Wszystko przepadło?

20.03.07, 13:19
Ostatnio dość często myślę o moim ojcu.
Tata zmarł dawno temu, ciężko rozchorował się, miał nowotwór. Nie wiem czy
pojednał się z Panem Bogiem w chwili śmierci. Nie wiem, czy był przy nim
ksiądz, by mógł żałować za grzechy.

Czy człowiek, a konkretnie mój ojciec miał jeszcze jedną szansę nawrócenia
stając przed Panem w chwili śmierci? Jak to jest? Z tego co pamiętam i wiem o
ojcu nie przystępował do sakramentu spowiedzi i nie karmił się Ciałem Jezusa
nawet raz w roku. No i ciężko grzeszył.


Bo na samo wspomnienie o nim często serce mi krwawi i łzy lecą z żalu. Z
żalu, że zaprzepaścił życie z Bogiem.
Ale może ja się mylę?
Z mamą i siostrą wybaczyłyśmy mu zło, to może i Bóg mógłby?
A może to sam Bóg w nas wybaczył? Pamiętam, że jeszcze rok czy dwa lata temu
wszystkie byłyśmy na niego ciężko obrażone. A szczególnie mnie nie udawało
się wówczas ojcu przebaczyć.

    • minerwamcg Re: Wszystko przepadło? 20.03.07, 16:35
      Pysiu, Bóg jest miłosierny. Nikt nie idzie do piekła przez pomyłkę czy z
      nieświadomości. Żeby tam się znaleźć trzeba świadomie i dobrowolnie wybrać zło.
      Jeżeli Twój ojciec umierając żałował za wszystko złe co zrobił, Bóg na pewno
      dał mu szansę.
      Gdyby Dobry Łotr wisiał na krzyżu obok przypadkowego faceta i żałował polecając
      się Bogu - też byłby zbawiony.
    • mader1 Re: Wszystko przepadło? 20.03.07, 17:15
      Nie wiemy czy przepadło. Możemy mówić o tym, że uważamy, że ktoś żył pięknie,
      powinien być świętym. Kto ma być potępiony nie nam sądzić.
      Cieszę się, że przebaczyłaś tacie.
    • mamalgosia Re: Wszystko przepadło? 20.03.07, 21:25
      Nie wiemy, jak wyglądała ostatnia chwila życia.
      Dużo o tym myślałam w kontekście samobójstwa pewnej osoby. Nie wiemy, co się
      dzieje w duszy człowieka. Nie wiemy, co myślał w tej ostatniej sekundzie. Czas
      Boga nie jest naszym czasem, może ta sekunda trwała na tyle długo, by zrozumiał
      i podjął dłoń Boga?
      Bardzo wierzę też w moc modlitwy wstawienniczej. Czego jemu brakło, może Ty
      dopełnisz?
    • kulinka3 Re: Wszystko przepadło? 20.03.07, 23:18
      Wszystkiego dowiemy się po drugiej stronie.
      Ja bym nie rezygnowała z modlitwy,ofiarowałbym msze św. w jego intencji.
      • minerwamcg Re: Wszystko przepadło? 20.03.07, 23:44
        Kulinka dobrze radzi - daj za niego na mszę. Na znak przebaczenia. I bądź na
        niej, razem z mamą i siostrą.
    • rycerzowa Re: Wszystko przepadło? 21.03.07, 18:00
      Przypomnij sobie, co powiedział Chrystus: "Komu odpuścicie grzechy, będą im
      odpuszczone..."
      Te słowa mają też codzienny sens.
      Wy, najbliższe krewne, wybaczyłyście ojcu. To bardzo ważne.
      Ale może on skrzywdził i kogoś innego? W miarę możliwości dotrzeć do tych osób,
      jakoś wynagrodzić krzywdy, np. zwrócić dług, porozmawiać, wytłumaczyć, poprosić
      o wybaczenie.
    • dorotkak Re: Wszystko przepadło? 21.03.07, 19:20
      Wasz tata skrzywdzil Ciebie, Twa mame, siostre, ale oprocz tego, ze byl ojcem i
      mezem byl tez synem, bratem, kolega, sasiadem, pracownikiem albo pracodawca -
      przed Bogiem rozliczy sie z caloksztaltu swego zycia i Bog to rozsadzi.

      a nam tutaj pozostaje modlitwa w jego intencji oraz ofiarowanie modlitwy calego
      kosciola za jego dusze (wypominki, msza sw)
    • pysio8 dziękuję 22.03.07, 08:32
      Dziękuję i proszę Was o modlitwę za tatę, za nas.
      W 18 rocznicę śmierci została odprawiona Msza św. w intencji taty, na której
      wszystkie byłyśmy.
    • otryt Re: Wszystko przepadło? 22.03.07, 09:50
      Pysiu! Mógłbym właściwie napisać podobny tekst o swoim ojcu. Różnica może
      byłaby jedna, że umarł szybko i niespodziewanie.
      Myślę, że dla kogoś kto obserwuje nas z zaświatów nie ma chyba gorszego
      cierpienia niż oglądanie skutków swoich grzechów, z którymi do dziś borykają
      się inni ludzie, szczególnie własne dzieci. Skutków, których nie można już
      odwrócić. Człowiek zmarły nie może już nic naprawić, może tylko obserwować z
      pełną ostrością i świadomością owoce swojego życia. Myślę, że modlitwa za
      zmarłego dużo daje. Miłosierdzie Boże jest wielkie, większe niż nasza zdolność
      przebaczania. Ważne jest chyba również, aby w miarę możliwości wyrównać,
      naprawić te błędy, które popełnili rodzice. Nie oskarżać, ale nie zamykać oczu
      na prawdę, jaka była. Przebaczyć. To jest proces, czasem ciągnący się latami.
      Tak było z moją mamą. Dziś już przebaczyła, po 30 latach. Ja myślałem również,
      że przebaczyłem. Gdy jednak przypadkowo dowiedziałem się, w jaki sposób
      zostałem upokorzony przez ojca jako kilkuletnie dziecko, poczułem tak wielką
      złość stłumioną przez malutkie dziecko, złość która wypłynęła z głębi serca,
      wstrząsnęła całym ciałem, złość z której istnienia nawet nie zdawałem sobie
      sprawy. Malutkie dziecko musiało to stłumić, bo inaczej nie potrafiło sobie
      poradzić z tym, co go spotkało, bo nie mogło wtedy obrócić jej przeciwko
      swojemu 3 razy wyższemu ojcu . Nie dałem poznać osobie, która to mówiła, co
      czuję. Następnie stała się rzecz, która mnie zdumiała w najwyższym stopniu. Po
      godzinie zapomniałem to wszystko, czego się dowiedziałem, a co mną aż tak
      bardzo wstrząsnęło. Znów stłumiłem. Prosiłem Boga, abym przypomniał sobie na
      powrót, abym mógł przebaczyć konkretne zło, którego doświadczyłem. Aby oczyścić
      swoją podświadomość i świadomość, wyzwolić się ze złych emocji, które w sposób
      niezauważalny niszczą mnie od środka, deformują psychikę i zachowanie.
      Przypomniałem sobie, przemodliłem, przebaczyłem. Ważna jest również pamięć, aby
      pamiętać także to, co było dobre. We właściwej, prawdziwej proporcji. Twój
      tekst sprawił, że zacząłem sobie przypominać różne dobre rzeczy, bo do tej pory
      koncentrowałem się głównie na tych złych. I znów ze zdziwieniem zauważyłem, że
      o tych dobrych sprawach, czasem pisanych z humorem, napisałem kilka stron. Z
      tych opowiadań wyłonił się świat, którego już nie ma, miejscami egzotyczny,
      sięgający do własnych korzeni. Dziękuję Ci.
      • otryt Dobra historia - część 1 22.03.07, 09:58
        1. Stare pożółkłe zdjęcie, końcówka lat 50-tych. Park w mieście. Maj albo
        czerwiec, wszystko kwitnie. Mężczyzna 24-letni trzyma za rękę półtoraroczne
        dziecko. Lekko pochylony, patrzy się na dziecko. Spodnie i marynarka za
        szerokie, dziwnie dziś wyglądają stroje z tamtego czasu. Włosy ciemne ,
        zaczesane do góry. Twarz dziecka tonie w bardzo jasnych i mocno kręconych
        lokach. Mały stoi naburmuszony. Biały sweterek, białe rajstopki wypchane
        pieluchą, mocno zużyte buciki na nogach. Stoją na alejce parkowej, jak na
        wyspie. Z jednej strony alejki podłużny staw z łabędziami, z drugiej rzeka. Tak
        wygląda moje pierwsze, zachowane zdjęcie z ojcem.

        2. Następne zdjęcie, nadmorska plaża w Mielnie. Dwa lata później. Na kocu
        siedzą dwie pary młodych ludzi, uśmiechnięci, szczęśliwi. To moi rodzice i inne
        małżeństwo, ich przyjaciele. Obok na piasku siedzi chłopiec z blond fryzurą jak
        u dziewczynki, łobuzersko uśmiechnięty, śmiało patrzy w obiektyw. Buduje coś
        z patyków znalezionych na plaży. Kostiumy kąpielowe kobiet uszyte z dużej
        ilości materiału, u mojej mamy widać wyraźnie, że jest w ciąży.

        3. Gdy miałem 4 lata przenieśliśmy się do nowego mieszkania. Słoneczne,
        przestronne, mieliśmy z bratem swój pokój. Brał nas czasem ojciec na ręce i
        podrzucał wysoko aż pod sufit. Bardzo to lubiłem, ale jednocześnie trochę się
        bałem, myśląc co będzie, jak mnie ojciec nie złapie. Ale zawsze złapał. Lubiłem
        siadać na jego głowie i z góry oglądać świat, zaglądać, co jest na szafach. To
        taka niezwyczajna perspektywa.

        4. Chodziłem z ojcem na spacery, podczas którego często odwiedzaliśmy toaletę.
        Ten przybytek tylko dla mężczyzn, stojący obok chodnika przy ulicy w mieście
        był w kształcie stojącego walca. Zrobiony był z falistej blachy. W środku do
        blachy przyczepiona była rynna, która biegła dookoła i kończyła się rurą
        kanalizacyjną. Wchodziło się z boku, jak za parawan, a stopy załatwiających się
        mężczyzn były widoczne, bo blacha stała na nóżkach i zaczynała się gdzieś 20
        centymetrów nad ziemią. Ten obraz mi pozostał, jako element minionych czasów.

        5. Moje pierwsze wspomnienie Kościoła też wiąże się z ojcem. Miałem może 4,
        może 5 lat. Chodziliśmy na niedzielną mszę dla dorosłych. Nigdy nie było
        miejsca w ławkach, zawsze trzeba było stać. Liturgia była po łacinie, ksiądz
        gdzieś daleko w prezbiterium tyłem odprawiał mszę świętą. Dla malutkiego
        dziecka w ogóle niewidoczny. Gdy wychodził na ambonę podczas kazania stawał się
        aż za bardzo widoczny. Był wielki i groźny, czasem krzyczał. Nudziłem się
        okropnie stojąc w tłumie, wierciłem się, przestępowałem z nogi na nogę.
        Najbardziej lubiłem wrzucać do koszyka złotówkę, którą dawał mi ojciec. Gdy
        czasem przyjeżdżała babcia dziwiła się, że jeszcze nie potrafię mówić Pater
        Noster. W końcu się nauczyłem. Wiedziałem, co i kiedy odpowiadać, lecz nic z
        tego nie rozumiałem.

        6. Ojciec miał motor WSK. Jeździłem z nim czasem na grzyby. Dwadzieścia
        kilometrów od miasta był las, w którym rosło mnóstwo żółtych kurek. Lubiłem
        jeździć na motorze. Siedziałem z tyłu, mocno obejmując ojca, aby nie spaść z
        motoru. Potem ojciec przestał jeździć motorem, stał w piwnicy bardzo długo.
        Później chodziliśmy już na piechotę do bliższego lasu, gdzie rosły olszówki i
        opieńki. Olszówek mama nie chciała gotować, więc ojciec gotował je sam mówiąc,
        że całe życie je jadł. Pełno ich było w lesie, nikt tego nie zbierał.

        7. Czasem było bardzo wesoło w moim domu. Najczęściej 23 kwietnia lub 20
        października. Wtedy przychodzili goście. Lubiliśmy z bratem myszkować pod
        stołem, oglądać nogi i buty siedzących. Czasem zwijaliśmy coś ze stołu, a
        kiedyś spróbowałem, jak smakuje wódka, gdy w którymś z kieliszku pozostało po
        wyjściu gości. Bardzo lubiłem zmieniać płyty na gramofonie. Najwięcej było
        małych płyt z dwoma piosenkami po każdej ze stron. Więc zmieniać trzeba było
        często, co kilka minut. To było moje zadanie, które bardzo lubiłem. Były
        piosenki Jerzego Połomskiego, Sławy Przybylskiej, Janusza Gniatkowskiego.
        Najbardziej lubiliśmy jak ojciec wyciągał akordeon i zaczynał grać. Walce
        Straussa, Na stepach Mandżurii, Na falach Dunaju. Klimat tych melodii przenosił
        mnie w inny, nieznany i tajemniczy świat.
      • otryt Dobra historia - część 2 22.03.07, 10:22
        8. Ojciec najbardziej lubił piosenki rosyjskie, czastuszki. Lubił ten język,
        lubił Rosjan. Korespondował z Radiem Moskwa. W latach 60-tych w czasie, gdy
        dziś mamy mszę świętą w radiowej jedynce, w niedzielny poranek leciała audycja
        Radia Moskwa. Kilka razy puszczali piosenki rosyjskie, o które poprosił w
        liście ojciec. Jarzębinę czerwoną często było słychać w naszym domu. I po
        polsku i w rosyjskim oryginale. Ojciec próbował mnie uczyć języka rosyjskiego,
        jeszcze zanim mieliśmy go w szkole. Jednak nie był zadowolony z mojego akcentu,
        w końcu machnął ręką i dał spokój. Na moich świadectwach były dobre oceny,
        najgorsze z rosyjskiego.

        9. Gdy miałem 11 lat ojciec dostał zaproszenie do ZSRR od swojego kuzyna,
        który odwiedził nas rok wcześniej. Nie potrafił on powiedzieć ani jednego
        słowa po polsku, chociaż rodzice byli Polakami. Po raz pierwszy zobaczyłem w
        jego radzieckim paszporcie nasze nazwisko napisane cyrylicą. Zdobył
        wykształcenie, miał porządną pracę, przeniósł się z zapadłej wioski, gdzie się
        razem z ojcem urodzili, do Mińska. Jego rodzice nie zdecydowali się na
        repatriację w 1945 roku. Cała rodzina została tam. Mój dziadek postanowił
        wyjechać w nieznane i osiedlić się na terenach poniemieckich w zachodniej
        Polsce.

        Ojciec chciał, abym pojechał z nim i zobaczył miejsce jego urodzenia, wieś
        niedaleko Niemna i Nowogródka. Kilkanaście kilometrów od wschodniej granicy
        Polski międzywojennej. Dziś jest to teren Białorusi. Odmówiłem jednak, choć
        bardzo chciałem jechać. Zawsze bardzo lubiłem podróżować. Jednak wcześniej
        nasłuchałem się opowieści, jak wygląda życie na tamtych terenach, jak dużo oni
        piją, jak nigdy nie trzeźwieją, jaki paskudny piją samogon, jak nawet dzieci
        zmuszają do picia. Bałem się, że będą mnie zmuszać do picia samogonu.
        Powiedziałem o tym ojcu. On na to, że nie będę musiał. Pomyślałem jednak, że
        jak ojcu się w końcu urwie film, to mnie nikt nie obroni.
      • otryt Dobra historia - część 3 22.03.07, 10:34
        10. Gdy miałem 13 lat było już po rozwodzie rodziców. Ojciec znalazł sobie
        pracę i nową żonę w Warszawie. Zostawił nam mieszkanie i wyprowadził się.
        Odprowadzaliśmy go z braćmi późną, listopadową, wieczorną porą na nocny pociąg
        do Warszawy. Obiecywał, że wkrótce nas zaprosi do Warszawy. Jednak nastąpiło to
        dopiero za parę lat. Druga żona nie chciała jakichkolwiek kontaktów z dziećmi
        męża. To ponoć było jedną z przyczyn zakończenia tamtego małżeństwa, które
        trwało bardzo krótko. Od czasu wyjazdu ojca zaczął się intensywny etap
        korespondowania listownego. Przez 15 lat wymieniliśmy ze sobą setki listów. W
        listach wychowywał nas, uczył życia, przestrzegał przed różnymi
        niebezpieczeństwami, na które narażeni są młodzi ludzie.

        11. Gdy miałem 15 lat ojciec miał już trzecią żonę. Akurat urodziła im się
        córka. Wtedy po raz pierwszy przyjechaliśmy do niego. Ojciec się cieszył i
        chciał, abyśmy i my się cieszyli, że posiadamy siostrę. Przyznam, że krzyczący
        niemowlak nie stanowił wielkiej atrakcji dla 15-letniego chłopaka. Żona ojca
        była 16 lat młodsza od niego, a 6 lat starsza ode mnie. Odnosiłem wrażenie, że
        raczej należała do mojego pokolenia niż do pokolenia ojca. Znaleźliśmy łatwo
        wspólny język. Byliśmy z braćmi często zapraszani i gościnnie przyjmowani. Było
        ciepło i rodzinnie. Ojciec pracował wtedy w PKS, załatwił nam darmowe bilety na
        całą Polskę. Dzięki tym biletom zwiedziłem prawie całą Polskę i często bywałem
        w Warszawie. Ojciec namawiał mnie wiele razy, abym podjął studia w Warszawie i
        tam później zaczął pracować i mieszkać. Sam o tym marzył. Brakowało im tylko
        porządnego mieszkania. Mieszkali w jakiejś ruderze na Woli. Ja jednak wolałem
        zachować niezależność, studiować i mieszkać w mieście jednakowo odległym od
        ojca i od matki, ale nie z nimi. Trzecie małżeństwo skończyło się nagle i w
        dramatycznych okolicznościach po 6 latach. Sąd odebrał ojcu prawa
        rodzicielskie nad swoją córką, nie miał prawa widywania jej. Prosił mnie, abym
        interesował się jej losem, bym był w kontakcie. Nie było to jednak takie łatwe.

        12. Gdy miałem 21 lat ojciec mieszkał samotnie w Warszawie. Przyjeżdżałem
        często, zawsze mieliśmy tematy do rozmów. Pamiętam zabawne zdarzenie, gdy
        mieszkaliśmy we dwójkę. Ojciec poszedł do pracy, a ja miałem kupić karkówkę,
        aby potem ją upichcić na obiad. W życiu nie widziałem, jak wygląda karkówka.
        Idę do pierwszego sklepu na Woli, jest jakieś mięso, ale przy kartce z ceną nie
        napisano nazwy mięsa. Wiele słyszałem o cwaniakach warszawskich, poznałem
        klimat bazaru Różyckiego. Pomyślałem sobie, że jeśli zapytam, czy jest
        karkówka, a właśnie ona leży przed moim nosem, to od razu zauważą, ze nie znam
        się na mięsie i dadzą mi najgorszy kawałek. Innym wariantem było poproszenie w
        ciemno o kilogram ładnej karkówki pewnym i zdecydowanym głosem. Cóż jednak się
        stanie, gdy tej karkówki nie będzie? Wymyśliłem coś innego. Stanąłem przy
        ludziach, którzy akurat kupowali i podsłuchiwałem, jakie nazwy mięsa padają z
        ust klientów. Jednak o karkówkę nikt nie prosił. Za to zaczęli się denerwować
        na mnie, że próbuję wejść bez kolejki, a były to czasy gdy kolejki w mięsnych
        były olbrzymie. Postanowiłem pójść do innego sklepu z nadzieją, że jednak
        będzie gdzieś kartka z nazwą mięsa. Złaziłem całą Wolę, doszedłem do
        Śródmieścia i końcu znalazłem sklep, o jaki mi chodziło. Zakupy zrobiłem dobre,
        ale szmat czasu straciłem. Śmialiśmy się potem razem, gdy o tym opowiadałem.

        Nasze rozmowy bardzo często bywały przy winie, otwieraliśmy się wtedy
        nawzajem. Rozmawialiśmy bardzo otwarcie i szczerze. Czasem tego wina było tak
        dużo, że zapominałem pójść na niedzielną mszę. Ojciec źle znosił samotność.
        Kiedyś zaprosił do swojego mieszkania warszawską kapelę podwórkową. Zgarnął ich
        gdzieś z ulicy. Grali sobie na akordeonach i skrzypcach i oczywiście pili. Było
        bardzo wesoło. Ojciec zrobił nagranie z tego spotkania i kiedyś mi puścił. Po
        tym zdarzeniu przyjeżdżałem częściej do Warszawy. Studenci mieli zniżkę na
        samolot. Tylko 45 minut trwał lot z Rębiechowa na Okęcie.

      • otryt Dobra historia - część 4 22.03.07, 10:45
        13. Bardzo przyjemne były również nasze spotkania u mnie w Gdańsku. Ojciec całe
        życie przepracował jeżdżąc w delegacje. Czasem jeździł na delegację do
        Gdańska. W akademiku nie było atmosfery do takich spotkań, dlatego
        spotykaliśmy się w gdańskich hotelach, gdzie się zatrzymywał. Jednym z takich
        hoteli był statek Mazowsze, zakotwiczony na Motławie. Kabina bez okna, w środku
        tylko łóżko i mały stolik. I tak siedząc na jednej koi rozmawialiśmy. Niedaleko
        była maszynownia, która zagłuszała nasze głosy. Nasze ostatnie sympatyczne
        spotkanie było w Gdyni, gdy zaprosiłem go do siebie. Zwiedzaliśmy wspólnie
        Skwer Kościuszki, Dar Pomorza. Zaważyłem, że jest wrażliwym człowiekiem

        14. Potem ojciec dostał ładne mieszkanie na Ursynowie, na które czekał 15 lat.
        Spełniło się jego marzenie o Warszawie. Dwa tygodnie potem umarł podczas
        delegacji. Wieczorem odwiedził swojego przyjaciela ze szkoły średniej, lekarza.
        Znów był alkohol. Przyszedł nagły, rozległy zawał i choć przyjaciel lekarz był
        obok, nic nie mógł zrobić. A kilka miesięcy wcześniej po raz czwarty się
        ożenił. Nie potrafił żyć sam, nie potrafił żyć z drugą osobą. Żona, którą
        poznałem dopiero na pogrzebie dostała to mieszkanie.

        Załatwiałem pogrzeb ojca. Musiałem go przewieźć z miejsca ostatniej delegacji
        do miejsca pochówku. Gdyby umarł w Warszawie pewno by już tam pozostał na
        stałe. Jeśli już jednak musiał odbyć ostatnią podróż, postanowiłem przewieźć go
        trochę dalej, na Ziemie Zachodnie, gdzie z dziadkiem, babcią i prababcią oraz
        innymi krewnymi przyjechali w 1945. Leży tam dziś obok swoich bliskich. Jego
        czwarta żona nie miała nic przeciwko temu. Nie wiem, tylko czy ojciec jest
        zadowolony, że wyprowadziłem go z Warszawy, o której przez całe życie tak
        marzył.

        • samboraga Re: Dobra historia - część 4 22.03.07, 19:39
          niesamowicie rozwinąłeś wątek, Otrycie...
          dziękuję za wątek, zdopingowaliście mnie, oboje...
          • otryt Re: Dobra historia - część 4 22.03.07, 20:23
            Muszę coś jeszcze dodać, Samborago. Może ktoś sobie pomyśleć, że ładnie
            wyglądają albumy foto, że zagłaskuję trudną i bolesną historię. Prawda jest
            jednak taka, że od lat opowiadam różne złe historie, nazywam je po imieniu i
            każdą po kolei w duchu modlitwy staram się przebaczyć. Tych złych historii było
            sporo, są one rozproszone w różnych miejscach, także na WwW. Opowiadanie
            drugiemu człowiekowi jest potrzebne, przynosi ulgę, pozwala ubrać w słowa
            nienazwane, to z kolei przynosi zrozumienie. Rozproszone dlatego, aby nie
            epatować całością. Jestem w stanie te kamyczki mozaiki złożyć w jedną całość,
            jednak poszczególni ludzie znają tylko jedno szkiełko. Dziś dla równowagi
            starałem się pisać o dobrych historiach, choć z niektórych zdań wyziera wielki
            dramat. Nie mogłem jednak tych zdań pominąć, bo moja opowieść stałaby się
            niezrozumiała. Trzeba oddać sprawiedliwość, nie wszystko było złe, każdy
            człowiek ma swoje dobre strony, nie ma chyba takiego, o którym nie można
            powiedzieć nic dobrego. Tak należy rozumieć moją dobrą historię. Historia
            jednak nie kończy się z chwilą śmierci człowieka. I tu znów mamy wątek dobry,
            ale również wątek zły. Ten dobry mógłby być piątą częścią opisywanej historii.
            Ten zły jest wciąż bolesną i świeżą raną, z którą do końca nie wiem jak się
            uporać.
            • pysio8 dziękuję :-) 22.03.07, 21:02
              Dziękuję Otrycie za Twoje osobiste wspomnienia o tacie, przekopiuję je sobie w
              takie miejsce, żeby mi nie umknęły i bym mogła do nich wracać. Nie wiesz, jak
              ogromny prezent zrobiłeś mi opisaną przez Ciebie historią.

              Będę pamiętała o tym, co napisałeś:


              Trzeba oddać sprawiedliwość, nie wszystko było złe, każdy
              > człowiek ma swoje dobre strony, nie ma chyba takiego, o którym nie można
              > powiedzieć nic dobrego
            • samboraga Re: Dobra historia - część 4 22.03.07, 21:25
              prawdę mówiąc to tak się domyślałamsmile że to nie zagłaskanie, ale jakieś
              oczyszczenie, po wieloletniej, ciężkiej obróbcesmile
              a ja się nie mogę zabrać do spojrzenia 'na tak', do uznania tych dobrych
              stron...no i mnie to ten drugi rodzic...
Pełna wersja