isma O teologach, dzieciach i potrzebie ruchu 19.07.07, 12:57 Z wiekszej calosci (autor ten sam, co anegdoty o osie )): "Okazuje się, że locus classicus dla badań teologicznych to miejsce, gdzie żyją ze sobą mężczyzna i kobieta. Chciałbym zatem zapytać, czy źródeł różnych form wykoślawienia teologii chrześcijańskiej, z których wiele pozostaje dla naszych umysłów ukryte, nie udałoby się odnaleźć w fakcie, że przez stulecia niemal wszyscy teologowie chrześcijańscy przeżywali swoją codzienność w izolacji od połowy ludzkiej rodziny? Czy ci teologowie nie byli także usytuowani w miejscu odciętym od regularnego kontaktu z kolejnym rodzajem obecności, fundamentalnym dla zrozumienia objawienia chrześcijańskiego? Mam oczywiście na myśli obecność dzieci. O nich mówi Ewangelia: Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: "Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego" (Mk 10,13-15). Prawdę o tym, jakim objawieniem dla ludzkości okazała się postawa naszego Pana wobec dzieci, pięknie wyraził współczesny rosyjski pisarz - Andriej Siniawski: Dlaczego dzieci są tak ważne dla nowej ery? Nigdy nie były tak silnie obecne. Po raz pierwszy bowiem dziecko stało się figurą symboliczną - całkiem oddzielną od głównego symbolu ukrzyżowania - a wraz z Nim Jego matka: Matka i Dziecko... Mamy oto dziecko, które zdaje się nie należeć do przeszłości, ale pozostawać przed nami w perspektywie przyszłości. Nie jako zalążek historii, ale wieczności, a poprzez rodzenie Jego Matki - stała pamiątka tego, że w Dziecku Bóg nigdy nie umiera. Pisząc ten fragment, Siniawski miał na myśli nie tylko rozmaite opowieści o dzieciństwie, ale także słowa z Ewangelii świętego Marka i św. Mateusza, które mówią, że jeśli chcemy wejść do Królestwa Niebieskiego, musimy stać się jak małe dzieci - i nie odwracać się od nich, ponieważ to od nich mamy się uczyć, czym jest życie. Czy możemy zignorować to, że słowa Chrystusa brzmią nader kategorycznie, gdy wypowiada się na ten temat? Istnieje bardzo dobra książka dotycząca interesującej nas kwestii, Jésus et l?enfant, autorstwa Simon Légasse. Autorka streszcza tezę swojego dzieła w następujących słowach: "Dzieci są najlepszymi świadkami tego, co można uznać za główne przesłanie Jezusa". Jezus nie musiałby wypowiadać się tak stanowczo, gdyby nie wiedział (bo przecież wie, co skrywa się w naszych sercach), że się im będziemy opierać. I opieramy się im dzisiaj tak samo, jak opierali się wówczas uczniowie Jezusa. W tym kontekście nie mogę także zapomnieć, że pośród pierwszych rad, jakie otrzymałem, przybywając do Tantur, była długa tyrada wygłoszona przez pewnego uczonego. Przekonywał mnie, żeby usunąć z tego miejsca dzieci, ponieważ zakłócają pracę teologów. I rzeczywiście, od innej uczonej, która przebywała tutaj kilka tygodni wcześniej, usłyszałem, że przed paru laty obecność dzieci w stołówce stała się tak dokuczliwa, iż niektórzy teologowie zażądali osobnej jadalni, gdzie mogliby spotykać się tylko we własnym gronie. Mam dziwne wrażenie, że nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji swoich słów, kiedy stwierdziła: "Nazwaliśmy ją »salą celibatariuszy«"! Jak jednak mogę żyć w zgodzie z nauką o tym, by stawać się jak dzieci, jeśli wciąż skrywam się przed nimi? Dostrzegam tutaj trzeci element. Okazuje się, że właściwym miejscem dla chrześcijańskiego teologa jest wspólnota, prawdziwa wspólnota, której członkowie dzielą wspólnie swój los. Musi to być także wspólnota, w której mężczyźni i kobiety żyją ze sobą, a uczeni nie kryją się przed dziećmi. Z pewnością można pomyśleć o wielu innych istotnych treściach wiary chrześcijańskiej, które wskazują na pewne locus classicus, jakieś fizyczne miejsce czy może również pozycję społeczną, jako najbardziej sprzyjające badaniom teologii chrześcijańskiej. Kiedy czytamy na przykład Ewangelię (Mt 25), Chrystus znów okazuje się bardzo stanowczy, mówiąc, że w ostatnim dniu będziemy rozliczeni z tego, czy nakarmiliśmy głodnego, napoili spragnionego, przyjęli przybysza, odziali nagiego, nawiedzili chorego lub uwięzionego. Jeśli zatem rozmyślnie przyjmiemy pozycję, fizyczną czy społeczną, która nas odizoluje od wszystkich tych sytuacji, to czy może to być właściwe miejsce dla uprawiania teologii chrześcijańskiej? A może znaczy to, że ostatecznie, w rezultacie umieszczenia się w tak wielkiej odległości od życia, nie wiemy po prostu, o czym mówimy? A nie wiedzieć, o czym się mówi, to przecież podstawowa déformation professionnelle tych z nas, którzy zarabiają na życie słowami. Jak wielka to prawda, zrozumiałem dzięki rozmowie z ojcem Nicolasem, stojącym na czele Mother Teresa?s Mission of Charity, towarzystwa zajmującego się ludźmi cierpiącymi na szczególnie bolesne dolegliwości fizyczne. Powiedziałem ojcu Nicolasowi, że zależy mi na jego pomocy w rozważaniach nad kwestią cierpienia. Otrzymałem niezwykle poruszającą odpowiedź. Powiedział: "Donaldzie, przez dwa lata pracowałem z Matką Teresą pośród umierających w Kalkucie, teraz mija siedem lat od tamtego czasu i zaczynam już zapominać, na czym ono rzeczywiście polega". Mówił: "Kiedy stracisz kontakt z takim cierpieniem, zaczynasz zapominać, czym ono jest". Może więc owo locus classicus, na które wskazuje treść naszej wiary, wymagałoby w pewnym stopniu, by wspólnota, której jesteśmy członkami, pomagała karmić głodnych, pielęgnować chorych, odwiedzać uwięzionych i zajmowała się wszystkimi tymi posługami, jakie wymienia św. Mateusz. Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek dla teologa? Rzeczą najbardziej oczywistą jest, że teolog musi zapytać sam siebie: "Czy jestem w dobrym miejscu?". I może się okazać, że zmiana miejsca to jedyny sposób, by uwolnić się od ślepoty na pewne podstawowe prawdy naszej wiary. Dokładnie rok temu, kiedy byłem w Kalifornii, brałem udział w dyskusji z profesorem McAfee Brownem, który opowiadał o swoim pobycie w Ameryce Łacińskiej, pod wpływem którego, jak twierdził, "po raz pierwszy w życiu, po spędzeniu kilku miesięcy między ludźmi należącymi do marginesu społecznego, zaczął rozumieć Biblię". Zapytałem go wtedy: "Jak pan myśli, co przez ostatnie 50 lat studiów na Biblią powstrzymywało pana przed właściwym jej odczytaniem?". Nie uzyskałem jednak żadnej odpowiedzi. Drugie pytanie, które w tym miejscu się nasuwa, brzmi: czy jeśli wydaje mi się, że nie zajmuję locus classicus do uprawiania teologii, oznacza to, że powinienem siedzieć cicho tak długo, aż miejsce to odnajdę? Ta kwestia również została postawiona podczas dyskusji z McAfee Brownem. Pewien pastor powiedział: "W mojej parafii jest wielu ludzi pracujących w przemyśle zbrojeniowym. A ja z czasem doszedłem do przekonania, że jestem całkowicie przeciwny wszelkiej broni atomowej. Jeśli jednak będę przeciw niej protestował w kazaniach, prawdopodobnie wyrzucą mnie z mojej parafii albo stracę wiernych i w ten sposób nie doprowadzę do niczego dobrego. Czy powinienem zatem zmodyfikować moje nauczanie tak, by stało się dla nich możliwe do przyjęcia?". McAfee Brown odparł: "Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ nie jestem na Pana miejscu". Ta odpowiedź zdaje mi się nieuprawnioną drogą ucieczki. Innymi słowy, niezależnie od tego, jaką zajmujemy pozycję, musimy starać się głosić prawdę naszej wiary i dawać jej świadectwo. Może się bowiem okazać, że dopiero ośmielając się nauczać z niewłaściwej pozycji, uświadomimy sobie, że jeśli nadal chcemy głosić Ewangelię, nie możemy czynić tego z miejsca, w którym się znajdujemy, bo jest ono złe. Na zakończenie powiem tak: być może poszukiwanie locus classicus teologii jest tak samo bezcelowe, jak podjęte przez Melchio Odpowiedz Link
isma Re: O teologach, dzieciach i potrzebie ruchu - cd 19.07.07, 13:00 Na zakończenie powiem tak: być może poszukiwanie locus classicus teologii jest tak samo bezcelowe, jak podjęte przez Melchiora Cano poszukiwanie ostatecznego systemu loci theologici, a przykład pierwszego chrześcijańskiego teologa, św. Pawła, jest tym właśnie, który zasługuje na najwyższy szacunek. Innymi słowy, nie ma wyłącznego locus, a klasyczna pozycja (jeśli można tak powiedzieć) to ta, jaką zajął św. Paweł przez swoją ciągłą gotowość do zmiany, jeśli wymagała tego Ewangelia. Jego locus polegał na nieustannej gotowości do przemieszczania się. Jeśli więc to, co mówię, jest prawdziwe, każdy z nas powinien trwać w takiej niezmiennej gotowości do zmiany miejsca - tylko w ten sposób, w ruchu przemieszczenia, zdolni jesteśmy ujrzeć prawdy naszej wiary i stać się ich świadkami." Komentujac: bardzo czesto wydaje sie nam, ze przekraczanie ustalonych przez spolecznosc zasad jest wina. Ale czy jest rowniez grzechem? Moze, jesli interesuja mnie przede wszystkim zasady, jesli milosc blizniego praktykuje tylko teoretycznie, to tym samym stalem sie gluchy na nieustanne Boze wezwanie do nawrocenia, do zmiany, do przekroczenia tych zasad i samego siebie? Odpowiedz Link
mader1 O co się kłócimy ? ;) 19.07.07, 19:31 O co się kłócimy ? Postarajmy się to pozbierać. Zarówno bezdzietni jak i dzietni uczestnicy tego forum zgadzają się co do tego, że na mszy św. najważniejszy jest Bóg - nie dziecko, nie dorosły, nie babcia z różańcem... Zgadzamy się, że dzieciom nie wolno wszystkiego i nie można na wszystko pozwalać - po prostu trzeba je wychowywać. Zarówno W. jak M. oraz cała reszta dzietnych nie zabrania dzieciom zachowywać się w sposób niestandardowy na mszy św. dziecięcej - choć mimo wszystko potrafimy sobie wyobrazić sytuacje, kiedy bylibyśmy zbulwersowani )) Zarówno M. i W. jak i reszta dzietnych i bezdzietnych jednak w czasie mszy dla dorosłych wymaga do dziecka pewnego... eee... stosownego zachowania... Mamalgosia nawet jest gotowa porozmawiać ze swoim maluchem na temat jego fizjologii na przyszłość ))) Rodzice mitygują swoje dzieci, wynoszą je czasowo z koscioła, znajdują dla nich nianie, zostawiają w domu - słowem starają się według swoich możliwości. Wyraźnie tu napisano - i proszę nie wychodzić z Kościoła, mętnie tłumacząc się forum ))) ( żart, żart, bo tak już się gorąco zrobiło, że Warszawianka może to odebrać jako atak), jeżeli dziecko jest ciche - ale niewątpliwie się rusza, o żyje )) Nie o takich przypadkach tu pisano.Nikt nie potępił mamy dziecka, które się po kościele przechadza, pyta na ucho, cichutko ogląda książeczkę. Pisano o dzieciach niemitygowanych, zjeżdżaniu, krzykach i napisano wyraźnie w wielu miejscach, że to przypadki jednostkowe. To jest bardzo dużo. Nie musimy traktować się jak przeciwników. Naprawdę znaleźliśmy w wielu miejscach porozumienie. Emocje wzbudzają : łapanie za słówka, pochopne oceny i jak zwykle szczegóły. Bo co do zasady łatwo się zgodzić. A cała reszta ? Nie da się co do całej reszty wprowadzić " podzasad" Rodzice wiedzą, że tak jak każdego wiernego KK obowiązuje ich uczestnictwo w coniedzielnej mszy - niezależnie czy są potwornie swoim dzieckiem lub kilkorgiem zmęczeni czy nie. Z drugiej strony zobowiązani są do posiadania potomstwa. Muszą spełniać obowiązki związane z nim - a są liczne i czasochłonne. Sytuacje niedzielne są różne, znajomi i rodzina nie zawsze garną się do zastąpienia w opiece nad dzieckiem w związku z niedzielną mszą. Nie zawsze da się na zmianę. Kazdy z nas , rodziców, wie ile razy sytuacja go przerosła... Najłatwiej być rodzicem bardzo wobec dziecka pobłażliwym albo nadmiernie surowym. Najtrudniej osiagnąć złoty środek. Dostajemy z otoczenia sprzeczne sygnały. Podam przykład. W związku z zachowaniem mojego synka w kościele i tym, że chcieliśmy już być normalnie na mszy, a nie biegać z nim i uspokajać go, zaczęliśmy chodzić na msze osobno. Było nam trudno i smutno - zwłaszcza, że mamy jeszcze inne dzieci i wtedy bycie z nimi razem też zaczęło się rozwalać. Taką podjęliśmy decyzję. Przychodzi ksiądz proboszcz i pyta, dlaczego nie widzi Małego w kościele. Tłumaczymy Mu - przy Małym zresztą. Na to ksiądz mówi - "no nie, takie już zadanie rodziców, wcale nie był taki niegrzeczny... Przychodźcie z nim." Jeden chce, żeby zwrócić uwagę na zachowanie dziecka, inny uważa, że się nad nim znęcam i " to tylko dziecko". Każda z tych osób uważa za stosowne i potrzebne się wypowiedzieć. A odpowiedzialnośc za wychowanie dziecka, przyprowadzenie go do kościoła, jego wychowanie w wierze ponoszę ja. I ja muszę ciągle ważyć, co robię dla swojej wygody, co robię dla jego wygody,co robię ze strachu przed innymi czy żeby się przed nimi popisać ( o patrzcie, jakie mam pobożne dziecko ! Wie, ze kupy się w kościele nie robi !) co jest moim obowiązkiem i czy go spełniam czy nie. Co służy mojej rodzinie, co służy wspólnocie ,do której należę. Muszę " odcedzić" skrajne głosy - tych którym przeszkadza wszystko i tych, którym nie przeszkadza nic. Jedni są zdania, że oni i ich wrażliwośc jest bogiem, ci drudzy, że bogami są dzieci i msza jest po to, żeby wszyscy mogli pogadać i dobrze się bawić. Czasem omawiamy tu szczegóły techniczne. Szczegóły techniczne - to jak się zachować w danej sytuacji albo byłam w takiej sytuacji nie wiedziałam, co zrobić albo wiedziałam , co zrobić w danej sytuacji, a ktoś zwrócił mi uwagę i nie wiem , jaki popełniłam błąd ? Nie ma co wyszydzać, wyśmiewać i dziwić się. Egzamin najłatwiej zdaje się w domu, prz swoim biurku, trudniej w stresie, a najtrudniej z zaskoczenia. Nie jesteśmy bezbłędni i bywa, ze zmieniamy poglądy Bądź dobry - każdy, kogo spotkasz, prowadzi ciężki bój. J. Watson Wychowanie w wierze Odpowiedz Link
mamalgosia sądzenie po pozorach i kocioł & garnek 19.07.07, 21:03 Chciałabym napisać jeszcze o dwóch sprawach. Jedna chyba ważna, a druga to moje odreagowanie. Sądzenie po pozorach Należy wziąć pod uwagę, że widzimy tylko efekt. Nie widzimy tego, czy i jak rodzice pracują z danym dzieckiem. Widzimy, że drapie się ono po gołym brzuchu. A może to już jest ogromny sukces i gdyby nie orka rodziców, to to dziecko drapałoby po brzuchach nas? (gołych, wiem, że wszyscy chodzimy do kościoła z pępkami na wierzchu). Wiem, że śmieszny i przesadny przykład. Ale bardzo mi to bliskie. Mój Starszy Synek jest trudnym dzieckiem i jego zachowanie w kościele zawsze pozostawiało wiele do życzenia (założyłam nawet swego czasu wątek o niegrzeczniakach). Jakieś 2 miesiące temu byliśmy z nim w kościele w takim pomieszczeniu dla matek z dziećmi (czyli już się odizolowałam, żeby przynajmniej całego Ludu Bożego nie rozproszyć). Syn miał autko. Jeździł nim po ławce, cicho, ale wiem, że jeżdżenie autkiem nie jest oznaką pobożności. Lecz w jego przypadku jest to wielki postęp - kiedyś biegał, kzryczał, skakał, itp. Młodszy Syn jest zupełnie inny. Gdybym miała tylko jego być może widząc 5latka z autkiem w kościele pomyślałabym, że matka idiotka. (Akurat matka mojego Synka jest idiotką, ale myślę, że to autko nie jest głównym powodem). Dziecko dziecku nierówne. Tak więc to co pomyślimy zawsze będzie tylko sądzeniem po pozorach. Kocioł przyganiający garnkowi Właśnie podczas tej Mszy, kiedy to mój Starszy bawił się autkiem, zostałam pouczona przez inną matkę (również znajdującą się w "akwarium" ze swoim synkiem- tak na oko 3letnim). Bo jej dziecko, które biegało co prawda, ale zachowywało się cicho, zapragnęło autka mojego Starszego. On mu nie dał, no i wrzask. Synek tej kobiety przewrzeszczał spory kawałek Mszy. No i właśnie kobieta ta zwróciła mi uwagę, że mam takie duże dziecko, że to autko to już przesada i że przeze mnie ona nie mogła uczestniczyć we Mszy. Rozumiem ją, bo jakieś tam swoje racje miała. I nawet nie chcę debatować nad racją/nieracją (tym bardziej, że u nas właśnie to już był sukces), tylko powiedzieć o tym kotle - kobieta ta miała tatuaż nieco powyżej pośladka, a spodnie takie, że półdupek widoczny, wraz z tym tatuażem. Niech ma, co chce, prawda? I żuła gumę. Niech żuje. Ale trudno mi uwierzyć, że autko było jedynym zakłóceniem jej udziału w nabożeństwie. O, 21sza. Odpowiedz Link
mader1 nie da się... 19.07.07, 21:27 Jeszcze, zanim usiądę z mężem i dziećmi do kolacji. A... i jeszcze chwila ćwiczeń z najmłodszym. Nie da się dzieci mieć i nie mieć w Kościele. Nie da się oddzielić we wspólnocie od rodziców z dziećmi, wśród dzieci tych starszych od tych młodszych, tych grzecznych od tych niegrzecznych. Czasem się spotykamy - z różnych powodów. Rodzic wcale niekoniecznie chce być na mszy dla dorosłych. W ciągu kilkunastu lat wychowywania przez nas dzieci zdarzyło się to nam nie raz. Mieliśmy do wyboru albo nie być na mszy, albo całą rodziną wylądować na mszy dla dorosłych. Spośród tych dorosłych większość była naszymi dziećmi wzruszona. Ale niektórych być może sama ich obecność rozpraszała, może bolała, może coś przypominała. Inaczej to sobie zaplanowali. Ale tych dzieci w Kościele nie da się mieć i nie mieć. Rodzice są generalnie okropni ))) Niektorzy być może bezmyslni, ale inni bezradni wobec swoich problemów, inni zaskoczeni sytuacją, jeszcze inni umęczeni. Jesteśmy wspólnotą i można im pomóc. Poobserwować, może potem porozmawiać, doradzić coś. Odpowiedz Link
warszawianka51 Re: O co się kłócimy ? ;) 19.07.07, 21:44 Wyraźnie tu napisano - i proszę nie wychodzić z Kościoła, mętnie tłumacząc się > forum ))) ( żart, żart, bo tak już się gorąco zrobiło, że Warszawianka może > to odebrać jako atak), jeżeli dziecko jest ciche - ale niewątpliwie się rusza, > o żyje )) No i masz za swoje Mader. Obraziłam się. Śmiertelnie. Taka pobożna osoba a tu... bezpardonowy atak! Że co niby?! Ze ja z kościoła pod byle pretekstem wychodzę! Nie odzywam się już do Was... ...Do jutra )) Odpowiedz Link
mader1 Re: O co się kłócimy ? ;) 19.07.07, 22:31 > Taka pobożna osoba ja pobożna ????? ja wychodzę pod byle pretekstem - wystarczy, że dzieciak pogada w czasie mszy to ja go bach za łapę i z kościoła :0 on już nerwicę sytuacyjną przeze mnie ma ))) i daje tym pretekst pewnym starszym osobom do uwazania mnie za jędzę ;0 > ...Do jutra )) obiecujesz )) Odpowiedz Link
basia313 Re: dzieci na mszy świętej 20.07.07, 01:21 Pamietam kiedys taka sytuacje z mszy sw. w Londynie. PEwne malenkie dziecko rozplakalo sie w czasie "podniesienia". przyznam, ze nawet nie zwrocilam na to uwagi (pewnie to z przyzwyczajenia do placzu dzieciecego).Iestety ksiadzu, ktory odprawial msze sw. tak to przeszkadzalo, ze przez mikrofon poprosil, ze mama z dzieckiem przeszla do zakrystii. Bardzo sie tym oburzylam, bo pomyslalam, ze ten placz dziecka jednak mi wcale nie przeszkadzal. Do konca mszy sw. bylam zdenerwowana, bo poczulam sie -jako matka- nieproszona w kosciele, bo dzieci wlasnie sa nieprzewidywalnenie i nie zawsze sa cicho. Nawet nie moge sobie wyobrazic co by bylo, gdybym musiala sie zawsze i kazdym zachowaniem moich dzieci przejmowac. Dzieci jednak ucza sie wszystkiego powoli i do pelnego uczestnictwa we mszy sw. z czasem dorastaja, wlasnie przez przyklad, ktory idzie z gory. Odpowiedz Link
jogo2 Re: dzieci na mszy świętej 20.07.07, 23:06 Właściwie wszystko już zostało w tym wątku powiedziane, ale jakoś odczuwam potrzebę dorzucenia swoich trzech groszy. Jest bardzo trudno ocenić zachowanie dziecka na mszy: i osobom postronnym jest trudno - bo bo są nieobiektywni i matce trudno bo też jest nieobiektywna (czasem "naprawdę", a czasem w czyjejś ocenie - to tak w wielkim uproszczeniu. Generalnie, chodzenie na mszę z dzieckiem to przynajmniej dla mnie "ciężki kawałek chleba" - bo jestem świadoma obowiązujących standardów zachowania, a jednocześnie jestem w każdej minucie boleśnie świadoma, albo uświadamiana, tego, iż on się nudzi jak mops i nie może wystać, wyleżeć (nie pozwalam), wysiedzieć. Zauważyłam, że najbardziej "sprawdzają się" pod tym względem kościoły z placem zawierającym trochę zieleni - dorosły sobie może uczestniczyć we mszy, a dziecko jednocześnie może być aktywne, ale ta zieleń jakoś dzieci angażując nie "nakręca". Z drugiej strony, zastanawiam się, czy generalna ocena zachowania dzieci w kościele nie jest odbiciem oceniania (niestety niesprawiedliwie) dzieci w ogóle panującym w naszym społeczeństwie. Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję. Ostatnio jechałam sobie z synkiem pociągiem w którym zasnął jak kamień bo się wyszalał. Przed stacją, na której wysiadaliśmy musiałam go brutalnie postawić do pionu. Wstał, obudził się, doszliśmy na przystanek tramwajowy, przyjechał tramwaj, wsiedliśmy do tramwaju i tam okazało się, że nie ma miejsc siedzących. Młody (5 lat) urządził scenę, rozwrzeszczał się straszliwie. Ja go się starałam spokojnie uciszyć, w końcu jak powiedziałam, synku rozumiem że jesteś zmęczony, ... już nie pamiętam, co dalej powiedziałam, jedna pani ustąpiła mu miejsca i się uspokoił. Żeby nie było wątpliwości - nie o to mi chodzi, że ja mam oczekiwanie, że cały tramwaj zerwie się na nogi, żeby ustąpić miejsca mojemu 5 letniemu kawalerowi, ale kiedy on tak wrzeszczał, wszyscy dookoła mieli na twarzy takie pogardliwe uśmieszki - młodzi ludzie też i przede wszystkim. Sądzę, że mogli je sobie darować i uruchomić chociaż resztki wyobraźni widząc kobietę z plecakiem i w końcu jeszcze małe dziecko, nawet jeżeli nie chciało im się zastanawiać nad przyczyną takiego stanu rzeczy. I mi się wydaje, że w naszym społeczeństwie istnieją bardzo surowe standardy oczekiwań w stosunku do zachowania się dzieci - i nie zawsze są one uzasadnione. Z jednej strony sama jestem przeciwniczką tłumaczenia wszystkiego frazą "to przecież jeszcze/tylko dziecko", z drugiej strony w opisanej powyżej sytuacji było mi zwyczajnie przykro. Sądzę, że podobne zjawisko występuje w stosunku do oceny zachowań dzieci w kościele przez osoby postronne - najlepiej, żeby stało przez całą mszę i przesuwało w rękach paciorki różańca, tyle że to nierealistyczne. I jak tu sobie poradzić z szeroki spektrum pomiędzy ideałem a przykładem całkowitego rozpasania? Odpowiedz Link
dargoma Re: dzieci na mszy świętej 26.07.07, 09:35 Ważne dla mnie to, co napisaliście, bo sama nieraz zmagałam się z wątpliwościami... ale raczej myśląc o sobie samej i o Młodej, a nie o innych uczestnikach MS. Osobiscie jestem zwolenniczką przychodzenia z potomstwem od jak najmłodszego wieku, jako słowa zachęty po temu poczytuję Jezusowe "pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie". Nie wiem, jak ocenić, kiedy Młoda byłaby w stanie się skupić i zrozumieć to, co dzieje się na MS, skoro nieraz widziałam dzieci I-Komunijne zupełnie nieskupione na tym, co dzieje się na ołtarzu... Poza tym, zmuszona przez okolicznoci do wielokrotnego samotnego spędzania niedziel (tzn. bez Męża- ślubny pracuje w handlu, a że wielu lubuje się w pobożnym spędzaniu niedzieli w centrach handlowych,więc pracodawca rękami mojego męża taką rozrywkę im zapewnia...) wielekroć stawałam przed dylematem- iść z Młodą czy nie iść wcale. Bo angażować kogoś do opieki nad nią w niedzielę jakoś nie miałam ochoty (być może moja wina...) No i niestety, przeszłam przez różne sposoby rozwiązywania problemu- było i jedzenie, i picie, i bieganie pod kaplicą (mieliśmy tam piękny skwerek- a teraz proboszcz pobudował kościół, przed którym mało miejsca i brak nagłośnienia, i zabawki... Wszystko po to, żeby nie hałasowała, żeby w miare spokojnie dotrwała do końca. Nie wiem, jak Bóg to ocenia, dzięki forum wiem, jak oceniają to ludzie. No faktycznie, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jakiś czas temu koleżanka zwróciła mi uwagę, żebym nie brała jedzenia- bo ona swoim dzieciom tłumaczy, że kościół to nie jadalnia i jak moja je, to jej dzieci sie buntują... a ja dlatego tak, że jak Młoda coś pogryzała, to siedziała cicho i nawet przyglądała się temu, co na ołtarzu; nie pomyślałam, że to komuś przeszkadza. Ale teraz już chodzimy bez jedzenia, bywa za to jaki smakołyk po zakończeniu MS, staramy się, żeby dopiero w domu- taka agapa. Młoda rośnie i coraz więcej da się jej wytłumaczyć, i coraz więcej rozumie. Ale od zimy czeka nas "powtórka z rozrywki"- będzie synek...ha! mówią, że chłopcy są bardziej rozbrykani Zobaczymy. wezmę pod uwagę to wszystko, co przeczytałam powyżej, postaram się więcej myśleć o współuczestniczących we MS. I może Mąż zmieni pracę na inną... choć dla mnie -podobnie jak dla paru innych "przedmówczyń"- wspólne pójście ze ślubnym na MS(nawet jeśli ze wzgledu na zaangażowanie jednego w bieganie za dzieckiem nie można tego nazwać wspólnym uczestniczeniem) to najpiekniejszy fragment niedzieli. Odpowiedz Link