himilke
11.11.08, 16:17
Rozmyslam bardzo nad ksiazka C.S.Lewisa "Surprised by Joy" opisujaca jego
zycie i nawrocenie. Jak wiadomo przez wiekszosc swego doroslego zycia uczony
byl ateista, choc caly czas poszukiwal czegos, co nazywa "radoscia". Przyznam,
ze duzo spodziewalam sie po tej opowiesci o poszukiwaniu i czekalam bardzo na
moment finalny, na wyjasnienie jak wlasciwie Lewis stal sie chrzescijaninem,
jakie argumenty przekonaly go do chrzescijanstwa. Przed samym nawroceniem byl
teista, wierzyl w egzystencje sil wyzszych, ale nie byl religijny. Natomiast
pisarz opowiada jedynie, ze pewnego dnia pojechal na wycieczke do zoo, kiedy
wyjezdzal rano nie byl wcale religijny,dzien ten nie uplynal mu bynajmniej na
szczegolnej refleksji...i nagle w autobusie po prostu uwierzyl, ze Jezus jest
synem Boga i stal sie chrzescijaninem.Porownuje to uczucie do uczucia kogos,
kto po dlugim lezeniu w lozku nagle zdaje sobie sprawe z tego, ze juz nie spi.
I tyle.
Czy zatem wiara jest darem? (przyznam, ze nie wiem co na ten temat glosza
koscioly).Powiedzmy, ze wiele osob wynosi wlasna wiare z domu rodzinnego, wiec
nie musi szczegolnie niczego poszukiwac. Czesciej tez zdarza sie raczej, ze
wiare traca osoby wychowane w religijnych domach, niz, ze nagle zaczynaja
wierzyc niewierzacy.Jesli wiara tak nagle schodzi na czlowieka, to przeciez
nie zalezy od jego woli.A czy jesli ktos jest niewierzacy, to jest to jego "wina"?