Wielkopostne wypisy z R.

09.02.08, 10:15
"Kościelny rok liturgiczny zna jeszcze i dzisiaj specjalny okres
poświęcony pokucie. Czy to nie jest dziwne? Przyznajemy co prawda,
że dawniejsze czasy mogły potrzebować takiego okresu w budżecie
swego życia duchowego i religijnego. Ludzie byli wtedy pełni radości
życia, syci i beztroscy, obchodzili hucznie karnawał na ulicach i
śmiali się śmiechem, który jeszcze pochodził z serca. Dlatego mogli
oni, jak nam się wydaje, przeżywać krótki czas skupienia,
kontemplacyjnej powagi i ascetycznej powściągliwości jako
dobroczynna odmianę dla życia i duszy. Ale my? Czy zapowiedź
Kościoła, że oto rozpoczyna się czas powagi, wewnętrznego skupienia
i postu, nie rozmija się w naszym odczuciu jakoś osobliwie z
rzeczywistością? Czy „Wielki Post” nie wydaje się nam lekko
anachroniczną ceremonią z dawnych, dobrych czasów? Co może oznaczać
taki okres dla nas, dzisiejszych ludzi, którzy cierpią nędze, którzy
biorąc po ziemsku żyją bez nadziei i z goryczą w sercu – dla nas,
którzy chętnie byśmy pościli, gdybyśmy nie musieli głodować?

Otóż nie: dla nas Wielki Post zaczął się juz na długo przed Środą
Popielcową i będzie trwał dłużej, niż tych czterdzieści dni do
Wielkanocy. Jest on tak rzeczywisty, ze nawet w tym liturgicznie
ustalonym okresie pokuty nie musimy się nim posługiwać jako wygodnym
w użyciu emocjonalnym tłem.
Pozaliturgiczny wielki post naszego współczesnego życia wydaje się
bardziej surowy i gorzki niż którykolwiek z okresów cierpień
przeszłych pokoleń. Przyczyną naszego cierpienia jest bowiem nie
tylko to, że brak nam sytości i niefrasobliwego bezpieczeństwa
życia, że tkwimy w mroku i cieniu śmierci, lecz przede wszystkim to –
czy wolno zaryzykować takie wyznanie? – że Bóg wydaje się być nam
daleki. Bóg jest nam daleki. Nie jest to słowo odnoszące się do
wszystkich ludzi. Nie jest to słowo, które musiałoby niepokoić serca
wypełnione Bogiem. Ale nie jest to też słowo uprawniające człowieka,
którego dotyczy, do dumy z samego siebie: że niby jeśli już nic
innego, to przynajmniej gorycz jego serca jest nieskończona. Nie
jest to słowo rozgłaszające na cały świat cos, czego człowiek nie
powinien sobie pozwolić odebrać, co mogłoby zabronić Bogu dawać w
darze Jego bliskość i pewność Jego uszczęśliwiającej miłości – tak
jakby ludzkie serce większym się stawało wskutek rozpaczy niż dzięki
szczęściu. Czynić z dalekości Boga dumną godność człowieka (jak
czynią niektóre kierunki owej interpretacji istnienia, która zwie
się filozofią egzystencjalną) to grzech, głupi i perwersyjny
zarazem. Ta dalekość Boga jest w wielu ludziach po prostu faktem,
który istnieje i domaga się wytłumaczenia. Jest to cierpienie,
najgłębsze cierpienie „wielkiego postu” życia, które trwać będzie
dopóty, dopóki pielgrzymujemy z dala od Pana.

Dalekość Boga nie oznacza tutaj, że ktoś zaprzecza Jego istnieniu,
albo je w swoim życiu obojętnie pomija; może to być często – ale na
pewno nie zawsze – fałszywa reakcja na wspomniany stan duszy.
Dalekość Boga oznacza tu raczej coś, co może wystąpić również, a
nawet przede wszystkim, u ludzi wierzących i tęskniących do Boga,
wyglądających Jego światła i Jego uszczęśliwiającej bliskości.
Również oni, albo zgoła właśnie oni mogą i musza często doświadczać
tego, o czym tutaj mowa: że Bóg wydaje się czymś absolutnie
nierzeczywistym, ze jest niemy i odpychająco milczący, jakby był dla
naszego istnienia tylko pustym, dalekim horyzontem, w którego
nieskończonych bezdrożach nasze mysi i pragnienia naszego serca
beznadziejnie się gubią. Dalekość Boga oznacza, że nasz duch zmęczył
się nierozwiązanymi zagadkami, że nasze serce, którego modlitwy nie
zostały wysłuchane, zniechęciło się i doświadcza pokusy, aby w
słowie „Bóg” widzieć już tylko jedno z tych wielkich slow, w które
się w gruncie rzeczy nie wierzy, a pod którymi ludzie próbują ukryć
swoją rozpacz, bo nawet ta rozpacz nie ma już siły, aby brać siebie
poważnie. Bóg wydaje nam się tylko jakąś bezpostaciową, niedostępną
nieskończonością, która ku naszej udręce te odrobinę rzeczywistości
pokazuje jako jeszcze bardziej skończoną i wątpliwą, a nas samych
czyni w naszym świecie jeszcze bardziej bezdomnymi, ponieważ
wprowadza nas w bezmiar tęsknoty, której również i ON zdaje się nie
zaspokajać.

Tak, wygląda na to, że współczesny człowiek Zachodu bardziej niż
ludzie dawniejszych epok musi przejść proces pokutnego dojrzewania w
czyśćcu tej dalekości Boga. Jeśli w dziejach jednostki obok
błogosławionych dni Bożej bliskości zdarzają się noce zmysłów i
ducha, kiedy nieskończoność żywego Boga przybliżona zostaje
człowiekowi przez to, że wydaje się on bardziej dalekim i
niedostępnym, to dlaczego fluktuacje takie nie miałyby występować
również w dziejach narodów i kontynentów, dlaczego nie miałyby one
być w jakiejś mierze świętą dolą wszystkich? (Fakt, iż stan ten
wynikł może z winy pewnej epoki, nie wyklucza przypuszczenia, że sam
on może stanowic felix culpa). Z tej perspektywy deklarowany ateizm
w teorii i praktyce wielu ludzi byłby tylko fałszywą, bo
niecierpliwą i zuchwałą, reakcją na to zjawisko. Byłby on reakcyjny
we właściwym sensie tego słowa: obstawałby przy infantylnym
przeżyciu bliskości Boga jako warunku adorującego uznania Go; brak
owego przeżycia miałby świadczyć o tym, że nie bardzo już wiadomo,
co z Bogiem począć; że Go właściwie nie ma. Ateizm naszych dni byłby
zatem upartą samoobroną człowieka przed tym, aby w czyśćcu nocy
przysypanego serca dojrzewać do Boga, który jest zawsze większy, niż
Go sobie wyobrażaliśmy i jakim Go kochaliśmy.

Tak więc dalekość Boga jest faktem, który dotyka zarówno ludzi
pobożnych jak i niepobożnych, który w umysł wprowadza zamęt, a serce
przyprawia o niewypowiedzianą trwogę. Pobożni przyznają się przed
sobą do niego niechętnie, sądzą bowiem, że nic takiego nie powinno
im się przydarzyć (choć przecież sam ich Pan wołał: Boże, czemuś
mnie opuścił), a ci drudzy, ci niepobożni, z przyznanego przez
siebie faktu wyciągają fałszywe wnioski.

Skoro ta dalekość Boga stanowi ostateczną gorycz wielkiego postu
naszego życia, to wypada zapytać, jak mamy się z nią uporać oraz (co
jest dla nas tym samym pytaniem) jak mamy dzisiaj obchodzić Wielki
Post Kościoła. Jeśli bowiem gorzka dalekość Boga staje się
przedmiotem świętej liturgii, to wielki post świata przemienia się w
Wielki Post Kościoła."
    • mader1 Re: Wielkopostne wypisy z R. 09.02.08, 17:00
      Tak więc dalekość Boga jest faktem, który dotyka zarówno ludzi
      pobożnych jak i niepobożnych, który w umysł wprowadza zamęt, a serce
      przyprawia o niewypowiedzianą trwogę. Pobożni przyznają się przed
      sobą do niego niechętnie, sądzą bowiem, że nic takiego nie powinno
      im się przydarzyć (choć przecież sam ich Pan wołał: Boże, czemuś
      mnie opuścił), a ci drudzy, ci niepobożni, z przyznanego przez
      siebie faktu wyciągają fałszywe wnioski.

      Pobożni boją się tego ogromnie. Nagle stają zagubieni,
      zdezorientowani, co ze sobą robić ? Nie zawsze wystarcza " poczekać
      chwilę". Pobożni się tego wstydzą. Przychodzą do nich ludzie, patrzą
      w oczy, pytają o Niego. I co wtedy powiedzieć ?
    • isma Re: Wielkopostne wypisy z R. - cz. 2 09.02.08, 23:39
      Pierwsze, co powinniśmy uczynić, to stawić czoło temu Bożemu
      oddaleniu: nie uciekać przed nim ani w pobożną, ani w świecką
      krzątaninę, wytrzymać je bez narkotyków świata, grzechu i upartej
      rozpaczy. Jaki Bóg jest właściwie w tej pustce serca i od Ciebie
      daleko? Przecież nie Bóg prawdziwy i żywy, bo ten właśnie dlatego
      jest Kimś Niepojętym, Niewypowiedzianym, aby mógł być rzeczywiście
      Bogiem twego nieogarnionego serca. Dalekim stał ci się tylko Bóg,
      którego nie ma: Bóg zarozumiały, Bóg małych myśli i taniutkich uczuć
      człowieka, Bóg doczesnego bezpieczeństwa, Bóg, który dba o to, aby
      dzieci nie płakały, a ludzka miłość nie doznawała zawodu, Bóg, który
      jest bardzo czcigodnym… bożkiem. To on stał ci się daleki. Czy
      takiej dalekości Boga nie należy przetrzymać? Ależ oczywiście:
      niechże w tym dramacie serca rozpacz zabierze ci na pozór wszystko,
      niechże przysypie twoje serce, tak aby pozornie nie było już wyjścia
      ku życiu, ku spełnieniu, ku przestworowi i ku Bogu. Ale nie poddaj
      się w rozpaczy zwątpieniu: pozwól jej zabrać sobie wszystko, bo to,
      co zostanie ci zabrane, będzie w rzeczywistości czymś skończonym i
      znikomym, choćby było nie wiem jak cudowne i wielkie, choćbyś to był
      ty sam – ty sam ze swymi ideałami, ty sam z programem swego życia,
      bardzo mądrze i logicznie ułożonym, ty ze swoim obrazem Boga,
      podobnym tobie zamiast samemu Niepojętemu. Pozwól zagrodzić sobie
      wszystkie wyjścia i drogi, bo będą to jedynie wyjścia w doczesność i
      drogi prowadzące naprawdę donikąd. Nie przerażaj się samotnością i
      opuszczeniem, na jakie jesteś skazany w swoim wewnętrznym wiezieniu,
      które się zdaje martwe jak grób. Bo jeśli wytrwasz, jeśli zwątpiwszy
      w swego dotychczasowego bożka, którego nazywałeś Bogiem, nie
      zwątpisz zarazem w Boga prawdziwego, jeśli więc wytrwasz – a jest to
      już cud łaski – wtedy nagle przekonasz się, że grób twojego
      wiezienia odgradza cię jedynie od znikomej doczesności, że jego
      śmiertelna pustka jest tylko bezmiarem Bożej intymności, ze
      milczenie jest wypełnione Słowem bez slow. Tym, który jest ponad
      wszelkie imiona i wszystkim we wszystkich. To milczenie jest Jego
      milczeniem: to On ci mówi, że jest tu oto.

      Mamy zatem to drugie, co powinieneś uczynić w swojej rozpaczy:
      dostrzec, że On jest, wiedzieć wiedza wiary, że jest przy tobie;
      przekonać się, że w najgłębszym lochu twego przysypanego serca już
      od dawna na ciebie czeka, że od dawna cicho nasłuchuje, czy w całym
      tym zaaferowanym zgiełku który nazywamy naszym życiem, dopuścisz
      wreszcie do głosu i Jego – do głosu, który człowiekowi takiemu jakim
      byłeś dotąd, wydaje się jedynie śmiertelnym milczeniem. Powinieneś
      czuć, że wcale nie upadniesz, jeśli wyzbędziesz się lęku o siebie i
      swoje życie, że wcale nie upadniesz, jeśli wypuścisz z ręki to
      oparcie, że nie będzie to rzeczywiste zwątpienie, jeśli w końcu
      zwątpisz w siebie, w swoją mądrość i moc, i w fałszywy obraz Boga,
      który ci został odebrany. Jakby cudem, który co dzień musi wydarzać
      się na nowo, spostrzeżesz, ze jesteś u Niego. Poczujesz nagle, że
      dalekość Boga jest w rzeczywistości tylko zniknięciem świata,
      poprzedzającym wzejście Boga w twojej duszy, że ciemność nie jest
      niczym innym, jak Bożą jasnością, która nie rzuca cienia, a twój
      ślepy zaułek – niezmierzonością Boga, do którego nie potrzeba szukać
      dróg, bo On już tu jest. Spostrzeżesz, że nie powinieneś próbować
      własnowolnej ucieczki od swego pustego serca, bo przecież On tu
      jest, a więc nie ma żadnego powodu, by uciekać z tej błogosławionej
      rozpaczy w pociechę, która nie byłaby żadną pociechą i która po
      prostu nie istnieje.

      On jest tutaj. Nie próbuj go zatrzymywać. On nie ucieka. Nie próbuj
      się upewniać i dotykać Go dłońmi swego pożądliwego serca. Trafiałbyś
      tylko w próżnię – nie dlatego, że On jest daleki i nierzeczywisty,
      lecz dlatego, że jest Nieskończonością, której nie można uchwycić.
      On tu jest, w samym środku twego przysypanego serca, On sam. On,
      który jest wszystkim, i dlatego wygląda tak, jakby był niczym.

      Wtedy sam z siebie przyjdzie spokój, który jest najczystszym
      działaniem, cisza wypełniona słowem Boga, ufność, co się już nie
      lęka, poczucie bezpieczeństwa, które nie potrzebuje już
      ubezpieczenia, i moc, potężna w bezsilności: a więc życie, co
      wschodzi w śmierci. Wtedy nie będzie już w nas nic innego, jak tylko
      On i prawie niedostrzegalna, a przecież wszystko wypełniająca wiara,
      że On jest, jest tutaj, a my należymy do Niego.

      Jedno wszakże trzeba jeszcze powiedzieć: ta dalekość Boga nie byłaby
      jego wzejściem w samym środku martwego, przysypanego serca, gdyby z
      nami, dla nas i przed nami nie był tego właśnie przecierpiał i
      spełnił w swoim sercu Syn Człowieczy, który jest Synem Ojca. Ale on
      to wszystko przecierpiał i spełnił. Dokonało się to w ogrodzie, z
      którego owoców ludzie chcieli wycisnąć olej radości, ale który w
      istocie był ogrodem utraconego raju. Leżał na twarzy, a śmierć
      wstąpiła w Jego żywe serce, w serce świata. Niebo było zamknięte, a
      świat niczym przeogromny grób; w nim On – samotny, przygnieciony
      winą i desperacją świata. Anioł, co wyglądał jak śmierć, podał Mu
      jako pokrzepienie kielich wszechgoryczy, aby Go wtrącić w agonię.
      Ziemia wchłaniała chciwie i ze złością Jego krwawy pot. A Bóg
      ogarnął wszystko jak noc, w której nie ma już obietnicy dnia. I nie
      można Go już było odróżnić od śmierci. W tym bezmiernym śmiertelnym
      milczeniu – bo i ludzie, otępiali z żałości, zasnęli – w tym
      śmiertelnym milczeniu, jedynym znaku, jaki pozostał jeszcze z Boga,
      unosił się gdzieś słaby glos Syna. Wydawało się, że lada chwila i on
      zamilknie. Ale stal się wielki cud: głos przetrwał. Syn mówił tym
      nikłym głosem, który był jakby głosem zmarłego, do groźnego Boga:
      Ojcze; mówił do swego własnego opuszczenia: bądź wola Twoja. I z
      niewypowiedzianym męstwem polecił swego opuszczonego ducha w ręce
      tego Ojca.

      Od tej chwili również nasz biedny duch jest złożony w ręce tego
      Ojca, który wyrok śmierci przemienił wtedy w miłość. Od tej chwili
      nasza rozpacz dostąpiła wybawienia, pustka naszego serca stała się
      pełnią, a dalekość Boga przytulną swojskością. Jeśli modlimy się
      wraz z Synem i w mroku swego znużonego serca powtarzamy za Nim
      modlitwę z Ogrojca. W czystej wierze. I nie będzie na razie żadnego
      spazmu zachwycenia, kiedy Jego słowa pojawią się tajemnie gdzieś w
      głębi naszego serca jako nasze słowa. Ale siły starczy. Każdego dnia
      będzie jej w sam raz. Jak długo się Bogu spodoba. A to wystarczy. On
      wie, kiedy i gdzie serce nasze będzie na tyle oczyszczone – a może
      to nastąpić już tu na ziemi – aby znieść olśniewający brzask
      szczęśliwości, co w Nim ma swoje źródło; to biedne serce, które
      teraz w wierze w Jezusa Chrystusa dzieli z Nim tę noc, co dla
      człowieka wierzącego jest niczym innym, jak oślepiającą jego oczy
      ciemnością sprawioną bezmiarem Bożego światła, tę niebiańską noc,
      kiedy Bóg dopiero się właściwie w naszym sercu rodzi.

      To wszystko nie może mieć charakteru odświętnej liryki religijnej.
      Musi być praktykowane wśród ciężarów i goryczy codziennego dnia.
      Jeśli w tej codzienności zaczniesz tak właśnie czynić, niezłomnie
      trwać i chętnie pić z kielicha, który zawiera w sobie ubóstwo,
      smutek ducha i dalekość Boga, wtedy rozpocznie się dla ciebie
      błogosławiony Wielki Post. Chcesz spróbować? Wiec powiedz bliskiemu
      Bogu swego serca: daj mi potrzebną do tego łaskę.
      • mama_kasia Re: Wielkopostne wypisy z R. - cz. 2 12.02.08, 09:37
        Dalekim stał ci się tylko Bóg,
        > którego nie ma: Bóg zarozumiały, Bóg małych myśli i taniutkich uczuć
        > człowieka, Bóg doczesnego bezpieczeństwa, Bóg, który dba o to, aby
        > dzieci nie płakały, a ludzka miłość nie doznawała zawodu, Bóg, który
        > jest bardzo czcigodnym… bożkiem. To on stał ci się daleki. Czy
        > takiej dalekości Boga nie należy przetrzymać? Ależ oczywiście:
        > niechże w tym dramacie serca rozpacz zabierze ci na pozór wszystko,
        > niechże przysypie twoje serce, tak aby pozornie nie było już wyjścia
        > ku życiu, ku spełnieniu, ku przestworowi i ku Bogu. Ale nie poddaj
        > się w rozpaczy zwątpieniu: pozwól jej zabrać sobie wszystko, bo to,
        > co zostanie ci zabrane, będzie w rzeczywistości czymś skończonym i
        > znikomym, choćby było nie wiem jak cudowne i wielkie, choćbyś to był
        > ty sam – ty sam ze swymi ideałami, ty sam z programem swego życia,
        > bardzo mądrze i logicznie ułożonym, ty ze swoim obrazem Boga,
        > podobnym tobie zamiast samemu Niepojętemu.

        Pozwolić sobie zabrać wszystko? Ten strach o to, co może się
        zdarzyć? ...Przecież nie chcę go mieć, ale ...jak go nie
        będzie? Zostanę tak bez zabezpieczenia i zostanę zaskoczona?

        Ale, jak czytam dalej, zostanie Bóg - ten Prawdziwy...

        > On jest tutaj. Nie próbuj go zatrzymywać. On nie ucieka. Nie próbuj
        > się upewniać i dotykać Go dłońmi swego pożądliwego serca. Trafiałbyś
        > tylko w próżnię – nie dlatego, że On jest daleki i nierzeczywisty,
        > lecz dlatego, że jest Nieskończonością, której nie można uchwycić.
        > On tu jest, w samym środku twego przysypanego serca, On sam. On,
        > który jest wszystkim, i dlatego wygląda tak, jakby był niczym.
        >
        > Wtedy sam z siebie przyjdzie spokój, który jest najczystszym
        > działaniem, cisza wypełniona słowem Boga, ufność, co się już nie
        > lęka, poczucie bezpieczeństwa, które nie potrzebuje już
        > ubezpieczenia, i moc, potężna w bezsilności: a więc życie, co
        > wschodzi w śmierci. Wtedy nie będzie już w nas nic innego, jak tylko
        > On i prawie niedostrzegalna, a przecież wszystko wypełniająca wiara,
        > że On jest, jest tutaj, a my należymy do Niego.


        ...Niby chcę, choć coś we mnie nie chce:

        Chcesz spróbować? Wiec powiedz bliskiemu
        > Bogu swego serca: daj mi potrzebną do tego łaskę.
Pełna wersja