ks. Tomas Halik - do poczytania

29.01.08, 13:58
Podziele sie, bo ten tekst od kilku dni za mna chodzi:

Sam dla siebie pytaniem
Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe

W ostatnich latach kilkakrotnie zachwiały się mój wewnętrzny duchowy
świat i moje kapłaństwo. Nieraz musiałem przyznać, że "moja wiara
się chwieje" - aby zaraz potem doświadczyć, że "w tym zachwianiu był
Bóg". To, że nasze serce nie jest niezachwiane, znaczy również, że
nie jest z kamienia; to, że nasza wiara nie jest niezachwiana, może
znaczyć po prostu, że jest żywa.

Boję się ludzi o niezachwianych przekonaniach, ponieważ czuję od
nich chłód śmierci i wrogość wobec życia, wobec jego dynamiki,
ciepła i różnorodności; unikam ich, bo po prostu nie wierzę w
deklarowaną pewność ich wiary. Nic na to nie poradzę: za murem ich
niezłomności wyczuwam tłumione pytania i nierozwikłane problemy,
nierozstrzygnięte wewnętrzne konflikty, przed którymi daremnie
szukają ucieczki w walce z “inaczej myślącymi”.

Moja wiara nie jest niezachwiana - przeciwnie: stale się chwieje.
Jednak nie wskutek rozdwojenia mojego serca czy klasycznych
wątpliwości nowożytnego racjonalizmu. Chwieje nią cześć dla
Tajemnicy, chwieje nią wstyd przed wielkimi słowami, bez których
jednak nie mogę się obejść. Chwieje nią niechęć do formalizmu i
chłodnego profesjonalizmu ludzi z zaciśniętym sercem i mózgiem,
chwieje nią lęk przed niebezpieczeństwem ze strony “właścicieli
prawdy”. Chwieje nią myśl o własnej słabości i niegodności w
stosunku do tego, co do mnie przemówiło i czym zostałem obdarowany.
Chwieje nią świadomość nieskończonej przepaści między
niewysłowionością i niezmierzonością Boga a ciasnotą mego serca i
ograniczonością moich myśli i słów. Wątpienie, o którym myślę jako
o “siostrze wiary”, nie jest “wątpieniem o Bogu”, o
Jego “istnieniu”, dobroci, gotowości komunikowania i udzielania
siebie. To raczej świadomość problematyczności, niedostateczności,
uwarunkowanego i ograniczonego charakteru wszelkiego ludzkiego
postrzegania i wyrażania Rzeczywistości, która nas radykalnie
przekracza. I obawa, byśmy nie przeoczyli owej przepaści, która
oddziela nas od ukrytego Boga, byśmy - urzeczeni własną ograniczoną
wizją religijną - z jednej strony nie uczynili sobie bożka,
karykatury Boga, z własnej religii, a z drugiej zarozumiale nie
potępili dróg religijnego poszukiwania, jakimi idą inni.

Ale i światem chwieją przemiany. Może właśnie ten, kto nie zajął
sztywnego stanowiska i pozwala, aby w nim pulsowały wszystkie
drgania i wstrząsy epoki - a przy tym wciąż na nowo stara się szukać
punktu równowagi - tak łatwo nie upadnie. Chwiejność, którą mam na
myśli, nie jest objawem strachu, jakkolwiek za jej kulisami kryje
się czasem niepokój i troska. Wydaje mi się, że ta chwiejność jest w
gruncie rzeczy tętnem samego życia, ruchem wychodzącym z głębi
wszelkiej rzeczywistości; że jest w głębokiej harmonii z twórczym i
odnowicielskim tchnieniem Ducha, którym sam Bóg stale doskonali i
ożywia swoje stworzenie. Ten ruch nie pozwala wewnętrznie
zesztywnieć, stać się nieczułym. Tak mówi poeta, a ja lepiej tego
wyrazić nie umiem: To, co nie jest chwiejne, jest nietrwałe.

www.halik.cz/jp/sam_dla.php
    • isma Re: ks. Tomas Halik - do poczytania, cz. 2 29.01.08, 14:00
      i dalej:

      Bóg: miłość bezdenna
      Kiedy chcę się podzielić swoim doświadczeniem duchowym, nie potrafię
      pozostać kimś nieosobowym. “Boga znajdziesz tylko przez poznanie
      samego siebie” - mówił już św. Augustyn. Czyż można mówić o Bogu,
      nie wkładając w wypowiedź własnego życia? Czy taki “zewnętrzny Bóg”
      nie byłby jedynie bożkiem? I czy można mówić o sobie, nie mówiąc
      przy tym nic o Bogu? Czy nie stawiałbym przez to siebie w pozycji
      Boga? I czy naprawdę możemy mówić o świecie, nie wskazując na
      Tajemnicę? Czy znieślibyśmy banalność, powierzchowność i pustkę
      takiego jednowymiarowego świata? I czy można uczciwie mówić o
      wzniosłych prawdach wiary, a nie powiedzieć, że wiara jest przede
      wszystkim drogą - nie powiedzieć w ogóle nic o mrocznych i
      wyschniętych odcinkach tej drogi, kiedy trzeba wytrzymać tyle
      dręczących pytań i wątpliwości? I czy można mówić wiarygodnie o tych
      sprawach inaczej, jak tylko próbując ukazać przynajmniej coś ze
      swego doświadczenia?

      Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że zwierzenie spotka się z
      zarzutem “czystego subiektywizmu” czy bezwstydnego narcyzmu, który
      bywa uznawany za główną chorobę duchową naszych czasów. Co to
      zresztą znaczy, że nasze czasy są epoką narcyzmu? Mit o Narcyzie
      jest głębszy niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Nikt nie widział
      własnej twarzy. To, co dla nas najbliższe i najbardziej własne, co
      najbardziej plastycznie uwidocznia nasze “ja”, możemy poznawać tylko
      poprzez lustrzane odbicie. Próbujemy dostać się za lustro, pod
      gładką taflę, która odbija naszą twarz. Ale pod jej powierzchnią
      zieje głębia, obfita w rafy. Narcyz, olśniony odkryciem swego
      oblicza, był do tego stopnia zafascynowany powierzchnią, że
      zapomniał o głębi - a to przesądziło fatalnie o jego losie.
      Wezwanie “poznaj samego siebie” prowadziło starożytność do
      fascynacji Jednym, które trwa nieruchomo za kulisami rozedrganej i
      zmiennej różnorodności. Tęsknota do tego, co stałe, prowadziła do
      lekceważenia konkretu. Głębia pod nieustannie pofałdowaną
      powierzchnią świata stała się wskutek tego samoistnym “tamtym
      światem” - jedynym prawdziwym i rzeczywistym. Idee i kategorie
      zaczęły władać codziennością, która stała się tylko chaotycznym
      rojem cieni; jedynie wtajemniczony mógł uzyskać prawo obywatelstwa w
      świecie poza ziemską jaskinią iluzji. Rzeczywistość została
      rozdzielona.

      Augustyn, spoglądając w głąb swego wnętrza, znalazł w nim obraz
      Boży, święte “Ty”. Odkrył drogę, która prowadzi od powierzchni w
      głąb, od “ja” ku “Ty”, od obrazu do praobrazu, od symbolu do sensu.
      Drogę tę nazwał miłością do Boga i przeciwstawił narcyzmowi, miłości
      do siebie: na ich dramatycznym zmaganiu zbudował filozofię dziejów i
      teologię. Nie ma innego ratunku i odkupienia dla naszego “ego” niż
      wpadnięcie w głębinę miłości: niespokojna jest nasza dusza, dopóki w
      niej nie spocznie.

      Ale uwaga na niebezpieczeństwa kryjące się we wszystkich pięknych
      słowach o miłości do Boga! Bóg nie jest, ściśle biorąc, przedmiotem
      naszej miłości, ponieważ nigdy nie może być “przedmiotem”; Bóg jako
      przedmiot nie byłby Bogiem, lecz bożkiem. Augustyn wziął poważnie,
      ze wszystkimi konsekwencjami, zdanie ewangelisty Jana, że Bóg jest
      miłością: kiedy naprawdę kochasz, cokolwiek byś kochał, jesteś na
      drodze ku Bogu. Jeśli kochasz, to nawet nie wiedząc o tym, zawsze
      kochasz Boga - On jest “u dna” twej miłości, każdej prawdziwej
      miłości, która oznacza wyjście z samego siebie. Nawet nie wzywany,
      nie rozpoznany i nie nazwany - jest Bóg “pośrednio” i anonimowo
      obecny w wielopostaciowej krainie miłości. Możesz i powinieneś
      kochać również samego siebie, byle tylko nurt twojej miłości nie
      zawęźlał się wokół “ja”, lecz przechodził poprzez nie i pociągał cię
      ku bezpiecznej głębi miłości Bożej. Urok miłości domaga się
      wiecznego trwania, bezgraniczności: wiedział o tym Augustyn,
      podobnie jak przed nim Platon, a po nim Nietzsche. Kiedy kochając
      doświadczysz promyka wieczności, ujrzysz bodaj przez moment, że
      miłość jest czymś bezdennym, podobnie jak bezdenna jest twoja dusza,
      zaświta ci może odpowiedź na pytanie, które nosił w sobie przez całe
      życie Augustyn jako fundamentalne pytanie wiary: Kogo kochasz, kiedy
      kochasz swego Boga?

      Według Augustyna autentycznie “uprawiać teologię” i stawiać pytania
      o Boga można jedynie w horyzoncie miłości; podobnie jak Bóg i miłość
      stanowią jeden krąg, tak też w tym samym kręgu porusza się miłość i
      poznanie. Również relacja między Bogiem a człowiekiem jest kręgiem
      bez końca i początku: oko, którym patrzysz na Boga, i oko, którym
      Bóg patrzy na ciebie, jest jednym i tym samym okiem - powie później
      Mistrz Eckhart. Ale to wie już i wyraża innymi słowami Augustyn:
      Miłość, którą kochasz Boga, i poszukiwanie, którym Go szukasz, są
      miłością i poszukiwaniem, którymi ciebie szuka i kocha Bóg.

      “Kochaj - i czyń, co chcesz!” - nikt nie oddał głębiej istoty
      Jezusowej etyki i ewangelicznej wolności niż Augustyn tym
      przejmującym i bez wątpienia “niebezpiecznym” zdaniem. Bóg, który
      nie przebywa “naprzeciw” i “u góry”, lecz “wewnątrz”, który jest
      twoją własną głębią, duszą twojej duszy, nie jest twym cenzorem i
      stróżem, lecz źródłem twojej wolności. Prowadzi cię drogą wolności
      najbardziej radykalnej: drogą miłości, na której jesteś wolny także
      od siebie, ponieważ sam o sobie zapominasz i sam siebie
      przekraczasz.

      Św. Augustyn napisał szereg traktatów o Bogu. Tym jednak, czym dziś
      chyba najbardziej może inspirować tych, którzy jeszcze odważają się
      mówić o Bogu, jest odwaga, z jaką opisuje ów niepokój swego serca.
      Życie ludzkie jest nieustanną samointerpretacją. Jeśli chcę
      przedstawić się komuś albo jeśli chcę zrozumieć siebie, zaczynam
      opowiadać swoją historię. Tym oto jestem w czasie: w odróżnieniu od
      zwierzęcia czy rzeczy nie jestem tylko jakimś “teraz”, lecz
      postrzegającym sam siebie procesem. Wywodzę się z przeszłości, którą
      niosę z sobą, i “mam” także w pewnym sensie przyszłość - w postaci
      nadziei, pragnień, planów i obaw. Ludzkie istnienie w trzech
      wymiarach czasu - do których odnoszą się trzy “moce” duszy: pamięć,
      intelekt i wola - jest dla Augustyna śladem istnienia boskiej
      Trójcy, pieczęcią wieczności na tafli czasu. Człowiecze, który
      pragnąłeś zrozumieć siebie, znaleźć własne oblicze, poznać swoją
      duszę, tajemnicę swej tożsamości: jeśli rzeczywiście pokornie i
      wnikliwie szukałeś, znalazłeś o wiele więcej - znalazłeś oblicze
      Boga. Istotą człowieka jest to, że jest on obrazem Bożym, zaświadcza
      Augustyn. Tak jak nie mogę uniknąć spojrzenia na siebie, w swoje
      wnętrze, jeśli szukam tego, który nigdy nie jest “zewnętrzny”, tak
      też nigdy nie poznam w pełni siebie, jeśli nie będę z miłością
      szukał Jego oblicza. Człowiek i Bóg są ze sobą nierozdzielnie
      zjednoczeni; jeśli poważnie traktuję Wcielenie, główną tajemnicę
      wiary chrześcijańskiej, to nie mogę myśleć o człowieczeństwie i
      bóstwie w sposób rozdzielny. Mówiąc “ja”, mówię zarazem “Bóg”,
      bowiem człowiek bez Boga nie jest cały. Gdybym mówił o
      Bogu “obiektywnie”, nie wkładając w to swego “ja”, mówiłbym o
      bezkrwistym abstrakcie. Gdybym mówił o sobie i nie powiedział nic o
      Bogu, mógłbym sobie przypisać to, co należy do Niego, i na zawsze
      uwięznąć w pułapce egocentryzmu czy utonąć w narcystycznej
      płyciźnie.
      • isma Re: ks. Tomas Halik - do poczytania, cz. 3 29.01.08, 14:02
        Według Lutra, jednego z najbardziej radykalnych uczniów Augustyna,
        dla człowieka - to znaczy: “upadłej ludzkiej natury” - jest
        właściwie rzeczą naturalną, że nie chce, aby Bóg był Bogiem, bo
        przecież on sam chce być Bogiem. Sednem biblijnej opowieści o Upadku
        jest ulegnięcie przez Adama obietnicy “będziecie jak Bóg”. Nietzsche
        woła: “Gdyby był Bóg, jak mógłbym znieść, że nie jestem bogiem” - a
        konsekwencja jest oczywista: Boga nie ma, ponieważ nie wolno mu być,
        nie wolno mu przesłaniać mojej tęsknoty do własnej suwerenności.
        Jeden ze współczesnych psychoanalityków tłumaczy nowożytną tęsknotę
        do emancypacji i autonomii jako narcystyczne pragnienie umieszczenia
        swego “ja” w centrum wszystkiego, co się dzieje, i zagarnięcia dla
        siebie boskich atrybutów. Tym, co nas rzeczywiście może uchronić
        przed pułapką narcyzmu, jest świadomość, że Bóg nie jest pustym
        słowem, że Bóg jest Bogiem - a zatem ja nie jestem Bogiem i nie mogę
        się tak zachowywać. Czy spotkanie z Bogiem również dlatego tak
        często nie jest doznawane jako moment wyzwalający, że pozwala
        człowiekowi zrozumieć, iż sam nie musi już uprawiać tej męczącej i
        frustrującej “zabawy w boga”, że dopiero kiedy zrezygnuje z tych
        aspiracji, może swobodnie, radośnie i prawdziwie przyjąć swe
        człowieczeństwo?

        Głębsze poznanie samego siebie prowadzi do zrozumienia, jak
        otchłannie daleki jestem od absolutnego dobra; wszelako głębsze
        poznanie Boga, o którym mówi Ewangelia, pozwala doświadczyć tego,
        jak Bóg pomimo to jest blisko nas. Jest bliżej nas niż my sami,
        bowiem my jesteśmy często wyobcowani względem swej istoty, mówi
        Augustyn. Zadanie całego życia - rozróżnianie między wolą własną a
        wolą Boga, “w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” - nie jest,
        również z powodu tej bliskości, bynajmniej łatwe.

        Augustyn należy do kręgu mistyków, a więc ludzi, którzy wiedzą, że o
        życiu, Bogu i człowieku nie możesz nic istotnego pojąć, a tym
        bardziej wyrazić, jeśli nie jesteś zdolny myśleć i mówić w
        paradoksach. Tylko w paradoksie otwierasz swój horyzont myślowy na
        to, co jest niewyobrażalne, czego “serce człowieka nie zdoła pojąć”;
        tylko drogą paradoksu możesz kazać przemówić temu, dla czego ludzkie
        słowa są zbyt mało pojemne, możesz to wyrazić poruszając się ciasnym
        przesmykiem między milczeniem adorującego podziwu a niedorzeczną
        chęcią przelania morza tego, co Niewyrażalne, muszelką ludzkiego
        poznania.

        Bóg jest owym “całkiem Innym”, który wymyka ci się w chwili, kiedy
        myślisz, że Go pojąłeś. Jeśli możesz coś w pełni udowodnić, pojąć i
        opisać, bądź pewien, że nie jest to Bóg. Ale zarazem jest On duszą
        twojej duszy, intymnością twego wnętrza, światłem twego oblicza,
        całkowitą Bliskością. Bóg jest “Ja” twojego “ja”: dopiero kiedy tego
        doznasz, załamie się ostatecznie twój egocentryzm i twoje małe,
        zarozumiałe ego skruszy się jak łupina orzecha i ukaże się jądro.
        Tylko przez to człowiek zostaje wyzwolony z zamknięcia w sobie, ze
        swej incurvatio in se ipsum - stanu, który nazywamy “grzechem”, a
        który oznacza wyobcowanie człowieka względem jego istotnego
        przeznaczenia. Religia: czytanie na nowo

        Kim właściwie jestem? “Stałem się sam dla siebie pytaniem”, mówi
        Augustyn. Tak, “ja” winno stać się przedmiotem pytania, wątpienia i
        poszukiwania. Musi być zbadane, obejrzane, trzeba opowiedzieć jego
        historię, trzeba je ująć w całej jego chwiejności. Ale potem,
        przyjacielu, odwróć ten obraz: zrozumiesz, że jego autorem jest sam
        Bóg. Wszystkie rzeczy są śladami nieskończoności, vestigia Dei - ty
        zaś jesteś czymś więcej: jesteś imago, obrazem i podobieństwem.

        Słowo religio bywa wywodzone od re-legere - czytać na nowo. Tak,
        wiara jest “re-lecture” naszej historii: odczytujemy ją pod nowym
        kątem, w szerszym kontekście, z dystansem, spojrzeniem z góry i z
        głębszym zrozumieniem. Nasze życie nie jest “bezsensownym jąkaniem
        się głupca”, jak mówi Szekspirowski Makbet. To historia, której
        ukrytym autorem i reżyserem jest Bóg. Nie prowadzi nas jednak jak
        kukiełki na drutach; dramat, w którym nas umieścił, jest raczej
        commedią dell’arte, w której pozostawił nam ogromną przestrzeń dla
        improwizacji. Boży rękopis poznamy po szerokim horyzoncie, po
        niepojętym zaufaniu do naszej wolności; tam, gdzie ludzka wolność
        nie jest wypaczana przez brak dyscypliny i samowolę, gdzie się
        urzeczywistnia w miłości i twórczo, właśnie tam - w tej wolności
        ludzkiego przekraczania siebie - możemy dojrzeć najczystszy obraz i
        podobieństwo Boga, który jest samą wolnością i wspaniałością.

        Zacząłem na nowo pojmować wiele miejsc w Biblii, kiedy nauczyciel
        hebrajskiego wyjaśnił mi, co znaczy “passivum divinum”, strona
        bierna, tak typowa dla języka Pisma i występująca także w wielu
        Jezusowych przypowieściach. Otóż te częste zwroty w formie biernej -
        “stanie się wam”, “zostaniecie pocieszeni”, “zostaniecie
        nagrodzeni” - wynikają ze starotestamentowego zakazu wymawiania
        Bożego imienia. Znaczą one zawsze: “Bóg wam uczyni”, “Bóg was
        pocieszy”, “Bóg was nagrodzi” - przy czym Bóg chce pozostać
        anonimowy. Bóg jest wynalazczym artystą w ukrywaniu samego siebie.
        Kto chce odczytywać świat i własne życie w jego “pierwszym planie”,
        może, a nawet musi Go przeoczyć. Spojrzeniem wiary jest “re-
        lecture”, drugie, głębsze, staranniejsze czytanie. Kiedy odczytujesz
        swoje życie w świetle wiary, nie szukaj “nowych rzeczywistości”,
        lecz staraj się otwartą możliwość całej rzeczywistości - również
        rzeczywistości swego życia - na nowo zrozumieć, na nowo
        zinterpretować.

        Luter powie to ostro i wprost: to, co najbardziej kochasz, to jest
        twój bóg. Człowiek odczuwa pokusę, by popaść w wiecznie zamknięty
        krąg: by miłość swego serca zwrócić na powrót ku swemu sercu. Ale
        napisane jest: Bóg - głębia naszej głębi - “jest większy niż nasze
        serce”. Taka jest paradoksalna “kosmologia” świata naszej duszy: to,
        co jest wewnątrz, jest większe niż to, co na powierzchni. Droga ku
        Bogu, której nie możemy ominąć uciekając “do świata”, prowadzi
        poprzez “ja” dalej i głębiej.

        Właśnie dlatego, że ludzkie “ja” i Bóg są tak niesłychanie blisko
        siebie, na tej wąskiej krawędzi rozgrywa się nasze zbawienie. Kiedy
        przestajemy rozróżniać i Bóg zlewa się nam z naszym “ja”, tak że
        mylimy Boga ze swoim “ja”, zagubiliśmy swoją duszę. Kiedy je
        rozdzielamy i zaczynamy patrzeć na Boga jak na coś zupełnie
        zewnętrznego i oddzielonego od naszej duszy, zagubiliśmy żywego Boga
        i mamy zamiast niego bożka. Nieustannym zadaniem teologii jest
        wskazywanie na to przenikanie się transcendencji i immanencji, wiary
        jako daru łaski i wiary jako wolnego aktu człowieka, wiary jako
        spotkania Boga z człowiekiem. Augustynowi zawdzięczamy podkreślenie
        tego, że istotną cechą owego spotkania jest to, iż Bóg i człowiek
        stają się - i pozostają - dla wierzącego pytaniem. Żywa wiara, wiara
        w żywego Boga - w odróżnieniu od czci oddawanej bożkom - ma zawsze
        postać pytania o Boga, szukania Boga, a zarazem szukania i próby
        zrozumienia samego siebie. Niepokój tych pytań jest pulsem naszego
        pobytu na ziemi; tutaj nie może on być niczym uspokojony, uspokoi go
        dopiero Bóg swoją wiecznością; chęć zatrzymania tego pulsu - również
        za pomocą “religijnych pewności” - oznacza zejście z drogi wiary.
        Czy wiara bez poszukiwania i bez pytań może pozostać żywa, może
        pozostać wiarą? Wiara: spotkanie z cieniem

        Już samo pojawienie się pytania o Boga sprawia, że nasza zwykła
        pewność siebie ulega zachwianiu. Kiedy zaczynam rzeczywistość Boga
        przyna
        • isma Re: ks. Tomas Halik - do poczytania, cz. 3 29.01.08, 14:14
          Już samo pojawienie się pytania o Boga sprawia, że nasza zwykła
          pewność siebie ulega zachwianiu. Kiedy zaczynam rzeczywistość Boga
          przynajmniej dopuszczać jako realną możliwość, narusza to moje
          naiwne przekonanie o równości z Bogiem. Staję się sam dla siebie
          pytaniem: to właśnie jest punktem wyjścia nawrócenia Augustyna, jego
          drogi do Boga.

          “Confessiones”, tytuł jego najbardziej znanego dzieła, oznacza
          zarówno spowiedź, wyznanie grzechów, jak i uroczyste wyznanie wiary.
          Istotnie: confessio jako spowiedź, uczciwa relacja o swej drodze
          życiowej ze wszystkimi błędami i wątpliwościami, pozostaje w ścisłym
          związku z wyznaniem wiary, przyznaniem się do Boga. Są to dwie
          strony tego samego procesu nawrócenia i przemiany, konwersji,
          metanoi.

          Wielu ludzi recytując wyznanie wiary pojmuje dziś słowo “wierzę”
          jako twierdzącą odpowiedź na pytanie, czy istnieje Bóg. Uważam to za
          wielką pomyłkę. Naszych poglądów i wyobrażeń dotyczących Boga i Jego
          istnienia nie powinniśmy przeceniać. Częstokroć wskazują one przede
          wszystkim na to, że żyjemy w czasach, kiedy dla wielu ludzi -
          również wierzących - stało się trudnym problemem, co należy sobie
          wyobrażać zarówno pod słowem “Bóg”, jak i pod słowem “istnieć”.
          Swoich religijnych poglądów i wyobrażeń nie powinniśmy utożsamiać z
          wyznaniem wiary. Wstępne słowo Credo, “wierzę”, nie jest odpowiedzią
          na pytanie o moje poglądy na temat Boga i Jego istnienia. Jest to
          raczej krok “egzystencjalny”: oddaję się Bogu, powierzam Mu siebie,
          przyjmuję Go - i ufam, że zostaję przez Niego przyjęty. Gdybym miał
          do czegoś porównać treść pierwszego zdania chrześcijańskiego
          wyznania wiary, byłoby to najpewniej to, co narzeczony z narzeczoną
          przyrzekają sobie w obrzędzie ślubnym: “Oddaję ci siebie i przyjmuję
          cię”.

          Aby wszakże takie uroczyste słowo było uczciwe - zważywszy na
          wszystkie wątpliwości naszego serca i czasów, w których zostaliśmy
          umieszczeni - musimy jednym tchem wyznać także naszą słabość,
          chwiejność i błędy. Wyznanie wiary bez wyznania wątpliwości jest
          aktem powierzchownym i nieodpowiedzialnym. O ile przez wyznanie
          wiary przyznaję się do Boga, to jeszcze pierwej, wyznając grzechy,
          przyznaję się do swego człowieczeństwa. Tak jak istnieje felix
          culpa - “szczęśliwa wina, która nam zasłużyła tak wielkiego
          Odkupiciela”, tak też istnieje błogosławiona wątpliwość, która
          otwiera drzwi dla wiary. O słowach Ewangelii: “Wierzę, Panie, zaradź
          memu niedowiarstwu”, powinniśmy stale na nowo rozmyślać. Wiara i
          wątpliwości nie są po prostu przeciwieństwami, jak się to wydaje
          przy powierzchownym i zewnętrznym spojrzeniu. To dwie równoległe
          odpowiedzi na dwuznaczność Bożej obecności w świecie, na paradoks
          bliskości i oddalenia, intymności i nieprzeniknioności.

          W liturgii mszalnej wyznanie wiary znajduje się między wyznaniem
          naszych słabości a przyjęciem eucharystii; jest bramą do właściwego
          sedna Mszy - kanonu eucharystycznego. Najpierw jednak musimy przejść
          przez wąską furtkę spotkania ze swoim “cieniem”. W wyznaniu grzechów
          i słabości konfrontujemy się z owym człowiekiem w nas, którego byśmy
          tak chętnie pozostawili za drzwiami kościoła - a przecież to on jest
          rzeczywiście zaproszony na ucztę. “Kiedy urządzasz ucztę, nie proś
          na nią swych bogatych przyjaciół, ale zaproś ślepych i chromych”.
          Bóg również tak robi: nie zaprasza bogatej, odświętnie wystrojonej,
          sprawiedliwej i pobożnej strony naszej osoby, która Mu chce - albo
          myśli, że może - za to się odwzajemnić; zaprasza to w nas, co jest
          ślepe, chrome, płaczące, ubogie i głodne. Nie po to, aby tę “mniej
          atrakcyjną” stronę naszej egzystencji osądzić, poniżyć i zgnębić,
          lecz by ją nasycić i rozweselić. Nikt nie wyraził tego lepiej niż
          rabbi z Nazaretu w polemikach z faryzeuszami: człowiek bywa często w
          swoich “cnotach”, pewnościach i mocy hardo zamknięty; to, co w nim
          istotne, otwiera się poprzez jego pragnienia, tęsknoty i rany. Tak:
          tym, co istotne, jest sama jego “otwartość” - otwartość na to, co
          istotne, na to “jedynie potrzebne”, które się mu nie otworzy nigdy
          indziej, jak tylko w chwili jego otwartości i pragnienia. Otwartość
          ludzkiego serca i otwartość “królestwa Bożego” jest jednym i tym
          samym. A jednak ostateczne nasycenie może dać dopiero stół
          w “królestwie u kresu wieków”; na ziemi jesteśmy pielgrzymami,
          widzimy tylko “jakby w zwierciadle” - i to częstokroć zwierciadle
          zamglonym, uszkodzonym i na wpół zasłoniętym. Z naszych kościołów
          jesteśmy stale odsyłani do naszych niepewności, a jeśli świątynie
          zechcą stawać się bastionami trwałych religijnych pewności, Bóg
          dopuści, aby zostały spustoszone, i będzie nauczać swój lud na
          wygnaniu i na pustyni ustami proroków, nie zaś świątynnych kapłanów
          czy uczonych w Piśmie.

          Dopiero w przestrzeni niepewności, bez podpór i ochronnych
          siatek “dowodów”, poza sferą szerokich gościńców oczywistości wiara
          staje się wolna i śmiała niczym wspinaczka po stromej ścianie. Jeśli
          wszakże zechce gdzieś na swej drodze strząsnąć swoją siostrę
          wątpliwość, straci chęć stale na nowo szukania odpowiedzi na jej
          pytania, stanie się nieodpowiedzialna. Bóg podarował nam świat i
          życie jako coś złożonego i niejednoznacznego, Bóg pozwala płynąć
          dziejom jako wielobarwnemu nurtowi dobra i zła, radości i
          cierpienia, Bóg nawet do świętych ksiąg Pisma włożył paradoksy i
          zagadki - po co to wszystko? Widocznie chciał zachować wolną
          przestrzeń dla wiary i wątpliwości, dla ich wzajemnego spotykania
          się i zmagania ze sobą. W tej wzajemności wiary i wątpliwości
          dojrzewa niespokojna wolność ludzkiego serca przez cały czas naszej
          drogi ku bramom wieczności.

          ***

          Moja wiara potrzebuje stałego budzenia, ożywiania i niepokojenia
          krytycznymi pytaniami. Zarazem jednak uświadamiam sobie, że mój
          sceptycyzm i pytania zakładają horyzont zaufania, żyją decyzjami
          wiary, które weryfikują, poddają refleksji i pogłębiają. Nauczyłem
          się żyć w podwójnym świecie sceptycyzmu i ufności; stałem się sam
          dla siebie pytaniem. Wiem, że nie mogę na nie odpowiedzieć bez Tego,
          który stępia wszystkie moje pokusy ku temu, by jak ateiści czuć się
          równym Bogu. Ale i On, moja nadzieja i moja opoka, pozostaje we mnie
          obecny przede wszystkim w postaci trwałego pytania. Pytanie, którym
          pytam o Boga, i pytanie, które zadaje mi Bóg, są tym samym pytaniem.
    • otryt To, co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. 29.01.08, 15:19
      >To, co nie jest chwiejne, jest nietrwałe.

      Piękne słowa. I jakoś na czasie. Tyle spraw ks. Halik poruszył, że
      ze 100 wątków możnaby rozpocząć. I jeszcze na Antarktydę w
      międzyczasie pojechał na wyprawę. Ten tekst jakby o mnie mówił, o
      mojej chwiejności i życiu. Są we mnie dwie natury, jedna dąży do
      stałości i niezmienności, z kolei ta druga szuka zmian i wychodzi w
      stronę nieznanego. Pierwsza szuka wygody i bezruchu, jest leniwa i
      drażni ją coś nieprzewidzianego, chce załatwienia wszystkiego raz na
      zawsze, aby mieć święty spokój, druga błądzi po pustyni w
      poszukiwaniu codziennej manny, oczekuje sytuacji nowych, nastawiona
      na niespodzianki, nie zawsze miłe, nie przeklina trudności, ale
      traktuje je jako normalny element życia. Kiedyś zdałem sobie sprawę,
      że święty spokój oznacza po prostu śmierć. Nic już człowieka nie
      czeka, wszystko już przeżył. Zmiany, chwiejność i pulsowanie
      oznaczają życie. Także życie wiary. Napisałem kiedyś jak wyglądał w
      moich oczach, dziecka 5-6 letniego mój Kościół przedosoborowy,
      pachnący naftaliną wyciągniętych na szczególną okazję futer. Ksiądz
      gdzieś w oddali mówiący niezrozumiałe słowa po łacinie, ledwo
      docierał jego śpiewny głos albo grzmiący z wysokości ambony po
      polsku i świdrujący oczami każde dziecko. Tego tekstu jednak nie
      wysłałem. Pozostał gdzieś w archiwum. Od tego czasu tak wiele się
      zmieniło.
      • kamilla14 Re: To, co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. 29.01.08, 16:47
        Dzieki za te wyjatki Ismo - od kilku lat czeka ta książka u mnie w
        kolejce - wertuję ją czasem, ale na te genialne fragmenty jeszcze
        nie wpadłam - a i dobrze, bo dopiero teraz są mi bliższe sercu...
        I za komentarz dzięki, Otrycie, będę tu wracać
        k
    • mader1 Re: ks. Tomas Halik - do poczytania 29.01.08, 17:31
      Bardzo dobry moment na ten tekst smile
      Bardzo dobry smile
      Dziękuję
    • agasz3 Re: ks. Tomas Halik - do poczytania 29.01.08, 17:42
      Pierwszy raz spotkałam sie z osobą tego księdza. dziekuję za ten watek, bo
      lektury na jego stronie internetowej starczy na długo. Znalazłam tam kilka
      odpowiedzi na pytania, które mnie dręczyły. Bardzo podoba mi się zdanie, że
      pytania i wątpliwości dotyczące wiary, moga poruszyć stojąca i stęchłą wodę
      mojej religijnosci (nie cytuje dokładnie-ale taki jest sens wypowiedzi
      • ese1 Re: ks. Tomas Halik - do poczytania 29.01.08, 17:53
        czytam i bede miala o czym myslec przez nastepnych kilka wieczorow
    • otryt Wątpienie siostrą wiary 30.01.08, 11:30
      >Wątpienie, o którym myślę jako o "siostrze wiary",
      >nie jest "wątpieniem o Bogu", o Jego "istnieniu",
      >dobroci, gotowości komunikowania i udzielania siebie.

      Wątpienie siostrą wiary. Czyż to nie piękne? Psychoterapeuta
      Kazimierz Dąbrowski przed laty pisał o teorii dezintegracji
      pozytywnej: rozpada się dotychczasowa struktura psychiczna
      człowieka, aby w to miejsce powstała nowa doskonalsza. Stopniowo
      następuje integracja na nowym, wyższym poziomie. Ledwo co nastąpi
      integracja, po czym znów zagubienie i wątpliwości. I czasem tak
      przez całe życie może na zmianę następować proces rozpadu i
      scalania. Są ludzie doskonale zintegrowani, ale na niskim poziomie.
      Ci są niewzruszenie pewni swoich racji. Ich przeciwieństwem są
      ludzie stale niepewni, stale wątpiący i przekształcający się.
      Rozpada się wiara dziecka pierwszokomunijnego, aby zrobić miejsce
      dla wiary nastolatka. Tyle nowych trudnych pytań. Rozpada się wiara
      nastolatka, gdy staje się człowiekiem całkowicie dojrzałym. Rozpada
      się wiara człowieka dorosłego w obliczu dramatycznych i trudnych
      doświadczeń. W to miejsce powstaje inna wiara, która zna odpowiedź
      na trudne pytania. Starość to kolejny niezwykle trudny czas. Rozpada
      się wiara Matki Teresy z Kalkuty, aby w to miejsce...To już za
      wysokie progi. Nie mnie małemu oceniać, co się kryje za tą zasłoną.
      Nie mnie oceniać wiarę drugiego człowieka. Wiem, ze ona każdego dnia
      ewoluluje, jeśli jest żywa i pulsująca. Niedobrze, aby zatrzymała
      się na poziomie dziecka pierwszokomunijnego. Budując nowy, większy
      dom na miejscu małego musimy wpierw zburzyć ten mały domek. Zwierzę,
      gdy rośnie zrzuca mały pancerz, aby założyć większy.

      W istnienie, dobroć, gotowość komunikowania i udzielania siebie Boga
      nigdy nie wątpiłem. Jednak zagadnień dotyczących Boga jest znacznie
      więcej. Czyżby ks. Halik chciał powiedzieć, ze te inne sprawy mogą
      być dyskutowane, poddawane w wątpliwość?

      PS. Dobry ten czeski ksiądz. Dobry także czeski reżyser Sverak.
      Byłem wczoraj w kinie na jego "Butelkach zwrotnych". Można się
      nieźle uśmiać. Czeski film.smile))

      • isma Re: Wątpienie siostrą wiary 30.01.08, 11:57
        Intuicja z Dabrowskim znakomita. Tak, to jest wlasnie ta szkola ;-
        ))).

        Natomiast, co do zakresu mozliwej "dyskusji" - on tam odroznia
        etap: "pojac" od (kolejnego) etapu: "wyrazic". Na pewno zaklada, ze
        na etapie pojmowania, zanim jeszcze czlowiek sie podzieli
        swiadectwem wiary, w wiele mozna watpic. We wszystko wlasciwie ("a
        mysmy sie spodziewali..."). Nie wiem natomiast, czy jest to
        rownoznaczne z tym, ze powinno sie dawac swiadectwo tych
        watpliwosci. Ale pewnie tez, tyle ze umiejetnie - tak aby nie
        gorszyc np.
        • otryt Re: Wątpienie siostrą wiary 30.01.08, 12:45
          isma napisała:

          >Na pewno zaklada, ze na etapie pojmowania, zanim jeszcze czlowiek
          >sie podzieli swiadectwem wiary, w wiele mozna watpic.

          Na etapie niejasnego przeczucia, intuicji trudno w ogóle rozmawiać z
          drugim człowiekiem. Trudno to ubrać w słowa nawet na użytek siebie
          samego. Gdy próbujesz przedwcześnie się z tym dzielić wychodzi z
          tego zazwyczaj niezrozumiały bełkot. Gdy motywem jest ludzka pycha
          wychodzi bełkot również. Ten czas pomiędzy "pojąć" a
          pomiędzy "wyrazić" jest czasem intymnej relacji z Bogiem. Czy
          wyobrażasz sobie, aby o podobnej intymnej relacji z drugim
          człowiekiem opowiadać osobom trzecim? Potem mija jakiś czas, czasem
          wiele lat, zanim możemy ( w sensie: już nam wolno to zrobić) i
          potrafimy podzielić się świadectwem wiary. Jest jakiś związek
          pomiędzy słowem "możemy" i "potrafimy". Gdy już nam wolno wtedy
          nagle pojawia się umiejętność. Jak u niewymownego Mojżesza, który
          miał przemawiać do faraona.

          Jak pisze Halik, wątpliwości to druga strona medalu zwanego wiarą.
          Ktoś kto nie wierzy ten nie jest targany wątpliwościami. Jest
          obojętny, zimny. Czy mówić o wątpliwościach, jakie były kiedyś? Dla
          człowieka zintegrowanego na niskim poziomie, będzie to zgorszeniem,
          bo nic z tego nie zrozumie. Dla innych może być ubogaceniem, jak
          wspaniała i bogata bywa rzeczywistość wiary. I jak bardzo
          indywidualna. Bo relacja każdego człowieka z Bogiem jest intymna i
          niepowtarzalna. Tak jak wzajemna relacja pary kochających się
          ludzi. Nie ma dwóch takich samych miłości.
    • mader1 to i ja jeszcze 30.01.08, 15:31
      skoro już o tym autorze smile
      to przypomniałam sobie swoją lekturę z Tezeusza smile
      www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1980
    • isma Niepewnosc w wolnosci 30.01.08, 23:40
      No to jeszcze.
      O tym, dlaczego Bog jest nieoczywisty, i dlaczeog wiara musi byc
      niepewnoscia.
      Zupelnie przypadkiem - w nawiazaniu nie tylko do tego uporczywego
      Halika, ale i do dzisiejszych czytan mszalnych wink)):

      "Ale poza tym nalezy szukac w przypowiesci o siewcy glebokiej nauki
      o tajemnicy slowa Bozego. Przypowiesc ta rzuca w szczegolnosci
      swiatlo na te zastanawiajace slowa Pana, ktore przytacza swiety
      Lukasz w tym samym rozdziale 8: "Wam dano poznac tajemnice Krolestwa
      Bozego, innym zas w przypowiesciach, aby patrzac nie widzieli i
      sluchajac nie rozumieli" (Lk 8,10).

      Aby zrozumiec tajemnice slowa Bozego trzeba najpierw doswiadczyc az
      do bolu ciemnego, ukrytego, dwuznacznego charakteru tego slowa. Dzis
      wciaz jeszcze Bog przemawia do ludzi wylacznie w przypowiesciach.
      Ale skoro Bog jest jedynym szczesciem ludzi, dlaczego nie mowi do
      nich w sposob bardziej przejrzysty? Dlaczego nie narzuca sie
      ludzkiej uwadze z wieksza stanowczoscia?

      Odkrywamy tu jedno z najbardziej tajemniczych praw rzadzacych
      spotkaniem Boga i czlowieka. Ukryty charakter slowa Bozego, ktory
      nas oburza, w rzeczywistosci jest potrzeba Jego milosci, wrecz
      niezbednym warunkiem przyjacielskiego dialogu, jaki chce on nawiazac
      z kazdym z nas.

      Gdyby slowo Boze nie bylo utajone, nie byloby slowem Bozym: byloby
      jedna z wielu prawd, prawda, kolo ktorej mozna by przejsc, nie
      zmieniajac niczego w swoim zyciu, nie nawracajac sie. Gdyby slowo
      Boze bylo dla nas oczywiste, lekcewazyloby nasza wolnosc, nie
      pobudzaloby do odpowiedzi plynacej z milosci. A slowo Boze jest
      jednoczesnie Objawieniem i darem Osoby, ktory mozna przyjac
      wylacznie w milosci. Wiemy dobrze, ze nie mozna zostac niczyim
      przyjacielem na sile. Tu, na tej ziemi, nigdy nikomu nie uda sie
      sklonic nas do milosci pod przymusem: bylby to raczej najbardziej
      niezawodny sposob, zeby milosc na pewno nie doszla do glosu, zeby
      nigdy dialogu nie nawiazac.

      Bog jest Wszechmocny, ale ukrywa sie, gdyz radosc sprawia Mu milosc,
      jaka dobrowolnie okazuje Mu jego stworzenie: chce, zebysmy go
      WYBIERALI."
      • kulinka3 Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 06:08
        A mnie we wczorajszej perykopie, może w związku z cytowanym autorem,uderzyła owa
        potrzeba stałości, o której wspominana Pan, w związku z przyjmowaniem słowawink)).
        Jutro pomacham Siostrze z obwodnicy,a może cudem jakowymś z Beczkiwink))
        • isma Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 06:56
          Ale ze niby siostra by sie wybierala np. na konwentualna o 12? To
          posle siostra SMS, cos sie wykombinuje.
          • kulinka3 Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 09:04
            Że niby,że niby.Tylko nie wiemy, czy aby blokady nas nie przyblokująwink)) i czy
            damy rady,tak szybko dojechać.
            Puszczę i tak, choć nigdy nie wiem,czy siostra otrzymuje, bo coś siostra
            powściągliwa w używaniu komórkowych klawiszy.
            • isma Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 09:37
              Otrzymuje, otrzymuje. Ino, ze czasem siostra praktykuje to...
              silentium sacrum wink)).
              [nie do uwierzenia, wiem]
            • mama_kasia Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 10:14
              > Puszczę i tak, choć nigdy nie wiem,czy siostra otrzymuje, bo coś siostra
              > powściągliwa w używaniu komórkowych klawiszy.


              A też miałam takie wrażenie wink))
              • isma Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 10:24
                Po prostu mylnie zakladacie, ze na kazdy temat mam cos do
                powiedzenia wink)).
                [nie do uwierzenia, wiem]

                O, Kasiu, np. teraz Ci na maila nie odpisze, bo pomysly mi sie
                skonczyly ;-(((. Moze pozostale Ewangelie co wymysla.
                • mama_kasia Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 10:28
                  Na odpowiedź na maila nie liczyłam smile Czekam na pozostałe głosy smile
              • kulinka3 Re: Niepewnosc w wolnosci 31.01.08, 12:30
                Ależ ja odpisuję na każdy! Nie dochodzi?
                • isma Societas Divini Salvatoris 31.01.08, 14:16
                  Hmmmmm. Mam nadzieje, ze tego postu nie pisala siostra w trakcie
                  offertorium, z dominikanskich naw, co?

                  A smsa jak nie ma, tak nie ma. To ja sobie dalej dlubie w
                  korespondencji z salwatorianami - znikad nadziei na salwowanie sie
                  ucieczka z pracy bodaj na pol godzinki ;-(((.
                  • kulinka3 Re: Societas Divini Salvatoris 31.01.08, 14:33
                    Z ław nie piszę nigdywink)).Jutro będę, jutro! Ale sprawa jest mocno
                    niezobowiązująca i nie chcę siostry od obowiązków zawodowych odciągać,
                    szczególnie,że nie wiem czy na czas dojadę.Pomacham tylko z radością i tyle.
                    • isma Re: Societas Divini Salvatoris 31.01.08, 14:46
                      Widzi siostra - i to jest najlepszy dowod, iz to nie matki domowe
                      sie wtornie analfabetyzuja, tylko raczej te, co "robia kariere" ;-P!

                      No, dobrze. To juz mnie chyba nic nie zbawi wobec tego dzisiaj
                      (ciekawe, ile razy sie podobnie kropnelam w tym, com wlasnie
                      skonczyla pisac...) ;-(((.
Pełna wersja