cierpliwość do dzieci (własnych)

12.02.07, 19:31
Skąd brać?
Oto co ja stosuję (wypisuję, żeby się już metody nie powtarzały, liczę na
Waszą pomoc i wielką inwencję):

- intensywne myślenie: "przecieżtomojedzieckoibardzojekocham"
- pamięć o osobistej godności dziecka (żeby natychmiast nie przylać)
- znajomość pedagogiki (że to w tym wieku w miarę normalne, że dziecko to nie
mały dorosły, że od mojej reakcji będzie zależeć dalsze zachowanie dziecka...)
- pamięć o Panu Jezusie - który cierpliwości nie traci, choć daję Mu niezły
wycisk
- chęć pracy nad własnym charakterem

Ale czasem to wszystko zawodzi. Jak dziś. Osiągnęłam taki stan, że nie
mogłam, no naprawdę już nie mogłam słuchać tego ciągłęgo "mamoooo". Na pewno
nie bez znaczenia jest moja osobista kondycja psychiczna (grubo poniżej
normy - nawet tej mojej), ale czasem jednak potrafię sobie z tym jojczeniem
Chłopców poradzić. A dziś nie. "Mamo, ja chce nutellę, mamo ja chcę nutellę,
mamo ja chcę nutellę" wrzeszczy Starszy, gdy przewijam kolejną kupę Młodszego
(Młody idealnie wyczuwa moje nastroje i robi do 5 kup, żeby mi sprawić
przyjemność. Przy tatusiu jak strzeli jedną, to super). I tak cały czas, mamo
ja chcę nutellę, no ja chcę nutellę, przecież nutellę, ale mamo, wiesz co?
Nutellę! Młody tymczasem ćwiczy mostki, żebym tylko nie zapięła mu pampersa
jak trzeba (i żeby kolejna kupa wylazła bokami, zawsze to weselej jak trzeba
oprócz pieluchy zmienić także body i rajstopki). Wrzeszczę więc do Starszego:
Nie wierć się! A do Młodszego: nutella po obiedzie (bo z tego wszystkiego już
mi się Synowie mylą). Młody przewinięty wstaje, lecę Starszemu wyjaśnić, że
nutella po obiedzie (ale dlaczego, no dlaczego, w takim razie ja chcę teraz
obiad, OBIAD, natychmiast!!!), wracam po Młodego do łazienki, a on już
rozkrusza trzecią kostkę mydła (mam bardzo szybkie dzieci i przysięgłabym, że
sześcioro, choć porody były dwa). Wydzieram więc z jego rąk mydło (Mamo!
Obiad! jestem głodny, obiad!!!), przy okazji myję mu spieniony dziób, bo
Młody jest żarłoczny i zdążył ugryźć mydło. Wywalam Młodego z łazienki
(Aaaaaaaaaaaaaaaaa!), trzaskam drzwiami (Mamusiu, a mówiłaś, że jak się
trzaska drzwiami, to kafelki mogą odpaść), lecę do kuchni, grzeję obiad dla
Starszego. Młody już wrzeszczy: MAM MAM MAM, co oznacza, że i on poczuł nagły
głód, wymagający NATYCHMIASTOWEGO zaspokojenia. Mamo, obiad, obiad, a
przygotuj już nutellę, żebym ją widział, zaraz po obiedzie ją capnę. Acha. do
popicia chcę wodę mineralną lekko gazowaną. Jak mam ci nalać tę wodę
gazowaną, skoro nakładam obiad dla Michałka i tobie grzeję? Mam, mam, mam!!!
AAaaaaaaaa!!! Gdzie nutella? A woda gdzie? Mam mam mam! EEEEEEE. Co to znaczy
eeee? Mamo, przeciez jak on mówi EEEEE to zrobił kupę. No tak, kupę.

Wiem, że macie dzieci. I wiem, że nie tylko dwoje, ale i czasem więcej. No
jak to robicie, że nie wariujecie? I ciekawe, co Pan Jezus zrobiłby na moim
miejscu? (przemieniłby obiad w nutellę?)

Prosze o porady. Jak w danej chwili i w danym dniu jakoś zebrać się i jednak
nie wrzeszczeć, nie dać klapsa, nie spakować dziecku walizek i nie wystawić
go na wycieraczkę?
    • rycerzowa Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 20:11
      Są dwa sposoby.

      Pierwszy - wyobraźnia. (Jako umysł ścisły niewątpliwie ją posiadasz).
      Otóż wyobrażasz sobie, że jesteś tym dzieckiem, i pragniesz czegoś z całej siły,
      np.tej nutelli, i nie masz żadnych możliwości, by ją samodzielnie zdobyć.
      W takich sytuacjach "nieznośny wrzask dziecka" automatycznie zmienia się w
      "krzyk rozpaczy".
      Z wyobrażeniem sobie, że masz w majtkach... wiadomo co, też nie powinno być
      problemu.

      Drugi - wiedza. (Jako umysł ścisły nie powinnaś być na nią odporna).
      Otóż wiedz, że tysiące ludzi odczuwa żółtą zazdrość w zielone grochy,że ty masz
      swoich wspaniałych dwóch chłopaków i możesz się z nimi użerać,a oni nie.
      I jeszcze jest jedna osoba (ja znaczy się), która zazdrości,że twoje małe
      jeszcze , a moje już wyrosły.
      (To taka pozytywna zazdrość, chociaż zielone grochy wielkie).wink
      • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 20:58
        rycerzowa napisała:

        > Są dwa sposoby.
        >
        > Pierwszy - wyobraźnia. (Jako umysł ścisły niewątpliwie ją posiadasz).
        Posiadam, ale uważasz, że to ma związek z umysłem? Zawsze myślałam, że
        ścisłowcy to osoby ograniczone z klapkami na oczach i uszach


        > Otóż wyobrażasz sobie, że jesteś tym dzieckiem
        Tak! To jest dobra myśl! Nigdy na to nie wpadłam, ale masz rację: wczuć się w
        jego sytuację, to powinno pomóc. Oj, dziękuję, spróbuję



        >
        > Drugi - wiedza. (Jako umysł ścisły nie powinnaś być na nią odporna).
        > Otóż wiedz, że tysiące ludzi odczuwa żółtą zazdrość w zielone grochy,że ty
        masz
        > swoich wspaniałych dwóch chłopaków i możesz się z nimi użerać,a oni nie.
        Hmmm, rozważę, choć nie wiem, cyz u mnie to zadziała. Ja z tych, dla których
        zawsze trawa w ogródku sąsiada bardziej zielona


        > I jeszcze jest jedna osoba (ja znaczy się), która zazdrości,że twoje małe
        > jeszcze , a moje już wyrosły.
        A, to masz rację. O tym myślę bardzo często. Przeraża mnie, że dzieci tak rosną
        (to tylko my się nie starzejemy). Mówię np. że tylko rok mam zamiar pracować w
        tym zakładzie, a potem sobie uświadamiam, że "tylko" rok to ponad połowa życia
        Młodszego. I że po tym roku ja się nie zmienię szczególnie, a on ogromnie. I że
        te chwile nigdy nie wrócą. I że co strace teraz, to już nie do odzyskania. Oj,
        wiem, koleżanko, wiem...
        • rycerzowa Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 10:50
          mamalgosia napisała:


          > > Pierwszy - wyobraźnia. (Jako umysł ścisły niewątpliwie ją posiadasz).
          > Posiadam, ale uważasz, że to ma związek z umysłem? Zawsze myślałam, że
          > ścisłowcy to osoby ograniczone z klapkami na oczach i uszach

          Oj,jaki to przesąd!

          >
          > > Otóż wyobrażasz sobie, że jesteś tym dzieckiem
          > Tak! To jest dobra myśl! Nigdy na to nie wpadłam, ale masz rację: wczuć się w
          > jego sytuację, to powinno pomóc.

          Zatem umiesz sobie wyobrazić, jak dzieci odbierają świat, gdy ich mama przeżywa
          ciężkie chwile? Mama smutna, nieobecna duchem, zniecierpliwiona. Przecież one
          nie są w stanie tego zrozumieć.
          Jeśli czegoś nie rozumiesz, zaczynasz się b a ć.
          "Może zapomną o nutelli dla mnie, i nie tylko o nutelli. Może ja i moje sprawy
          nie mają już dla mamy znaczenia."
          Młodsze dziecko wyczuwa, że ręce mamy, gdy go przewija, nie są pewne, i czułe
          jak kiedyś. "Może ten świat przestał już być bezpieczny, skoro mama jest taka
          spięta i zmartwiona". Maluch zaczyna się niepokoić, wiercić. I na stres reaguje
          w sposób najprostszy, na miarę swego wieku - robi w majtki.
          >

          > > Otóż wiedz, że tysiące ludzi odczuwa żółtą zazdrość w zielone grochy,że t
          > y
          > masz
          > > swoich wspaniałych dwóch chłopaków i możesz się z nimi użerać,a oni nie.
          > Hmmm, rozważę, choć nie wiem, cyz u mnie to zadziała. Ja z tych, dla których
          > zawsze trawa w ogródku sąsiada bardziej zielona

          Opowiem ci o facecie, który nie mógł być ojcem. Starali się o adopcję.
          Gdy już byli po czterdziestce, do domu przybył kilkulatek.
          Wiesz, jaki moment ten facet uznał za najwspanialszy w swoim dorosłym życiu? Gdy
          na rodzinno-przyjacielskim spotkaniu mógł powiedzieć swoje: "A ten mój wisus
          też znów podarł nowe spodnie i dostał jedynkę z matmy!" Od tej chwili należał do
          NAS, do wielkiej rodziny rodziców.

          Nie trzeba bowiem być psychologiem głębi, by wyczuć czułość na dnie narzekań,
          że trzeba umyć "spieniony" pyszczek (he he), rozdzielić bijących się braciszków,
          ukoić wrzaski, posprzątać rozsypana mąkę, zmienić obsikaną koszulkę, pogodzić
          się z pikasem na ścianie, iść na dywanik do nauczycielki, bo potomek powiedział
          jej kilka słów prawdy. A co, może nie?
          • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:57
            rycerzowo,

            A nie jest trochę tak, że pewne rzeczy dostrzega się dopiero z perspektywy
            czasu? Bez emocji?
            • rycerzowa Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 13:28
              Chcesz powiedzieć, że łatwo mówić, gdy to wszystko już za nami?
              Niekoniecznie.
              Od zawsze miałam i teraz często mam jakieś dzieciaki pod opieką, czasem
              nieznośne. I wtedy naprawdę pomaga wyobraźnia. Dlaczego ono zachowuje się tak
              nie inaczej. Co ono czuje? Jak mogę mu pomóc?
              Poniżej jest dobrze ilustrujący sprawę fragment, gdy 3-latek prosi mamę o ciszę,
              by już nie tłukła tych kotletów. Czy mama mogła przestać tłuc?
              Czy one mogą przestać hałasować, gdy muszą te swoje "kotlety" tłuc?

              Spróbuj wczuć się w dziecko, gdy marudzi, gdy jest rozkapryszone. Zazwyczaj samo
              nie wie, czego chce, jest mu nudno, tego nie wolno, tamtego nie wolno, nikt nie
              zwraca nań uwagi, nic się nie dzieje , gdyby umiało, zadałoby sobie pytanie o
              sens życia. Też czasem mamy taki nastrój, nie?
              Jak cieszymy się wtedy z ciekawego gościa, a choćby na propozycję męża
              wspólnego wypicia herbaty z ciachem.

              Co pomaga, gdy dzieciak staje się nieznośny?
              1. Wymyślenie nowej, ciekawej zabawy.
              Maluchowi wystarczy otworzyć ciekawą szufladę (potem następną), starszemu dać
              np. papier, klej i nożyczki, wyciągnąć z komórki starym materac, nich sobie dom
              zbuduje,majsterklepce pozwolić rozkręcić stare żelazko, lub stare radio. Po
              jakimś czasie trzeba wymyślić zabawę następną.
              2. Zaproponowanie wspólnej aktywności, np. razem sprzątamy w starej szafie,
              wywalamy niepotrzebne rzeczy. Porozwlekają lumpy, ale uciechę mają.
              Gdy jesteśmy zajęci, zawsze można "przy okazji" opowiedzieć dziecku bajkę lub
              jakąś niesamowitą historię. Moja mama, gdy zaczynaliśmy być nieznośni, wołała
              nas i ,robiąc swoje, opowiadała historie biblijne.
              3. W ostateczności wychodzimy z domu, na spacer, do jakieś koleżanki, ciotki,
              albo wsiadamy w tramwaj i jedziemy na pętlę, zobaczyć, gdzie tramwaje śpią. Albo
              jedziemy na granicę państwa, czyli na lotnisko.
              W świecie dziecka zawsze powinno się coś dziać.
              Nuda, pyzica, jest niszcząca.
              Przy dziecku nie można milczeć (chyba że jest czymś zaabsorbowane), z dzieckiem
              trzeba być cały czas " kontakcie".
              4. Gdy dzieciak co chwilę wybucha zniecierpliwieniem, dobrze jest go wykąpać,
              choćby w środku dnia. Dzieciom czasem jest zimno w nóżki, czasem je ciałko
              drażni, a nie potrafią tego nazwać.
              Wszystkim, bez względu na wiek, przydaje się prysznic lub szybka kąpiel po
              powrocie "z miasta". Spłukujemy wtedy z siebie wszystkie zmartwienia. Działa to
              bardzo kojąco.

              O jednym nie zapominaj - dziecko nigdy nie robi "na złość", jest na to za
              głupiutkie. I drugie - cierpienie dziecka jest o wiele większe, niż nasze, bo
              ono cierpi totalnie, całym sobą.
              Zatem skąd brać cierpliwość? Ze zrozumienia, ze współodczuwania, z logicznego
              myślenia ( że opłaca się ulżyć dziecku; wrzask tylko pogorszy sytuację).

              PS. A z tą "perspektywą" to masz może trochę racji, tylko że ja tę perspektywę
              miałam od razu na starcie. Z pewnych względów moje dzieci od razu były dla mnie
              cudem, za który nigdy nie zdołam Bogu podziękować.
              • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 16:29
                Rycerzowo (tak sie to odmienia?), dziękuję za rady - uważam, że bardzo cenne.
                Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że dziecko nie robi na złość (no, niemowlę
                może nie, ale potem to owszem).
              • warszawianka51 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 16.02.07, 11:29
                Dziekuję za te słowa, nie były skierowane do mnie, ale naprawdę bardzo mi się
                przydały. Chyba je sobie wydrukuję. smile
      • kamilla14 Re: radosc z dzieci 17.02.07, 02:06
        Rycerzowa napisała:

        >Drugi - wiedza. (Jako umysł ścisły nie powinnaś być na nią odporna).
        Otóż wiedz, że tysiące ludzi odczuwa żółtą zazdrość w zielone grochy,że ty masz
        swoich wspaniałych dwóch chłopaków i możesz się z nimi użerać,a oni nie.
        I jeszcze jest jedna osoba (ja znaczy się), która zazdrości,że twoje małe
        jeszcze , a moje już wyrosły.
        (To taka pozytywna zazdrość, chociaż zielone grochy wielkie).wink<

        Otóż, intryguje mnie ostatnie zdanie - dlaczego często mamy starszych dzieci
        mają taką refleksję, że żałuja, że ich dzieci już urosły (i nierzadko z tego
        żalu rodzi sie maluchsmile?
        Mottem pewnej starszej kobiety, matki pięciorga dzieci(już babci) były slowa, że
        najpiekniejsze lata kobiety, to te gdy ma małe dzieci i nie wie, w co ręce włożyć...
        Ciężko o tym pamiętać mając małe dzieci, o ile to okaże się prawdą...Faktem
        jest, że jak dzieci są poza domem, to dopiero nie wiem, w co rece wlozyc -
        wszystko wydaje mi sie tak malo pozyeczne...
        Napiszcie może, jak jest u Was, szzcególnie , jesli ktoś ma podobne odczucia do
        Rycerzowej -i dlaczego tak jest? czy chodzi o to, ze maluchy sa wdzieczniejsze
        od mlodziezy, czy z mlodzieza wiecej trudnych problemow?
        I jeszzce refleksja chyba na temat - ostatnio coraz trudniej oglądać mi zdjęcia
        dzieci- ze ich dziecinstwo tak szybko odchodzi, a ja nie potrafie sie tym
        nasycic i gleboko przezyc, i odwrócic, to co bylo zlego...
        • rycerzowa Re: radosc z dzieci 17.02.07, 11:18
          Dlaczego ludzie z takim sentymentem wspominają czas wczesnego dzieciństwa swoich
          potomków?
          Z prostych przyczyn.
          Bo małe dziecko jest słodkie i urocze.
          Bo im mniejsze dziecko, tym większa nadzieja.
          Bo świat jest wtedy prosty, wiadomo,co trzeba robić (karmić, podcierać).
          Bo bardzo łatwo ukoić dziecięce smutki.
          Bo to fascynujące wspólnie odkrywać świat z dzieckiem.
          Bo mamy wtedy poczucie siły, mocy.
          Bo czujemy się wspaniali, dobrzy i mądrzy.
          Bo dziecko nam ufa i nas kocha.

          I za to wszystko jesteśmy gotowi płacić wysoką cenę rezygnacji z wielu spraw,
          ciężkiej fizycznej pracy i nieprzespanych nocy.

          Gdy dziecko podrośnie, musimy już na poważnie zastanowić się, co zrobić ze swoim
          życiem, poradzić sobie z bólem istnienia.

          Wiesz, ja może jestem nietypowa, ale dla mnie najpiękniejszym okresem życia był
          czas, kiedy moje dzieci były nastolatkami, młodszymi studentami.
          Dla młodych jest to czas najintensywniejszego rozwoju, z którego przecież pełną
          garścią czerpią rodzice, bo i dla nich otwierają się wtedy nowe obszary
          rzeczywistości. Każdy ma wtedy już swój krąg, swój świat, ale ta rodzinna część
          wspólna jest wystarczająco duża, by móc się sycić wzajemną przyjaźnią.

          Gdy dzieci całkiem dorosną, pójdą na swoje, mają już własne rodzinne życie,
          i ta część wspólna kurczy się do niezbędnych tylko rozmiarów.

          Nie znaczy to,że rodzicowi wtedy jest źle i smutno, że by chciał cofnąć czas.
          Nie - rodzic tylko wspomina, że wtedy był bardzo szczęśliwy.
          (Teraz też jest, ale wtedy inaczej, barwniej).

          • kamilla14 Re: radosc z dzieci 17.02.07, 19:33
            > Gdy dziecko podrośnie, musimy już na poważnie zastanowić się, co zrobić ze swoi
            > m
            > życiem, poradzić sobie z bólem istnienia.

            Właśnie mnie to czeka...Ale wole to, niz traktowanie dzieci jako (jedyny) sens
            zycia - ze szkodą dla wszystkich zainteresowanych...

            > Wiesz, ja może jestem nietypowa, ale dla mnie najpiękniejszym okresem życia był
            > czas, kiedy moje dzieci były nastolatkami, młodszymi studentami.

            To budujace, bo dotychczas moglam tylko wierzyc lub nie - sentymentowi, z jakim
            starsze kobiety wspominaja wczesne dziecinstwo jako najszczesliwszy okres
            zycia...Mam jednak nadzieje, ze kazdy etap rozwoju , dorastania i doroslosci
            dziecka moze byc rozwijajacy dla rodzicow - szczegolnie gdy miedzy nimi istnieje
            dobra wiez.
            Z drugiej jednak strony nie ma co ukrywac, ze jesli chodzi o intensywnosc, czy
            jak ladnie okreslilas - barwnosc zycia po urodzeniu potomkow nalezy coraz
            bardziej do dorastajacych dzieci, a coraz mniej do rodzicow i z tym moze czasem
            trudno sie pogodzic?

            Dzieki za piekne slowa Rycerzowo, pozdrawiam i licze na dalsze
            K
    • kasia_ol1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 20:13
      big_grin
      Kasiu, to moja pierwsza w dniu dzisiejszym chwila autentycznej radości i
      szczerego uśmiechu. wiem, ze tobie nie do śmiechu, ale zwalmy to na powietrze,
      że moze cos wisiało, moze ciśnienie. mam dziś ten sam problem, stąd większa
      aktywność na forum (uciekałam przed kompa, zeby nie oszaleć). co chwilę
      "mamooooo"... wrzeszczałam na chłopców bardzo sad popołudniu pogadałam ze
      starszym, wytłumaczyłam, ze mam trudny dzień, że mi ciężko, smutno i źle, ale
      pomimo tego bardzo ich kocham, przytuliłam wycałowałam. niestety napięcie nie
      opadło i czekam na rady. i na koniec tego dnia - jutro zacznę od początku...
      • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 21:00
        A ten wieczorny rachunek sumienia... Jakoś zapominam o tych wrzaskach, a
        przypominają mi się oczy Starszego i jakoś tak mi mokro w duszy.
        Ale masz rację - przytulenie i wyściskanie nie powoduje opadnięcia emocji.
      • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 21:01
        kasia_ol1 napisała:

        > big_grin
        > Kasiu, to moja pierwsza w dniu dzisiejszym chwila autentycznej radości i
        > szczerego uśmiechu.

        Dzięki Bogu za to, bo już powoli zaczynam uważać, że jestem dla ludzi tylko
        kamieniem u szyi i kulą u nogi
    • mader1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 21:14
      Przede wszystkim czy wiesz, że czasem możesz powiedzieć ; " Nie. Teraz nie.-Ja
      chcę teraz.- Wytłumaczę ci dlaczego nie teraz tylko wtedy, gdy przestaniesz
      powtarzać "Nutella" ( czy jakoś tak)
      Teraz przewijam małego, więc nie mogę podać obiadu. I nie musisz biegać, by dać
      go natychmiast. Możesz powiedzieć " gdy przygotuję, a to trochę potrwa. Możesz
      to " trochę" jakoś sprecyzować - zegarkiem, klepsydrą. Daj sobie chwilę czasu.
      To, że chce natychmiast , nie oznacza, że natychmiast musisz mu dać.
      Obydwoje do takiej sytuacji nie jesteście przyzwyczjeni. On do tej pory nie
      musiał dzielić się z bratem, więc przyzwyczajony jest, że dajesz obiad już - bo
      odkładałaś swoje sprawy... Ty też jesteś przyzwyczajona do zaspokajania jego
      potrzeb jak najszybciej. Ale, jak mawia mój Munio " trzeba się dzielić" mamą wink

      Druga rzecz. Czasem chodzi o poziom hałasu, bo nerwy nie wytrzymują. Ja mam
      starsze dzieci, więc czasem mówię, że muszę wyjśc do drugiego pokoju. Sama.
      Ty nie możesz, bo raz: będą ci walili w drzwi. Dwa : jak nie będą walili, zrobią
      wszystko, czego nie powinni. Ale możesz - nie na długo - założyć słuchawki z
      jakąś relaksującą spokojną muzyką, czymś ulubionym w czasie, gdy będziesz
      podgrzewała obiad. Widzisz ich, przez chwilę ich nie słyszysz, odprężasz się na
      tyle, żeby nie wrzasnąć.
      Ale każda z nas czasem wrzeszczy. Chyba że się dzieckiem nie interesuje.
      • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 21:27
        mader1 napisała:

        > Przede wszystkim czy wiesz, że czasem możesz powiedzieć ; " Nie. Teraz nie.

        Mader, wiem. I mam wrażenie, że wręcz tego nadużywam. "Zaraz", "za chwilę". A
        racjonalne argumenty (nie, bo przewijam Młodszego) nie mają znaczenia, dla
        Starszego to to samo, co "nie bo nie"



        >
        > Druga rzecz. Czasem chodzi o poziom hałasu, bo nerwy nie wytrzymują.
        O, to to! Zważywszy na fakt, że wracam do domu po pracy w gimnazjum, nie marzę
        o niczym innym jak o ciszy - chociaż pół godziny
        • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 21:27
          ale dziś nie byłąm w pracy (ferie), więc to akrat nie był ten powód
          • nulleczka Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 23:17
            próbowałam różnych sposobów - bezskutecznie.Pomogła mi trochę szkoła dla
            rodziców, ale nie na długo...Nerwowa jestem, dzieci mam hałaśliwe i czasem
            nadmiernie kreatywne. Więc kilka razy dziennie traciłam cierpliwość. Wieczorem
            zawsze wyrzuty sumienie i postanowienie, że od jutra nigdy więcej krzyków...i
            tak w kółko.
            No i jakoś samo przeszło, tzn. nie jestem jakimś aniołem cierpliwości, ale
            rodzina nawet zauważyła zmianę (ciekawe, na jak długo). Nie wiem, co jest
            powodem - czy to że dzieci trochę dojrzały, czy to, że melisę w miarę
            regularnie popijam i magnez łykam...
            Przeczytałam też ostatnio książkę "Strumienie wody żywej" i zaczęłam rano
            regularnie trwać przed Bogiem spokojniej przyjmując ciągłe rozproszenia,
            zniechęcenia i inne takie...
    • brucha Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 12.02.07, 23:36
      mamałgosiu,

      po pierwsze też mam ich dwóch (5 i 3), po drugie też jestem małgosia, po
      trzecie cierpię na to samo...

      jedynym pocieszeniem jest fakt, że kiedyś urosną i wyprowadzą się (mam
      nadzieję).

      ostatnio chodzę do naszej poradni pp na warsztaty dla rodziców dotyczące
      komunikacji z dziećmi. tydzień temu było o komunikowaniu naszych potrzeb.
      chodzi mniej więcej o używanie zwrotów w stylu 'bardzo zależy mi
      abyś...', 'chciałabym prosić cię..', 'ucieszyło by mnie gdybyś...' itd. w
      ramach pracy domowej mieliśmy to ćwiczyć na domownikach. ćwiczyłam do
      upadłego, z mizernym skutkiem. nie zauważyłam żeby te teksty jakoś szczególnie
      uwrazliwiły małoletnich na moje potrzeby.
      ale za to dzisiaj: rozbijam schabowe, tłukę tym tłuczkiem do upadłego. 3-latek
      wrzeszczy z pokoju, żebym była cicho bo zagłuszam. tłukę dalej. 3-latek
      wrzeszczy dalej żebym przestała. no ale kotlty zrobić trzeba, walę dalej. nagle
      przybiega moje dziecię i sylabizuje: 'by-ło-by mi bar-dzo mi-ło gdy-byś prze-
      sta-ła ha-ła-so-wać'. szczęka mi opadła. przestałam tłuc. mój trzylatek
      normalnie dusi się jak ma wygłosić jakieś słowo z gatunku grzecznych. a tu
      nagle sam z siebie w takiej uprzejmej formie do własnej matki...
      • mama_kasia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 10:25
        Brucha, big_grin popłakałam się ze śmiechu big_grin big_grin
        • mamalgosia oj, kasiu, kasiu 13.02.07, 11:41
          niełądnie, naśmiewać się z problemów wychowawczych
    • aka21 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 09:34
      No
      > jak to robicie, że nie wariujecie? I ciekawe, co Pan Jezus zrobiłby na moim
      > miejscu? (przemieniłby obiad w nutellę?)
      No właśnie, czasem wydaje mi się, że wariuję! I czasem nie stać mnie na
      myślenie co zrobiłby Jezus, tylko myślę, ze jestem przecież TYLKO
      człowiekiem!!!!
      Czemu ja tu nie zajrzałam wczoraj wieczór! Może właśnie dlatego, że popołudnie
      wyglądało baaardzo podobnie jak u Ciebie! Wszystko było na "nie" i nijak temu
      nie dało się zaradzićsad Ani prośbą, ani przekonywaniem, ani pomocą, ani
      przemyśleniami w kącie, ani nieszczęsnym wrzaskiem!
      Jest upartość do potęgi i ja nie potrafię sobie z nią poradzićsad Czuję się
      fatalnie bo wrzeszczę! i wiem, ze to jest fatalny przykład dla dzieci.... i nie
      mam NIC na usprawiedliwienie! A jeszcze jak sobie pomyślę, że inni uważają nas
      za dobrą rodzinę, kochającą dzieci, wyrozumiałą itd. to włosy na głowie mi
      stają, a mój niesmak moralny rośnie w nieskończoność!

      Nie jestem psychologiem, chyba nie potrafię uzbroić się w cierpliwość, pewno
      wielu zachowań nie rozumiem. Zawsze morzyłam, zeby mieć z dziećmi dobry
      kontakt, by z nimi rozmawiać, a nie tresować je, ale teraz bywa tak, że nie
      potrafię przebić się z argumuntami przez ich wizje!
      Magda chyba znowu wchodzi w etap, ze jej rozum jest z przodu przed zdolnościami
      manualnymi, wszystko chce sama (i dodatkowo po swojemu!), a jak nie wychodzi to
      jest płacz...., a wszelka próba pomocy, czy pomoc jest albo zepsuciem, albo nie
      tak jak ona chciałasad Jaś natomiast jest świetnym naśladowca siostrysad I często
      mam duetsad
      I jeszcze to wymuszanie płaczem.... kiedyś tego nie byłosad
      Ja chyba nie nadaję się na matkęsad Naprawdę, czasem mnie takie myśli nachodzą,
      choć przecież bardzo kocham te nasze dzieciaczki...
      • kasia_ol1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 10:25
        > Ja chyba nie nadaję się na matkęsad Naprawdę, czasem mnie takie myśli nachodzą,
        > choć przecież bardzo kocham te nasze dzieciaczki...

        Aka, to nie jest tak...
        kilka tygodni temu poszłam do psychologa dziecięcego, bo poprzednia niania
        zarzuciła naszemu starszemu synkowi, ze jest agresywny, ma durne pomysły,
        nienormalne i w ogóle najlepiej by było, jakby go gdzieś wysłać sad smutne to,
        ale to są jej słowa, a ja czułam się kompletnie zdruzgotana. zanim powiedziałam
        z czym przychodzę, przedstawiłam się jako nieudolna matka, która popełnia masę
        błędów, nie potrafi kochać swoich dzieci, nie radzi sobie z nimi i mnóstwo
        innych negatywów. w czasie rozmowy mówiłyśmy o naszych rodzicielskich ideałach
        wychowawczych, do czego dążymy, jakimi metodami itd. podsumowanie było dla mnie
        zaskakujące - okazało się, ze nie jest tak źle jak mi się wydawało, tylko ja
        skupiałam się na błędach nie patrząc na to, co w naszej rodzinie jest dobre.

        czasami potrzeba dokonać bilansu sukcesów i porażek wychowawczych. pewnie jest
        lepiej niż nam się wydaje. po prostu czasami są trudniejsze dni smile
        • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:49
          Ogólnie to się z Tobą zgadzam. Nie na własnym przykładzie, bo siebie samą
          trudno ocenić, ale na przykładzie mojej Przyjaciółki. Zarzuca sobie jedną
          rzecz, a o dziesięciu innych - dobrych w tym czasie zapomina.
          Tylko, że gdy przychodzi taki własnie dzień jak wczoraj, że wszystko do tyłu,
          to trudno zobaczyć jakieś dobre strony - są same złe.
          • aka21 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 14:48
            Tylko, że gdy przychodzi taki własnie dzień jak wczoraj, że wszystko do tyłu,
            > to trudno zobaczyć jakieś dobre strony - są same złe.
            A może właśnie wtedy, tych dobrych powinniśmy poszukać? Zawsze coś się
            znajdzie, a może to zmieni nasze nastawienie do całego przyziemnego świata?
        • aka21 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 14:53
          Kasiu, dziękuję! Czasami tych trudniejszych dni jest chyba za dużo koło siebie
          i wychodzi nasze zmęczeniesad
      • mamalgosia aka 13.02.07, 11:47
        Gdyby przeprowadzono jakieś testy przydatności na matkę, to pewnie większość
        matek nie zakwalifikowałaby się i ród ludzki by wyginął. Ale jest jak jest. Co
        więcej - przypuszczam, że nasze dzieci będą wspominały dzieciństwo pozytywnie.

        Jakoś mi lżej, gdy czytam, że nie tylko ja mam problemy z cierpliwością.
        Pewnie, że czyjaś niedola nie powinna pocieszać, ale jednak pocieszasmile Bo to
        znaczy, że nie wszyscy są idealni, tylko ja taki nieudacznik, tylko, że jednak
        jest to mniej lub bardziej normalne (co oczywiście nie zwalnia od pracy nad
        sobą).

        Moi dziś od rana dają czadu, próbuję mieć do tego większy dystans niż wczoraj,
        zobaczymy, ile wytrwamsmile Na razie nie wrzasnęłam na delicję wgniecioną w fotel
        i na zrzuconą lampę.
        A Starszy aż dostał chrypki z wrzaskówsmile
        • aka21 Re: aka 13.02.07, 14:44
          Jakoś mi lżej, gdy czytam, że nie tylko ja mam problemy z cierpliwością.
          Wiesz, mnie też trochę łatwiejsmile, ale tak jak piszesz, to nie zwalnia z pracy
          nad sobą! Czasem jest łatwiej, czasem trudniej...
          Ja chyba dzisiaj zrobię jeszcze jeden krok, wierzę, ze pomożesmile

          Też mam nadzieję, ze dzieciństwo będą wspominać pozytywnie, chyba jednak są
          szczęśliwe z namismile Kochani Dziadkowie są fajni, ale na trochę, małą trochęsmile,
          to chyba też o czymś świadczy?, a może to tylko moje pobożne życzenie?

          Życzę duuużo Cierpliwoścismile
          Pzdr.
          Aga
    • mama_kasia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 10:34
      Podobała mi się rada Mader, aby założyć słuchawki na uszy.
      Jak mam już serdecznie dosyć hałasu (bo głównie o ten hałas chodzi,
      o to jęczenie, domaganie się, ale to wszystko to dodatkowe
      dźwięki), zatykam uszy - siadam w fotelu i zatykam uszy.
      Nasze dzieci na to reagują. Widzą, że mam dosyć. Nie boję się
      okazywać im, że mam dosyć! Pojawiają się nawet łzy z mojej strony
      (najpierw w tej sytuacji są moje wrzaski, krzyk, a te łzy
      bezsilności i zatkanie uszy lub wyjście do ubikacji to już na
      koniec). Nie wiem, czy dobrze robię, ale tak właśnie reaguję na stres...
      W niedzielę na spacerze, który nie podobał się dzieciom, usłyszałam
      od syna, że oni muszę tak jeczęć, bo jak nie jęczą, to nic się
      nie zmienia. I miał rację. Miałam już tak serdecznie dosyć ich
      płaczu, jęków, że znalazłam im tę górkę do zjeżdżania! To daje
      do myślenia... Przed następnym spacerem obgadamy plan spaceru wink))
      Będą wiedzli, czego się spodziewać.
      • mac62 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:14
        jak tak czytam o Waszych zmaganiach z dziećmi,to pocieszam się,że moja częsta
        bezsilność to przecież norma;
        najtrudniejsze jest to,że kiedy wpadam w furię, to nie myślę już o niczym i
        naprawdę nie stać mnie na refleksję pt."co Jezus zrobiłby w tej sytuacji?"

        kiedy mam cięższy dzień - staram się chronić dzieciaki przed moim
        niezadowoleniem - włączam tv lub bajki na wideo - i mam już 2 godz. na
        wyciszenie;
        a jeśli ta operacja jest nieskuteczna- ostrzegam, że będę gryźć - i to skutkuje;
        • mader1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:16
          a jeśli ta operacja jest nieskuteczna- ostrzegam, że będę gryźć - i to skutkuje;

          Czasem tak mówię. Albo : " chyba Was pobiję..." ( jak nie przestaniecie się
          kłócić czy coś ). wtedy dopiero są ubawione !
        • mader1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:39
          Muszę zacząć wreszcie ciężko pracować, bo mnóstwo po przyjeździe w domu do
          zrobienia. Ale jeszcze Wam opiszę poranek.
          Budzimy dzieci.
          Synek wysunął się z pościeli, wstał, przeszedł do dużego pokoju, położył się w
          fotelu, przykrył kocykiem i przysnął.
          Średnia w ogóle nie zareagowała na pobudkę. Na szczęście nie idę do pracy,
          reakcję miałam cokolwiek opóźnioną, bo spać poszłam ok.2 , a przeecież o 6.30
          wstałam, żeby porobić kanapki do szkoły.
          Poszłam do pokoju i jeszcze raz budzę Średnią " spać, chora" - wymamrotała i na
          dowód zakasłała niewprawnie. Podnoszę ją, a przez ten czas słyszę jęk Małego z
          fotela z dużego pokoju. Mój mąż stawia talerze z mlekiem z płątkami na stole.
          Podchodzę do fotela " Już wstajemy, królewiczu." - "Wstałem, nie jestem
          królewicz !" - stanowczo i niegrzecznie. Pewnie dziś jest policjantem.
          Przez ten czas Średnia podchodzi do stołu i zastyga nad talerzem. Czas płynie
          nieubłaganie. Mały decyduje się wstać, maż zaczyna go karmić. Średnia ciągle
          siedzi zastygła, łyżka nieruszona. Spoglądam na zegarek. Czyżby Najstrszej nie
          zadzwonił budzik ? Idę. Siedzi półprzytomna na brzegu łóżka." Już, już "-
          podrywa się. Po to, by przejść do stołu i przysiąść nad telerzem w ten sam
          sposób. Średnia ożywia się " Mamo, a wiesz, że Julka to przyniosła kiedyś do
          szkoły takie jabłko z napisem " I love you" ? . Jedzenie nieruszone. Można
          zapomnieć, by zęby były porządnie umyte. " Tak ? "- udaję zainteresowanie.
          Wiem, ze jeżeli teraz zacznę je pospieszać, nie uda się uniknąć krzyków. Biorę
          synka za rączkę ( został nakarmiony, trzeba doprowadzić go do umywalki, bo
          zabłądzi w drodze do łazienki). Rozmawiamy przyjaźnie. Nagle, stojąc na
          umywalką słyszymy POTWORNY wrzask i lament. Porzucam małego, on biegnie za mną.
          " Co się stało ???"- stajemy jednocześnie z drzwiach. Średnia lamentuje nad
          pełnym talerzem mleka. Reszta, pomimo jej łez, jest rozbawiona. Nie jestem w
          stanie zrozumieć. " Powtórz !" - " Bo ona...ona ( buuuuu, buuu, buuu),
          powiedziała ( buuu, buuu, buuu), żebym ( buuuu, buuuu, buuu, buuu), żebym
          (buuu, buuu, buuu)" - " K !" -" Buuu... kupiła takie jabłko Stasiowi (buuuuu) !"
          Staś to kolega ze szkoły. Najstarsza, która tak sobie palnęła, ie może się
          powstrzymac od uśmiechu. Średnia nie może teraz jeść, bo płacze. Mały jest zbyt
          zainteresowany, żeby doprowolnie podreptać do łazienki.
          Na szczęście za bardzo niewyspana byłam, żeby wrzeszczeć.
          Ale parę kąśliwych uwag rzuciłam.
          Szybciej im się zjadło.
          • mamalgosia poranki 13.02.07, 11:54
            to zdecydowanie najgorsze. Teraz, gdy ja mam ferie, a Starszy nie chodzi do
            przedszkola, to nerwów trochę mniej.
            • mader1 Re: poranki 13.02.07, 12:07
              moje muszą odsiedzieć swój czas, tępo wpatrzone w talerz.
              Krzyki, złosliwości, pokpiwanie - nic nie skutkuje.Staramy się mało odzywać.
              Więc mąż stara się umawiać w pracy trochę później, bo jest ryzyko spóźnienia.
              Jak krzykniemy, najwyżej kończy się płaczem i cała procedura przedłuża się.
              Nadzieja zawsze w tym, że Najstarsza jednak je szybciej( jak się już zdecyduje)
              i bardziej się spręża przy ubieraniu. Ponieważ mąż podwozi ją kawałek, zawożac
              małe po drodze do pracy, zaczynają się popędzać nawzajem. ( A to z kolei dzięki
              obniżaniu oceny ze sprawowania za ileś tam spóźnień). O ! Oni jak się popędzają
              nawzajem, nie są wcale dla siebie ani cierpliwi, ani łagodni, ani łaskawi ani
              mili ! Zadnych sztuczek pedagogicznych, ale jaka skuteczność !
              • mamalgosia Re: poranki 13.02.07, 12:10
                mader1 napisała:

                > moje muszą odsiedzieć swój czas, tępo wpatrzone w talerz.
                Mój Starszy też tępo patrzy w talerz, ale myślałam, że to ma dziedziczne.
                Zaskoczyłaś mnie, że dzieciom innych matek też się to zdarzasmile


                > Krzyki, złosliwości, pokpiwanie - nic nie skutkuje.
                Tak, zgadza się. Nie skutkuje. i tysięczne napominanie "jedz"
                • mader1 Re: poranki 13.02.07, 12:14
                  Kiedyś byłam taka śpiąca, zmęczona i udręczona, że weszłam do Średniej do
                  lazienki, gdy z kolei zamiast się już myc, stroiła miny do lustra i
                  powiedziałam, " No jedz, jedz już !" smile)))))
                  do tej pory śmiejemy się z tego smile)))
                  • mama_kasia Re: poranki 13.02.07, 12:18
                    big_grin - dziewczyny, przecież ja już nie mam siły płakać ze śmiechu big_grin big_grin
                  • alex05012000 Re: poranki 13.02.07, 13:08
                    z dzisiejszego poranka: myślę o soku w kubeczku i mówię do Oli, no, napisz,
                    napisz....
                    A nasze poranki są ... nerwowe... wstaję o 7h30, kawa raz, leki dwa, mycie,
                    czesanie, ubieranie... tempo, od 7h45 zaczynam budzić robaczka...najczęsciej
                    panna wstaje o 8h00, po licznych namowach, z łaski wypije dwa łyki letniej wody
                    z sokiem, ubierze się z moja pomocą: mamo, ubierz mnieeeee! czesanie wrogiem
                    ludzkości, skarpetki są prawe i lewe, ja zawsze mylę! przygotowane wczoraj
                    ubrania tzreba zmienić na inne..., majtki przez noc stały sieza ciasne, w końcu
                    mycie zębów, cały czas trzeba poganiać, kurtka, buty...mamo, zawsze źle wiążesz
                    szalik, albo inne pretensje... i wychodzimy...ok 8h15-8h20, pędem do autka, ja
                    taszczę torebkę, teczkę, plecak robaczka i czasem pudełko puzzli lub inne...
                    dojechanie do przedszkola zajmuje nam od 2 do 5 minut... aby zdążyć przed 8h30,
                    potem jadę do pracy... w przyszłym roku szkola, na 8h00, wole nie myśleć...
                    • zuzanna56 Re: poranki 23.02.07, 21:52
                      Moja córka ma 6 lat i mam z nią rano podobny problem. Ciężko jej wstać, długo
                      się ubiera itd. Nie musi wstawać bardzo wcześnie, zwykle wychodzi do
                      przedszkola o 8.45, czasami o 8.15. Zauważyłam że jest dużo spokojniejsza jeśli
                      ma od obudzenia się do wyjscia co najmniej 50 minut a najlepiej godzinę. Wtedy
                      może spokojnie dojść do siebie. Spokojnie się ubiera, je śniadanie, mamy
                      jeszcze chwilę na poprzytulanie się. Dwa razy w tygodniu wychodzę kiedy ona
                      jeszcze śpi, więc wtedy przychodzi do niej mój tata i zdążą jeszcze nawet
                      szybko w coś zagrać.
                      Ja też wolę wstać nawet półtorej godziny przed wyjściem, spokojnie piję kawę i
                      budzę się. Jestem wtedy mniej nerwowa.
                      • mamalgosia Re: poranki 23.02.07, 21:56
                        U mnie technicznie nie jest możliwe wcześneijsze budzenie Starszego, bo wstałby
                        też Młodszy, co skomplikowałoby sprawę.
                        Natomiast ja sama właśnie też z tych, co to półtorej godziny przed wyjściem
                        wstają. Najpierw jeszcze sobie o czymś myślę, potem guzdranie się w łazience,
                        potem spokojne śniadanie, a przy śniadaniu książka - żeby intelekt naładował
                        akumulator na czekający go dzień, a nie tylko żołądek.
                        Mój Mąż wstaje 10 minut przed wyjściem (no, ale on wychodzi o 5tej)
          • mama_kasia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 12:04
            To może niech nie jedzą tego śniadania. Moi nie jedzą, bo i ja
            nie potrafię niczego przełknąć zaraz po obudzeniu smile
        • mamalgosia mac 13.02.07, 11:52
          a dotrzymałaś kiedyś słowa z tym gryzieniem?
          • mac62 Re: mac odpowiada 13.02.07, 21:51
            MamoMałgosiu- hm... , gryźć - jeszcze nie pogryzłam nikogo, ale warczeć do
            ucha delikwenta mi się zdażyło;
            a tak dla rozładowania- coś śmiesznego z dzisiejszego dnia:
            Hubert wrócił szczęśliwy z przedszkola, bo wygrał konkurs tańca na gazecie, na
            moje pytanie "jak to się stało", Hubek mówi: "bo ja mam dwie lewe nogi, wies"
            • mamalgosia Re: mac odpowiada 14.02.07, 08:05
              Hubert - jeśli jesteś mańkutem, to nic tylko się cieszyć z tego, że masz dwie
              lewe nogismile
      • nulleczka Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:14
        Aka, jesteś wystarczająco dobrym rodzicem, widziałam przecież, że dzieci czują
        się przy Tobie bezpiecznie, ufają Ci...I to, że czasem wrzeszczysz, nie zmienia
        tego faktu. U mnie teraz, jak pisałam wcześniej, mamy fazę spokoju, ale ileż
        się wcześniej nakrzyczałam, naniecierpliwiłam, a wieczorami żarły mnie wyrzuty
        sumienia. Nie mówię, że to było dobre, ale mimo to dzieci mnie kochają, mam z
        nimi dobry kontakt.
        Tłumacz im, dlaczego się denerwujesz, złościsz, rozmawiaj o swoich uczuciach.
        Mader świetnie napisała o słuchawkach na uszy...Ja zamykałam się w kuchni albo
        wychodziłam do innego pokoju, jak wrzaski dzieci się nasilały.Najlepiej to
        chyba z zimna krwią je lekceważyć (tzn. jęki itp., nie dzieci), ale mnie to
        zawsze raczej przerastało...

        To że Magda chce wszystko robic sama, że złości się, gdy jej nie wychodzi to
        normalne. Pamiętam, że moja mama w takich wypadkach była niecierpliwa i zawsze
        mnie wyręczała, co nie służyło budowaniu poczucia własnej wartości...Pozostało
        mi takie poczucie, że jeśli sama chcę coś zrobić, to zrobię to na pewno źle....
        wiem, że spieszysz się do pracy, że atmosfera jest nerwowa, ale może w takim
        razie porozmawiać z nią wieczorem - powiedzieć, że rano musisz zdążyc do pracy,
        że bardzo nie lubisz się spóźniać i w związku z tym trzeba jej samodzielność
        trochę ograniczyć. niech wybierze, co zrobi sama a w czym pozwoli sobie pomóc.
        Albo - jeśli to możliwe - wstańcie wcześniej, żebyś nie musiała cały czas
        nerwowo patrzeć na zegarek. Wieczorem wszystko przygotujcie, może się uda.

        p.s. jesteś obecna w mojej modlitwie...
        • aka21 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 12:06
          Dzięki!
          Tylko to "sama" wcale nie jest ranosmile I nie chodzi o to, ze ja jej nie
          pozwalam, tylko, ze ona sobie nie radzi, złości się na siebie (lub kogokolwiek
          kto był w pobliżu i mógł dmuchnąć, ze o dotknięciu nie wspomnę!), a nie pozwoli
          sobie pomóc, a nawet doradzićsad.
          Rano to do samego wyjścia są śpiącymi laleczkami, które łykają automatycznie,
          zginają kończyny, otwierają dziobki do szczotki (chyba, że jest szczękościsk)
          itp. I jeszcze wydają wysokie dźwięki niezadowolenia jak coś do ich świadomości
          dojdziesad i najlepiej nic od nich nie wymagaćsad, a tak niestety się nie dasad,
          bo stanąć na nogi muszą. Ostatnio i tak jest postęp, bo przyjęli taktykę, raz
          budzi, ubiera, karmi tato, a raz mama. Mamy przynajmniej po jednym na głowęwink

          I jeszcze jedno, Magda przestała spać w przedszkolu (siostra z średniakami
          wtedy robiła zajęcia i Mała trochę traciła). Chyba tej godzinki jej brakuje,
          mimo, że ma małą drzemkę w samochodzie. Potem do wieczora jest po prostu trudno:
          (. Może jak będzie dłuższy dzień i da się wyjść to będzie trochę lepiej, może
          też jej organizm się przyzwyczai?

          Aka, jesteś wystarczająco dobrym rodzicem, widziałam przecież, że dzieci czują
          > się przy Tobie bezpiecznie, ufają Ci...I to, że czasem wrzeszczysz, nie
          zmienia
          >
          > tego faktu.
          Właśnie tego się boję, bo małe dzieci kochają nawet niedobrych rodzicówsad
          I jeszcze jedno, my mamy dla siebie tylko kilka godzin dziennie i chcielibyśmy
          je wykorzystać dla dzieci, być z nimi (jak chcą), a nie uciekać od nich. Wciąż
          tylko dylematy...
      • mamalgosia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 11:51
        też się już zastanawiałam nad tym, czy przypadkiem niejest tak, że jak mi nikt
        nad uchem nie marudzi, to ja po prostu nic nie zrobię? Nie wiem, trudno mi
        powiedzieć, ale strasznie takie jęczenie męczy, no strasznie.

        I na czym zjeżdżaliście z tej górki? Na glinie? Czy u Was jest może śnieg? Bo u
        nas ani grama!
        • mama_kasia Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 12:03
          W niedzielę śnieg jeszcze był smile
    • mamalgosia dzieci w tuszu 13.02.07, 12:08
      całe, Młodszy w czerwonym, Starszy w niebieskim. Zapytałam, co to ma znaczyć,
      na co Starszy:
      - Usługi ksero.

      No nic, pora odejść od komputera
      • mama_kasia Re: dzieci w tuszu 13.02.07, 12:10
        big_grin - przepraszam, ale znowu popłakałam się ze śmiechu big_grin
        I nie z problemów wychowawczych wink))
      • kasia_ol1 Re: dzieci w tuszu 13.02.07, 13:23
        nie no, rewelacja wink
        a czyszczenia nie zazdroszczę...
      • nordynka1 Re: dzieci w tuszu 14.02.07, 10:36
        ja też się popłakałam ze śmiechu smile)0

        wiesz co Mamałgosiu dziekuję Ci za ten wątek

        nie jestem sama z moją niecierpliwością i wyrzutami sumienia potem, najgorzej
        jest jak użyję siły by np posadzić wreszcie Małą do ubrania, koszmar a się
        zdarza a nie chcę by się zdarzało
        a dziecko "po drugiej stronie brzucha" mam jedno.....

        Ale - ktoś tu pisał o tym jakie efekty może przynieśc cierpliwei powtarzanie
        czegoś - Anielka dwa dni w tygodniu jest u naszej koleżanki co ma córkę miesiąc
        od niej starszą. Na początku Anielka od samego wejścia do nich Paulinę biła po
        głowie, zdarzały się gryzienia, ciągnięcie za włosy..stanowcze "nie wolno!"
        tylko wzmaga u niej chęć i częstotliwość robienia tego czego sie
        zabrania ..krzyk nie pomagał, odciąganie też nie, próby tłumaczeń i wzbudzania
        poczucia winy - a skąd. Pomogło to spokojnie i w kółko powtarzane przy każdej
        nadarzajacej się okazji "nie bijemy, nie gryziemy, nie ciągniemy za włosy,
        nikogo, siebie też nie". Po ok 2 tygodniach problem znikł.
        Tylko nie zawsze stać mnie na to by cierpliwie coś powtarzać..
        • samboraga Re: dzieci w tuszu 14.02.07, 11:28
          > nadarzajacej się okazji "nie bijemy, nie gryziemy, nie ciągniemy za włosy,
          > nikogo, siebie też nie". Po ok 2 tygodniach problem znikł.
          > Tylko nie zawsze stać mnie na to by cierpliwie coś powtarzać..

          mnie teżsad
          wczoraj do upadłego powtarzałam odrabiającemu lekcje (oczywiście w pozie
          zygzakowatej, jedna noga na uchu, drugą się buja na krześle obrotowym) 'usiądź
          prosto', 'nie garb się'...dzisiaj rano - Starszy wpakował się do łóżka (Młodszy
          spał z nami) za chwilę słyszę przez sen 'siedź prosto, bo będziesz miał krzywy
          kręgospłup'...a to wiecie, ten nasz Młodszy to taka pulchna kulka 11-miesięczna,
          dopiero nauczyczył się wstawać do siadu, jeszcze giba się na wszystkie strony,
          bo nadwaga...
          ale udało mi się ostatnio zachować spokój jak Starszy, pospieszany wieczorem do
          łazienki sunął na pupie (7,5 latek...) z podkuloną pod siebie nogą, z piżamą na
          głowie - wypróbowywał brata strategię poruszania się...
          • samboraga ps. do Mamalgosi 14.02.07, 11:30
            dotarł mail, dotarłsmile))
            nie wyrabiam się, przepraszam...
    • kasia_ol1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 17:54
      chcę się podzielić z Wami czymś bardzo miłym, sprzed chwili dosłownie.
      nasz młodszy synek (2,5) od jakiegos czasu miewa napady histerii, zaczął też
      wymuszać różne rzeczy płaczem. obiecałam sobie, ze z młodszym nie popełnię
      takich błędów jak ze starszym Matusiem - nie dam się sprowokować, nie będę się
      darła. przy pierwszych atakach rzucał ze złością rzeczami o podłogę. przy
      kolejnej złości posadziłam młodego na kolanach (pomimo, że się wyrywał) aż pękł
      i się przytulił i uspokoił. trwało to chwilę - momentami myślałam, ze wieczność
      wink trzy razy tak się stało. dzisiaj wkurzył się, bo mu nie chciałam dać
      słodyczy. przez chwilę go ignorowałam, po czym czuję jak ciągnie mnie za rękę do
      sypialni, kazał mi usiąść na łóżku i mówi "pitulić" i nagle cisza, spokój... no
      łzy w oczach i wielka radość, że ofiarowana dziecku cierpliwość przyniosła
      rezultat. może następnym razem znowu będzie histeria nie do opanowania, ale dziś
      jest sukces.

      może dla większości z Was to jest banał - metoda przecież znana, a ja się cieszę
      jak małe dziecko, bo wczoraj mieliśmy straszny dzień, a dziś udało się prawie
      bez darcia smile
    • samboraga Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 13.02.07, 22:00
      ale się ubawiłamsmile)) do łezwink)) dziękismile

      pozostaje mi tylko dodać, że często mam takie dni, chociaż u mnie inny rozrzut
      wiekowy, i niby Starszy więcej rozumiewink
      • szymama Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 14.02.07, 19:12
        My jestesmy w tej komfortowej sytuacji, ze \mlody zawsze zaczyna szkole o
        godzinie 8.45. Razem z Nim ja zaczynam swoj dzien. A arzcej on razem ze mna.
        Rano budze go glaszczac delikatnie po plecach, on: nie glaszcz mnie, bo to mnie
        szczypie! Prosze, zeby wstawal, a on na to: zadna sila mnie z lozka dzis nie
        wyciagnie!!
        Po usilnych prosbach, wstaje, na pol spiaco maszeruje do stolu, gdzie czeka na
        niego sniadanie- platki z mlekiem. I ma tak samo jak Wasze dzieci- patrzy tepo
        w talerz jak zahipnotyzowany. Doprowadza mnie do bialej goraczki, bo wiem, co
        bedzie dalej. Ze zostalo mi niewiele czasu na ubranie, odwiezienie go do szkoly
        i nie spoznienie sie na uczelnie.
        Zawsze wybrzydza przy ubranie, a przeciez z\awsze ma ten sam mundurek(bo szkola
        mundurkowa).
        Dzis osiagnal szczyt. Skarpetki szkolne maja byc szare. Wiec kupilam nowa
        partie, szare z kolorowymi palcami. Dalam z niebieskimi. On nie pojdzie z
        niebieskimi palcami, chce z czerwonymi, dalam. Za minute stwierdzil, ze jednak
        te niebieskie byly fajniejsze.
        I jak ja mam rano spokonie, z lagodna muzyka w tle dzien zaczynac? Ciagle w
        biegu i pospiechu.
        • alex05012000 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 16.02.07, 13:00
          Dzis osiagnal szczyt. Skarpetki szkolne maja byc szare. Wiec kupilam nowa
          partie, szare z kolorowymi palcami. Dalam z niebieskimi. On nie pojdzie z
          niebieskimi palcami, chce z czerwonymi, dalam. Za minute stwierdzil, ze jednak
          te niebieskie byly fajniejsze.
          chyba ci się śniło, że masz moją córkę!!!!
    • dargoma Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 14.02.07, 19:24
      Mamałgosiu! dzięki za temat. Ja też się z tym borykam. Choć dziecię na razie
      jedno, i to małe (jeszcze nie przedszkolne), więc na razie nieznany mi temat
      porannego szykowania się stadem "na czas". Ale czasami... wychodzę z siebie. I
      mam dość. I-jak napisałś- chciałabym wystawić młodą na wycieraczkę ( a nawet
      drastyczniej- na balkon). I za nic nie przebija się do głowy myśl, co zrobiłby
      Jezus, ani co by chciał, żebym ja zrobiła sad
      Rycerzowo! wielkie dzięki za wspaniałe rady, że dzielisz się swoją mądrością-
      może tak się uda, spojrzeć na świat oczami dziecka, zamiast wściekać się na nie
      i walić pięściami w ścianę (dzwiami nie da się trzasnąć, bo mamy uszczelki w
      futrynach). Mader- pomysł z klepsydrą jest świetny, jutro ruszam na
      poszukiwania.
      Mam olbrzymie poczucie "nienadawania się", czuję się bardzo nieudolną matką i
      zabija mnie ta myśl,którą wyraziła Aka, że małe dzieci kochają nawet niedobrych
      rodziców- ale w chwilach, kiedy rozum dochodzi do głosu myślę sobie, że nie ma
      ludzi idealnych, że w bycie odpowiedzialną matką jest wpisana chęć bycia matką
      doskonałą, a takich po prostu nie ma. I myślę sobie, Mamalgosiu, że gdyby
      przeprowadzono testy przydatności na matkę, to zdecydowana większość matek
      świata zdałaby je celująco. W końcu to Bóg uczynił nas matkami, wiedział co
      robi, prawda? Tym się pocieszam. Jego miłością do mnie, i do mojego dziecka,
      które z miłości otrzymało taką matkę, jaką ma, czyli mnie. Modlę się o
      cierpliwość. I czasami chodzę do psychologa. Pogadać.
      • mader1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 14.02.07, 22:30
        musimy się bardzo starać. Starać być cierpliwe, dobre, okazywać im naszą
        miłość. Ale to, że mamy wady, że czasem zachowamy się nie tak, jak byśmy
        chciały, też spełnia swoją funkcję. Chciałabym być doskonała, więc mnie to nie
        pociesza, ale...
        Dzieci widzą, że nie tylko one czasem zachowują się źle,nie tylko one nie
        zapanują nad sobą. Nawet mamie zdarzają się wpadki. Nawet mama może przeprosić.
        Mama, jak zrobi źle , nie wpada w dodatkowy w szał i nie zakłamuje, że wszystko
        w porządku, ale czuje się z tym źle i bardziej się stara.
        Dobrze ( ale wiecie o tym), nawet najmłodszemu powiedzieć - " już jestem
        zmęczona, już nie mam siły, przepraszam."
        Uczą się, jak zachować się w momentach " wpadki". Uczą się, że swiat się wtedy
        nie kończy, że można przeprosić, że ludzie nie są idealni. Że gdy one nie będą
        idealne, też świat się nie załamie.
        Uczą się od nas komunikacji o swoich potrzebach - książkowe było z tymi
        kotletami. Mały szybko nauczył się od mamy, jak jest kulturalnie.
        Poza tym uczymy dzieci żyć w społeczeństwie. Współżyć z innymi. Tego, że
        ludzie, z którymi będą obcowali, będą czasem bardziej rozdrażnieni, zmęczeni.
        Co wtedy się dzieje, co mogą same z tym zrobić ?
        Wyobraźcie sobie małżeństwo dorosłego faceta , który miał idealną mamę, która
        się nigdy nie zdenerwowała. Wpadłby w panikę w razie pierwszej róznicy zdań.

        Jest w tym tylko jedno "ale" - musimy się ciagle starać. Naprawdę uważnie
        szukać sposobów, próbować codziennie się opanować. Być dla nich dobrym
        człowiekiem, bo zdane są tylko na nas. Bo jak stracimy czujnośc i uznamy
        krzyki,szarpaninę, zrzędzenie za normę ,to będzie tragedia.

        A pomysły mają. Mój syn i tak robi niebezpieczne rzeczy. Musi uczestniczyć w
        gotowaniu i już... Nie mogłabym gotować...
        Obierałam i kroiłam warzywa, musiałam dorzucić do gorącej wody i żeby stał w
        jakiejś w miarę bezpiecznej odległości od garnka - podałam mu duże sito z długą
        rączką i wkładałam do sita warzywa, a on je wrzucał...
        Nie mówiąc już o pospiesznym wycinaniu jakiegokolwiek stempelka z pierwszego
        ziemniaka , żeby pozwolił mi obrać i wstawić resztę. Zabawy z kartką i farbą
        starcza akurat na ten czas.
        Podanie kubka i łyżeczki, żeby przelał łyżeczką do innego kubka wodę...
    • mamamonika Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 14.02.07, 22:14
      Ja dla swoich wymyśliłam mega-sankcję za szczególne zasługi - zabawę w
      Kopciuszka. Zmieszam kiedyś ryż z kaszą gryczaną w jednym pojemniczku i każę
      sortować wink
      Jeszcze nie używałam wink))
    • babie_lato1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 15.02.07, 19:14
      Ja miałam ciężkie dzieciństwo z powodu nieopanowanych napadów szału mojej mamy.
      To skutkuje moją umiarkowaną cierpliwością do dzieci - cudzych i własnego - żeby
      broń Boże nie zafundować mu takiej samej jazdy, jaką ja miałam.
      Dalej: postawa "nic mnie już nie zdziwi". Spokojnie robię swoje. Żeby się mury
      chwiały i podłoga trzęsła - ja spokojnie robię swoje. Tak, jak mogę i tyle, ile
      mogę. Przyjmuję postawę służby. Nie muszę być doskonała.
      A czasami oczywiście mnie ponosi - to wtedy, kiedy się spieszę, bo gdzieś tam
      muszę być, ktoś ma przyjść itd. Wtedy zdarza mi się podnieść głos. Cóż, nie
      jesteśmy przecież z kamienia smile
      Aha, przydaje mi się jeszcze szacunek, mam to po prostu wdrukowane - moje
      dziecko to odrębny człowiek, tylko mały.
      Skąd brać cierpliwość - z miłości. Skąd miłość - od Boga. Oddać Mu własną
      niecierpliwość, splątanie. Nie przejmować się za bardzo.
    • mader1 Re: cierpliwość do dzieci (własnych) 24.02.07, 12:49
      Gorzej jak ktoś nie nadaje się na matkę sad To nawet to, ze nie krzyczy, czy
      nie bije, nic nie pomaga sad Wtedy zaczyna zrzędzić czy coś sad Poprawia jedno, a
      wymyśla drugie sad Ostatnio mam doła w związku ze swoją działalnością społeczną
      związaną z bliskimi sad
      I... nie, nie dlatego, że córka w ciąży, mąż zagroził rzwodem, ktoś nie chodzi
      do Kościoła, jedynki w szkole wink to nie dlatego doznałam przebudzenia.
      Widzę coraz wyraźniej, jakie dostałam skarby - za zupełną darmochę, na wyrost,
      że tak napiszę - niezasłużenie. I jestem w tym jakimś słabym ogniwem sad
    • mader1 Łazienka, ubikacja ;))) 24.02.07, 12:56
      U trzeciego to mnie już to śmieszy, prawdę pisząc, ale z początku ( u
      pierwszej) bardzo mnie denerwowało - zwróćcie uwagę, jakie wszystko jest
      względne wink)) Ale skoro dogadałyśmy się z porankami...
      Wasze też miały bardzo ważne sprawy, w czasie gdy byłyście w łazience ? smile
      Miałam czasem wrażenie, że zatrzaśnięcie TYCH drzwi powoduje nagły przypływ
      problemów, który można załatwić jedynie gwałtownie w nie waląc, zawodząc pod
      nimi lub wołając już od progu dużego pokoju.
      • mamalgosia Re: Łazienka, ubikacja ;))) 24.02.07, 16:29
        Nie. Może dlatego, że przy moich dzieciach nie da się ukryć w łazience. Albo z
        nimi albo wcale. Ale kto powiedział, że należy ulegać tak prymitywnym potrzebom
        jak oddawanie moczusmile
Inne wątki na temat:
Pełna wersja