ta druga...

09.05.07, 09:21
Rozmawiałam ostatnio z pewną znajomą. Nie będę mogła podać zbyt dużo
szczegółów, bo prosiła o to. Sprawa wygląda tak :
Wierząca rodzina, choć niezaangażowana w żadną wspólnotę. Kilkanaście lat
stażu. Dzieci. Jej mąż powiedział jej, że się zakochał. Wspólnie od paru
miesięcy opracowują z tamtą kobietą jakiś projekt, wyjeżdżali razem -
zakochał się i odchodzi. To bardzo duży wstrząs. Ból. Ale żona zapytała o
dzieci. Jak z nimi rozmawiać ? Jak im powiedzieć ? Ojciec dzieci nie widzi
problemu - wielka miłość się zdarza, nic na to nie można poradzić, dużo osób
się rozwodzi, właśnie dobrze, że dzieci są duże - łatwiej to przyjmą.
A ona się obawia o nie.
Co o tym myślicie ?
Jak powinna z nimi rozmawiać ?
Czy może nie ona a ojciec powinien się wytłumaczyć ?
    • a_weasley Re: ta druga... 09.05.07, 09:54
      mader1 napisała:

      > Czy może nie ona a ojciec powinien się wytłumaczyć ?

      MSZ on. Skoro nie widzi problemu, powinno mu to przyjść z łatwością. Ona ma
      dosyć problemów i bez konieczności tłumaczenia dzieciom, że "tata zostawia nas w
      cholerę i odchodzi do innej, ale on was naprawdę kocha".
      • mader1 Re: ta druga... 09.05.07, 10:03
        kurczę jak to jest ! Ktoś robi nagle coś, co stawia na głowie całe
        dotychczasowe wychowanie, zaprzecza wszystkim wpajanym wcześniej wartościom ,
        ale " czuje, że tak musi" sad(((
        Nie chodzi o jakiś pojedynczy grzech przecież.
        • isma Re: ta druga... 09.05.07, 10:18
          Mader,
          generalnie zrobienie czegos, co stawia dotychczasowy swiat na glowie samo w
          sobie naganne nie jest wink)). Ja mysle, ze nawet czasem przebudzenie sie
          sumienia, czy donioslosc rozeznania, moze, i powinno, spowodowac spore
          zamieszanie w zyciu. Inna sprawa, na ile to moze zranic osoby trzecie, np.
          dzieci, i na ile nalezy to brac pod uwage.

          To tak ogolnie, bo tu, niestety, to chyba nie ten przypadek ;-(((.
          W sprawach praktycznych, to bym byla za rozwiazaniem Weasleya - niech tlumaczy
          sie ten, kto podejmuje dzialanie. W jakim wieku dzieci? Bo takim nastoletnim to
          juz spokojnie z kolei ona moze powiedziec, ze tez nie rozumie, co sie stalo i
          dlaczego.

          A co do reszty - ja sie trzymam myslenia, ze nie ma grzechu, z ktorego nie
          mozna by sie podzwignac. Nawet takiego "niepojedynczego".
          • mader1 Re: ta druga... 09.05.07, 20:18
            > A co do reszty - ja sie trzymam myslenia, ze nie ma grzechu, z ktorego nie
            > mozna by sie podzwignac. Nawet takiego "niepojedynczego".

            A... tu się zgadzamy, to jest moją jedyną nadzieją.
    • minerwamcg Re: ta druga... 09.05.07, 11:03
      Też uważam, że wytłumaczenie się z tego kroku należy do niego. I dobrze
      napisało moje Szczęście - jeżeli nie widzi problemu, powinno mu to przyjść tym
      łatwiej.
      Ona jest w tej sprawie stroną, i to pokrzywdzoną, z jakiej więc racji ma
      występować w imieniu kogoś, kto ją krzywdzi? Jego motywacji, jak podejrzewam,
      nie rozumie, ani tym bardziej nie akceptuje - więc czemu miałaby je jakkolwiek
      uzasadniać?
      • samboraga Re: ta druga... 09.05.07, 11:21
        no, ja bym na miejscu tej pani nie wytrzymała i niezależnie od wieku dzieci
        'swoje' powiedziała
        i to nie aby uzasadniać racje męża 'za odejściem' ale aby zbudować dzieci spójny
        świat - bo jak to jest, można odchodzić czy nie można skoro dla ich taty to nie
        jest problem
        pytanie tylko co powiedzieć o odchodzącym tacie, aby potwora z niego niezrobić,
        bo przecież kiedyś podźwignąć się może...
        • a_weasley Re: ta druga... 09.05.07, 13:59
          samboraga napisała:

          > no, ja bym na miejscu tej pani nie wytrzymała i niezależnie od wieku dzieci
          > 'swoje' powiedziała

          Ludzka rzecz. Absolutnie ludzka rzecz. Wiedzieć, czego mówić nie należy, to
          jedno, a uczucia, których nijak ukryć, i to jak najbardziej na miejscu - to
          drugie. Tym bardziej ten wątpliwy zaszczyt powinien kopnąć sprawcę danej sytuacji.
          Nie powiem, że sobie wyobrażam swoją matkę w tej sytuacji, bo po pierwsze nie
          wyobrażam sobie takiego ruchu w wykonaniu mojego ojca.

          > bo przecież kiedyś podźwignąć się może...

          I tym bardziej niech on z nimi do tego idzie, nie ona.
          Może zresztą w obliczu tej właśnie perspektywy się upamięta?
          • samboraga Re: ta druga... 09.05.07, 17:16
            > Ludzka rzecz. Absolutnie ludzka rzecz. Wiedzieć, czego mówić nie należy, to
            > jedno, a uczucia, których nijak ukryć, i to jak najbardziej na miejscu - to
            > drugie.

            nie wiem Weasleyu czy mówimy o tym samym
            chyba nie
            w każdym razie ja nie mówiłam o uczuciach, wręcz myślę, że z dziećmi o tym bym
            nie mówiła, to nie są adresaci, to tak jak im wchodzić na kolana
            natomiast za dzieci czuję się odpowiedzialna w sensie wychowania, a ta sytuacja
            wprowadza spore zamieszanie w systemie wartości, nawet u nastolatków
            człowiek w wieku 16-19 lat (a przy podanym stażu małżenskim to mogą być
            nastolatki) może być dojrzały, ale nie musi, może ojcu postawić trudne pytania,
            ale nie musi - może też uznać, że skoro ojca tak 'zauroczyło' to tak na świecie
            bywa i, co ważniejsze, tak jest oksad
            dlatego bym nie mówiła o uczuciach, swoich czy kogokolwiek, ale o tym na czym
            polega związek małżeński, związek sakramentalny
    • justyna.ada Re: ta druga... 09.05.07, 11:56
      No on... Chyba nie jest tak że już sobie poszedł i ślad zaginął? Jeśli chce
      odejśc niech się sam tłumaczy.

      Inna rzecz, czy po paru miesiącach znajomości można tak kogoś poznać, aby
      wyrokować że to osoba, z którą chcę spędzić resztę życia, zwłaszcza że przecież
      to wciąż etap zakochania... (to taka dywagacja).

      a rozmawiając z dużymi dziećmi... hmmm, ma prawo do powiedzenia że ona tego nie
      akceptuje, jest wściekła, nie zgadza się na takie postępowanie, do emocji, do
      łez, itp. Też uważam żeby nie robić potwora z ojca bo ponoc wielu panom w tym
      wieku uderza conieco do głowy, a może sie ocknie?...
    • mamalgosia Re: ta druga... 09.05.07, 17:32
      Bardzo rzadko oglądam jakieś filmy, ale ostatnio widziałam taki, w którym
      mężczyzna zdradzał żonę, dziecko dowiedziało się przypadkiem (zobaczyło tatę) i
      znienawidziło nie tylko ojca, ale i matkę - za to, że mu nie powiedziała.
      Zaskoczyło mnie to, ale tylko na chwilę.

      Mader, czytam Twój post i mnóstwo myśli mi się nasuwa. Pierwsza to taka, że
      znasz tę historię z jednej tylko strony. Ja wiem, że zdrada jest sprawą
      ewidentną i temu na pewno zawinił on. Ale już to, że "ojciec nie widzi
      problemu", że "zakochał się i już" - to może być tylko interpretacją Twojej
      znajomej (lub wręcz nadinterpretacją). Jest w niej dużo żalu, rozgoryczenia,
      może jest zdenerwowana, zła, a na pewno smutna. To wszystko rzutuje na jej
      opinię o tym, który jest tego przyczyną. A może dla niego to dramat. Może nie
      poradził sobie na tym zakręcie, może walczył... Nie wiem. Może drań - ale czy
      wyszła za drania? A jeśli wierzący - to czy może tak lekko traktować kwestię
      wierności małżeńskiej? Nie wierzę. Jestem niemalże pewna, że wygląda to jednak
      nie tak czarno-biało, jak opisała Ci znajoma.

      Ale fakt jest faktem - rozwodzą się i trzeba powiedzieć dzieciom. No więc ja
      bym nie czekała. Wiem, że to bardzo trudne zadanie, ale na pewno bym się go
      podjęła - żeby dzieci usłyszały to ode mnie. Nie jest dobrze być zwiastunem
      złych wieści, lecz według mnie szczerość tego wymaga. Nieistotne, czyja wina -
      sytuacja zaistniała, dotyczy całej rodziny, - trzeba powiedzieć. Mówi ten, kto
      jest mądrzejszy i dojrzalszy.

      P.S. Mader, a co miałaś na myśli pisząc: "rodzina wierząca, choć
      niezaangażowana w żadną wspólnotę"? To znaczy: rozumiem sens zdania, natomiast
      nie rozumiem tego "choć"
      • mader1 Re: ta druga... 09.05.07, 20:11
        > Mader, czytam Twój post i mnóstwo myśli mi się nasuwa. Pierwsza to taka, że
        > znasz tę historię z jednej tylko strony. Ja wiem, że zdrada jest sprawą
        > ewidentną i temu na pewno zawinił on. Ale już to, że "ojciec nie widzi
        > problemu", że "zakochał się i już" - to może być tylko interpretacją Twojej
        > znajomej (lub wręcz nadinterpretacją). Jest w niej dużo żalu, rozgoryczenia,
        > może jest zdenerwowana, zła, a na pewno smutna. To wszystko rzutuje na jej
        > opinię o tym, który jest tego przyczyną.

        Tak, to prawda. Znam ich na tyle mało, że zupełnie nie wiem, czy w małżeństwie
        były kryzysy, co się między nimi działo... Mało tego, ja najczęściej nie wnikam
        w rzeczy, o których mi ludzie nie mówią. Zwłaszcza w małżeństwa.
        Ona mi tak powiedziała. Nie wiem, dlaczego mi... Może jestem na tyle daleko,
        żeby usłyszeć. Może coś mnie kwalifikuje, by zapytać mnie o radę...
        Nie wnikałam za bardzo w ich sprawy. Wyglądali na miłe, dobre małżeństwo.
        Przyznam, że z zewnątrz, obiektywnie postawa jej męża nie wygląda dobrze.
        Bo cokolwiek się by między nimi nie działo czy działo, nie chciał, nie chce
        porozmaiać o tym z dziećmi. Czyli nie chce wziąć odpowiedzialności za to, co
        się wydarzyło. Z dziećmi rozmawia się o planach wakacyjnych, o zmianie
        mieszkania, o zmianie pracy... A tu nagle cisza...Może nie zauważą, ze tato się
        wyprowadził sad Albo że rodzice się rozwodzą.
        Sumienia jego tykać nie będę. Jej też.
        Co do ps. to w celach informacyjnych było o tej wspólnocie. Sama nie należę i
        wiem, że dla niektórych ma to znaczenie. Nawet zrodził mi się jakiś kompleks
        chyba ?
        • mamalgosia Re: ta druga... 09.05.07, 21:19
          mader1 napisała:


          > Nie wnikałam za bardzo w ich sprawy. Wyglądali na miłe, dobre małżeństwo.
          > Przyznam, że z zewnątrz, obiektywnie postawa jej męża nie wygląda dobrze.
          > Bo cokolwiek się by między nimi nie działo czy działo, nie chciał, nie chce
          > porozmaiać o tym z dziećmi. Czyli nie chce wziąć odpowiedzialności za to, co
          > się wydarzyło.

          Tak, masz rację. I na pewno ta znajoma ją ma. Napisałam to wszystko co
          napisałam, bo coś we mnie poczuło potrzebę obrony tego nieznanego mi mężczyzny.
          Nie zaprzeczam, że postępuje źle, nie zaprzeczam, że nieodpowiedzialny itp,
          wiem. Tak tylko...

          Tak więc skoro się miga, to tym bardziej ja bym powiedziała dzieciom.
          Ale to tak sobie mówię z zewnątrz, z nadzieją że mnie to nigdy nie spotka, na
          chłodno.

          > Co do ps. to w celach informacyjnych było o tej wspólnocie. Sama nie należę i
          > wiem, że dla niektórych ma to znaczenie. Nawet zrodził mi się jakiś kompleks
          > chyba ?
          Wiesz, mader, znam to uczucie. Ogólnie lubię ludzi, ale w stosunku 1:1. Dobrze
          się czuję w towarzystwie jednej osoby naraz i tak czuję, że tylko w tym
          układzie jestem w stanie nawiązać taką relację, na jakiej mi zależy. To nie
          znaczy, że nie bywam w grupie - przeciwnie, przecież pracuję w 30-osobowych
          klasach i czuję się tam jak ryba w wodzie (o ile mi akurat nie włażą na głowę).
          Ale nie odczuwam potrzeby należenia do jakiejś wspólnoty. Co więcej: mam do
          tego wręcz awersję. Może właśnie dlatego, że na co dzień jestem tyle godzin
          wśród 400 osób? nie wiem. W moim mieście dość prężnie działa Oaza Rodzin, jak
          tylko wyszłam za mąż to mnie capnęli. Ale mi jakoś zawsze było nie po drodze.
          Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że mój Mąż absolutnie nie ma ochoty na
          żadne wspólnoty, w wolnych chwilach chce po prostu być z nami. Piszesz o
          kompleksach - też chyba właśnie wtedy w coś takiego wpadałam. Że jaka ze mnie
          chrześcijanka, że trzeba jakoś i gdzieś działać, że "Bogu spodobało się zbawiać
          człowieka nie w pojedynkę"... Kiedyś zwierzyłam się z tych rozterek mojemu
          koledze ze studiów - osobie głeboko wierzącej. A on na to, że oni (tzn. on i
          jego rodzina) też nie należą do żadnej wspólnoty. I że wspólnotą przecież jest
          już rodzina. I wspólnota osób, z którymi się spotykamy. I ci, z którymi
          pracujemy. Jasne, że celem grona pedagogicznego mojego gimnazjum nie jest
          pogłębianie wiary, a cele łączą bardzo - ale mamy być solą ziemi i światłością
          świata. Tak więc sobie myślę, że przynajmniej w tym względzie kompleksów w
          sobie nie będę wzbudzać. Czego i Tobie z całego serca życzę
          >
          >
          >
          • mader1 Re: ta druga... 09.05.07, 21:51
            > Wiesz, mader, znam to uczucie. Ogólnie lubię ludzi, ale w stosunku 1:1.
            Dobrze
            > się czuję w towarzystwie jednej osoby naraz i tak czuję, że tylko w tym
            > układzie jestem w stanie nawiązać taką relację, na jakiej mi zależy. To nie
            > znaczy, że nie bywam w grupie - przeciwnie, przecież pracuję w 30-osobowych
            > klasach i czuję się tam jak ryba w wodzie (o ile mi akurat nie włażą na
            głowę).
            >
            > Ale nie odczuwam potrzeby należenia do jakiejś wspólnoty. Co więcej: mam do
            > tego wręcz awersję. Może właśnie dlatego, że na co dzień jestem tyle godzin
            > wśród 400 osób? nie wiem. W moim mieście dość prężnie działa Oaza Rodzin, jak
            > tylko wyszłam za mąż to mnie capnęli. Ale mi jakoś zawsze było nie po drodze.
            > Nie bez znaczenia jest oczywiście fakt, że mój Mąż absolutnie nie ma ochoty
            na
            > żadne wspólnoty, w wolnych chwilach chce po prostu być z nami. Piszesz o
            > kompleksach - też chyba właśnie wtedy w coś takiego wpadałam. Że jaka ze mnie
            > chrześcijanka, że trzeba jakoś i gdzieś działać, że "Bogu spodobało się
            zbawiać
            >
            > człowieka nie w pojedynkę"... Kiedyś zwierzyłam się z tych rozterek mojemu
            > koledze ze studiów - osobie głeboko wierzącej. A on na to, że oni (tzn. on i
            > jego rodzina) też nie należą do żadnej wspólnoty. I że wspólnotą przecież
            jest
            > już rodzina. I wspólnota osób, z którymi się spotykamy. I ci, z którymi
            > pracujemy. Jasne, że celem grona pedagogicznego mojego gimnazjum nie jest
            > pogłębianie wiary, a cele łączą bardzo - ale mamy być solą ziemi i
            światłością
            > świata. Tak więc sobie myślę, że przynajmniej w tym względzie kompleksów w
            > sobie nie będę wzbudzać. Czego i Tobie z całego serca życzę

            Dziękuję Ci bardzo za te słowa. Właściwie nie jest tak, że ja w sobie staram
            się wzbudzić taki kompleks wink, ale jak następna osoba dziwi się ( wiesz,
            Warszawa, wspólnot, Kościołów ile chcieć smile)), że my nie we wspólnocie, bo już
            sam post w piątek niby miałby świadczyć o jakiejś przynależności, to ... jakaś
            nienormalna się czuję, bez głębszych potrzeb...czy co wink
            Zgadzam się z Twoim znajomym. W dodatku ja ciągle czuję się nie w porządku - a
            to, że za mało czasu poświęcam mamie, a to teściowej, a to przyjacielowi w
            potrzebie, mężowi, dzieciom...
            • kulinka3 Re: ta druga... 09.05.07, 23:30
              Wasza wymiana zdań zrodziła we mnie pytanie - czy wspólnoty są do zbawienia
              koniecznie potrzebnewink)? I czy rzeczywiście uczestnictwo w nich to "strata" dla
              najbliższych?
              • mader1 Re: ta druga... 09.05.07, 23:50
                I czy rzeczywiście uczestnictwo w nich to "strata" dl
                > a
                > najbliższych?

                Wiedziałam smile Nie, pewnie często nie. Może tylko dla moich najbliższych, bo
                taka niezorganizowana jestem wink))) A właściwie to nie wiem, dlaczego się mojej
                obecności domagają - mnie się czasem wydaje, że jakbym zniknęła im z oczu na
                jakiś czas lub gdzieś nie pojechała, powinni odczuć ulgę wink
                • kulinka3 Re: ta druga... 10.05.07, 09:59
                  mader1 napisała:

                  > I czy rzeczywiście uczestnictwo w nich to "strata" dl
                  > > a
                  > > najbliższych?
                  >
                  > Wiedziałam smile
                  Znasz nas na wylot i wiesz,że żadne słówko się tu nie prześlizgnie wink))

                  Nie, pewnie często nie. Może tylko dla moich najbliższych, bo
                  > taka niezorganizowana jestem wink)))

                  Myślę,że każde wyjście ukochanej mamusi jest dla bliskich trochę trudnewink).

              • mamalgosia Re: ta druga... 10.05.07, 08:49
                Kulinko,
                Myślę, ze wszystko zależy od człowieka. Jego priorytetów, organizacji czasu,
                ułożenia uczuć itp. Na pewno stratą dla najbliższych jest fakt, że tatuś siedzi
                3 godziny przed telewizorem, prawda? Nie musi należeć do żadnej wspólnoty, a go
                nie ma.
                • mama_kasia o wspólnocie 10.05.07, 09:20
                  Tak, to zależy od człowieka.
                  Dla mnie wspólnota jest pomocą, kolejną, jedną z wielu, jakie
                  w życiu dał mi Bóg. Może akurat ja jej szczególnie potrzebuję wink

                  • kulinka3 Re: o wspólnocie 10.05.07, 10:07
                    Wspólnoty rzeczywiście są wielką pomocą,dają siłę i motywują.W pojedynkę jest
                    znacznie trudniej.Znam jednak osoby, którym wystarcza kierownictwo duchowe i
                    sakramenty,by wzrastać i żyć pięknie i po Bożemu.Jak widać, Pan Bóg ma dla
                    każdego coś miłego.
                • kulinka3 Re: ta druga... 10.05.07, 10:01
                  Mamalgosiu,
                  zgadzam się, wszystko zależy od człowieka, a obowiązku przynależności nie ma.
              • minerwamcg Wspólnoty - za i przeciw 10.05.07, 11:21
                Kulinko, to jest bardzo dobre pytanie.
                Jako typ osobny, ale stadny jestem wielką zwolenniczką wspólnot. Byłam w Oazie,
                na studiach w duszpasterstwie u Kapucynów, przewinęłam się nawet przez grupę
                laikatu dominikańskiego a wcześniej "charyzmatyków". Doceniam wszelkie bonusy
                takiego życia, z możliwością dawania i przyjmowania wsparcia duchowego,
                intensyfikacją i "uregularnieniem" praktyk religijnych, treningiem modlitewnym
                i rozwojem duchowości na czele.
                Z drugiej strony doskonale rozumiem, że komuś może to kompletnie nie
                odpowiadać. Prosić o modlitwę i modlić się za innych można i poza wspólnotą,
                samemu "pilnować" regularnych różańców i Dróg Krzyżowych, o swoich problemach
                duchowych rozmawiać tylko ze spowiednikiem a modlitwy uczyć się od Mertona i
                Jana od Krzyża, którzy zostawili w tej sprawie precyzyjne wskazówki.
                Wspólnota ma też złe strony, wiadomo. Ludzie są tylko ludźmi i niejedna grupa
                rozpadła się z wielkim hukiem i takimż niesmakiem, albo zmieniła w klub
                wzajemnej adoracji vel pseudopsychologiczną grupę wsparcia.
                Podobnie złe strony ma pojedynczość - brak zachęty do gorliwości może
                skutkować "zletnieniem", w pojedynkę też łatwiej o takie czy inne skrzywienia
                duchowości.
                Dlatego ze wspólnotami jest jak ze wszystkim - trzeba stosować z umiarem.
                Pilnować, żeby ludzie z grupy nie byli naszym jedynym towarzystwem, żeby ich
                opinia nie było dla nas ważniejsza niż żony czy męża, żeby udział we wspólnocie
                nie organizował nam całego życia, nie tylko religijnego. Krótko mówiąc, żeby
                cały czas stać na własnych nogach.
                Gdyby była w Warszawie jakaś wspólnota ekumeniczna, akceptowana przez oba nasze
                Kościoły, a odpowiadająca naszym potrzebom duchowym - kto wie, czy byśmy się
                jej nie przyjrzeli z bliska...
                • kulinka3 Re: Wspólnoty - za i przeciw 10.05.07, 12:30
                  Minerwo,
                  zgadzam się z tym, co napisałaś.Jak każda grupa ludzi wspólnoty mają swoje plusy
                  i minusy, które trafnie ujęłaś, więc nie będę się powtarzać.
                  "Samotnikom" błędy ludzkie( wynikające z bycia we wspólnocie) nie grożą, są
                  zagrożeni oprócz tego, co trafnie ujęłaś,skazaniem na własne poszukiwania
                  ( wspólnoty bowiem dają pewien, że tak się wyrażę, gotowy produkt), na które po
                  pewnym czasie brakuje sił i motywacji.
            • direta a propos wspolnot - troche offtopikowo 13.05.07, 09:13
              mader1 napisała:

              > Dziękuję Ci bardzo za te słowa. Właściwie nie jest tak, że ja w sobie staram
              > się wzbudzić taki kompleks wink, ale jak następna osoba dziwi się ( wiesz,
              > Warszawa, wspólnot, Kościołów ile chcieć smile)), że my nie we wspólnocie, bo już
              > sam post w piątek niby miałby świadczyć o jakiejś przynależności, to ... jakaś
              > nienormalna się czuję, bez głębszych potrzeb...czy co wink

              No chwila chwila... a we wspólnocie Koscioła powszechego to Was nie ma? Toz już
              sam post w piątek.... itd
              idąc dalej:
              a we wspólnocie Koscioła warszawskiego to Was nie ma? A parafialnego?

              I jeszcze bardziej się przyglądając
              ech mamałgosiu, ech mader certolicie się tylko:
              w WwW to co niby jest?

              Ludzie wierzacy predzej czy pozniej znajdą się i będą tworzyc jakies mniej lub
              bardziej formalne grupy formacyjno-przyjacielskie. Tak zostalismy stworzeni.
              Wiec prosze tu nie pisac, że nie jesteście w żadnej wspolnocie, przynajmniej
              forumowicze WwW nie mają prawa tak pisać wink))))))
              • mamalgosia certolenie się 13.05.07, 12:50
                Direto, fajnie napisałaśsmile
                • mader1 Re: certolenie się 13.05.07, 13:01
                  smile)) prawie jednocześnie pisałyśmy smile mnie przywiało z ogrodu na gotowanie
                  rosołu smile
                  • mamalgosia Re: certolenie się 13.05.07, 14:08
                    a mnie dopiero teraz do ogrodu wywieje.
                    Rosołu nie umiem ugotować
              • mader1 Re: a propos wspolnot - troche offtopikowo 13.05.07, 12:59
                smile)))
              • kulinka3 Re: a propos wspolnot - troche offtopikowo 13.05.07, 13:39
                direta napisała:


                > Wiec prosze tu nie pisac, że nie jesteście w żadnej wspolnocie, przynajmniej
                > forumowicze WwW nie mają prawa tak pisać wink))))))
                >
                A wiesz,że w zasadzie to racjawink).
                Formacja doktrynalna jest? - Jest
                Modlitwa? - Ileż intencji!, nie mówiąc już o inspiracjach duchowych płynących z
                postów.
                Rekolekcje? Dwa razy w roku przy okazji rozważań-są.
                Brakuje może co prawda opieki kapłańskiej ( dla katolików only),ale nie będę się
                czepiać.
                Tylko jeden warunek. Uczestnictwo musi być stałe,zaangażowane( co nie oznacza
                pisania)i pokorne wink)
                Pozdrawiam ciepło wszystkich wspólnotowców WwW.

                • isma Re: a propos wspolnot - troche offtopikowo 13.05.07, 18:14
                  No, tego, to ja sie nie zgodze.
                  Wspolnota mnie sie kojarzy - poprawcie, ci, co znaja zjawisko z autopsji - z
                  ustalona formacja. A u nas, to, tego, Duch wieje, kedy chce. I dobrze wink)).
                  Co zas do opieki kaplanskiej, hm, a bo to mozna wiedziec, kto sie pod jakim
                  nickiem kryje wink)))?
        • ea-szarri Re: ta druga... 09.05.07, 21:46
          A ja bym pana męża zmusiła do wspólnej rozmowy z dziećmi. Chociażby po to, żeby
          nie zostało w nich poczucie, że znają sytuację tylko z jednej strony. To może
          zrodzić niepewność, czy aby na pewno wszystko wiedzą i znają całą prawdę. To
          jest sytuacja, gdzie nie powinno być żadnych niedopowiedzeń.
          Poza tym nie byłoby chyba dobrze, żeby rozmowa ograniczyła się do podania
          faktów i przedstawienia motywów. Równie ważna jest odpowiedź na pytanie „co
          dalej?”, a do takiej rozmowy niezbędne są wszystkie zainteresowane strony.
          I wbrew pozorom fakt, że dzieci są duże, nie działa na korzyść męża
          opuszczającego rodzinę. Zwłaszcza, jeżeli wcześniej nie było dużych konfliktów
          między rodzicami. Nawet dorosłe dzieci, niby już wszystko rozumiejące, miewają
          kłopot z wybaczeniem ojcu, który porzuca ich matkę.
          • mamalgosia Re: ta druga... 10.05.07, 08:49
            Jak się kogoś do czegoś zmusza?
            • ea-szarri Re: ta druga... 10.05.07, 10:27
              Robi się mężowi świństwo i wykorzystując obecność zarówno dzieci jak i jego w
              domu, zagaja się rozmowę: „słuchajcie dzieci musimy wam o czymś ważnym
              powiedzieć...” Oczywiście mąż może wtedy uciec, ale jego tchórzliwa ucieczka
              będzie widoczna.
              I nie piszę tego, bo mam wredny charakter (chociaż to też), ale dlatego, że mój
              ojciec rozwiódł się z moją mamą (i ze mną przy okazji), kiedy byłam małym
              dzieckiem. Nigdy nie poznałam jego wersji tamtych wydarzeń i był taki czas w
              mojej nastoletnie młodości, że właśnie ta jednostronność relacji mnie szalenie
              niepokoiła.
    • kasiamaga Re: ta druga... 10.05.07, 12:00
      Jakiś czas temu w środku nocy zadzwonił mój telefon komórkowy... Dzwoniła
      roztrzęsiona mama jednego z kolegów mojego synka ze szkoły. Nie znałyśmy się
      jakoś szczególnie, ale uznała, że zadzwoni właśnie do mnie i opowie, co
      spotkało ją na szkolnym korytarzu. Otóż spotkała na nim jeszcze inną mamę,
      zapłakaną, w fatalnym stanie psychicznym. Zaznaczam, że znamy się wszystkie od
      kilku lat, nasze dzieci chodziły razem do przedszkola, razem przygotowywałyśmy
      jakieś imprezy. Nie była to wielka zażyłość, ale przecież wiedziałyśmy to i
      owo, widywałyśmy swoich mężów, rodziców, teściów. coś tam wiedziałyśmy. I nagle
      taka historia. Ta zapłakana mama zwierzyła się ze swoich problemów: starszego
      syna (gimnazjum) ma w szpitalu, podejrzenie białaczki. Młodsza córka (koleżanka
      naszych dzieci) ma straszne problemy w szkole, jest alergiczką, ma problemy
      emocjonalne. Tej pani, która to opowiadała, zmarła właśnie mama. I na to
      wszystko dzień przed sceną na korytarzu, odszedł od niej mąż, zostawiając ją z
      tym całym mętlikiem samą. A ona w dodatku nie pracuje, całe życie poświęciła
      domowi i dzieciom. Sytuacja straszna. I stąd ten nocny telefon. Postanowiłyśmy
      natychmiast działać. Poszukiwanie kontaktów w szpitalu, pomoc finansowa, pomoc
      w szkole. I tylko mój mąż trzeźwo zauważył, że może dobrze byłoby o tej sprawie
      z kimś jeszcze z rodziny tej pani porozmawiać. Bo jemu się wierzyć nie chciało
      w to wszystko. Poszłyśmy do wychowawczyni naszych dzieci... Okazało się, że ta
      pani, którą od lat znałyśmy jako dobrą, przykładną matkę, ma bardzo duże
      problemy emocjonalne. Okresowo zdarzają jej się takie histeryczne stany i
      szkoła o nich doskonale wie, jak również wiedziały panie w przedszkolu. Mąż tej
      pani rzeczywiście od niej odszedł, ale nie zostawił jej bez środków do życia,
      walczy również w sądzie o prawo opieki nad dziećmi. Osłupiałyśmy. Tą przydługą
      (nawet zbyt długą) historią chciałam pokazać, jak bardzo trzeba uważać, zanim
      się kogoś osądzi. Jak bardzo skomplikowane i delikatne są sprawy dziejące się
      między ludźmi. Nie sugeruję, broń Boże, jakiejś choroby znajomej mader. Nie
      twierdzę, że problem nie istnieje. Bardzo jej współczuję. Ta przygoda nauczyła
      mnie jednak, że każda historia może być opowiedziana na sto różnych sposobów. I
      że jeśli decydujemy się pomóc - musimy dokładnie zorientować się w sytuacji,
      im trudniejszej - tym dokładniej. Musimy wiedzieć, jakiej pomocy i kto
      rzeczywiście oczekuje.
      Mam nadzieję, że historia znajomej mader znajdzie jednak dobre zakończenie, z
      całego serca jej tego życzę.
    • glupiakazia Re: ta druga... 10.05.07, 14:43
      Kochana Mader, na pewno wiesz o tej rodzinie więcej, ale czy więcej czy mniej
      nigdy nikt z zewnątrz nie będzie wiedział wszystkiego i nie zamierzam się
      wypowiadać ani o sytuacji Twojej znajomej, ani motywach jej męża. Ale w swoim
      poście położyłaś nacisk na dzieci, więc się odezwę, jako że temat mi bliski i
      znany. Niestety: bez względu na wiek dzieci (choć sądzę, że muszą być
      nastoletnie, a to bardzo, bardzo zły wiek na przeżywanie rozstania rodziców)
      myślę, że świat im się zawali. I tak naprawdę nie będzie miało większego
      znaczenia jak matka będzie z nimi rozmawiała i czy to ona powie im o odejściu
      ojca. Oczywiście rozmawiać trzeba szczerze i powiedzieć im jasno, co się
      dzieje, ale najważniejsze będzie to, co będzie się działo między rodzicami po
      rozstaniu. Jeśli będą się wzajemnie obwiniać, wykorzystywać dzieci w walce
      przeciwko sobie - będzie tragedia, dzieci będą rozdarte, porobią się straszne
      rany. Jeśli zostaną z matką, to wtedy właśnie ona będzie musiała bardzo uważać
      jak z nimi rozmawiać. Sama zraniona i opuszczona będzie miała silną pokusę,
      żeby znaleźć przyjaciela i powiernika - a takim kimś nie powinno być jej
      dziecko, bo nałoży na nie ciężary ponad siły.

      To forum daje dużo do myślenia:
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=18111
    • rycerzowa Re: ta druga... 10.05.07, 14:45
      A ja widzę jeszcze inną stronę problemu:

      > Czy może nie ona a ojciec powinien się wytłumaczyć ?

      Niech się ojciec wytłumaczy - to znaczy, że my sadzimy, że ojciec ma poczucie
      winy, a dzieci mają wpojony odpowiedni system wartości, podobny do naszego ( że
      zdrada to zdrada etc).
      Tymczasem dziecko to istota niedojrzała, i sporo można mu namieszać.

      Przypadek moich znajomych, sytuacja klasyczna, najpierw dobre małżeństwo a
      potem tata "się zakochał". Córeczka 10-letnia, związana z obojgiem rodziców,
      inteligentna.
      Ten tata też miał za zadanie "wytłumaczyć się przed dzieckiem".

      Tak się wytłumaczył,że córeczka przyznała mu rację.
      No bo skoro tata się zakochał i jest szczęśliwy...

      (Tata nie oskarżał żony, że była niedobra; po prostu się zakochał).
      Trudno wymagać od dziecka, by było "bardziej mądre i doświadczone, niż własny
      dziadek" i rozumiało, że to tatusiowe szczęście odbywa się jego kosztem.
      Dziewczynka miała wręcz pretensje do matki, że staje w poprzek tatusiowego
      szczęścia. Uwierzyło tatusiowej wizji, że wszystko będzie dobrze.

      Babcia tej dziewczynki (ta od taty) wręcz ludzi pytała, czy ona już nie jest na
      bieżąco ze współczesną etyką, bo wg wnuczki należałoby odwrócić dawne
      hierarchie wartości na lewą stronę.

      W tej akurat rodzinie sprawy się dobrze skończyły, tata się opamiętał.
      Co nie było trudne , bo ukochana okazała się zwykła złodziejką.
      Podejrzewam jednak, że mama dotąd chowa do córki żal.
      Ano nie powinna zapominać, że dziecko to dziecko, i że liczy się pierwszy
      przekaz, pierwszy wykład zasad na dany temat.
      Jak mówi ojciec Góra, "nie czekajmy, aż ktoś inny umebluje głowy naszych dzieci".

      Ale jak matka ma rozmawiać o takich sprawach z dziećmi?
      Tak czy owak, nie warto robić z ojca potwora, bo i tak nie uwierzą.
      Mam rozwiedzioną koleżankę, która synkowi przedstawiła własną ocenę wydarzenia,
      z totalnym potępieniem "zakochanego" tatusia.
      Ale synek woli weekendowego "niedobrego" tatusia, niż poświęcającą się codzienną
      mamę. Bo tam kino, lody, przejażdżki rowerowe, tu lekcje, porządki, marudzenie.
      Mówię jej,"dorośnie, zrozumie". Może obojgu wybaczy.

    • mader1 dalej... 10.05.07, 16:30
      Dziękuję, bo każda z wypowiedzi dała mi trochę do myślenia.
      Dzieci są we wczesnym wieku nastolatkowym.
      Podałam mamie stronę i przeczytała sobie to wszystko, co napisaliśmy,
      napisaliście.
      Niestety, część z porad nie jest już aktualna. Mąż podczas nieobecności jej i
      dzieci ( szkoła, praca) spakował niektóre rzeczy ( przecież nie wszystkie ???)
      i wyniósł się. Zazwonił do niej do pracy, powiedział jej o tym, powiedział, że
      sukcesywnie będzie się wynosił z domu, w trakcie umówią się gdzies na mieście,
      porozmawiają o finansach, rozwodzie, podziale majątku.
      Jeszcze nie była w domu, właśnie mi o tym powiedziała. Gdy zapytała o dzieci,
      usłyszała, że na razie nie będzie się im tłumaczył, i tak nic z tego nie
      rozumieją.
      No ale powiedzieć będzie im coś musiała.
      Mam wrażenie, że jest jeszcze zszokowana tą całą sytuacją. Nie mówi zbyt wiele
      o mężu. Mówi o tym, jak o czymś jej nie dotyczącym - pewnie jej się w głowie
      nie mieściło. Mam wrażenie, że teraz przede wszystkim nie wie, jak powiedzieć
      to dzieciom.
      Przyznała, że boi się zapytać, porozmawiać z kimś bliższym - wydaje jej się, ze
      może do wzbudzić jeszcze większą burzę wokół niej. Może spowodować jakieś
      telefony, interwencje, to że dzieci dowiedzą się od kogoś albo przypadkiem.
      Powiedziała, że wielość waszych rad pozwoliła jej choć na chwilę opanować
      panikę.
      • samboraga Re: dalej... 12.05.07, 21:09
        dołączam moją modlitwę
    • direta Jest jeden problem... 13.05.07, 09:05
      Oczywiscie, tak samo jak reszta, jestem zdania, że absolutnie to facet powinien
      się tłumaczyć przed dziećmi, skoro on odchodzi ale po pierwsze:
      - faceci często mają tendencję do uciekania od tego co trudne i nieprzyjemne
      (zobaczcie chocby poczekalnie gabinetu dentystycznego albo kolejkę przed
      konfesjonałem. Więcej tam facetów czy kobiet?) i on może tę sprawę zwyczajnie
      "olać" spakować manatki i się wynieść a ciężar wyjaśnienia dzieciom zrzucić na
      nią. I nadal nie będzie widział problemu.
      On w tej chwili myśli inną częscią ciała i żadne racjonalne argumenty do niego
      nie dotrą.
      - poza tym skad mamy pewnośc, że facet, skoro już okazał się mówiąc łagodnie,
      małym człowieczkiem, nie spróbuje wytumaczyć tego dzieciom w ten sposób:
      - jestem zmuszony odejśc, bo waszej mamy nigdy nie kochałem, gdyż ona jest taka,
      siaka, owaka i to jej wina, że odchodzę etc... Byłem z nią ze względu na was,
      ale mi też się coś od życia należy wstrętne bachory. Kocham was nadal ale teraz
      z drogi, bo chcę wreszcie być szczęśliwy. Z waszą mamą nigdy nie byłem, bo to
      tłuk i głupia gęś, brzydka do tego, a wy wdałyście się w mamę.
      (oczywiście moze uzyje bardziej kurtuazyjnych slow ale sens moze przekazać taki.)
      • direta A no właśnie... 13.05.07, 09:25
        Doczytałam przed chwilą wątek do końca. Ech...

        Ja bym zmieniła zamki. To by go zmusiło do przyjścia podczas obecności.
Pełna wersja