jogo2
09.12.07, 01:31
Zacznę może trochę jakby się wydawało - nie na temat.
Zapisałam dziecko na zajęcia taneczne w przedszkolu. Po pierwszych zajęciach
dowiedziałam się, że ćwiczyli Makarenę. Nie byłam zachwycona. Po kolejnych
kilku też się dowiedziałam że ćwiczyli Makarenę,ale jakoś nie chciałam za
bardzo iść do dyrekcji porozmawiać w tej sprawie, bo wtedy "toczyłam walkę" z
paniami wychowawczyniami grupy mojego syna o codzienne spacery i nie chciałam
wypaść na taką, która ma za wiele zastrzeżeń (wiem, że to było mało asertywne
z mojej strony). Raz jak chciałam posłuchać radia (przy dziecku), które byłoby
czymś innym niż: a) nieustanny bełkot reklamowy; b) nieustanny festiwal
złotych przebojów (skądinąd czasami ładnych); c) radio typu Radio Eska,
natrafiłam na jakiś kawałek muzyki klasycznej. Moje dziecko od razu
zaprotestowało. Zachowałam się mało pedagogicznie przyznam, bo uniosłam się i
powiedziałam że pewnie przez to nieustanne ćwiczenie Makareny nie może znieść
muzyki klasycznej. Przyznam się też, że trochę tak się obawiałam - miałam
jedną opiekunkę, która słuchała właśnie czasami Radia Eska-dla mnie czegoś
najobrzydliwszego, żałuję gorąco, że sobie nie wyprosiłam słuchania tej muzyki
w moim domu pod wpływem oburzenia koleżanki mojej, że jestem
"nietolerancyjna", natomiast prawdziwie cierpiała, kiedy była skazana na
słuchanie muzyki klasycznej). No i trochę jestem też zaniepokojona, czy nie
mam racji. Wprawdzie Makarena to na dobrą sprawę taki przebój, Lambada też
była przebojem, ale czy słuchanie Makareny dwa razy w tygodniu po pół godziny
nie może stępić dziecku wrażliwości muzycznej? No i dziś idziemy sobie ze
sklepu, synek tak się trochę rozgadał, pokazał mi, jak się tę Makarenę tańczy,
a na koniec mówi: "no ale to nie jest ładna muzyka?" Zrobiło mi się głupio,
bo: dziecku się lekcje tańca i Makarena podoba, a mi nie i nie widzę powodu,
żebym miała nie wyrażać swojego zdania, nie jestem szczęśliwa, że te zajęcia
taneczne polegają właśnie na ćwiczeniu Makareny, z drugiej strony uważam, że
to za mało, na pewno, żeby: 1) dziecku zabronić chodzić na te zajęcia, a nie
do końca jestem pewna do jakiego stopnia 2) żeby pogadać o tym z dyrekcją.
Na koniec dodam, dlaczego postanowiłam się podzielić swoimi wątpliwościami na
tym forum. Nie mam dwudziestu lat i może dlatego widzę, jak wiele sposobów, w
jaki żyją i zachowują się ludzie nie jest neutralne, ale albo niezgodne z
osławionymi "wartościami chrześcijańskimi" (nie potrafię wyrazić tego w lepszy
sposób), albo po prostu okropnie w złym smaku, przy czym, nie powinnam się do
tego przyznawać na tym forum, czasami nie wiem co jest gorsze. Niestety brak
jest mi grupy dobrych znajomych, czy może przyjaciół, którzy mieszkaliby i
żyli obok nas i mieli podobne poglądy na życie, tak żeby dziecko mogło
zobaczyć, że taki styl życia daje satysfakcję, a nie tylko uczyło się tego, co
jest właściwe przez moją krytykę wielu zjawisk w życiu, od czego staram się
powstrzymywać, ale bardzo często nie mogę i nie chcę i z którymi właściwie
zderzam się o wiele częściej w życiu, niż bym tego chciała. Dziecko chce
obejrzeć Dobranockę, włączamy telewizor kilka minut za wcześnie, idą reklamy
wymagające komentarza ("danonki zawierają więcej wapnia niż "zwykłe (sic!!!)"
mleko"), zapisuję dziecko do przedszkola cieszącego się ogólnie niezłą opinią,
a tam się okazuje, że dzieci nie wychodzą na spacer prawie wcale, za to
oglądają filmy (teraz to się zmieniło), a na zajęciach tanecznych ćwiczą
taniec disco. Okres PRZED Bożym Narodzeniem (czyli czas Adwentu - którego
przyznam się, nie celebruję zbyt gorliwie) stanowi okres, w którym dziecko
jest wprost zalewane strumieniem mniej lub bardziej szkodliwych słodkości. W
przedszkolu, dla podkreślenia, że zbliża się czas uroczysty, właśnie przed
Bożym Narodzeniem dzieci jeżdżą na wycieczkę do kącika zabaw, wracają do domu
z czekoladą i dwoma mikołajami z czekolady, u mnie w pracy organizowana jest
"zabawa Mikołajkowa", z której dziecko wróciło z wielką paką słodyczy - w
naszym wypadku 90% paczki zostanie podarowana babci rówieśnika mojego synka,
któremu i tak nie odmawia się takich badziewiastych słodyczy nafaszerowanych
różnymi E-coś tam. W tym wypadku nie wiadomo już co krytykować bardziej i z
jaką mocą: kompletnie niezgodnemu z obyczajami Adwentowymi trendowi promowania
dziecięcego obżarstwa (a z drugiej strony 6 grudnia zawsze chyba był
obchodzony niepostnie - ja sama pamiętam, jak dostałam między innymi paczkę
pierniczków pod poduszkę - inna sprawa że nie mogłam jej unicestwić od razu),
a z drugiej strony podawaniu dzieciom pod nazwą słodycze wręcz trucizn, które
tym się tylko różnią, że zabijają po latach, czego świadomi są mniej lub
bardziej rodzice dzieci mających alergię, żeby dziecko nie poczuło się w końcu
"inne niż wszyscy i mające mamę inną niż wszyscy". Sama nieraz miałam takie
poczucie w stosunku do własnej matki (ojciec odgrywał rolę w naszym wychowaniu
dość bierną) oraz do siebie i nie było mi lekko, natomiast w wielu wypadkach
muszę się z nią teraz zgodzić.