jogo2
01.06.07, 11:22
a i tak można być gorliwym katolikiem.
Od dawna nosiłam się z myślą o napisaniu paru uwag na ten temat, może ktoś
potrafi mi wyjaśnić pewne zjawisko, którego co najmniej nie rozumiem.
Chciałabym bardzo je zrozumieć, ale nie mogę.
Dotyczy to osoby bardzo blisko ze mną spokrewnionej, która z definicji
powinna być dla mnie najbliższą osobą, jest starsza ode mnie, więc powinna
mnie kochać, a tymczasem wywarła ona ekstremalnie destruktywny wpływ na moje
życie.
Osoba ta w młodości chciała zostać zakonnicą, lecz nie została przyjęta do
klasztoru. Uważam, że stała się wielka krzywda dzieciom tej osoby, które się
w przyszłości narodziły przede wszystkim, bo osoba ta, mimo iż nie umie
kochać ludzi, bardzo jest pobożna i bardzo lubi się modlić. Tak na
marginesie - RM ją razi, aczkolwiek jest czytelniczką Naszego Dziennika.
Swoją drogą uważam, że coś jest chyba nie tak z tym rozpoznawaniem powołań,
bo o ile wiadomo, również i Faustyna Kowalska nie została za pierwszym razem
przyjęta do klasztoru.
Nie chcę już się rozwodzić dłużej na temat tej bliskiej mi osoby, bo główną
myślą, z jaką piszę mój post jest co innego. Jak to jest możliwe, że można
być członkiem KK, nie popełniać grzechów wymagających spowiedzi (w przypadku
innych grzechów przekaz jest jasny i czytelny dla wszystkich - ukradłeś =
zgrzeszyłeś (nie wiem, czy śmiertelnie czy nie), cudzołóstwo = grzech (nawet
śmiertelny), itp. itd., natomiast urządzanie piekła z życia swoim
najbliższym, w tym dzieciom, nie podlega spowiedzi wcale, zresztą osoba ta,
będąc tyle lat w Kościele tego nie wie, że w gruncie rzeczy to, jak się
zachowuje wobec swojej rodziny to jest no nie wiem - nienawiść chyba, a jak
nie nienawiść to po prostu niszczenie kogoś, w zasadzie to podlega pod
definicję przemocy psychicznej, aczkolwiek ona deklaruje co innego. Nigdy nie
powiedziała, że kogoś nienawidzi, bo wie, że nienawidzenie jest grzechem.
Właśnie dostałam od tej osoby przesyłkę pocztową zawierającą rozmaite
kompilacje różnych myśli z różnyc pobożnych źródeł, w tym między innymi i
Naszego Dziennika, co zresztą nie jest istotne. Chciałabym się skupić na
jednym z cytatów:
"Matka Boska powiedziała Łucji, że świat zostanie ocalony, jeżeli ludzie będą
praktykować nabożeństwo pierwszych sobót".
Otóż osoba ta praktykowała nabożeństwa i pierwszych sobót i pierwszych
piątków wręcz na tony, co nie przeszkadza jej wręcz niszczyć najbliższych jej
osób.
I teraz zmierzam do sedna. Objawienia, w tym fatimskie, są objawieniami się
Matki Bożej uznanymi przez Kościół i faktycznie mimo że to Nasz Dziennik, to
pewnie ten cytat, czy pogląd jest akurat prawdziwy, tzn. naprawdę tak Matka
Boska powiedziała. I mam taki żal, dlaczego Matka Boska (w co, będąc
członkiem KK muszę wierzyć i brać pod uwagę) mówiła o nabożeństwach, w kółko
mówiła o pokucie, o tym jaki świat jest zły (podobno, tym razem Łucja (ta od
objawień z Fatimy) powiedziała, że świat jest teraz gorszy niż w czasach
Noego), a nigdy ani się zająknęła na temat tego, żeby ludzie kochali swoich
bliźnich.
Te objawienia są pożywką dla klasycznych moherów i dewotek, a przecież to
jest jak rozumiem, część naszej wiary.
To tylko część tego co chciałąm powiedzieć, ale niestety już muszę kończyć. W
każdym razie te refleksje stanowią dla mnie pewien problem i będę wdzięczna
za odzew