My jako dzieci...

26.09.06, 10:19
Jesteśmy rodzicami ( przeważnie), ale jesteśmy tez dziećmi. Dziećmi Bożymi.
Dziećmi własnych rodziców.
Wydaje mi się, że mamy wobec nich bardzo różne oczekiwania. Niektórzy
chcieliby wręcz, by rodzice zostali na zawsze opiekunami. Mam koleżankę,
która urodziła dziecko i już trzy tygodnie po urodzeniu, spanikowana, oddała
je w ręce swojej mamy i wróciła do pracy - od rana do nocy.
Inni z nas chcą być samodzielni - pomoc rozumieją, jako doraźne, celowe
wpadanie. Wizyty pożytkują na plotki z rodzicami.
Jak to wygląda u Was. Czy " odejście" od roli dziecka uważacie za część
dorastania ? Czy dzieckiem powinno się być zawsze.
I co z rodzicami ? Jak oni przyjmują nasze postawy wobec nich ? Czy to trudne
zbudować nowe, dorosłe relacje ? Czy to się udaje ?
    • samboraga Re: My jako dzieci... 26.09.06, 12:02
      taak...ja chętnie poczytam co o tym myślicie, bo u mnie jest tak jak widać wątku
      obok...wink i chętnie podpatrzę Wasze pomysły na 'odpępowioenie'wink)
      • mader1 Re: My jako dzieci... 26.09.06, 12:52
        ja - ja jako dziecko - nie musiałam miec zbyt wielu pomysłów. Byłam " ta
        starsza" w rodzinie. Ta " trochę nieudana" , bo chora. Nie myślcie, ze mama
        mnie nie kochała - kochała, ale jest jakieś poczucie porażki, jak dziecko
        chore. Zwłaszcza, że kiedyś cokolwiek się ze mną złego działo, lekarze zaraz
        mieli to jej za złe. A przynajmniej ona tak to odczuwała.Do tego bylam inna,
        niż ona w dzieciństwie. Inna niż tato w dzieciństwie.
        Mieliśmy powazny problem w domu i to wokół tego wszystko się kręciło.
        Z tatą miałam słaby kontakt. Mama jest osobą towarzyską, lubianą, często w coś
        zaangażowaną, ruchliwą.
        Podobno tęsknili za mną, gdy po ślubie wyprowadziłam się z domu. Ja tego aż tak
        nie odczułam. Mieszkaliśmy w innej dzielnicy, nie było telefonów, ciągle gdzieś
        biegałam - uczelnia, znajomi, zwykłe zakupy zabierały mnóstwo czasu... Rodzice
        nie mieli samochodu i my tez. Dziecko urodziło się dopiero po trzech latach.
        To był nasz czas na " odpępnianie".
        Całe szczęście, że moja mama jest taka ruchliwa, bo ona jest ogromnie władcza.
        Ilekroć więcej uczestniczyła w naszym życiu, wszyscy liczyli chwile do jej
        wyjścia smile)) Jest dziarska, ale potrafi mnie wyspowiadać ze sposobu trzymania
        talerza smile))
        Postępem usiłuje wkroić warzywa, których dzieci nie jedzą.
        Przestawia szczotkę w inny, lepszy kąt smile))))
        A gdyby przyjeżdżała na zmianę z moją teściową smile))) o... to juz ani nie
        jedlibyśmy tak, jak lubimy, ani nie mielibyśmy tych znajomych, co chcemy ( a po
        co nam w ogóle znajomi ????smile))), ani w konsekwencji ne myślelibyśmy jak
        myślimy smile))))
        Mój mąż ma na moją teściową jeden sposób - mówi do nie, co myśli, czy chce
        zrobić. Ona, niezmiennie od kiedy skończył naście lat, nie akceptuje tego.
        obraża się więc. I wtedy on nie robi nic. Przeczekuje. Mnie to boli,
        zadzwoniłabym, coś jeszcze wyjaśniała, starała się załagodzić. A on nic.

        Wiecie co ? Jak już mamy jakiś kryzys, przypominam sobie te wszystkie momenty,
        kiedy były naprawdę świetne. Trochę to pomaga. I oddalenie.
        Bo na ich charakter już nic nie poradzimy.
    • mamalgosia Re: My jako dzieci... 26.09.06, 14:46
      Ja dla odmiany nie miałam problemu z tym "odpępnieniem", głównie dlatego, że
      nigdy nie miałam głębokiej więzi z rodzicami. Z ojcem w ogóle zero. życie na
      własny rachunek nie przyszło mi z trudem, a wręcz z radoscią.

      Gorzej u mnie z taką niedojrzałościa umysłową, infantylizmem, wrażliwością
      dziecięcą, wyobraźnią - z wszystkim tym, co u dziecka uchodzi (i nawet może
      się podobać), a u dorosłego nei do zniesienia.

      A co do dziecięctwa Bożego to tez niespecjalnie. Bo istotą takiej relacji jest
      zaufanie Rodzicowi - czyli to co szwankuje najbardziej.

      Ale jak już mówimy o takich rzeczach, to przypomniał mi się pewien znajomy.
      Ożenił się w wieku 32 lat, a jego matka nadal uwazała, że on jest jej i tylko
      jej. I przyszła do jego mieszkania (tj jego i jego zony), usiadła na kanapie i
      powiedziała, że się stamtąd nie ruszy dopóki on jej nie zrobi zakupów
    • brucha Re: My jako dzieci... 26.09.06, 17:16
      dla rodziców zawsze będziemy dziećmi. moi ciągle mają zapędy do zachowania tak
      jakbym miała lat naście. godzą się z faktem, że jestem juz dorosła, no ale
      często postępują wg zasady, że 'spróbować podziałać tak jak te dwadzieścia lat
      temu nie zaszkodzi'. wtedy trzeba uprzejmie acz stanowczo hamować te zapędy.
      szczególnie bolesne sa dla nich chwile, kiedy czasami zbawienne porady i
      sugestie dawane nam, w sumie w dobrej wierze, nie sa przestrzegane bo mamy inne
      zdanie.

      np. moja rodzicielka, która się żali, że synowa jej nie słucha, (bo akurat moja
      bratowa ma inne niż moja matka a jej teściowa podejście do wyciagania z
      koszmarnej alergii dzieci jednej a wnuków drugiej). i tym podobne...

      za to pod tym względem super są rodzice mojego męża. z pępowiny pozostawili
      sobie miłość i gotowość, gotowość do rozmowy, do pomocy, do udzielania porad.
      zawsze dyskretnie, bez narzucania się, czekają na sygnał, nigdy nie naciskają.
      jestem pod wrażeniem tej ich delikatności.

      tyle tylko, ze czas ucieka i coraz bardziej zaczynam czuć, że to ja powinnam
      zacząć zachowywac się jak rodzic moich rodziców. tłumaczyć, że kłócą się o
      bzdury, że jedno albo drugie powinno zrobić takie i takie badania (co zdarza
      się coraz częściej i jest trudnym tematem do rozmowy)...
      • brucha Re: My jako dzieci... 26.09.06, 19:22
        no jeszcze musze dopisać - sprawdzanie czy jadłam, co jadłam i ile jadłam, czy
        ciepło się ubrałam itd. widujemy 1-2 razy w miesiącu, ale nie przepuszczą
        okazji, żeby przećwiczyć swoje nawyki sprzed lat. szczególnie urocze jest to,
        że mój ojciec zawsze lepiej wie ile powinnam zjeść (i ile by to nie było dla
        nego zawsze będzie za mało ;o)
        a ja oczywiście zachowuję się jak smarkula - nie jem i na złość mamie nie
        zakładam czapki.

        poza tym to fajnych mam rodziców.
        ale wyprowadziłam się z domu w wieku lat 19 i chwalę to sobie bardzo.

        m.
    • dorotkak Re: My jako dzieci... 26.09.06, 19:57
      mader czy czytasz chyba w moich myslach, bo jakis czas ten zastanawilam sie nad
      podobnym watkiem, ale bałam sie, że może zostać uznany za zbyt osobisty, więc
      tym bardziej ciesze się, że jest ten wątek!!!

      A co do moich relacji z rodzicami to dwie skrajności:

      z mama jesteśmy jak koleżanki, mówię jej w zasadzie wszytsko, co nie jest
      tajemnicą, traktuję to jak coś normalnego, zawsze mogę liczyć na jej radę i
      pomoc, zmieni wszytskie swoje plany, żeby sie dostosować. żeby nie było tak
      słodko to oczywiście nie zawsze się zgadzamy, ale zarówno jedna i druga strona
      to rozumie i akcepyuje.

      Z tatą zaś to inna historia... od małego miała znikomy kontakt, zawsze dużo
      pracował, potem też za granicą i przez dwa lata nie było go w domu i chyba
      właśnie do tego najbardziej się przyzwyczaiłam. Wiem, że mnie kocha, ale ta
      miłość wg mnie zatrzymała sie na etapie 10letniego dziecka, co trzeba zwrócić
      uwagę, żeby sie ciepło ubrało i zjadło obiad, nic głębszego, w sumie to przykre
    • svistak Re: My jako dzieci... 26.09.06, 21:39
      hmmm... nie pamietam kiedy pepowina zupelnie odpadla. chyba gdy ostatecznie
      zabralam resztki swoich gratow z maminego strychu. wtedy juz nie bylo
      pretekstow do wizyt pt. musze cos zabrac,lecz bywanie w goscinie...ale
      samo "odchodzenie" zaczelo sie gdy pojechalam do liceum z internatem (oj, to
      juz niemal prehistoria smile)))
      mojej mamie i babci od wielu juz lat sama matkuje...ojciec byl typem pustelnika
      tzn. niemal sie nie odzywal.nigdy.dopiero bedac u kresu swych dni wypowiedzial
      w ciagu kilka slow... do mego starszego synka (mlodszy urodzil sie tydzien po
      pogrzebie taty). baaaardzo brakuje mi mego dziadka,ktory de facto mnie wychowal
      (zmarl w maju br.)- wciaz go oplakuje,zwlaszcza widzac stan babci i mamy...

      s.
    • berek_76 Re: My jako dzieci... 27.09.06, 13:11
      Dzieckiem pozostaje się zawsze. Sęk w tym, że dorosłe dziecko to co innego niż
      niedorosłe dziecko smile
      Ja uważam, że jakoś tam dorosłam, zwłaszcza przez ostatni rok. Oznacza to, że
      sama jestem odpowiedzialna za siebie i własne dzieci, że od nikogo nie wymagam,
      aby wspomagał moje dorosłe życie. Także od rodziców.

      Ale nadal jestem ich dzieckiem - ich zdanie jest dla mnie ważne, ich dobro się
      dla mnie liczy, a ich pomoc, ta dobrowolna, jest nieoceniona.

      Mamie trudnbo się pogodzić z tym, że już nie jestem jej podporządkowana, ale to
      już taki typ, który zawsze lepiej od wszystkiich wie, co dla nich dobre smile A
      ostatnio chyba przekonała się, że ja sobie nienajgorzej z życiem radzę i też
      jakoś nam się tarcia wyciszyły. Fakt, że naszej rodzinie życie zaaplikowąło
      kurację wstrząsową pomojej małżeńskiej katastrofie, ale myślę, że wyszło nam to
      na dobre. Okazało się, że naprawdę jesteśmy rodziną - moi rodzice, ja, brat i
      jego żona i dzieci. I to chyba wywindowało nas na ten wyższy, bardziej dorosły
      poziom relacji rodzinnych.

      -----------------------
      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • mader1 A znacie ten tekst ? 27.09.06, 13:38
      " Ja tam się Wam nie wtrącam, ale..." smile)))

      Wiecie co ? W rodzinie mojej bliskej koleżanki wygląda to zupełnie inaczej.Ona
      specjalnie kupiła mieszkanie w pobliżu swojej mamy. Chcieli mieszkać osobno,
      ale byc " dużą rodziną". Po jej powrocie do pracy codziennie odprowadzali rano
      maleństwo - pierwsze, drugie , trzecie do mamy. To do mamy przychodziła
      opiekunka i zabierała maleństwo na spacer na dwie godziny.
      Oni z góry zakładają, że będą sobie pomagać i uważają , że to i tak
      nieuniknione, lepiej mieszkać blisko i żyć w mozliwej bliskości.
      Czasem mama wymaga już też opieki i wtedy łatwiej jest jak blisko, obok, częśc
      życia zorganizowana wspólnie.
      Ta sytuacja ma plusy i minusy, natomiast dla nich była " naturalna" - tzn nie
      myśleli o niczym innym.
      • brucha Re: A znacie ten tekst ? 27.09.06, 14:20
        u nas "zrobicie jak chcecie, ale ja uważam..."

        nigdy nie chciałam mieszkać za blisko rodziców. u nas odległość wzmacnia więzy.
        ale ostatnio poczułam, że to będzie problem. rodzice powoli robią się dziećmi i
        to po raz nieznośnymi po dwa czasami niesamodzielnymi. właśnie dotarłam do
        takiego etapu w swoim życiu i zastanawiam się jak to wszysko pozbieram do kupy.
      • nordynka1 Re: A znacie ten tekst ? 27.09.06, 14:21
        no właśnie - ja myślę, że to zależy od rodziców. Są tacy, którzy sami
        odpępniają swoje dzieci - tzn pozwalają na kolejne wydarzenia w życiu ich
        dzieci i towarzyszą im w nich z troską ale bez narzucania się. Tacy to sami
        muszą być i dojrzali i dorośli. A są tacy, którym potrzebny jest wstrząs w
        postaci nagłej wyprowadzki czy ślubu. No i w końcu sa tacy, na których nic nie
        działa...
        Mader nasze mamy są bliźniaczkami wink..znamy 'ten' typ, znamy.. Moja jednak się
        nieco zmieniła po moim-naszym ślubie. Zanim do niego doszło trzeba było się
        wyprowadzić. Wszystko było nie tak. Wszystkie moje wybory - od maleńkich po
        duże były "nie te". Wyprowadziłam się. Obraziła się. Pierwszy raz odwiedziła
        mnie po miesiącu. Potem spotkałam mojego przyszłego męża. Mama chyba zaczęła
        mieć nadzieję, że "znormalniałam" i że jeszcze będą ze mnie ludzie wink. Ostatni
        wyskok mamy, taki totalnie w jej najgorszym stylu, to był wybór miejsca wesela.
        Uparła się pryz jednym i koniec . Nieistotne było nasze zdanie, odczucia i
        takie tam drobiazgi. Posuwała się do wszystkich swoich chwytów (szantaż
        emocjonalny, na nas, nawet na rodzicach męża), żeby osiągnąć swój cel.
        Zgodziliśmy się na to miejsce, ale przedtem była rozmowa, w której
        wypunktowaliśmy wszystkie jej "chwyty" i powiedzieliśmy, że zgadzamy sie tylko
        dlatego, że widzimy iż to grozi jakims strasznym konfliktem. A my go nie
        chcemy. Po ślubie mama się zmieniła. Nie wiem jakim cudem, ale się zmieniła.
        Nie wtrąca się (no chyba że nie może wytrzymać smile), słucha co sie mówi, bywa
        nawet, że szanuje nasze zdanie. Traktuje mnie jak dorosłą. Wreszcie... NAwet
        zdarzyło się jej zwierzać mi ze swoich kłopotów - a to sobie bardzo cenię smile.
        Ale wiecie - potrafi powiedzieć "ja tam się Wam nie wtrącam ,ale..." smile

        A z tatą pomimo jego powściągliwości w okazywaniu uczuć zawsze miałam bliski
        kontakt. Zawsze czułam się przez niego kochana, pomimo, że nie umiał i nie umie
        do dziś tego okazać na zewnątrz. Trudno się z nim rozmawia, ale jest mi bliski.

        O ile moi rodzice nie narzucają siez pomocą, to teściów trzeba delikatnie
        hamować - bo oni to najchętniej widywali by nas codziennie na obiedzie,
        załatwiali za nas różne nasze sprawy (choć trudno im chodzić i nie mają
        samochodu) i wogóle zrobią za nas (właśnie "za" a nie "dla"!)wszystko. Ale
        odmowę zawsze przyjmują do wiadomości.
    • minerwamcg Re: My jako dzieci... 27.09.06, 14:55
      Moja mama nie była nigdy, w przeciwieństwie do wielu znanych mam, upiorem
      pracowitości. I chwała jej za to, bo dom nie był "świątynią odkurzacza", a ja
      dośc szybko nauczyłam się sprzątać po sobie i wcale nieźle gotować. Nie
      przejawiała też specjalnej energii w ingerowaniu w moje sprawy - nie
      sprawdzała, nie kontrolowała; liczyła, że nie zrobię głupstwa, i nie
      przeliczyła się.
      Po śmierci taty byłyśmy ze sobą bardzo mocno związane, zastanawiałam się, jak
      przeżyję jej odejście - i modliłam się, żeby to się stało, kiedy już będę miała
      własną rodzinę.
      Kilka lat temu mama trafiła do szpitala. Nic wielkiego, ale lekarz
      (podpuszczony także przeze mnie) kategorycznie zabronił jej palić. Posłuchała.
      I zaczęły się kłopoty z nerwami - chorobliwy niepokój, płaczliwość, powodem do
      ciężkiego zdenerwowania był mój późniejszy powrót z pracy, domagała się
      telefonów i komunikatów gdzie jestem i co się dzieje, "bo ona się denerwuje".
      W takiej sytuacji poznałam Weasleya. Mieszkał w innym mieście, jasne było, że
      po ślubie i my tam zamieszkamy, moje przejmowanie się nerwami mamy uważał za
      chorobliwe i niepokojące. I co? Mamie przeszło jak ręką odjął! Zaczęłam
      wyjeżdżać do Warszawy na coraz dłużej, wreszcie po ślubie wyniosłam się na
      zawsze - a mama sobie żyje, coraz spokojniejsza i bardziej zrównoważona, cieszy
      się z naszych odwiedzin, lubi, jak do niej dzwonię - ale wydaje się być
      całkowicie pogodzona z faktem, że jak dotąd byłam z nią "zawsze", tak teraz
      będę tylko "czasem" i na dość krótko.
      • netus Re: My jako dzieci... 27.09.06, 20:30
        Świetny temat na rozmowę...
        Moi rodzice sa bardzo otwarci na nas, czasem az za bardzo chcą nas wyręczać, do
        tego stopnia, ż pod nas układająs obie swoje obowiązki, wyjścia, jesli ne
        zadzwonię raz dziennie, czuję lekkie zakłopotanie w mamy tonie (przez
        słuchawkę) męczy mnie to czasem, ale pomaga mi świadomość, że to z miłóści i
        troski. Bardzo przeżywają nasze obowiązki, brak czasu itd. Żałują nas i stąd
        tak się troszczą. Początki nie były łatwe, chcieli nami bardzo zawładnąć,
        wszystko wiedzieć (to chodzi o mamę, a tato pod mocnym jej wpływem, typowy
        mariaż oparty na dominującej kobiecie, był niepisane oczekiwania że wspólne
        obiady, itd. Dzieci przychodziły na świat ,a mamie w świadomości rosły
        oczekiwania że to jej dzieci.
        Teraz sytuacja sporo się zmieniła, choć ciagle musze studzić te jej zapędy,
        czasem myślę, że chciałałby żyć naszym życiem, bo swoim się znudziłą.
    • jusiadyk Re: My jako dzieci... 27.09.06, 22:23
      Jak zaczełam budować swój dom to praktycznie miałam do wyboru 2 działki: tuż
      przy rodzicach i 4 km od nich. Wybrałam tą dalszą, odległość jest w sam raz.
      Ale stety-niestety pracuję z moimi Rodzicami i to powoduje, że ich zdanie
      (zwłaszcza ojca) jest dla mnie bardzo często tak ważne, że aż w moim odczuciu
      za ważne. Czuję, że to ja nie odcięłam tej pępowiny, bo często myslę "co sobie
      tata pomyśli" a on sobie często coś tam mysli inaczej niz ja. Ale tak w ogóle
      to się kłania jeszcze jeden temat: jesteśmy dziećmi swoich Rodziców zawsze,
      nawet gdy oni będą juz na tyle starzy, że będą potrzebować naszej bardzo silnej
      opieki. Opiekowałam sie długo moja chorą na Alzheimera babcią i szczerze mówiąc
      wiem, że ciężko bdzie mnie kosztować sprostanie czemuś podobnemu gdy będzie
      chodziło o moich Rodziców.
    • mama_kasia Re: My jako dzieci... 27.09.06, 23:02
      A mnie mojej mamy coraz bardziej żal sad
      Denerwuje się często (ma powody). Mam wrażenie (może niesłuszne), że
      raczej nie lubi ludzi. Często ma pretensje...
      I jakoś ten żal zbliża mnie do niej.

      Zrobiłam jej kiedyś wielką przykrość. Była nasza 10 rocznica ślubu,
      okrągła. Zaprosiliśmy przyjaciół z południa Polski i jeszcze innych,
      naszą wspólnotę, ojca, który nam udzielał sakramentu. Zorganizowaliśmy
      mszę tylko dla nas. Potem ognisko przy klasztorze. ...Ale nie zaprosiliśmy
      mamy sad Bardzo, bardzo jej było przykro.
      A wzięło to się z tego, że ja prawie wcale nie jestem z mamą związana.
      Dla mnie rzeczywiście bliżsi są moi przyjaciele. Ale tak było zawsze.
      Nawet do głowy mi nie przyszło, że na "kościelną" część mogę ją
      zaprosić (mama do kościoła nie chodzi). Dla rodziny było przewidziane
      "świeckie" przyjęcie.

      Nie jestem związana, ale...
      w zasadzie ciągle czuję się dzieckiem mojej mamy w tym sensie,
      że wpływa na mnie to, o co ma do mnie pretensje, czego ode mnie chce.
      Jak ma przyjść, myślę o tym, czy mam posprzątane. Jak dzieci idą
      do niej, to sprawdzam im uszy i paznokcie. To nie jest w porządku sad
      Czuję się pod kontrolą, choć naprawdę tej kontroli fizycznie tak wielkiej nie
      ma. To w mojej głowie ona jest. Mama narzeka, gada, ale często ot tak
      tylko, aby pogadać. I pewnie nie piszę tu całej prawdy, bo tylko
      te przykre o niej rzeczy.

      Myślę, że ona by chciała, abyśmy były sobie bliższe, ...ale to trzeba
      było budować kiedyś. Teraz też się da, ale to już nie jest takie
      łatwe, naturalne, jak w dziecięctwie. Szkoda sad

      Z tatą wygląda to inaczej, bo tata jest chory, nie mówi. Kontakt jest
      utrudniony, ale dzięki temu jest mi np. łatwo ucałować tatę, pogłaskać,
      uśmiechnąć się, zagadać smile Choroba (tata jest po udarze), choć
      oddaliła nas w słowach, to zbliżyła w uczuciach smile
      • nordynka1 Re: My jako dzieci... 28.09.06, 10:19
        wiesz Kasiu ja mam trochę podobnie..nigdy nie czułam się z moją mamą związana,
        Mam przyjaciół do których mi bliżej niż do niej, wiem, że zawsze pragnęła
        bliskości której nie umiała zbudować i teraz jest za późno - myślę sobie
        czasem , że przyjdzie chwila, w której poczuję, że ja moge do niej wyjść - ale
        to jeszcze nie jest teraz. Też mi jest jej coraz bardziej żal, bo..bo ja coraz
        wyraźniej dostrzegam przyczyny tego jaka jest, warunki w jakich musiała
        dorastać i które ją ukształtowały (z tatą mam podobnie, ale z tatą zawsze
        miałam blisko - tu doszło tylko zrozumienie przyczyn jego zamknięcia). Ja tak
        pisałam o niej o jej wybrykach i tym jaka czasem bywa, ale powinnam dopisać, że
        tak naprawdę to mi jest jej żal i myślę że jej z samą sobą musi być trudno, z
        jej nieumiejętnością spokojnej rozmowy, z łatwością wpadania w irytację czy
        złość, czy obrażanie się - nie umie przekazać inaczej swoich uczuć, a na zmianę
        tego jest już za późno. O jakieś 30 lat...Nieszkodzi. Dla mnie ważne jest bym
        patrzyła na nią nie przez swoje krzywdy ale miłosiernie.
        Staram się..trudne to ale ..uzdrawiające i dające pokój.
        • mama_kasia Re: My jako dzieci... 28.09.06, 10:50
          Dla mnie ważne jest bym
          > patrzyła na nią nie przez swoje krzywdy ale miłosiernie.
          > Staram się..trudne to ale ..uzdrawiające i dające pokój.

          Tak, właśnie tak trzeba i ...tak się staram. I chociaż nie wypływa to
          z natury, bliskości, to próbuję tych małych gestów miłości.

          A mój tata to nam (mnie i siostrze)kiedyś wytłumaczył, że bardzo nas kocha, ale
          nie potrafi tego okazać. Mówił, że jego mama też taka była.
          I chociaż chce, abyśmy wskakiwały mu na kolana (to było w liceum smile,
          jak córki jego kolegi, to wie, że tego nie robimy, bo on jest taki
          jaki jest.
          Dla mnie to jego wyznanie wystarczyło za całą nieokazaną bliskość smile
          • nordynka1 Re: My jako dzieci... 28.09.06, 11:39
            smile)ładne...
            też miałam kilka takich sytuacji z tatą, tez mi wystarczyły smile)
    • mader1 Ile razy zraniłam... 28.09.06, 15:05
      Pod wpływem postu Mamy Kasi zastanawiałam się, ile razy zraniłam swoją mamę,
      swojego tatę... Nie wiem...
      Pyskowałam im, ale umiarkowanie, bo naprawdę mieliśmy tudną sytuację w domu i
      ona nie dotyczyła mnie.
      Czasem czułam się źle osądzona, zraniona, niewłaściwie potraktowana, czasem,
      były takie momenty - że niekochana. Nie wiem, skąd się to w dziecku a raczej
      nastolatku bierze... Myślę, że bardzo mnie kochali, no mama jeszcze żyje, więc
      ciągle kocha. Tak to tylk wśród ich problemów , wad, moich wad wychodziło.
      Staram się nie pamiętać tych zranień, zadrapań, bo wiem, że słowa są źródłem
      nieporozumień. Rozumiem to teraz. I prawie ,bo oprócz ostatniej rozmowy z
      tatą,udaje mi się to.
      A czy ja ich zraniłam ? Nie chciałam, ale pewnie tak.Pewnie mówiłam coś
      niesprawiedliwego, niedobrego, co mi nawet w pamięci nie zostało. Ze zwykłej
      głupoty.
      Bardzo żałuję.
      • netus Re: Ile razy zraniłam... 28.09.06, 20:57
        JA swoich rodziców bardzo kocham, ciągle czuję się ich dzieckiem, choć to tez
        jest męczące, jak wcześneij pisałam. Ale wiele się zmieniło, wydoroślałam,
        widzę wiele i znam więcej historii swojej rodziny, faktów, które uksztalłtowały
        ich małżeństwo i podzwiam, że prztrwali razem.
        Z drugiej strony ciągle jeszcze jesteśmy tymi, którrzy od nich biorą: pomoc
        przy dzieciach, częste wybieranie ich ze szkoły, spedzanie popołudniowych
        chwil, gdy moge iśc na aerobik.
        Poza tym dzieci dla nich sa terapią, czują się potrzebni i rzeczywiście są
        potrzebni.
        Z czasem stajemy się wszyscy dla siebie bardziej czuli i oni mają o wiele
        więcej zaufania do mnie, że troszczę się o dzieci, że kocham itd.
        Czasem nawet powiedza mi, że sa dumni z tego jaką jestem mamą, a to nie jest
        takie łatwe dla mojej mamy...
        Wracając do lat buntu, wspominam je bardzo burzliwie, byłam paskudna dl amamy,
        ale moje wykrzyczenie wypływało z poczucia bezsilności.. byłam chyba trudna
        córką.
        Nasza miłość z mamą jest mocna, choć skąpa w gesty. Nie umiemy być blisko ze
        sobą, nie nadajemy na tych samych falach. Zawsze z tatem było mi po drodze i
        tak już chyba będzie cały czas.
      • berek_76 Re: Ile razy zraniłam... 30.09.06, 12:09
        > Pod wpływem postu Mamy Kasi zastanawiałam się, ile razy zraniłam swoją mamę,
        > swojego tatę... Nie wiem...

        Też się czasem zastanawiam. I wychodzi mi smutna sprawa - moja mama nagminnie
        czuje się zraniona, ponieważ ja nie jestem taka, jak ona by chciała sad Ale ja to
        przecież ja! To, co rani moją mamę, to nie są jakieś ciosy w nią wymierzone, ale
        na przykład fakt, że pewne decyzje podejmuję samodzielnie, że mam własną
        hierarchię wartości, że nie jest dla mnie najważniejsze to, co wg mamy powinno
        byc (kariera naukowa). Ja zyję tak, żeby byc szczęśliwa, a mama cierpi, ponieważ
        ja "marnuję swoje zdolności". A przecież nie będę studiowa czy pracowa po to,
        zeby zadowolic swoją mamę...

        I tak sobie myślę, że baaaaaaardzo, niezwykle często źródłem konfliktów na lini
        rodzic-dziecko jest jakaś wizja tego, jakie dziecko powinno byc, nieumiejętnośc
        zaakceptowania jego osobowości, jego potrzeb, wizji świata. I tu można dojśc do
        paranoi, kiedy dziecko czuje się winne, ze jest sobą. Bo powinno byc nie soba,
        tylko Wymarzonym dzieckiem Swojego Rodzica.

        -----------------------
        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
        • mader1 Re: Ile razy zraniłam... 02.10.06, 10:28
          berek_76 napisała:

          > > Pod wpływem postu Mamy Kasi zastanawiałam się, ile razy zraniłam swoją ma
          > mę,
          > > swojego tatę... Nie wiem...
          >
          > Też się czasem zastanawiam. I wychodzi mi smutna sprawa - moja mama nagminnie
          > czuje się zraniona, ponieważ ja nie jestem taka, jak ona by chciała sad Ale ja
          t
          > o
          > przecież ja! To, co rani moją mamę, to nie są jakieś ciosy w nią wymierzone,
          al
          > e
          > na przykład fakt, że pewne decyzje podejmuję samodzielnie, że mam własną
          > hierarchię wartości, że nie jest dla mnie najważniejsze to, co wg mamy powinno
          > byc (kariera naukowa). Ja zyję tak, żeby byc szczęśliwa, a mama cierpi,
          poniewa
          > ż
          > ja "marnuję swoje zdolności". A przecież nie będę studiowa czy pracowa po to,
          > zeby zadowolic swoją mamę...
          >
          > I tak sobie myślę, że baaaaaaardzo, niezwykle często źródłem konfliktów na
          lini
          > rodzic-dziecko jest jakaś wizja tego, jakie dziecko powinno byc,
          nieumiejętnośc
          > zaakceptowania jego osobowości, jego potrzeb, wizji świata. I tu można dojśc
          do
          > paranoi, kiedy dziecko czuje się winne, ze jest sobą. Bo powinno byc nie
          soba,
          > tylko Wymarzonym dzieckiem Swojego Rodzica.

          Niesamowicie mądre te słowa. Ja też(choć teraz niezmiernie rzadko, skoro tak
          naprawdę relacje się zmieniają, dorastam i wiele rzeczy innym i sobie
          przebaczam) czuję, że nawet inny sposób krojenia warzyw, niż w domu rodzinnym,
          jest odbierany z niechęcią. Jestem pytana - dlaczego ?
          Tak jakbym była " zaplanowana" w drobnych szczegółach.
          >
          > -----------------------
          > Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
          • nordynka1 Re: Ile razy zraniłam... 02.10.06, 14:51
            niedawno był wątek o buncie - czy trzeba go przejsć, co daje itp. Wtedy nie
            umiałąm jakoś tego dobrze nazwać. Teraz mi się to związało ze sobą - po Waszych
            MAder i Berku postach w tym wątku.

            dzięki niemu, dzięki mojemu buntowi przeciwko temu o czym tu pisze Berek
            ocaliłam siebie. Są rodzice , wobec któych nie ma innego sposobu. BYło trudno.
            Ale warto. Wszyscy na tym zyskaliśmy.
Pełna wersja