samboraga
08.02.07, 11:45
no bo tak – starożytni mieli non omnis moriar, ale nie mieli nadziei na życie
wieczne (tak na ile pamiętam...), my mamy nadzieję, ale też chcemy pozostawić
coś i tutaj po sobie, przynajmniej do końca świata

tyle dzieł sztuki, wynalazków podziwiamy, korzystamy z nich, ale często ich
powstanie było radością dla ich twórców, a męką dla bliskich (jeżeli mieli
rodziny), tylko, że życie twórcy zajmuje co najwyżej historyków sztuki, dla
potomnych – ważne są te dzieła, co to zostały

)
tak niewielu udało się połączyć tworzenie, silną pasję zawodową z udanym
życiem rodzinnym? doczesna sława rywalizuje z rozwojem więzi międzyludzkich,
bo do jednego i drugiego nie da się podchodzić z doskoku i na pół gwizdka, ale
czy z chrześcijańskiego punktu widzenia – to co tutaj tworzymy jest ważne,
bardzo ważne nawet, ale będzie trwać do czasu Nowego Jeruzalem, ale Tam
najważniejsza już będzie Miłość, będziemy rozliczani z więzi z ludźmi (no i z
Bogiem, i ze sobą) a nie z odkrycia nowej wersji żarówki...
nie chodzi mi o całkowite zanegowanie wartości pracy, kariery, dokonań,
wartości tworzenia, to nie tak, sama lubiłam/lubię pracować, jak Bóg da, to
jeszcze mnóstwo dokonań przede mną (mam nadzieję...), ale...no właśnie...czy
twórca chrześcijański ‘powinien’ poskramiać czasami swoje żądze tworzenia? czy
można to widzieć tak, że istnieje prymat, nazwijmy to w uproszczeniu
"miłości", nad rozwojem talentów jeśli one wchodzą w konflikt? jeżeli ma silną
potrzebę jednego i drugiego, a pogodzenie bywa fizycznie niemożliwe?
jaka jest granica między pracoholizmem, a życiem pracą?