Zwyczaje do wznowienia

01.12.07, 22:54
    • luccio1 Re: Zwyczaje do wznowienia 01.12.07, 23:19
      Impulsem do założenia wątku stała się bliskość Bożego Narodzenia
      (mniej niż miesiąc) oraz przeczytana dziś książka:
      Zbigniew Kajetanowicz: "Zarys monograficzny powiatu turczańskiego",
      Lwów 1938.
      Tam znalazłem wzmiankę o zwyczaju bojkowskim związanym z Wigilią
      Bożego Narodzenia:
      otóż, gdy wszystko było gotowe i nie pozostawało już nic jak tylko
      zasiąść do stołu - to siadano, wygasiwszy uprzednio wszystkie lampy;
      dopiero przy stole głowa rodziny zapalała świece, i w ten sposób z
      ciemności robiło się światło.
      Zwyczaj ma jasną symbolikę chrześcijańską, nie zamąconą żadną
      domieszką pochodzącą z czasów pogańskich:
      Jezus Chrystus, Światłość Świata, przychodzi na ziemię - i wnosi ze
      sobą światło!
      Rzecz wydaje mi się o wiele łatwiejsza do przeprowadzenia w mieście,
      gdzie mamy światło elektryczne - niż we wsiach bieszczadzkich 70 lat
      temu, gdzie elektryczność jeszcze nie zdążyła dotrzeć (łatwiej
      wykonać ruch wyłącznikiem niż zagasić np. lampę naftową dmuchając w
      szklany kominek od góry).
      Co do stopniowego rozświecania stołu światłem żywym - poddaję pod
      rozwagę rozwiązanie stosowane w moim domu rodzinnym:
      uwić wianuszek z cetyny, takiej średnicy, żeby bezpiecznie osiadł na
      krawędzi talerza z opłatkiem - do wianka przypiąć dwa lichtarzyki i
      osadzić tam świeczki, takie, jakie świeci się na drzewku, albo
      mniejsze, tortowe (oba rozmiary są już na powrót do dostania, jeśli
      nie gdzie indziej, to na targu bożonarodzeniowym) -
      - i te świeczki zapalać jako pierwsze i przy nich składać sobie
      życzenia.

      Pozdrowienia
      Łukasz.

      [Dla wyjaśnienia: powiat turczański (od miasta Turka nad Stryjem), w
      województwie lwowskim, obejmuje górny bieg trzech rzek wypływających
      z Bieszczadów ku północy: Sanu, Stryja i Dniestru;
      jego pd.zach. kąt (wg rozgraniczenia przed r. 1939) mieści się na
      terenie, który nam po II wojnie światowej pozostawiono (grzbiet
      główny Karpat z Rozsypańcem i Kińczykiem Bukowskim, wsch. i pn.wsch.
      stoki Halicza i Krzemienia)].
    • luccio1 Świeczki na drzewku 03.12.07, 20:58
      Prawdziwe świeczki na drzewku - i zapalanie ich po południu albo
      wieczorem, i wspólne śpiewanie kolęd przy ich świetle.
      Nie muszą być "zamiast" lampek elektrycznych - mogą doskonale
      współistnieć z nimi, tak jak przez lata mego dzieciństwa
      współistniały na kolejnych drzewkach w domu.
      Tyle, że lampki elektryczne były światłem świecącym stale, gdy tylko
      zaczynało się robić ciemno za oknem; w ciemniejsze dni pozostawały
      włączone przez cały dzień, omalże od rana.
      Zanim jednak zapaliliśmy prawdziwe świeczki na kolędy -
      elektryczność zawsze wyłączaliśmy.
      • a_weasley Re: Świeczki na drzewku 04.12.07, 20:04
        luccio1 napisał:

        > Prawdziwe świeczki na drzewku - i zapalanie ich
        > po południu albo wieczorem, i wspólne śpiewanie
        > kolęd przy ich świetle.

        Niestety nie mogę takiego zwyczaju wskrzesić, bo odkąd pamiętam był. Jeśli
        jeździliśmy na BN do rodziny, świeczki były obok lampek, też gaszonych do
        śpiewania, natomiast w domu nigdy lampek nie było.
        Chyba jeszcze w liceum śpiewywaliśmy kolędy nie tylko w przerwie świątecznej,
        ale i później.

        Czasy się zmieniły, jest nas dwoje. Ale na wigilii rodzinnej świeczki są dalej.
        I na naszej domowej choince też. Tak samo tam, gdzie mam coś do powiedzenia w
        sprawie wigilii - kiedyś w harcerstwie (ja odszedłem, ale świeczki na choince
        zostały), teraz wśród czarodziejów.
        Kiedy organizujemy kolędowanie u nas, też oczywiście świeczki, jakże by inaczej.
        A czego nie ma i nie było? Kolęd przy wigilijnym stole z taśm czy plyt.
    • mamalgosia Re: Zwyczaje do wznowienia 04.12.07, 15:30
      Przepraszam, że wykorzystuję Twój wątek.

      Bo ja mam wrażenie, że w wielu domach dzieje się przeciwnie -
      zwyczaje urastają do rangi sensu świąt.
      Rodzina mojego brata jest niewierząca. A jest u nich na Wigilię
      dosłownie wszystko: siano pod obrusem, talerz dla strudzonego
      wędrowca, stajenki, gwiazdy betlejemskie w doniczkach, dzielenie sie
      opłatkiem, 12 potraw, wypatrywanie pierwszej gwiazdki, o północy
      wyjście do zwierząt (nie, nie na pasterkę), ozdobione drzwi i
      oświetlony balkon, kalendarze adwentowe w sensie codziennej porcji
      czekoladek...
      • a_weasley Re: Zwyczaje do wznowienia 04.12.07, 20:05
        mamalgosia napisała:

        > Przepraszam, że wykorzystuję Twój wątek.
        >
        > Bo ja mam wrażenie, że w wielu domach dzieje się przeciwnie -
        > zwyczaje urastają do rangi sensu świąt.
        > Rodzina mojego brata jest niewierząca. A jest u nich na Wigilię
        > dosłownie wszystko: siano pod obrusem, talerz dla strudzonego
        > wędrowca, stajenki, gwiazdy betlejemskie w doniczkach, dzielenie sie
        > opłatkiem, 12 potraw, wypatrywanie pierwszej gwiazdki, o północy
        > wyjście do zwierząt (nie, nie na pasterkę), ozdobione drzwi i
        > oświetlony balkon, kalendarze adwentowe w sensie codziennej porcji
        > czekoladek...

        ...tylko Łk 2, 1-14 nie ma sad
        • mamalgosia Re: Zwyczaje do wznowienia 04.12.07, 21:28
          Miałam napisane: "Tylko Ewangelii i Mszy św. nie ma", ale nie wiem,
          jak to się stało, że tę część tekstu wcięło. No to uzupełniłeś
          • luccio1 Małgosiu 04.12.07, 21:52
            masz rację. Chciałem tylko powiedzieć, że z książki, na którą się
            powołuję, wybrałem jako wart przywrócenia obecnie tylko jeden z
            wielu zwyczajów bojkowskich, o których tam mowa: ten, którego istotą
            jest roświetlanie domu od zupełnej ciemności - na powitanie
            przychodzącego Chrystusa. Rzuciła mi się tutaj wprost w oczy
            analogia z liturgią Wielkiej Soboty: wnoszeniem paschału do wnętrza
            kościoła, w którym wszystkie światła są wygaszone (niestety, w
            warunkach polskich wnętrze to nie jest tak ciemne, jak byłoby
            wnętrze domu czy mieszkania w Wigilię Bożego Narodzenia - na
            Wielkanoc dzień w Polsce jest już bardzo, bardzo długi, dłuższy niż
            w krajach leżących dalej na południe - w ten sposób sporo efektu
            symbolicznego ginie).
            Nie pomyślałem ani sekundy, aby wracać np. do opasywania nóg stołu
            łańcuchem (zapewne podwieszonym na gwoździach) - co miało zapewne
            symbolizować trzymanie się rodziny razem na dobre i złe,
            ani tym bardziej do tego, aby wkładać pod stół pług, siekierę i piłę
            - w realiach Bieszczadów końca lat 30. XX w. miała to być prośba o
            błogosławieństwo Boże w polu i w lesie - w dwóch miejscach, z
            których ludzie mieszkający na wsi przede wszystkim żyli
            - a o tym też jest w tamtej książce.
            Nikt z nas nigdy też nie chodził podsłuchiwać zwierząt - których
            zresztą w domu nie było i nie ma (pod tym względem jestem
            mieszczuchem, jak byli moi Rodzice).

            Pomyślałem świadomie o zwyczajach, które dla kogoś, kto z różnych
            powodów (np. życie z Kochaną Osobą w związku cywilnym) przestał się
            mieścić w ramach Kościoła Katolickiego, są ostatnią nicią łączącą go
            z nim
            (czy w prawdziwych świeczkach na drzewku nie ma niczego wspólnego ze
            świecami w kościele?).

            Pozdrawiam.
            Łukasz.
            • minerwamcg A księża sobie płuca zdzierają... 04.12.07, 23:19
              > Pomyślałem świadomie o zwyczajach, które dla kogoś, kto z różnych
              > powodów (np. życie z Kochaną Osobą w związku cywilnym) przestał
              > się mieścić w ramach Kościoła Katolickiego

              ...żeby wbić ludziom do głowy, że nawet żyjąc w związkach cywilnych
              nie są poza Kościołem i poza przyjmowaniem sakramentów mają te same
              prawa i obowiązki co każdy inny chrześcijanin. Ale gdzie tam!
              Czasem mam wrażenie, że tacy ludzie niekiedy sami stylizują się
              na "wyklętych" i biedne ofiary nietolerancji kleru. No i mają
              wygodny wykręt - nie trzeba chodzić do kościoła, wychowywać dzieci
              po chrześcijańsku, przyjmować kolędy...
              Przepraszam za offtopik, ale mnie cholera zatrzęsła.
              • mamalgosia Re: A księża sobie płuca zdzierają... 05.12.07, 08:49
                Minerwo, trochę się z Tobą zgadzam, a trochę nie.
                To trąbienie i zdzieranie gardła - jest, owszem.
                Ale jest też i obojętność. Wielu księży, a jeszcze większej liczby
                wzorowych katolików. Nie jawna wrogość, czy jakieś otwarte szykany
                (nie, wzorowi katolicy tego nie robią) - ale obojętność. Która bywa
                nawet często gorsza. I tak jest wobec osób żyjących w związkach
                niesakramentalnych. I tak jest - nie do wiary - wobec osób
                samotnych. Wiem - są specjalne duszpasterstwa, itp. Ale w miastach
                takich jak moje jest tak jak piszę. A o tych osobach samotnych wiem
                od moich znajomych, które są w takim stanie cywilnym, a przede
                wszystkim od mojej Przyjaciółki. Oczywiście może przychodzić na
                Mszę, może uczestniczyć w procesjach, może prowadzić sklepik
                (skoro "ma dużo czasu, bo nie ma rodziny"), ale wobec jej sytuacji,
                jej trudnej samotności - trudnej, bo nie z wyboru - jest cisza.
                Wszędzie rodziny i dla rodzin.
                Ale o tym już kiedyś pisałam, a poza tym nie na temat, a jeszcze
                poza tym zaraz musze uciekać.

                Jeszcze tylko o mojej koleżance. Wzorowa katoliczka ze wszech miar,
                oaza rodzin, dzieci w ministrantach i Dzieciach Maryi, dużo się
                modli, robie wiele dobrego, troszczy się o innych. A jednak to od
                niej jej rodzona siostra usłyszała "Bo moje dziecko było chciane i
                planowane, a twoje nie". I to od niej siostra usłyszała "Jak nie
                porzucisz tego mężczyzny, to nie będziesz zbawiona". Takie słowa,
                wypowiadane w ten właśnie sposób powodują powstawanie i rozszerzanie
                się opinii, którą zasygnalizował luccio
              • luccio1 Minerwo, 05.12.07, 17:36
                kolędę przyjmuję.
                Tyle, że w styczniu tego roku ksiądz, usłyszawszy, że moja Żona jest
                niewierząca, porwał się jak oparzony z krzesła i wybiegł z
                mieszkania!
                • minerwamcg Re: Minerwo, 13.12.07, 15:15
                  Patafian.
            • isma Ciemnosci 05.12.07, 00:27
              A, nie, to ze podczas liturgii wigilii paschlanej gdzieniegdzie nie
              jest ciemno, to nie jest kwestia sil przyrody, tylko dzialania
              czlowieka. Teoretycznie powinno sie te liturgie sprawowac po zmroku
              (Kasia, popraw, jak bzdurze), nawet jesli nie mialoby to byc o
              wygodnej dla wszystkich godz. 17. Ale niektorym sie spieszy, no.

              www.kkbids.episkopat.pl/anamnesis/25/5.htm
              • mama_kasia Re: Ciemnosci 05.12.07, 07:27
                Tutaj List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu świąt paschalnych.
                www.kkbids.episkopat.pl/dokumentypovii/listoosp/wstep.htm
                "Wszystkie obrzędy Wigilii Paschalnej odbywają się w nocy: nie
                wolno ich rozpocząć, zanim nie zapadnie noc, a należy je
                zakończyć przed świtem niedzieli" 82. Zasada ta musi
                być interpretowana ściśle. Przeciwne jej nadużycia i tu i
                ówdzie praktykowane zwyczaje sprawowania Wigilii Paschalnej
                o godzinie, w której zwykło się antycypować Mszę
                niedzielną, zasługują na odrzucenie 83.

                Nawet nie po zmroku a w nocy! Bardzo mocne słowa zresztą są w tym
                liście. Wzięte też z Mszału Rzymskiego.
            • mamalgosia luccio 05.12.07, 08:40
              ależ ja wiem, że nie miałeś na myśli mnożenia pustych zwyczajów!
              Dlatego przeprosiłam, że wtrąciłam się do Twojego wątku, to mój post
              był nie na temat
    • otryt Re: Zwyczaje do wznowienia 05.12.07, 01:39
      Łukaszu, byłbym za tym, ale pod jednym warunkiem. Aby forma nie
      przerastała ani nie zastępowała braku treści. Tymczasem obserwuję
      takie sytuacje, że w warstwie symbolicznej jest niesłychany urodzaj,
      gdy jednocześnie brat bratu nie powie przepraszam, a siostra z
      siostrą rozmawia tylko w ten jeden wieczór w roku (jak zwierzęta) -
      bo tak trzeba, taka tradycja, aby się spotkać, aby starym rodzicom
      nie było przykro, że rodzina podzielona. Przebaczenie, pojednanie i
      elementarne zrozumienie to podstawa. Gdy tego nie ma jest spektakl i
      cepelia.
      • mamalgosia cepelia 05.12.07, 08:52
        no zabrakło tego słowa w moim poscie! Otrycie, samo sedno
        • mader1 od cepelii do wiary... 05.12.07, 11:02
          Na ogoł spotykam się z tym, ze ludzie wraz ze wzrostem wiary
          zaczynają rozumieć, pielęgnować czy wprowadzać rózne symbole...
          A czy jak dom jest obudowany nimi, ale one są tylko zwyczajami,
          cepelią... czy wtedy nie jest trudniej ?
          • a_weasley Re: od cepelii do wiary... 05.12.07, 11:05
            mader1 napisała:

            > Na ogoł spotykam się z tym, ze ludzie wraz ze wzrostem wiary
            > zaczynają rozumieć, pielęgnować czy wprowadzać rózne symbole...
            > A czy jak dom jest obudowany nimi, ale one są tylko zwyczajami,
            > cepelią... czy wtedy nie jest trudniej ?

            Na moje oko, przeciwnie, wtedy jest łatwiej. Wtedy w ogóle jest jakiś punkt
            zaczepienia.
            • mader1 Re: od cepelii do wiary... 05.12.07, 11:16
              uff... jak to dobrze, że tak myślisz, pocieszyłeś mnie.
              Bo nagle przestraszyłam się, że jeżeli niby wszystko jest , a nawet
              moża się tym pochwalić,że jest tego tak dużo... to trudniej
              zauważyć, że Kogoś brakuje ...
              • samboraga Re: od cepelii do wiary... 05.12.07, 12:03
                > moża się tym pochwalić,że jest tego tak dużo... to trudniej
                > zauważyć, że Kogoś brakuje ...

                nie wiem czy chwalić, tak bym nie nazwała...ale czasami trzeba się dokopać do
                istoty sprawy pośród tych wszystkich oczywistości zwyczajowych i to wymaga, i
                trochę wysiłku, i czasem przebłysku, by zauważyć, że to nie tak...
                • a_weasley Re: od cepelii do wiary... 05.12.07, 20:25
                  samboraga napisała:

                  > > moża się tym pochwalić,że jest tego tak dużo...
                  <ciach>

                  > nie wiem czy chwalić, tak bym nie nazwała...

                  A czemuż by nie? Jeżeli w mojej rodzinie jest coś, co uważam za dobre i piękne,
                  co więcej uważają też inni, którzy o tym słyszą, i tego czegoś w wielu, może w
                  większości innych rodzin nie ma, to czemu nie mam być z tego dumny?
                  • samboraga Re: od cepelii do wiary... 06.12.07, 10:32
                    > A czemuż by nie? Jeżeli w mojej rodzinie jest coś, co uważam za dobre i piękne,
                    > co więcej uważają też inni, którzy o tym słyszą, i tego czegoś w wielu, może w
                    > większości innych rodzin nie ma, to czemu nie mam być z tego dumny?

                    no tak, ale jak to jest puste w środku to nie ma wartości, więc czym się
                    chwalić? łatwiej mi było poczuć sens i przeżyć Roraty, na których nigdy jako
                    dziecko nie byłam, niż odzyskać sens Pasterki, na którą chodziłam niemal co roku
                    od zawsze
                    ale masz rację, że z drugiej strony jakiś zachowany symbol, nawet martwy,
                    potrafi przyciągnąć, być nicią nawiązania
                    • a_weasley Re: od cepelii do wiary... 06.12.07, 11:34
                      samboraga napisała:

                      > no tak, ale jak to jest puste w środku to nie ma wartości,
                      > więc czym się chwalić?

                      W zasadzie tak, ale mówisz to z pozycji osoby głęboko wierzącej. Ja, jako
                      człowiek wierzący (pochlebiam sobie, że głęboko, w każdym razie się staram) to
                      rozumiem. Jednakże spora część rodaków owej pustki nie zauważa. Trudno zauważyć,
                      że coś jest puste, jak się nigdy nie zaglądało do środka.
                      Gdy niewierzący, agnostyk, indyferent, ale także
                      wzasadziewierzącyalepocotakciąglelataćdokościołaicotamksiądzwieożyciu narzeka na
                      komerchę i pustkę, ma na myśli, że nie ma ciepła, rzeczywistej więzi między
                      członkami rodziny itp., a nie że brakuje Szefa.

                      > ale masz rację, że z drugiej strony jakiś zachowany symbol,
                      > nawet martwy, potrafi przyciągnąć, być nicią nawiązania

                      Jak jest kieliszek, co prawda pusty, to jak się znajdzie wino to jest do czego wlać.
    • otryt Puste symbole 06.12.07, 11:41
      Pięknym symbolem wieczoru wigilijnego jest dodatkowe nakrycie
      stawiane na naszych stołach. Poprzez niego wyrażamy prawdę, że
      jesteśmy gotowi ugościć ubogiego wędrowca, brzemienną Maryję z
      Józefem dla których nie było miejsca w gospodzie.

      Nasza córka zaangażowała się w piękną akcję. W kościele na starówce
      robili wigilię dla 1000 bezdomnych. Pracy było co niemiara.
      Ustawianie stołów, nakrywanie, przygotowywanie posiłków, nakładanie
      tego na talerze, usługiwanie przy stołach, przygotowywanie i
      rozdawanie paczek, potem posprzątanie wszystkiego. Na domową wigilię
      mogła przyjść dopiero o godzinie 22.

      Wigilię spędzamy zazwyczaj w szerszym gronie rodzinnym.
      Powiedzieliśmy z żoną, że córka (wnuczka) przyjdzie później, abyśmy
      zaczynali bez niej. "- Jak tak można! Przecież rodzina musi być
      razem!" – usłyszeliśmy. My na to: "- To piękna akcja. Cieszymy
      się, że nasze dziecko w tym uczestniczy." "– To znaczy, że ona
      jakichś bezdomnych bardziej ceni niż nas!?." "– Wcale tego nie
      znaczy." "- Trzeba jej było zakazać!" "- Myślimy tak samo jak
      córka. Na tym polega Boże Narodzenia, aby dzielić się z najbardziej
      potrzebującymi." Z kwaśną miną, nieprzekonana potraktowała rzecz
      jako kolejne nasze dziwactwo, sięgnęła po talerzyk z opłatkami.

      Ten symbol był całkowicie pusty. Pustym symbolem jest opłatek, gdy
      ktoś się nim przełamuje a nie ma w nim woli pojednania. Takich
      przykładów można mnożyć wiele. Symbol zastępuje, coś czego nie ma.
      Symbol kłamie zamiast podkreślać.
      • isma Re: Puste symbole 06.12.07, 12:20
        Otrycie, uscisniej serdecznie corke ode mnie.

        Jednem z moich najupiorniejszych doswiadczen - i przy okazji,
        najbolesniejszym sprawdzianem tej niby chrzescijanskiej "milosci
        blizniego" - bylo dla mnie uczestniczenie, sluzbowo, w wigilii dla
        bezdomnych u franciszkanow w Krakowie. Jako prezydencki dwor zesmy
        tam musieli z szefem bywac, i to bylo po prostu straszne.

        Ten tlum zapijaczonych ludzi (bo nikogo w tamtych czasach - nie
        wiem, jak jest teraz - z kruzgankow nie wyrzucano), bijacych sie o
        przygotowane przez nas paczki zywnosciowe, podchodzacych po nie bez
        zenady po raz drugi, trzeci i dziesiaty, rozrywanie ich na miejscu i
        wyrzucajanie z nich chleba, a zabierajanie ze soba tylko tego, co
        mozna przehandlowac na wodke: kawe, czekolade - to bylo
        najzwyczajniej na swiecie, okropne.
        I calkiem niefajna byla swiadomosc wlasnego gnewu na tych ludzi,
        oburzenia - i zadziwiajacego poczucia, ze jednak sie podswiadomie
        oczekuje za te swoje "gesty milosierdzia" wdziecznosci, a wiec nie
        sa one tak calkiem bezinteresowne...
        • a_weasley Re: Puste symbole 06.12.07, 15:20
          isma napisała:

          > Ten tlum zapijaczonych ludzi (bo nikogo w tamtych czasach - nie
          > wiem, jak jest teraz - z kruzgankow nie wyrzucano),

          A szkoda. Jezus wyrzucił przekupniów, wspominał też o takim bez stroju
          weselnego. Myślę, że stan nietrzeźwości jest dobrym odpowiednikiem.

          > wyrzucajanie z nich chleba, a zabierajanie ze soba tylko tego, co
          > mozna przehandlowac na wodke: kawe, czekolade -

          Przecież wiadomo było, że tak będzie. Takie rozdawnictwo musiało do tego
          doprowadzić.

          > I calkiem niefajna byla swiadomosc wlasnego gnewu na tych ludzi,
          > oburzenia - i zadziwiajacego poczucia, ze jednak sie podswiadomie
          > oczekuje za te swoje "gesty milosierdzia" wdziecznosci, a wiec nie
          > sa one tak calkiem bezinteresowne...

          Jezus też pytał, gdzie jest jeszcze dziewięciu, i chyba Mu było przykro.
          • isma Re: Puste symbole 06.12.07, 15:26
            Noooo, niby tak.
            Ale jednak, przynasz, jest roznica miedzy sadem (sądem, Kasia,
            sądem!) Bozym, a ludzkim.
            • minerwamcg Re: Puste symbole 06.12.07, 23:44
              Jest, jest... Szef nie chciał, żebyśmy byli surowsi od Niego. A z
              drugiej strony kiedy już On się wkurzył - to znaczy, że było o co.
            • mama_kasia ot 07.12.07, 07:30
              wink big_grin
        • otryt Re: Puste symbole 07.12.07, 01:15
          isma napisała:

          >Otrycie, uscisniej serdecznie corke ode mnie.

          Oczywiście zrobię to, jak przyjedzie do domu na święta. U nas nie
          było aż tak strasznie, jak opisujesz. Organizatorzy musieli mieć już
          jakieś doświadczenia wcześniejsze. Nietrzeźwi nie mieli wstępu.
          Paczek zrobiono znacznie więcej niz się spodziewano osób. Ale i tak
          zrobił się ogromny ścisk. Bezdomni obawiali się, że jak ktoś
          znajdzie się na końcu kolejki, to zabraknie. Organizatorzy długo
          zapewniali, że dla wszystkich wystarczy. Dla mnie pewnym
          zaskoczeniem było, że bezdomne są także całe rodziny z dziećmi. To
          jakiś temat tabu. Nie ma o tym w mediach.
      • luccio1 Pusty talerz 11.12.07, 15:08
        Słyszałem o nim wiele. Czytałem o nim wiele. Nigdzie nie znalazłem
        próby zejścia w głąb, docieczenia pochodzenia i wyjaśnienia
        wszystkich znaczeń tego zwyczaju.

        Naprzód:
        w sensie nakrycia dla kogoś przypadkowego, kto przyszedłby w
        ostatniej chwili, w moim domu rodzinnym nie funkcjonował nigdy.
        Póki Tato żył, nie było tego dodatkowego talerza w ogóle na stole.
        Pojawił się dopiero, gdy 10 lat po śmierci Taty Mama poczuła się
        znów na siłach zrobić Wigilię w domu (przedtem, przez te 10 lat,
        zawsze chodziliśmy do którejś z Jej przyjaciółek) - i znaczył: że
        Tato jest wraz z nami, choć nie ma Go ciałem.
        Pamiętam także pierwszą Wigilię, kiedy zabrakło również Mamy:
        dwa nakrycia "użytkowe": dla Siostry i mnie, naprzeciw siebie na
        jednej osi symetrii prostokątnego stołu - i dwa puste: dla Mamy
        i Taty, na drugiej osi.

        Jeśli talerz stał, gdzieś w innym domu, rzeczywiście z myślą o kimś
        przypadkowym - to zawierało się w tym nie wypowiedziane głośno
        domniemanie: że ten ktoś po Wigilii wyjdzie wraz ze wszystkimi, gdy
        ci wszyscy będą szli na Pasterkę - a potem już nie wróci, potem już
        pozwoli rodzinie świętować dalej spokojnie we własnym kręgu.

        Zresztą, jeśli myślę o talerzu, wyrażającym gotowość zajęcia się
        poważnie losem człowieka, który spadł nagle jakby z nieba (grom, i
        to z nieba jasnego) - to widzę zaraz jeden z tych domów, które wraz
        z końcem II wojny światowej zniknęły z oblicza ziemi polskiej:
        dwór, i w nim rodzinę ziemiańską z wianuszkiem krewnych-rezydentów,
        służbą domową - i na dalszym planie ludźmi, dzięki którymi w ogóle
        cały majątek mógł funkcjonować: rządcą, karbowymi, fornalami...
        W takim domu zawsze w kuchni płonął ogień, a więc każdego, kto się
        pojawił, można było czymś nakarmić - a jeśli nie posadziło się go
        przy stole w domu, to w izbie czeladnej... Gdy chodziło o dach nad
        głową, zawsze można było go umieścić stosownie do statusu
        społecznego wyznaczonego urodzeniem: jeśli nie we dworze, to w
        oficynie, w ostateczności w wolnej izbie w czworakach, nad
        stajniami, w dobudówce do spichrza...
        Zajęcie też zawsze jakieś się znalazło.
        Na tej przecież, a nie innej zasadzie dwory stały się schronieniem
        tysięcy ludzi pod okupacją niemiecką - tak przetrwali całą wojnę
        choćby Turowiczowie w Goszycach...

        A wszystko było możliwe bez przewracania do góry nogami świata Pani
        Domu, świata Pana Domu
        (co się dzieje w przypadku rodziny żyjącej w mieście w mieszkaniu,
        niechby i dużym, natychmiast, gdy tylko na horyzoncie pojawi się
        choćby jeden nowy, dodatkowy człowiek).

        Tu można by ciągnąć symbolikę dalej, biorąc "na warsztat" choćby ów
        nieszczęsny biały obrus (koniecznie biały! dlaczego?!!), który musi
        przykrywać "Stół Wigilijny"...
        Otóż, we dworze stół "państwa" miał ścisłą hierarchię miejsc,
        odpowiadającą hierarchii domowników - ci "lepsi" siedzieli po tej
        stronie (długiego) stołu, która była nakryta obrusem;
        tam, dokąd obrus już nie sięgał i nakrycia stały bądź leżały na
        ceracie, były miejsca gorsze...
        • minerwamcg Re: Pusty talerz 11.12.07, 15:49
          > Tu można by ciągnąć symbolikę dalej, biorąc "na warsztat" choćby
          > ów nieszczęsny biały obrus (koniecznie biały! dlaczego?!!), który
          > musi przykrywać "Stół Wigilijny"...

          Dlaczego "nieszczęsny"? Biały obrus zawsze kojarzył się z
          uroczystością, na codzień używało się kolorowych serwet, od święta
          albo jak byli goście kładło się biały.
          Dygresja (nie tylko dla Ismy):
          Pamiętam w "Wielopolu" Kantora, gdzie pojawiał się motyw
          rozproszonej rodziny gromadzącej się wokół stołu - ważny był tam
          własnie biały, elegancko wyprasowany obrus, który w finale sam
          Kantor składał starannie po zagięciach i zabierał ze sceny.
          • minerwamcg P.S., czyli "Przypomniałam Sobie" :) 11.12.07, 16:01
            Pustego talerza u nas się nie stawiało. Dopiero potem się zaczęło,
            ale jakoś nie z myślą o samotnym wędrowcu, tylko o zmarłych. W 2004
            roku dostawiłam jeszcze jeden talerz: dla obserwatorów wyborów na
            Ukrainie, którzy żeby móc tam być, rezygnowali z domowych Świąt.
            Po trosze był to także talerz dla Arthura, który jako narzeczony
            spędzał Wigilię jeszcze beze mnie...
          • luccio1 Re: Pusty talerz 11.12.07, 16:16
            minerwamcg napisała:
            > Dlaczego "nieszczęsny"? Biały obrus zawsze kojarzył się z
            > uroczystością, na codzień używało się kolorowych serwet, od święta
            > albo jak byli goście kładło się biały.

            "Nieszczęsny" - bowiem kolor obrusa jest naprawdę sprawą drugorzędną.
            Ważne, aby był to taki obrus, czy też taki komplet serwet, którego
            nie używa się w innym czasie.
            Pamiętam zaprzyjaźniony dom, w którym od Wigilii aż poza Nowy Rok
            główny stól (okrągły) był przykryty obrusem amerykańskim: białym - z
            girlandą jodłową obiegającą stół tuż przy krawędzi, na której to
            girlandzie w regularnych odstępach pogrupowano po trzy świeczki -
            cały wzór wydrukowany na płótnie.
            (NB: obrus czysto biały jest szalenie niepraktyczny - wystarczy
            przecież choćby rozlać barszcz na samym początku Wigilii, choćby
            kropnąć w drodze chochlą z wazy do talerza...).
            • minerwamcg Re: Pusty talerz 12.12.07, 12:25
              > (NB: obrus czysto biały jest szalenie niepraktyczny - wystarczy
              > przecież choćby rozlać barszcz na samym początku Wigilii, choćby
              > kropnąć w drodze chochlą z wazy do talerza...).

              Facet się odezwał smile))
              Pewnie, że niepraktyczny. Rzeczy naprawdę eleganckie dość często są
              niepraktyczne. Taka np. biała koszula - raz włożysz i do prania, a
              jak sobie na początku Wigilii kapniesz na klatę barszczem, to już w
              ogóle kaplica smile))
          • isma Kantor umarl! Znowu? 11.12.07, 18:17
            No tak. Wielopola to ja ZUPELNIE nie pamietam ;-P.

            Pamietam natomiast, jak, bedac studentka pierwszego roku, siedzialam
            sobie w czytelni mikrofilmow, fiszkujac na polecenia Emila O.
            teatralia w "Diable" (!) rocznik bodaj 1873, i wpadl pewien moj
            kolega z roku, niosac wiesc hiobowa, ze Kantor umarl (bylo to 8
            grudnia, jak w pysk strzelil).
            Nie pamietam, zebym sie przejela, albowiem wiesc uznalam za zdanie z
            cyklu "Nigdy tu nie powroce" wink)).

            Mysmy jakos dobrze trafili bo Krzysztof P. mial z nami tylko
            powszechny wspolczesny, i nie mial okazji Kantorem nas katowac. A na
            egzaminatora z polskiego wspolczesnego wybralam sobie sp. Kazia
            Nowackiego, i milosmy sobie o Osterwie i rapsodykach porozmawiali.
            • minerwamcg Re: Kantor umarl! Znowu? 12.12.07, 12:31
              Z panem Krzysztofem miałam teorię teatru i słowo daję, jak raz na
              semestr wspomniał o Kantorze, to było wszystko smile
              A ostatni spektakl Kantora nazywał się jakże proroczo "Dziś są moje
              urodziny"...
              Pamiętam pogrzeb - prześliczny, wysoki karawan ciągnięty przez trzy
              pary koni i księdza, który podczas kazania na Rakowicach powiedział,
              że Zmarły był człowiekiem wielkiej pokory... I konsternację wśród
              żałobników - czy głośne "buuuahahaha" będzie grubym nietaktem czy
              tylko zdrową reakcją?
        • a_weasley Re: Pusty talerz 11.12.07, 22:00
          luccio1 napisał:

          > Słyszałem o nim wiele. Czytałem o nim wiele. Nigdzie nie znalazłem
          > próby zejścia w głąb, docieczenia pochodzenia i wyjaśnienia
          > wszystkich znaczeń tego zwyczaju.

          Ja znam dwa.
          Jeden ten, co piszesz.
          Drugi - że to dla tych, którzy odeszli.
          Jest jeszcze jedno znaczenie. Funkcjonuje w jednej znanej mi drużynie
          harcerskiej i na naszych Wigiliach Czarodziejów. Opisany w mojej opowieści
          wigilijnej, tutaj zalinkowanej.
        • a_weasley Piosenka o pustym talerzu 11.12.07, 22:11
          JAK MY W WYSZEMBORKU PANA JEZUSA WITALI
          sł. muz. Tomasz Szwed

          Od Giżycka na Warszawę
          Nic już nie leciało,
          Zasypało drogi wszystkie -
          Do domu się chciało.
          Na przystanku PKS-u
          Było napisane,
          Że następny (w dni robocze)
          Idzie szósta rano.

          O wigilii pod Mrągowem - jak było, opowiem!

          Bóg się rodził, moc truchlała,
          We wsi pies ujadał,
          Schowaliśmy się pod daszek,
          Śnieg padał i padał.

          Dzięciołowski rzucił pomysł,
          Żeby gdzie do wioski
          Na wieczerzę się podmówić -
          Ciągło nas do ludzi.
          Tośmy poszli na wariata
          Na skróty przez pole
          Szukać miejsca w Wyszemborku
          Przy wilijnym stole.

          W Wyszemborku niestrachliwe -
          Obcych się nie bali,
          Jak ze swymi bielusieńkim
          Płatkiem się łamali.
          Więc my siedli na przystawkę
          Z pastorałką za przysługę -
          Ja żem ciągnął pierwszym głosem,
          Dzięciołowski drugim...

          Gruchnęła, gruchnęła nowina w mieście,
          Co żywo, co żywo wszyscy pospieszcie -
          Idzie gość, idzie gośc, Józef z Maryją,
          Z synaczkiem, z synaczkiem w ręku, z leliją...

          pobierz mp3
Inne wątki na temat:
Pełna wersja