mamalgosia
17.10.08, 10:08
Znowu dotykam najtrudniejszego dla mnie problemu - kiedy należy
walczyć, a kiedy odpuścić. Wiele razy w życiu potykam się o tę
sprawę i wiem, że każdy wyczuwa to inaczej. Bo ciągle jednak
chodzimy po omacku i próbujemy szukać dobrego wyjścia - a to dobre
wyjście widzimy na inne sposoby.
Czasem jest ono ewidentne - jeśli moim działaniem ma być przecięcie
komuś opon w samochodzie z zemsty, to powinnam odpuścić (co
niekoniecznie znaczy, że tak się rzeczywiście uczyni, ale
przynajmniej sprawa jest jasna, co powinno się zrobić). Czasem są
sprawy delikatne, w których nikt nie może się wypowiedzieć, czy
jakoś rozsądzić ich, decyzja i rozważenie musi przebiec wewnątrz
sumienia.
Zdecydowanie jestem człowiekiem czynu, choć nie zawsze mam ochotę.
Denerwuje mnie nic-nie-robienie i usprawiedliwianie tego na wiele
sposobów.
Ale teraz stanęłam przed sprawą, z którą nie mam nerwów walczyć. A
czuję, że powinnam. No, ale: czy na pewno powinnam? Czy
przeważanie "za" lub "przeciw" jest wystarczającym argumentem?
Rzecz dotyczy błędu lekarskiego. Został on popełniony w stosunku do
mnie (choć przypuszczam, że nie tylko, bo lekarz ten ma wielu
pacjentów. Jednak to takie leczenie, że "w razie czego" można
powiedzieć, że ciężka choroba czy nawet śmierć mogła nastąpić
zupełnie niezależnie od leczenia, bo to działanie długofalowe, może
to być nawet kilka lat później - tak wiec powiązanie jest trudne do
udowodnienia. Może więc nikt nie powiązał, a może to jego pierwszy
błąd? nie wiem)
Ponieważ uznałam, że przynajmniej trochę powalczyć muszę, napisałam
do niego. Nie odpisał, tylko po 2 tygodniach przysłał mi 200 zł (!).
Pewna osoba określiłą to jako "pośrednie przyznanie się do winy".
Następnego mojego listu (poleconego) nie odebrał, dostałam zwrot.
Nie stać mnie na adwokata - nawet jeśli kiedyś koszty miałyby być
zwrócone, to nie jestem w stanie nic wyłożyć. Nie wiem, czy jestem w
stanie wytrzymać nerwy, które są zwiazane z postępowaniem przeciw
komuś, nie mam też na to czasu - przecież mnie z pracy nie zwolnią.
Nie wiem, co zrobić. Z fizycznego i psychicznego punktu widzenia
chciałabym odpuścić. Wszyscy jednak zagrzewają mnie do walki, mówią,
że nie można odpuścić, facet jest bezkarny i bezczelny - czuje, że
mu ujdzie na sucho - może nie raz mu uszło? A ja się boję. Jestem
bardzo osłabiona psychicznie po ubiegłym roku i tym wszystkim co
mnie spotkało. Teraz też z wielu powodów nie jest lekko, boję się
dokładac sobie. Ale czy można nie zrobić nic? Czy to jest
wybaczenie, czy przymknięcie oczu na zło? A jak ten "lekarz"
spowoduje ciężką chorobę choć jednej osoby - czy nie będę temu
współwinna?
Co radzicie?
Myślę o napisaniu do Izby Lekarskiej. Na razie mam przed sobą Kodeks
Etyki Lekarskiej i zakreślone w kółeczko punkty, które ów pan złamał
(że nie wspomnę o zwyczajnym chamstwie, które prezentuje jako
człowiek).
Po co mi to?

I na co