otryt
04.06.07, 10:57
Wyjąłem słowa Mader z innego wątku, bo dla mnie ten temat jest ważny. Pytania
kieruję nie tylko do Mader, lecz do wszystkich. Dlaczego rodzinom potrzebne
są kozły ofiarne? Jak się przed tym bronić?
>ale to najtrudniejsze... w niektórych rodzinach, zupełnie zdrowych i
>normalnych na zewnątrz, są osoby " do bicia". Osoby, na których może się
>wyładować cała frustracja, " wróg", który scala resztę rodziny. Jego słowa
>bywają rozumiane opacznie, są powtarzane z ust do ust przez członków
>rodziny, przekręcane, żale narastają, każdy okopuje się na swoich
>pozycjach...
>Byłam kiedyś świadkiem takiej sytuacji, gdy naprawdę bez powodu rodzina całą
>swoją frustrację w związku z chorobą przelała na jedną osobę.
Jak to się dzieje, że osoby z zewnątrz dają się nabierać na to, iż ta osoba
jest zła i jest źródłem problemów? Czuje się przez to osaczona nie tylko
przez rodzinę, ale i poprzez znajomych tej rodziny. A często ona jest po
prostu inna, przyjęła inny model życia, czyni dobro, nie czyni zła. W swojej
wrażliwości widzi i czuje więcej. Odczuwa silny ból z powodu takiego
traktowania. Naturalną koleją rzeczy odsuwa się od rodziny, aby nie być
kolejny raz zranioną. To bywa interpretowane, że pogardza rodziną, że czuje
się lepsza, że ma jakieś pretensje i żale nie wiadomo o co. Często takimi
kozłami ofiarnymi rodziny bywają osoby wartościowe i wrażliwe, które nie
potrafią odpłacić tą samą monetą. Bywa, że znajduje sobie całkiem inne
środowisko, w którym się odnajduje i jest szanowana. Pojawia się dysonans
poznawczy u członków tej rodziny: jak to możliwe, że można ją szanować?
Zdziwienie, gdy ma przyjaciół i odnosi sukcesy. Te sukcesy są i tak
przeważnie umniejszane. Wniosek prosty: ci, którzy ją szanują sami niewiele
są warci. To nieuchronnie oddala ją jeszcze bardziej od rodziny, pojawiają
się całkiem inni ludzie i całkiem inne sprawy, inne modele życia, inny świat,
coraz większa obcość i oddalenie. Dramat pojawia się, gdy rodzice robią się
starzy i chorzy. Sumienie mówi, że trzeba przyjść i pomóc. A każde przyjście
oznacza kolejny cios i kolejne oddalenie na jakiś czas. Sprawa cyklicznie się
powtarza a rany robią się coraz głębsze. Nie sposób wyzwolić się z takiego
układu. A może jakoś się da? Jak myślisz?
Raz w roku jest Wigilia. Moment prawdy, jak to jest z tą jednością rodziny?
Kozioł ofiarny nie chce od lat uczestniczyć w farsie wspólnej wigilii, bo
wie, że jedność rodziny już dawno nie istnieje. Woli wigilię w mniejszym
gronie, ze swoim współmałżonkiem i dziećmi. Puste gesty, martwa tradycja,
rozmowy o pogodzie przy stole, nic nieznaczące słowa życzeń przy łamaniu się
opłatkiem. Tak było przez kilkanaście lat. I zawsze ten sam argument nie do
odrzucenia: być może spotykamy się w tym gronie po raz ostatni, nie można
tego zrobić rodzicom albo zarzut, że nieprzychodzenie na wigilie rozbija
jedność rodziny. Daje się przeważnie złamać takimi argumentami i przychodzi.
Kilka razy choroba dziecka była wystarczającym usprawiedliwieniem
nieobecności. Kiedyś nawet była wiara, że ten cudowny wieczór może zdziałać
cuda w relacjach pomiędzy członkami rodziny. Zamiast cudu były nowe
nieporozumienia i słowa, które raniły. Potem przez cały rok cisza w
kontaktach, żaden telefon od nich. Dopiero w grudniu: czy przyjdziesz na
wigilię? Na proste pytanie: a czy chcesz abym przyszła? - brak odpowiedzi.
Nawet nie potrafią powiedzieć szczerego : "Chcę" Trzeba przyjść, bo taka jest
polska tradycja.
Pisałaś już chyba kiedyś o tym, Mader, że dałaś się nabrać i przyjęłaś w
dobrej wierze wersję, jaką przedstawiała ta rodzina. W jaki sposób
przekonałaś się, ze jednak jest inaczej? Co było punktem przełomowym?