madziaq
26.05.08, 15:00
Ja znowu nie o wychowaniu (choć poniekąd też, ale raczej temat natury
ogólnej). Jak wiadomo, łatwiej jest wielbłądowi przejśc przez igielne ucho niż
bogatemu dostać się do Królestwa Niebieskiego.
Czy zatem chrześcijanin nie powinien być człowiekiem zamożnym? Nie mówię o
prywatnym odrzutowcu i własnej wyspie na Karaibach, ale o - powiedzmy -
zarobkach dużo powyżej średniej. Wiadomo, można żyć tak, żeby starczało nam na
zaspokojenie podstawowych potrzeb, a resztę... no nie wiem... rozdać
instytucjom charytatywnym, dać na budowę Świątyni Opatrzności Bożej albo coś w
tym rodzaju, w każdym razie niejako "odebrać" sobie i swojej rodzinie i
przeznaczyć na szczytny cel.
Ale można również żyć na wyższym poziomie, jeździć na wakacje do ciepłych
krajów, mieć większy dom w dobrej dzielnicy, samochód trochę lepszy, posłać
dzieci do prywatnej szkoły, chodzić czasem na obiad do dobrej restauracji itp
itd. Oczywiście przy tym można też wspomagać biednych, dotować jakieś
"inwestycje" kościelne itp. Można też (nawet należy) przekazać dzieciom zdrowe
wartości, jak choćby to, że wartość człowieka nie zależy od grubości jego
portfela.
Czy według Was tacy ludzie, którzy używają życia doczesnego za swoje uczciwie
zarobione pieniądze postępują niewłaściwie, mają źle ustawione priorytety? Czy
przekazanie dzieciom wyżej wspomnianych wartości jest trudniejsze w warunkach,
gdy nigdy niczego w rodzinie nie brakuje pod względem materialnym? Spotkałam
się już z takimi stwierdzeniami, dlatego postanowiłam Was również zapytać o
zdanie, także na kanwie wątku o nitroszczeniu się o rzeczy materialne.
Pozdrawiam ciepło