Słabizna...

31.12.08, 17:40
Nauczycielka mojej córki zwykła tak określać wysiłki uczniów przy
tablicy... mało tego, uczniów też tak czasem określa.
Dajczer :
"Talentem jest nie tylko otrzymanie czegoś, ale i brak czegoś. W
świetle wiary talentem jest na przykład zdrowie, które masz, ale i
to, że chorujesz, też jest talentem. Jezus w każdym przypadku stawia
ci pytanie : co robisz z tym talentem ? Talentem na przykład jest
to, że nie potrafisz się modlić, a ty uważasz, że to nieszczęście.
Ważne jest, co robisz z tą nieumiejętnością modlenia się. Może
zakopałeś ten talent i mówisz sobie : no to nie będę się modlił. A
przecież z niego można tak wiele wykrzesać, nieumiejętność modlitwy
powinna pogłębiać w tobie głód Boga, a tym samym stać się środkiem
twojego uświęcenia. Podobnie gdy masz problemy domowe, kiedy rodzina
jest skłócona- to też twój talent i dana ci od Boga szansa. Co z
nimi robisz ? Jeżeli załamujesz się i znachęcasz, to zakopujesz go w
ziemi. Człowiek wiary nie może nie dostrzegać głębszego sensu
własnych doświadczeń, przy czym samo poszukiwanie sensu jest jakimś
obracaniem talentem. Jeżeli przeżywasz lęk, np. boisz się
cierpienia, śmierci , to też twoja szansa. (...)
Talenty dzielą się na mniej i bardziej cenne. Jeżeli ci coś
wychodzi, udało ci się - to na pewno talent, ale jeśli ci coś nie
wychodzi - to drogocenniejszy dar.
Niepowodzenia to bezcenne skarby dane ci w życiu, właśnie
niepowodzenia."

Tak po ludzku to życzę i Wam i sobie dobrych chwil, zwycięstw,
powodzenia.A czy wykorzystujecie niepowodzenia ? jak talenty ? na
równi z nimi ?
    • mamalgosia Re: Słabizna... 31.12.08, 18:50
      Nie wiem, jak wykorzystuję, ale powiem szczerze, że w ten zasmarkany
      (dosłownie) wieczór jakoś myślenie mi wysiada.
      Natomiast o słabiźnie to już drugi dzień wałkuję.
      Wczoraj była u mnie Przyjaciółka. Dręczy ją to, w jaki sposób myśli
      o pewnej kolezance z pracy, jak ona ją denerwuje, jaką ma blokadę,
      jakie urazy... jakie to płytkie i małe, ale jak uwiera. Poczucie
      winy, że tak to jest, a jakoś inaczej być nie potrafi - a im większe
      starania, tym opór materii większy i kac też rosnie.
      I ja mam osobę, o której nie potrafię myśleć dobrze. Odganiam więc
      wszelkie myśli, które się pojawiają - bo wiem, że przekuć ich na
      dobre nie umiem, więc lepiej w ogóle nie myśleć (no: nie myśleć: ale
      jak?).
      A więc nie umiemy inaczej?
      Doszłyśmy z Przyjaciółką do wniosku, że niszowe jesteśmy. Bo jest
      całe mnóstwo osób (i nawet artykuł psychologiczny o tym czytałam),
      które takimi myślami się nie przejmują. Mamy do nich prawo, mamy
      prawo nie lubić, to ludzkie, nie można się czymś takim dręczyć, a
      wszystkich lubić się nie da... Nawet takie emocje są dobre, dobrze
      jeśli to nam pomaga się odreagowac, to możemy nawet w myślach życzyć
      im połamania nóg, skoro nasze psyche tego potrzebuje...A z drugiej
      strony pewnie całe mnóstwo osób, które w ogóle takich myśli nie
      mają, wybaczają, kochają nawet nieprzyjaciół swoich (no tak,
      przecież nie wiedzą co czyniąsmile)...
      A tu ani jedno ani drugie. No i niepokój.
      Miodem na moje serce była dzisiejsze spotkanie z pewną siostrą
      zakonną, bliską mi bardzo. Właściwie to nie wiem, jak zeszło na
      temat wspólnoty. No i te siostry - te, które przecież codziennie się
      modlą godzinami, które w Bogu z Bogiem i dla Boga, tez są pełne tych
      złośliwości, zazdrostek, potknięć, urazów...
      Jakoś mi raźniej, że nie tylko ja taka słaba i beznadziejna jestemsmile
      • mader1 Re: Słabizna... 01.01.09, 15:53
        No i te siostry - te, które przecież codziennie się
        > modlą godzinami, które w Bogu z Bogiem i dla Boga, tez są pełne
        tych
        > złośliwości, zazdrostek, potknięć, urazów...
        > Jakoś mi raźniej, że nie tylko ja taka słaba i beznadziejna
        jestemsmile

        Myślisz, że to dobre wykorzystanie talentu ? Pociesznie kogoś swoimi
        niedoskonałościami ?

        Modlę się za osoby, ktorych nie lubię czy zrobiły mi krzywdę.
    • sion2 Re: Słabizna... 31.12.08, 20:37
      Cała jestem slabizną... ciekawe że wlasnie ogarnely mnie mysli że
      nie dam rady dalej, w kontekscie tego ze wlasnie jakos sie zaczely
      wyjasniac sprawy zdrowotne i byc moze 2 stycznia sie dowiem czy juz
      dopuszcza mnie do operacji kolana, ktora miala byc we wrzesniu,
      wlasnie teraz gdy jest troche lepiej to na mysl o operacji i
      wszystkim co sie z nia wiąże czuje ze juz nie moge, nie dam rady
      dluzej i wiecej, znowu oslabienie, znowu lezenie itd... wchodze na
      forum a tu taki wątek i cytat z tworczosci czlowieka ktorego znam
      osobiscie...

      jestem formowana duchowo wedlug duchowosci ujetej w tej ksiazce wiec
      jakos mam tak we krwi i pamieci oddawanie wszystkich klęsk,
      trudnosci i niemocy szczegolnie Bogu, ale... co innego powtarzac
      akty a co innego rzeczywiscie wewnetrznie sie z nimi zgadzac na
      100%... to trudniejsze i bede sie tego uczyla cale zycie

      bo nam sie zawsze bedzie wydawac ze Bog oczekuje sukcesow i
      zwyciestw a przeciez autorem tych prawdziwych jest On sam a nie my...
      wlasnie czeka na chwile slabosci bo moga przyzywac Jego mocy...
      czlowiek mocny wcale Go nie potrzebuje

      tez mam taka osobe o ktorej nie potrafie myslec dobrze... prosze
      zawsze gdy ogarniaja mnie zle mysli, prosze Jezusa zeby te osobe tak
      bardzo blogoslawil jak mocne zle emocje mna targaja... i im wiecej
      zlych mysli mam o tej osobie tym wiecej sie za nia modle...

      dzieki Mader za przypomnienie...
      • mama_kasia Re: Słabizna... 31.12.08, 21:24
        Kasiu, dasz radę, z Bogiem dasz radę. ...Wesprzemy modlitwą.
      • mamalgosia Re: Słabizna... 01.01.09, 11:28
        sion2 napisała:



        > bo nam sie zawsze bedzie wydawac ze Bog oczekuje sukcesow i
        > zwyciestw a przeciez autorem tych prawdziwych jest On sam a nie
        my...
        > wlasnie czeka na chwile slabosci bo moga przyzywac Jego mocy...
        > czlowiek mocny wcale Go nie potrzebuje
        A ja mam coś przeciwnego. Tzn nigdy nie czułam się na tyle mocna,
        żeby nie potrzebowac Boga czy nawet ludzi. Raczej jestem z tych
        słabizn totalnych. Moje odchodzenie od Boga raczej jest spowodowane
        wyczerpaniem, że znowu kolejny cios, że znowu, że znowu. I to, że
        czy z Nim, czy z dala od Niego - mam wrażenie, że jednakowo cieżko.
        I moja postawa nie jest taka "dam sobie radę bez Ciebie", tylko
        raczej "nie dam rady z Tobą czy bez".
        Czasem odchodzenie ma inną genezę (np. czyjeś mocno oddziałujące złe
        świadectwo), ale najczęściej jest to cierpienie, którego nie
        potrafię unieść.

        >
        > tez mam taka osobe o ktorej nie potrafie myslec dobrze... prosze
        > zawsze gdy ogarniaja mnie zle mysli, prosze Jezusa zeby te osobe
        tak
        > bardzo blogoslawil jak mocne zle emocje mna targaja...
        No, jest to dobra myślsmile Poznamy te osoby po wykwintnych strojach,
        pałacach, służących, limuzynach i wojażach zagranicznychsmile


        >
        >
        >
        >
      • mader1 Re: Słabizna... 01.01.09, 15:36
        sięgnęłam ostatnio po " Rozważania o wierze" i przyznam, że o
        myślałam o Tobie, bo pamiętałam, że wspominałaś kiedyś o Ruchu
        Rodzin Nazaretańskich i jak wielką odgrywa rolę w Twoim zyciu (
        myślałam też o sobie czytając kolejne słowa - gwoli szczerości)
        Jakoś te Przypadki nam się zdarzają z woli Boga, to dobrze...
        Wiem, że rzeczywistość może wydawać się tak nierzeczywista, że
        trudno... trudno to udźwignąć. Trudno uwierzyć, że to się wszystko
        zdarza.Przytulam Cię Kasiu i mogę otulić modlitwą, skoro już
        opuściły Cię siły...
        Dajczer " Jeżeli będzie ci źle i trudno, a On będzie milczał,
        pamiętaj, że to milczenie jest tylko inną formą Jego słowa, a Jego
        nieobecność tylko inną formą ogarniającej cię nieustannie Obecności.
        Milczenie czy nieobecność Jezusa są zawsze tylko pozorne. Powiedział
        przecież do św. Teres z Avila " Kiedy ci się wydawało, że jesteś
        sama, byłem najbliżej Ciebie. Włąśnie wtedy, kiedy czujesz się
        bardzo samotny, jest ci bardzo trudno, gdy przeżywasz jakieś
        ogołocenie, On jest najbliżej ciebie"
        • isma Re: Słabizna... 01.01.09, 15:50
          No ale bo to wlasnie wynika z tego, ze skoro czlowiek jest jedynym ziemskim
          stworzeniem, ktorej Pan Bog chcial DLA NIEGO SAMEGO, to... tak naprawde nie jest
          najwazniejsze to, co sie robi. To, ze sie "dziala" (najlepiej jeszcze "z
          powodzeniem"!). Ze sie pracowicie zbiera do swojego skarbca to, czego sie na
          ziemi "dokonalo" i czym sie "zasluzylo".

          Wazne jest to, ze sie jest. Jedynym. Niepowtarzalnym.
          Ze mozna stawac sie dla kogos darem, samemu aktywnie nie dajac. I mozna dary
          przyjmowac.
          Ze nawet jesli sie nie ma sil i mozliwosci, zeby kochac - to zawsze mozna byc
          kochanym smile)).
          • mader1 Re: Słabizna... 01.01.09, 16:03
            widzisz, jak dobrze, że JESTEŚ ? smile
            • isma Re: Słabizna... 01.01.09, 16:28
              A, na poziomie bazowym (fundamentalnym?), to pewnie, ze tak.

              Jakkolwiek czlowiek, jak juz sobie uswiadomi, ze podstawowa wartoscia
              jest to, ze jest - jednak, o ile nie jest stawiany przed koniecznoscia, ale ma
              wybor, to nastepnie sobie stawia pytanie "jak". "Jak" to swoje "bycie" ma
              ksztaltowac.

              I paradoksalnie, im wieksza przestrzen wolnych wyborow tego mozliwego "jak", tym
              wieksza zagwozdka wink)).
    • mader1 Re: Słabizna... i Miłosierna Opatrzność 01.01.09, 15:50
      Wiecie co ? Jakoś statnio nie potrafię gadać od siebie( to chwilowe,
      chwilowe niestety, bo mam wrażenie, że mniej pisać i mówić powinnam
      zdecydowanie wink))), ale już ostatni raz zacytuję :

      "Jeżeli odwracasz się ku przeszłości czy ku przyszłości, nie żyjesz
      chwilą obecną, tracisz łaski chwili, jakich On ci wtedy pragnie
      udzielać.

      Można to sobie wyobrazić w postaci pewnego fikcyjnego obrazu, jakby
      pewnej przypowieści : Oto stoisz przy przystanku małej kolejki i
      przed tobą przejeżdża nieustannie pociąg z małymi wagonikami, a ty
      masz załądować na przejeżdżajace wagoniki leżące koło ciebie
      pakunki. Może być jednak tak, że zaczynasz oglądać się za
      wagoniakmi,które odeszły, i wtedy z przerażeniem spostrzegasz, że
      tyle wagoników zostało niezałądowanych, a potem patrzysz znowu na
      te, tóre nadjeżdżają, i znów przerażasz się, że tyle jeszcze
      wagoników zostało do załadowania. Tymczasem zaś kolejny wagonik
      przejechał niezaładowany.

      Nękające Cię niepokoje dotyczące przeszłosci czy przyszłości to też
      próba wiary. Bg oczekuje, że wszystko to włożysz w Jego ręce, byś
      tym bardziej mógł oddać się Jemu i Jemu całkowicie zawierzyć."
      • isma O cytowaniu 01.01.09, 15:57
        mader1 napisała:

        > Wiecie co ? Jakoś statnio nie potrafię gadać od siebie

        Mnie sie bardzo podoba takie swiezo przeczytane okreslenie, ze wspolna lektura
        cudzych mysli jest "zawiazywaniem przymierzy przeciw bezsensowi":

        tygodnik.onet.pl/37,0,19125,zycie_na_miare_literatury,artykul.html
        Ja lubie, jak sie zwieksza ta przestrzen komuni-kujacych sie. Jak slowa sa sie
        nie tylko wyrazem przekonan "ja" (w ostatecznym horyzoncie zatem dzialalnoscia
        dosyc bezsensowna, bo po co mowic, skoro nie wiadomo czy choc ktos jeden
        zrozumie), ale staja sie wspolne. Jak sa znakiem wiezi. Bodaj miedzy tym, kto
        cos napisal, a mna, przyjmujaca te slowa za wyrazajace to, co i ja mysle.
      • mamalgosia ha! 01.01.09, 18:04
        to już wiem od 20 co najmniej lat. I nadal nie umiem żyć "tu i teraz"
    • sion2 Re: Słabizna... 01.01.09, 16:07
      Dziekuje wszystkim za modlitwe i slowa wsparcia, jestem etatowa
      formuwoą użalaczką sad ale jednoczesnie chowam głeboko wstyd jesli
      wiem ze moge liczyc na modlitwę. Nie mam intencji sie uzalania ale
      niestety albo i "stety" moje doswiadczenie Boga odbywa sie od
      jakiegos czasu prawie wylacznie przez cierpienie i w nim.

      To co napisala Isma, choc nie do mnie, jest slowem ktore kieruje do
      mnie szczegolnie Bog - zebym odkrywala prawdziwa swoja wartosc a nie
      pozorna. A ja wczoraj o polnocy znowu w mysli pt "no musze sie
      bardziej postarac zeby znalezc prace" "gdybym wiecej sie starala juz
      bym cos osiagnela w zyciu a nie same choroby" itd itd A Bog ciagle
      daje mi dowody ze troszczy sie o mnie i naprawde znalezenie
      odpowiedniej pracy nie przekracza Jego boskich mozliwosci... tylko
      ze tu i teraz nie o to Mu chodzi... Tak bardzo NIE O TO abym po
      ludzku sie stala uzyteczna i "normalna" ze od wrzesnia kiedy to
      przestalam cokolwiek zarabiac, dwa razy calkowicie bez moich staran
      i prosby otrzymalam pomoc finansowa od kogos ze wspolnoty zza
      granicy ktora pokryla wszystkie wydatki zwiazane z leczeniem i
      badaniami. Drugi raz Bog dal pieniadze nawet PRZED kolejnym
      pogorszeniem a ja sie dziwilam po co smile. Jednak nie potrafie zmienic
      mentalnosci swojej gdzies tam gleboko ukrytej ze jestem pasozytem i
      powinnam "wziac sie w garsc". I tak sobie z Panem Bogiem
      dyskutujemy... To pomodlcie sie jeszcze za moje relacje z matka,
      ktore gorsze byc nie moga juz sad. I ja sie modle sie tez w wielu
      forumowych intencjach, nie myslcie sobie wink.
      • isma Re: Słabizna... 01.01.09, 16:21
        Alez Sionku, to jest dla Ciebie tez!

        Ja juz tu kiedys o tym pisalam - mamy takiego przyjaciela chirurga, ktoremu
        mocno przedwczesnie odmowily posluszenstwa rece. I to byla katastrofa nawet nie
        na poziomie dorazno-bytowym, tylko mentalnym: "jestem juz do niczego".

        A nieprawda.

        Bo gdyby tak bylo, to o ilez bardziej "do niczego" by bylo umierajace po kilku
        godzinach czy dniach zycia dziecko z wada letalna? Ktore przeciez z natury
        rzeczy niczego nie "zdzialalo"?

        Czlowiek jest po to, zeby byc darem dla drugiego. Chocby "tylko" przez to, ze
        jest. Kazdy.
        No, sciskam.
        • mamalgosia Re: Słabizna... 01.01.09, 17:54
          Wierzymy, że Bóg chce nas dla nas samych i nic więcej nie trzeba.
          Ale tak to już jest, że chcemy - mniej lub bardziej - żeby i ludzie
          nas chcieli
      • verdana Re: Słabizna... 01.01.09, 22:50
        Nie ja Ci to powinnam pisać, sama powinnas wiedzieć.
        Nie mozna, naprawde nie można oceniac ludzi po tym, czy potrafia
        zarabiać, czy mają tzw "pracę"!!! Zarabianie jest owszem, życiowo
        istotne, może i przyjemne, ale nie ma nic wspólnego z wartoscia
        życia. Często, niestety, przeciwnie - zarabiając bardzo dużo,
        poświecając się jedynie pracy, przestaje sie dostrzegac to, ze nie
        powinno być to celem zycia.
        A osiągnięcia? Cholera (przepraszam...), ale naprawde mnie trzesie,
        jak osiagnięciem jest zarabianie, a rzekomym brakiem osiagnięć pomoc
        zaniedbanym dzieciom. Pasożytowanie, dobre sobie...
        Człowiek jest użyteczny, o ile jest wazny dla kogoś, robi cos
        dobrego, a nie w przeliczeniu na pieniądze. I jesli ktos może o
        sobie powiedzec, ze jest uzyteczny - to na 100% wlasnie Ty.
        • verdana To do Sion oczywiście było 01.01.09, 22:51

          • mamalgosia Re: To do Sion oczywiście było 02.01.09, 09:53
            Myśmy już chyba w innym, powakacyjnym jakimś wątku to wałkowali - my
            to WIEMY, że człowieka nie mierzy się wartością użyteczności,
            zarabiania, przydatności. Wiemy!
            Ale - po pierwsze - czasem inni dają nam odczuć co innego (a gdy są
            to osoby bliskie, z którymi mieszkamy na przykład - to bardzo boli i
            bardzo przeszkadza).
            A po drugie - gdy sytacja taka trwa dłużej, człowiek sam zaczyna
            czuć się z tym źle. Piszę o sobie - bo na moje leczenie wszelkiego
            rodzaju - poszło bardzo dużo pieniędzy, a nie wiadomo, co jeszcze
            przed nami. I nawet gdy nikt nie wytknie, nie spojrzy znacząco i
            nawet naprawdę nie ma pretensji - to nie jest z tym dobrze.

            I wszystko będzie prawdą - że tak nie można, że tak nie jest... Ale
            dla zdrowia psychicznego dobrze jest czuć się potrzebnym. I dobrze
            jest nie być zależnym od innych

            • sion2 Re: To do Sion oczywiście było 02.01.09, 13:28
              Mysle tak jak Verdana i tak jak Mamalgosia. Ja innych ludzi nie
              wartosciuje wedlug tego ile zarabiaja i co osiagneli. W ogole. A
              jednoczesnie trudno mi o samej sobie myslec ze spokojem że jestem w
              porzadku i jak zauwazyla Mamalgosia mieszkam z osoba ktora dzien i
              noc wypomina mi moja nieprzydatnosc zyciowa i ile ją kosztuje. Nie
              pytajcie jak matka moze wlasnemu dziecku... bo sama nie wiem jak
              moze. I wiem ze nie powinnam sie oburzac i bulwersowac w kolko ale
              po prostu ją kochac, moja mama jest moim najwiekszym zyciowym
              zadaniem.
              idzie mi łatwo pomaganie innym tylko swojego zycia nie potrafie
              zmienic na to "lepsze" wedlug swieckich standardow

              no, ale sie dowiedzialam ze jesli nie bedzie bakterii w wymazach,
              kardiolog pozwoli i nie bedzie potrzeby sterydow w najblizym czasie
              to w polowie lutego operacja sie odbedzie
              tylko ze juz lekarz zapowiedzial iz w obecnym stanie i z powodu
              przekladania zabiegu tak dlugo bede za jakis czas potrzebowac piatej
              operacji - cudownie smile. bo teraz naprawia tylko troche ale tak musi
              byc niestety, w sumie ma mi wyjsc na dobre.
              • mamalgosia Re: To do Sion oczywiście było 02.01.09, 13:42
                sion2 napisała:


                > I wiem ze nie powinnam sie oburzac i bulwersowac w kolko ale
                > po prostu ją kochac, moja mama jest moim najwiekszym zyciowym
                > zadaniem.
                Tak, sion. No i dobrze - Ty powinnaś ją kochać i jakoś sobie radzić
                z tym problemem - ale nawet jeśli Ci się to uda (a pewnie nie, bo to
                codzienne schodki), to problemu samego w sobei to nie rozwiąże.
                Parę dni temu obraziłą mnie moja szwagierka (i bez tego jej nie
                lubiłam, ale teraz to juz przechlapane). Zdenerwowałam się,
                zasmuciłam też... no przykro. Ale łatwo mi zapomnieć, nawet
                wybaczyć - bo się widuję z nią zradko (a od tej pory będą to
                spotkania jaszcze rzadsze), bo tak po,prawdzie to mi zwisa i powiewa
                co ona myśli czy mówi, bo nie jestem w żaden sposób od neij zależna.
                No i jeszcze nie miała racji

    • mama_kasia Re: Słabizna... 01.01.09, 23:16
      Pięknie tutaj piszecie smile
    • mamalgosia niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 10:00
      Poniżej ciekawe słowa. Zgadzacie się z nimi, czy nie?
      Bo ja nie do końca. Bo dostrzegać własną słabość należy.
      Ale czy niepokojąca jest niechęć do tej słabości?

      "Słyszałam o pewnej starszej pani, która świadomie nigdy nie
      odmawiała modlitwy o wybawienie od nagłej i niespodziewanej śmierci.
      Bała się chyba bólu, chciała umrzeć szybko, najlepiej zasnąć i się
      nie obudzić. W sumie nie dziwię się jej. Kto miałby ochotę cierpieć?
      Jest w nas ogromne pragnienie szczęścia, zdrowia, pomyślnego życia.
      Czy nie tego życzymy sobie nawzajem z różnych okazji?


      Niechęć do przyjęcia swojej słabości


      Może nawet wydaje się nam, że się to nam należy, że to
      obowiązkiem „losu”, Opatrzności czy innej siły, którą uznajemy za
      kierującą naszym życiem, jest zapewnienie nam tych dóbr. A gdy z
      jakiegoś powodu, nie z naszej winy, czegoś brak, o, wówczas wołamy
      głośno, jaka nam się wielka krzywda dzieje, jaka spotkała nas
      niesprawiedliwość. Są ludzie, którym naprawdę jest ciężko. Czasem aż
      trudno uwierzyć, że jednemu człowiekowi mogło się przytrafić tyle
      nieszczęść jedno po drugim: utrata pracy, najbliższej osoby i ciężka
      choroba. Jak w takiej sytuacji nie zwątpić w Bożą dobroć i
      wszechmoc? Jak nie wpaść w rozpacz? Nie wiem. Nie ma prostych
      recept. Na pewno wymaga to wielkiego wysiłku; jakiego, wie ten, kto
      sam to przeżył. Mam chyba za małe doświadczenie życiowe, żeby się
      wypowiadać na ten temat. Każdy, kto opiekował się osobą terminalnie
      chorą, powiedziałby więcej.

      Widzę jednak w tym wszystkim jedną rzecz, która mnie niepokoi. To
      niechęć do przyjęcia własnej słabości. Może się ona przejawiać nawet
      w drobiazgach. Na przykład, gdy się złoszczę, że nie umiem zrobić
      prostej rzeczy, że znowu zakalec, że samochód krzywo zaparkowany. Że
      nie potrafię szybciej iść, dostaję zadyszki przy wchodzeniu na
      drugie piętro, nie umiem wydajniej pracować, pisać wybitnych
      artykułów. Taka czy inna dolegliwość fizyczna mnie nęka, popadam w
      te same grzechy. Jestem po prostu słaba. A trzeba być silnym,
      kreatywnym, zawsze gotowym na każde wyzwanie. Tak więc odrzucam moją
      słabość, to niechciana towarzyszka życia. Nie zgadzam się na jej
      obecność, na ograniczanie moich możliwości. Nie chcę cierpieć ani
      być zależna od innych. Mam przecież prawo do dobrego życia. Co tam
      dobrego, do fantastycznego życia. I takiej samej śmierci. Eutanazja.
      Czyli dobra śmierć. Przecież mam do niej prawo, czyż nie?…

      Jak to jest umierać powoli? Co się czuje, wiedząc, że nie ma już
      szans na poprawę? Zależność od innych może być upokarzająca. Może
      towarzyszy jej lęk, że bliscy mają już chorego dość. Nieustanny ból
      wyczerpuje do granic. I ta samotność. Świadomość, że ostatecznie
      człowiek wobec siebie i swojego cierpienia jest sam, że sam musi się
      z nim zmierzyć. A chciałby jeszcze tyle zrobić. Liczy się przecież
      to, czego uda mi się dokonać. Czy ktoś mnie rozumie?"
      • kudyn Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 13:13
        Pragnienie szczęścia, zdrowia, godziwego życia jest dla mnie czymś normalnym,
        jak tego pragnienia brak to w moim przekonaniu jest coś nie tak. Ale jeżeli tego
        brakuje, to nie dowód jeszcze, że mi się krzywda dzieje. „Umiem cierpieć biedę,
        umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być
        sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym,
        który mnie umacnia”. Kluczem dla mnie jest szukanie Bożej woli. Obecność
        słabości trzeba zaakceptować, taka nasza ludzka kondycja. Ale czy to jest
        równoznaczne z pogodzenie się to nie wiem.
        Dam przykład choroby. Czasem choroba ma głęboki sens, ale się zastanawiam, ile
        chorób by nie było, gdyby chrześcijanie mieli większą wiarę i się więcej
        modlili. Nie raz się zastanawiam, co znaczą takie słowa: „Kto bowiem spożywa i
        pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije. Dlatego to
        właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło. Jeżeli zaś sami
        siebie osądzimy, nie będziemy sądzeni”.
        „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą
        wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co
        zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci
        odzyskają zdrowie”. Kiedyś na rekolekcjach o. Jarosz, już tutaj kiedyś cytowany,
        pytał czy to błąd w tekście, czy może z naszą wiarą jest coś nie tak.
        W KK akcentuje się cierpienie, w protestanckich grupach przebudzeniowych
        akcentuje się uzdrowienie. Ja myślę, że ani jednego, ani drugiego nie może
        zabraknąć. Potrzeba rozeznania do czego ta choroba, słabość czy brak zmierza.
        • mamalgosia Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 13:23
          Ale myślę, że nie do końca o to w tym chodzi. Tzn Ty mówisz o
          akceptacji cierpienia, a ja raczej mam na myśli słabość. Ona
          niekoniecznie musi być związana z cierpieniem i odwrtonie: nie każde
          cierpienie wiąże się z tą zależnością od innych, własną niemocą itp.
          Obawiam się, że chyba nie potrafię rozmawiać o tym na forum - nie
          potrafię sprecyzować myśli i ująć ich w słowa.
          Ktoś może mieć np słabą wolę. Powiedzmy, że jest otyły, nie ma
          zaburzeń hormonalnych - no i powienien ograniczyć jedzenie. A nie
          potrafi. Jest słaby, codziennie zamiast mniej jeść, napycha się
          jeszcze bardziej, codzinnie postanawia, ż eod jutra basta... I coraz
          mniej siebie akceptuje - siebie z tą słabością właśnei, z tym że nie
          potrafi takiej - obiektywnie patrząc - drobnej sprawie dać rady itp.
          Nie wiem, czy wybrałam dobry przykład
          • kudyn Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 14:27
            O. Salij kiedyś mówił, a ja się z tym zgadzam, że nie ma czegoś takiego jak
            słaba wola, jest wola i słaba motywacja.
            • mamalgosia Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 14:32
              No to ja się z o. Salijem nie zgadzam.
          • kudyn Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 02.01.09, 14:38
            Myślę nie tylko o chorobie, cierpieniu, bardziej myślę o chrześcijaństwie
            pozbawionym mocy.
            A 1 Kor 11,30 który cytowałem dosłownie można przetłumaczyć: Przez to w was
            wielu nie mających siły.
          • verdana Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 03.01.09, 20:03
            A dlaczego ma akceptować? W takim wypadku zaakceptowanie własnej
            slabosci mnie wydaje sie własnie słaboscią. Zbyt łatwo w ten sposob
            wiele sobie wybaczać, zamiast się starać, by bylo lepiej. Moge i
            powinnam np. zaakceptowac bardzo niski wzrost i polubić go - bo to
            slabość z ktora nic zrobić nie mogę, podobnie wiek, czy bardzo słaba
            koordynacja ruchów. Ale akceptowac i polubić wady?
            • mamalgosia Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 03.01.09, 20:52
              dokładnei tak samo myślę
            • sion2 Re: niechęć do przyjęcia własnej słabości 04.01.09, 12:51
              Chrzescijanska akceptacja slabosci nie jest zgadzaniem sie na wlasne
              grzechy, wady i zle postepowanie "a bo jakim mnie stworzyles Boże,
              takim mnie masz" " Bóg jest dobry i zawsze mnie kocha wiec wszystko
              ok" - taka postawa wrecz ma swoja nazwe jako herezja potepiona przez
              Kosciol i nazywa sie kwietyzmem (tak w wielkim skrocie bo sama
              herezja jeszcze o inne sprawy zahacza).
              Chrzescijanin powinien akceptowac wlasna slabosc to znaczy powinien
              kierowac sie w zyciu opieraniem sie na Bogu, Jego mocy i dzialaniu a
              coraz mniej akcentowac wlasne dzialanie. Nie polega to na
              zaprzestawaniu jakiejkolwiek pracy nad soba ale wrecz przeciwnie
              tylko nie z nastawieniem budowania doskonalosci i zdobywania cnot
              gdyz z takiej pracy nad soba bierze sie pycha, uwazanie sie za kogos
              lepszego niz ci co nie poprawiaja sie, dążenie do zaslugiwania na
              Bożą milosc i gromadzenie sobie wydumanych zaslug. Cale nawrocenie w
              zasadzie polega na tym aby bardzo gleboko przezyc i przyjac prawde
              ze jestem grzesznikiem i zostane nim do konca zycia a tylko
              otwieranie sie na łaske Boza i dzialanie Boga we mnie ale NIE BEZE
              MNIE bedzie powodowalo wzrost milosci blizniego, pokory i wszlekich
              cnót.
              Czlowiek swiecki wierzy ze sam musi sobie ze wszystkim poradzic,
              czlowiek wierzacy ma za zadanie pozwolic Bogu sie przemieniac. A to
              wcale nie oznacza braku dzialania i starania sie - czego dowodem są
              świeci, z reguly najwieksi dzialacze i milosnicy blizniego w calym
              swoim srodowisku. A jednoczesnie uwazajacy sie za najwiekszych
              grzesznikow. Taki paradoks.
              Chcialam tym wpisem tylko wyjasnic ze akceptacja slabosci w
              chrzescijanstwie polega na oparciu sie na nich jak na punkcie
              wyjscia do nawrocenia "nie moge sobie poradzic SAM z obzarstwem
              Boże, wiec proszę pomóż mi, Ty sam we mnie dzialaj, Ty bądz moja
              mocą" - i podejmmowanie w dalszym ciagu wyrzeczen ale z innym
              nastawieniem. nie z przekonaniem ze sam zwycieze i bez załamywania
              sie po kolejnej klęsce. Bo przewaznie Bog daje zwyciestwo nagle i
              calkowite ale po latach walki. Aby nikt nie mial złudzen od kogo ono
              pochodzi.
    • mader1 Słabizny, silni i mocny lęk 02.04.09, 09:45
      Dajczer jeszcze raz dla wszystkich, którzy przeżywają lęk

      Podobnie gdy masz problemy domowe, kiedy rodzina
      > jest skłócona- to też twój talent i dana ci od Boga szansa. Co z
      > nimi robisz ? Jeżeli załamujesz się i znachęcasz, to zakopujesz go w
      > ziemi. Człowiek wiary nie może nie dostrzegać głębszego sensu
      > własnych doświadczeń, przy czym samo poszukiwanie sensu jest jakimś
      > obracaniem talentem. Jeżeli przeżywasz lęk, np. boisz się
      > cierpienia, śmierci , to też twoja szansa

      Wczoraj rozmawiałam o tym z moją Średnią, która, jak to przed testem, bała
      się... bała się, co będzie, gdy nawali, co będzie, gdy nie będzie mogła się
      skupić, co będzie gdy nie zrozumie albo gdy nie będzie znała odpowiedzi... A
      silna jest. Mądra jest.
      Wiem, że uwielbia konie... Powiedziałam jej, że lęk tez może jej służyć, gdy go
      okiełzna... Okiełzna. Prosiłam, żeby wyobraziła sobie trochę narowistego,
      czarnego, lśniącego konia. Nieufnego. Konie to nie kotki. To nie są mruczące
      zwierzątka... Widać , gdy są nieufne. Skóra im drży. Ruszają się tak
      niespokojnie... Ale do nich też można podejść. Wyciągnąć rękę, na otwartej dłoni
      coś podać... spróbować dotknąć... Najpierw odruchowo cofają pysk, potem jednak
      pozwalają się pogłaskać... Rozpogodziła się. Trochę wie, jak to jest z końmi. I
      wie, że trzeba się ich trochę obawiać, choć można sobie z nimi poradzić...
      Potem szukałam odpowiedniej przenośni do obłaskawienia mojego lęku.
      Jakoś opuściła mnie wyobraźnia wink)))) Nie znam się na koniach, ale może pora
      zacząć je głaskać....
      • atama Re: Słabizny, silni i mocny lęk 02.04.09, 12:00
        Jak pięknie tu piszecie! Nie wiem jak to się stało, że ominęłam ten
        wątek wcześniej. Ale wtedy może jeszcze inaczej bym go odczytała...
        Akurat wczoraj z mężem rozmawialiśmy, że w zasadzie kryzys i
        wszystko trudne, co na nas przyszło w tym czasie... no służy nam smile
        Ciężko jest, ale warunki do wzrostu jakieś takie lepsze smile
        A tu teraz się okazuje, że to wszystko trudne, to nasze talenty!
        Bardzo mi się to podoba. Nawet polubić można te trudne talenty
        swoje smile)

        Mader, przepiękna Twoja metafora z koniem. Muszę zapamiętać ten
        obraz... Dziękuję! smile
      • mamalgosia Re: Słabizny, silni i mocny lęk 02.04.09, 19:49
        Jak jej poszło?

        Wiem, że na wyniki czeka się wieki całe, ale tak na wyczucie?
        • mader1 Re: Słabizny, silni i mocny lęk 02.04.09, 20:56
          chyba dobrze, bo jest zadowolona smilePodobał jej się temat wypracowania - o
          przyjaźni człowieka ze zwierzęciem - jak zrozumiałam. Wzory na pole też
          pamiętała smile Zapanowała nad lękiem smile
Inne wątki na temat:
Pełna wersja