mamalgosia
02.01.09, 15:34
Często osoby wrogie Kościołowi mówią, że co tam ksiądz może się
wypowiadać o życiu w rodzinie/wychowywaniu
dzieci/aborcji/antykoncepcji... skoro zupełnie go to nie dotyczy, w
rodzinie ani w małżeństwie nie żyje itd.
Zawsze się buntuję przeciwko takim słowom, mówię o tej słynnej
cholerze, na którą chorowac nie trzeba by ją leczyć, mówię o mojej
bezdzietnej koleżance, która nie raz mi pomogła w moich problemach z
dziećmi... Nie trzeba praktykować danej części wiedzy by mieć o niej
pojęcie. Ginekolog-położnik zna się na przebiegu porodu sto razy
lepiej niż ja - a nigdy nie rodził.
No ale właśnie: znać się na czymś trzeba chcieć. Czyli: można być
świetnym teoretykiem nie będąc praktykiem - pod warunkiem, że się
jednak jakąś teorię posiadło.
Do jednej z moich koleżanek przyszedł ksiądz po kolędzie i zapytał
ją - na widok jej dziecka, które trzymała na kolanach - "to synek,
czy wnuczek?". Kolezanka ma 35 lat, wygląda może nie najmłodziej, no
ale bez przesady - nie na babcię (tak, wiem, że możliwym jest bycie
babcią w wieku 30 lat...), zresztą - nawet jeśli wątpił, to mógł to
zachowac dla siebie. Inny ksiądz (też po kolędzie) patrząc na 8-
miesięcznego chłopczyka zapytał "ile ma lat? Chodzi do przedszkola?"
(a on w ogóle nie chodzi

). Jeszcze inny ksiądz (tym razem mój
znajomy) zdziwił się, że 3 latek nie pisze i nie czyta. Dlaczego
bardzo mądry skądinąd mężczyzna, dziwi sie, że niemowlę nie może
dostać alkoholizowanych wiśni w czekoladzie które specjalnie dla
niego kupił?
Tak, wiem: nie ma swojej rodziny...
Ale przecież żyje w świecie! Nie siedzi na pustyni, jakichś
znajomych ma, zresztą: chyba powinien się trochę interesować?
Dlaczego te pytania są tak bardzo od czapy?
I ciekawa sprawa: dlaczego siostra zakonna, odizolowana bardziej,
takich pytań nie zadaje?