mamalgosia
12.09.08, 18:04
Korespondujemy czasem z jedną z Forumianek i jej zdaniem
popołudniowy czas dzieci niekoniecznie musi być pozapychany
zajęciami zorganizowanymi.
Z tym to się zgadzam - ja od zawsze miałam odchył w przeciwnym
kierunku - żadnych zajęć pozaszkolnych, żadnych języków obcych,
dżudżitsów, kół takich i owakich. Może to kwestia charakteru, może
wychowania - nie wiem. Mnie zawsze wystarczał dom i podwórko.
Przełamuję się dla Chłopców i chodzimy na zespół tańca ludowego,
bardzo nam się podoba. Ale to, plus zajęcia dla Starszego w
kościele - dla nas to aż nadto. Z mojej strony jest to brak czasu
spowodowany szefem (grrr), ale widzę, że jak jest dzień z tańcami,
to nie ma czasu na odwiedziny u babci, na zabawę własnymi zabawkami,
czytanie tylko 20 minut... A gdyby tak było codziennie? Mam
wrażenie, że Chłopcy by wiele stracili. Ale może przeciwnie -
zyskaliby jakąś różnorodność? Bo co im po kolejnym popołudniu z
babcią, skoro mogliby np. biegle mówić po angielsku? (sanskryt
odkładam na wiek gimnazjalny)
Wiem, że rodzice często przeginają, bo dziecko nie ma czasu już na
nic (że nie wspomnę o cudownym ponudzeniu się), bo codziennie coś po
lekcjach. I taki wyścig szczurów to wiadomo, że niedobry.
Najlepszy jak zwykle jest umiar.
I to jedna sprawa.
Ale zauważyłam inną rzecz. Że nasze dzieci atakowane są niesamowita
ilością bodźców. O wiele większą niż myśmy byli w ich wieku. I
często za sprawą rodziców.
Wracając z pracy musiałam zatrzymać się na czerwonym świetle. Obok
był skwerek - trawnik z czewonymi różami. I wywołało to we mnie
wspomnienia. Do 5 roku życia byłam wychowywana przez Babcię. W
mieście, w którym mieszkałyśmy były dwa parki. Jeden składał się z
prostokąta trawy obsadzonego takimi właśnie różami, wokół alejka z
pomarańczowym żwirkiem (słyszę jego chrzęst!!), 6 ławek. Drugi park
to sama trawa, wierzby płaczące i 3 ławki.
I w takim środowisku spędziłam 5 lat. Nigdy się nie nudziłam, było
mi dobrze, a jedyne urozmaicenia jakie miałam, to czy idziemy "pod
wierzby" czy "do róż".
Moje dzieci już mają więcej atrakcji. To jedziemy na jakiś plac
zabaw, to do figloraju, latem starałam się kilka razy na
kąpielisko... Ale zauważyłam, że są rodziny, w których dzieci są
niemalże bombardowane atrakcjami. Wyrabia się godzina wolnego czasu -
pędzą na basen. Weekend: trzeba zaprosić znajomych. Sobota - kino.
Cały czas podaje się dzieciom coś na tacy, cały czas się je wyręcza.
A one po 20 minutach kiedy atrakcji nie mają jęczą "nuuuudzę
się", "kiedy pójdziemy/pojedziemy..." i tak w kółko.
A inny aspekt - czy będąc razem rzeczywiście jest się razem?