isma
29.01.08, 13:58
Podziele sie, bo ten tekst od kilku dni za mna chodzi:
Sam dla siebie pytaniem
Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe
W ostatnich latach kilkakrotnie zachwiały się mój wewnętrzny duchowy
świat i moje kapłaństwo. Nieraz musiałem przyznać, że "moja wiara
się chwieje" - aby zaraz potem doświadczyć, że "w tym zachwianiu był
Bóg". To, że nasze serce nie jest niezachwiane, znaczy również, że
nie jest z kamienia; to, że nasza wiara nie jest niezachwiana, może
znaczyć po prostu, że jest żywa.
Boję się ludzi o niezachwianych przekonaniach, ponieważ czuję od
nich chłód śmierci i wrogość wobec życia, wobec jego dynamiki,
ciepła i różnorodności; unikam ich, bo po prostu nie wierzę w
deklarowaną pewność ich wiary. Nic na to nie poradzę: za murem ich
niezłomności wyczuwam tłumione pytania i nierozwikłane problemy,
nierozstrzygnięte wewnętrzne konflikty, przed którymi daremnie
szukają ucieczki w walce z “inaczej myślącymi”.
Moja wiara nie jest niezachwiana - przeciwnie: stale się chwieje.
Jednak nie wskutek rozdwojenia mojego serca czy klasycznych
wątpliwości nowożytnego racjonalizmu. Chwieje nią cześć dla
Tajemnicy, chwieje nią wstyd przed wielkimi słowami, bez których
jednak nie mogę się obejść. Chwieje nią niechęć do formalizmu i
chłodnego profesjonalizmu ludzi z zaciśniętym sercem i mózgiem,
chwieje nią lęk przed niebezpieczeństwem ze strony “właścicieli
prawdy”. Chwieje nią myśl o własnej słabości i niegodności w
stosunku do tego, co do mnie przemówiło i czym zostałem obdarowany.
Chwieje nią świadomość nieskończonej przepaści między
niewysłowionością i niezmierzonością Boga a ciasnotą mego serca i
ograniczonością moich myśli i słów. Wątpienie, o którym myślę jako
o “siostrze wiary”, nie jest “wątpieniem o Bogu”, o
Jego “istnieniu”, dobroci, gotowości komunikowania i udzielania
siebie. To raczej świadomość problematyczności, niedostateczności,
uwarunkowanego i ograniczonego charakteru wszelkiego ludzkiego
postrzegania i wyrażania Rzeczywistości, która nas radykalnie
przekracza. I obawa, byśmy nie przeoczyli owej przepaści, która
oddziela nas od ukrytego Boga, byśmy - urzeczeni własną ograniczoną
wizją religijną - z jednej strony nie uczynili sobie bożka,
karykatury Boga, z własnej religii, a z drugiej zarozumiale nie
potępili dróg religijnego poszukiwania, jakimi idą inni.
Ale i światem chwieją przemiany. Może właśnie ten, kto nie zajął
sztywnego stanowiska i pozwala, aby w nim pulsowały wszystkie
drgania i wstrząsy epoki - a przy tym wciąż na nowo stara się szukać
punktu równowagi - tak łatwo nie upadnie. Chwiejność, którą mam na
myśli, nie jest objawem strachu, jakkolwiek za jej kulisami kryje
się czasem niepokój i troska. Wydaje mi się, że ta chwiejność jest w
gruncie rzeczy tętnem samego życia, ruchem wychodzącym z głębi
wszelkiej rzeczywistości; że jest w głębokiej harmonii z twórczym i
odnowicielskim tchnieniem Ducha, którym sam Bóg stale doskonali i
ożywia swoje stworzenie. Ten ruch nie pozwala wewnętrznie
zesztywnieć, stać się nieczułym. Tak mówi poeta, a ja lepiej tego
wyrazić nie umiem: To, co nie jest chwiejne, jest nietrwałe.
www.halik.cz/jp/sam_dla.php