na klasówce, nigdy na egzaminie konkursowym. Mogę
dopuscić z trudem napisanie koleżance wypracowania, od którego zależy
promocja, nigdy - eseju maturalnego.
Zastanawiam się, gdzie są granice, po których przekroczeniu wychowuje się
panienki, takie jak jedna z moich magistrantek, która po raz siódmy przysłała
mi pracę, będacą plagiatem.