Dodaj do ulubionych

księdza osadzenie w rzeczywistości

02.01.09, 15:34
Często osoby wrogie Kościołowi mówią, że co tam ksiądz może się
wypowiadać o życiu w rodzinie/wychowywaniu
dzieci/aborcji/antykoncepcji... skoro zupełnie go to nie dotyczy, w
rodzinie ani w małżeństwie nie żyje itd.
Zawsze się buntuję przeciwko takim słowom, mówię o tej słynnej
cholerze, na którą chorowac nie trzeba by ją leczyć, mówię o mojej
bezdzietnej koleżance, która nie raz mi pomogła w moich problemach z
dziećmi... Nie trzeba praktykować danej części wiedzy by mieć o niej
pojęcie. Ginekolog-położnik zna się na przebiegu porodu sto razy
lepiej niż ja - a nigdy nie rodził.
No ale właśnie: znać się na czymś trzeba chcieć. Czyli: można być
świetnym teoretykiem nie będąc praktykiem - pod warunkiem, że się
jednak jakąś teorię posiadło.
Do jednej z moich koleżanek przyszedł ksiądz po kolędzie i zapytał
ją - na widok jej dziecka, które trzymała na kolanach - "to synek,
czy wnuczek?". Kolezanka ma 35 lat, wygląda może nie najmłodziej, no
ale bez przesady - nie na babcię (tak, wiem, że możliwym jest bycie
babcią w wieku 30 lat...), zresztą - nawet jeśli wątpił, to mógł to
zachowac dla siebie. Inny ksiądz (też po kolędzie) patrząc na 8-
miesięcznego chłopczyka zapytał "ile ma lat? Chodzi do przedszkola?"
(a on w ogóle nie chodzismile). Jeszcze inny ksiądz (tym razem mój
znajomy) zdziwił się, że 3 latek nie pisze i nie czyta. Dlaczego
bardzo mądry skądinąd mężczyzna, dziwi sie, że niemowlę nie może
dostać alkoholizowanych wiśni w czekoladzie które specjalnie dla
niego kupił?
Tak, wiem: nie ma swojej rodziny...
Ale przecież żyje w świecie! Nie siedzi na pustyni, jakichś
znajomych ma, zresztą: chyba powinien się trochę interesować?
Dlaczego te pytania są tak bardzo od czapy?

I ciekawa sprawa: dlaczego siostra zakonna, odizolowana bardziej,
takich pytań nie zadaje?
Obserwuj wątek
    • sion2 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 15:56
      Hm... no ja bym tutaj oddzielila jednak ksiezowska wiedze o malych
      dzieciach od ksiezowskiej wiedzy o rodzinie, malzenstwie,
      antykoncepcji i wszystkim innym.
      Gdyz z moich obserwacji wynika ze przecietny facet, niedzieciaty i
      niezonaty, zauwazy dziecko i wykaze nim zainteresowanie wyłacznie
      wtedy gdy wlezie mu ono prosto pod nogi smile. Inaczej nie ma szans.
      I to nie ma zwiazku czy facet w sutannie czy bez jest, po prostu
      jest to cecha 75% wszystkich facetow - oni sie nie znaja na
      dzieciach malych bo nie maja instynktu macierzynskiego. Przecietny
      facet interesuje sie dzieckiem dopiero gdy żona zaciąży a i wtedy
      niektórzy maja problemy zeby zaangazowac dopoki z dzieckiem nie
      mozna w piłke pograc lub na rowerze uczyc jezdzic.

      Ksieza maja w seminarium pedagogike i psychologie rozwojowa ale
      koncentruje sie ona na dzieciach od 6 lat glownie czyli wtedy gdy
      dziecko trafia do szkoly i ma sie uczyc religii. Kwestie pielegnacji
      malych dzieci, diety, umiejetnosci - wybacz ale nie znam ani ksiedza
      ani faceta ktory by sie na tym znal. Kobieta ma wiecej obycia w
      temacie bo albo sama matka albo wokol ma matki z dziecmi, poza tym
      kobiecie to jakos samo wchodzi do glowy... naprzyklad ja wink choc
      dzieci nie mam to wynianczylam ok 15 maluchow od 3 mcy do 5 lat i
      smiem twierdzic ze jakies tam doswiadczenie mam. Moze nie
      macierzynskie ale takie pielegnacyjno-pedagogiczne owszem, wlacznie
      z podawaniem skomplikowanych lekow na astme niemowlakowi i uwaznej
      obserwacji jego oddechu czy sie nie dusi, dawaniem czopkow,
      obnizaniem temperatury i ratowaniem dławiacego. Ale oczywiscie nie
      wiem co czuje matka gdy dziecko chore choc mnie tez serce sciska i
      lzy lecą gdy cierpi male dziecko.

      Natomiast inne kwestie ktore wymienilas to moim zdaniem sie ksieza
      znaja jako tako, bo moze choc sami nie żonaci ale przeciez wychowali
      sie w rodzinach, maja krewnych i znajomych, bratankow i
      siostrzenice. W naszych czasach wiekszosc chlopakow wstepuje do
      seminarium po studiach lub w trakcie, nieopierzony 18-latek w
      seminarium to rzadkosc. Czyli zdobywaja zyciowe doswiadczenie dluzej
      niz kiedys.
      • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 16:09
        sion2 napisała:

        > Hm... no ja bym tutaj oddzielila jednak ksiezowska wiedze o malych
        > dzieciach od ksiezowskiej wiedzy o rodzinie, malzenstwie,
        > antykoncepcji i wszystkim innym.
        Sion, czy uważasz, że ich wiedza w opisanych przez Ciebie
        dziedzinach jest dobra? Bądź: wystarczająca? Wyłączmy Knotza i
        innych "działaczY - ale taki przeciętny(ha! lub ponadprzecietny)
        ksiądz - co wie?


        > Gdyz z moich obserwacji wynika ze przecietny facet, niedzieciaty i
        > niezonaty, zauwazy dziecko i wykaze nim zainteresowanie wyłacznie
        > wtedy gdy wlezie mu ono prosto pod nogi smile.
        Czyli jednak to o czym piszę do mamyanieli - sprzężenie z płcią?


        Przecietny
        > facet interesuje sie dzieckiem dopiero gdy żona zaciąży a i wtedy
        > niektórzy maja problemy zeby zaangazowac dopoki z dzieckiem nie
        > mozna w piłke pograc lub na rowerze uczyc jezdzic.
        No, faceci, oburzać się proszę!!!

        >
        > Ksieza maja w seminarium pedagogike i psychologie rozwojowa ale
        > koncentruje sie ona na dzieciach od 6 lat glownie czyli wtedy gdy
        > dziecko trafia do szkoly i ma sie uczyc religii. Kwestie
        pielegnacji
        > malych dzieci, diety, umiejetnosci - wybacz ale nie znam ani
        ksiedza
        > ani faceta ktory by sie na tym znal.
        Ale może to niedobrze? Nie mówię, żeby on umiał pielęgnować skórę a
        AZS, ale żeby jednak szacował bardziej na trafił niż na chybił


        \Co do wstępowania do seminarium w wieku 19 lat - sugerujesz, że w
        tym wieku chłopak posiadł juz wystarczającą wiedzę praktyczną? Ja
        jako 19latka nie wiedziałąm nic (teraz wiem tylko trochę więcej niz
        nic).
        U nas przynajmniej wykłady mają klerycy i alumni ze świeckimi
        studentami, ale kiedyś seminaria były całkiem wyłączone


        >
        >
        • sion2 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 16:20
          Uwazam ze wiedza ksiezy takich powiedzmy miastowych udzielajacych
          sie spolecznie to jest zadowalajaca odnosnie malzenstwa, rodziny,
          nastolatkow, co do antykoncpecji w sumie nie wiem bo nie mowi sie na
          kazaniach. tylko ze ja mam skrzywienie bo w wiekszosci spotykam
          samych dobrych ksiezy, zaangazowanych. No nie spotkalam rad od
          czapy, przyznaje. Natomiast wiele ksieza pomogli moim rodzicom,
          wiele mądrych rad psychologicznych dostali. Przeciez ksieza są z
          rodzin i jeszcze potem studiuja a w ogole nabywaja praktyki w
          konfesjonale... oczywiscie nie kazdy ksiadz ale nie uwazam ze KAZDY
          ksiadz powinien znac sie na tych wszystkich sprawach, jesli ktos
          chce rady duchownego w takich kwestiach z pewnoscia znajdzie kogos
          kto mu doradzi. Ale nie musi to byc w gestii KAZDEGO kaplana.

          Wlasnie pisze ze 18- czy 19-latek nie ma doswiadczenia zyciowego ale
          ze teraz coraz mniej chlopakow w tym wieku idzie do seminarium.
          Przewaznie sa to 22-24-letni mezczyzni ktorzy troche w swiecie
          bywali. A duzo wstepuje kolo 30 roku zycia tez, majac za soba
          zakochanie sie, zdrade nieraz, rozne bledne wybory zyciowe i powazne
          studia swieckie za soba dajace konkretny zawod. Moja ciocia
          zakonnica po studiach biologii wstapila do zakonu po zakochaniu i
          odkochaniu. Moj dalszy wujek-ksiadz po architekturze wstapil majac
          uprawienie inzynierskie. ksiadz ktory mi w zyciu najwiecej pomogl,
          wstapil po 30-tce do seminarium po studiach, pracy w zawodzie i
          zawodzie milosnym. A jest najbardziej uduchowionym czlowiekiem
          jakiego znam i najbardziej radykalnym w zyciu duchowym. Wiec chyba
          nie jest tak ze nie znajdziesz ksiedza co by sie na zyciu nie znal.
          Moim zdaniem uogolnianie jest tutaj bardzo krzywdzace.
          • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 16:31
            sion2 napisała:

            > Uwazam ze wiedza ksiezy takich powiedzmy miastowych udzielajacych
            > sie spolecznie to jest zadowalajaca odnosnie malzenstwa, rodziny,
            > nastolatkow, co do antykoncpecji w sumie nie wiem bo nie mowi sie
            na
            > kazaniach.
            Tylko, że ja też piszę o księżach "miastowych" - co prawda nie
            stolica, ale jednak miasto. Oczywiście ani księża, do których ja się
            zwróciłam, ani ci, których Ty znasz nie są próbą reprezentatywną -
            mam nadzieję, że to Ty masz rację, chciałąbym aby tak było. Ale
            prawda jest taka, że szukałam i nie znalazłam


            tylko ze ja mam skrzywienie bo w wiekszosci spotykam
            > samych dobrych ksiezy, zaangazowanych.
            Ależ ja też! Dobrych! ZZaangażowanych! W wielu przypadkach bardzo
            mądrych!
            I właśnie, właśnie dlatego tak boleję nad tymi szczegółami! Tak
            ważnymi szczegółami


            >a w ogole nabywaja praktyki w
            > konfesjonale...
            No, o tym badaniu nasienia też było w konfesonale (m in)


            Noczywiscie nie kazdy ksiadz ale nie uwazam ze KAZDY
            > ksiadz powinien znac sie na tych wszystkich sprawach, jesli ktos
            > chce rady duchownego w takich kwestiach z pewnoscia znajdzie kogos
            > kto mu doradzi.
            Właśnie wcale nie "z pewnością", naprawdę.


            Ale nie musi to byc w gestii KAZDEGO kaplana.
            Być może masz rację. Ale ja uważam, że są to sprawy na tyle już
            powszechne, że jednak powinno być w gestii każdego kapłana.
            Przyjdzie mu grzesznik do spowiedzi, to go będzie odsyłał do innego?



            >
            > Wlasnie pisze ze 18- czy 19-latek nie ma doswiadczenia zyciowego
            ale
            > ze teraz coraz mniej chlopakow w tym wieku idzie do seminarium.
            > Przewaznie sa to 22-24-letni mezczyzni ktorzy troche w swiecie
            > bywali. A duzo wstepuje kolo 30 roku zycia tez, majac za soba
            > zakochanie sie, zdrade nieraz, rozne bledne wybory zyciowe i
            powazne
            > studia swieckie za soba dajace konkretny zawod.
            Być może, nie wiem. Zupełnie nie interesowałam się tym nigdy, może
            rzeczywiście są takie okoliczności (choć w roczniku mojego
            Przyjaciela tylko 2 było starszych wiekiem - tzn jeden starszy 2
            lata, a jeden aż 8 lat).



            Wiec chyba
            > nie jest tak ze nie znajdziesz ksiedza co by sie na zyciu nie
            znal.
            Mam nadzieję!!



            > Moim zdaniem uogolnianie jest tutaj bardzo krzywdzace.
            zawsze
            >
        • dominikjandomin Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 20:07
          mamalgosia napisała:

          > Przecietny
          > > facet interesuje sie dzieckiem dopiero gdy żona zaciąży a i wtedy
          > > niektórzy maja problemy zeby zaangazowac dopoki z dzieckiem nie
          > > mozna w piłke pograc lub na rowerze uczyc jezdzic.
          > No, faceci, oburzać się proszę!!!

          Czemu, skoro to prawda! Zwłaszcza gdy żona na wychowawczym...

          > U nas przynajmniej wykłady mają klerycy i alumni ze świeckimi
          > studentami, ale kiedyś seminaria były całkiem wyłączone

          U nas już też... Ale tak naprawdę, to gdzie on ma się tego dowiedzieć? W
          gimnazjum? Liceum czy technikum? Wszak i wiele kobiet po sygnale "jestem w
          ciąży" leci i kupuje GRUUUBY poradnik i zaczyna czytać...
      • mamalgosia hmmm 02.01.09, 16:17
        No to ja np w kwestii badania nasienia. Swego czasu interesowałam
        się tym. Moralny aspekt tego badania. I żaden z księży nie potrafił
        się wypowiedzieć. Dlaczego? Moim zdaniem o takich sprawach mówi się
        coraz więcej, coraz bardziej jakoś leżą na sumieniu ludzi. Nie wiem,
        Sion, czy aby na pewno wiedza księży nt antykoncepcji jest
        wystarczająca.
        Wierzę, że niektórymi sprawami mężczyźni się nie interesują (choć
        nie sądzę, by do tych spraw nalezał sekssmile ) - ale zmierzam do tego,
        że ksiądz powinien się ZAINTERESOWAĆ. Choć jest to moze wbrew jego
        chłopskiej naturze, ale niechże się dowie! Skoro żyć mu przyszło w
        takich warunkach, skoro mierzyć się z tym musi - to niechże się
        dokształci!
        Skoro twierdzisz, że przeciętny facet (cokolwiek to oznacza) dziećmi
        interesuje się dopiero gdy jego żona zaciąży - to ksiądz, wiedząc,
        że jego żona nigdy nie zaciąży (bo żony wszak nie posiada), powinien
        zainteresować się wcześniej.
        Może nie przyjdzie mu rozmawiać o galaktykach czy fazach rozwojowych
        kleszczasmile, ale na pewno chodząc po kolędzie przyjdzie mu rozmawiać
        z niejedną rodziną, patrzeć na niejedno dziecko.
        A może te pytania są traktowane jako dokształt?smile

        Pracuję w szkole. I oprócz przedmiotu, którego uczę i który mnie
        ineteresuje, muszę wiedzieć mnóstwo rzeczy, które W OGÓLE mnie nie
        interesują. Ale muszę je wiedzieć, żeby dobzre funkcjonować w pracy.
        A przeciez mierzenie jakości pracy szkoły niczym jest w porównaniu
        ze spokojem sumienia...
        • verdana Re: hmmm 02.01.09, 17:32
          Mam jednak wrazenie, ze księża czy zakonnice, nawet o najlepszej
          woli, nie bardzo moga orientowac się w pewnych tematach rodzinnych -
          choćby dlatego, ze obracjaa się w jednorodnym, bezrodzinnym i
          bezdzietnym stanowsku. Bezdzietny psycholog dzieciecy czy poloznik
          ma jednak wsrod znajomych żonatych i dzieciatych. I cos jeszcze -
          dla księzy i zakonnic zalożenie rodziny nigdy nie było
          najwazniejszym celem zyciowym, nie sadze też, aby osoby, ktore
          swiadomie zdecydowały się nie mieć dzieci sa w stanie zrozumieć, jak
          wazne może być dla niektorych posiadanie dziecka.
          • magdalaena1977 Re: hmmm 02.01.09, 17:45
            verdana napisała:

            > nie sadze też, aby osoby, ktore
            > swiadomie zdecydowały się nie mieć dzieci sa w stanie zrozumieć, jak
            > wazne może być dla niektorych posiadanie dziecka.

            Tak samo z abstynencją seksualną - jeśli on (ksiądz) zrezygnował z seksu w ogóle
            i na zawsze, to czym jest te głupie 20 dni płodnych w miesiącu ?
            Nie mówiąc w ogóle o biologicznych różnicach między męską a kobiecą seksualnością.
            • sion2 Re: hmmm 02.01.09, 18:26
              Eee no kobiety nie przesadzajcie. Primo - księża są z rodzin, maja
              matki, ojcow, braci, siostr a ci maja meżow, żony i dzieci.
              Secundo - księża czesto sami maja za soba pozakanczane zwiazki z
              kobietami. Tertio - jezeli ktos slubuje abstynencje seksualna w
              wieku ok 25 lat naprawde nie wynika z tego że nigdy nie wspolżył.

              Nie zgodze sie ze ksiezmi czy zakonnicami zostaja osoby pozbawione
              instynktu macierzynskiego czy ojcowskiego. O nie, nie, nie. Ja wiem
              że wiele rzeczy inaczej wyglada z punktu widzenia ateistycznego,
              ale przeciez nie jest on jednynym. Jest cos takiego jak
              macierzynstwo duchowe, ktore wbiera wiele osob przedkladajac je nad
              naturalny instynkt, ktory odczuwaja jak kazdy inny. Poza tym
              wlasnie dlatego zakony zenskie najczesciej maja charyzmat zwiazany
              z jakas dzialanoscia na rzecz dzieci - nie maja wlasnych wiec
              poswiecaja sie cudzym. Oczywiscie nie jest to to samo co naturalne
              macierzynstwo ale wizja bezdusznych pozbawionych uczuc
              macierzynskich i ojcowskich zakonnic i ksiezy, nie rozumiejacych co
              to znaczy pragnac dziecka - chyba trudniej o wieksze uproszczenie i
              schematyzowanie, w dodatku krzywdzace. To kim jestesmy jako dorosli
              w 80% wynosimy z domu, dorosle zycie niewiele juz zmienia...

              Ja sie obracam w srodowiskach zakonnych, nigdy by mi do glowy nie
              przyszlo w ogole podejrzewac zakonncie o zbiorowy brak uczuc
              macierzynskich i niezrozumienie dla pragnienia posiadania dziecka.
              Juz nie wspominajac ze wiele zakonow klauzrowych zbiera intencje od
              nieplodnych kobiet ktore pragna miec dziecko i latami modli sie o
              dar macierzynstwa dla kazdej. Bylam w Domu Dziecka prowadzonym
              przez zakonnice, bylam w przedszkolach dwoch - siostry są całe dla
              dzieci. Całe, bez obowiazkow i zmartwien czekajacych na nie w ich
              wlasnych domach i rodzinach jak to jest w tego typu placowkach
              panstwowych.
              • verdana Re: hmmm 02.01.09, 18:35
                Myśle, ze osoby bardzo pragnące dziecka, dla ktorych dziecko jest
                jednym z najwazniejszych spraw w życiu nie zostają ksieżmi i
                zakonnicami. Po prostu. Zajmowanie się cudzymi dziećmi nie jest tym
                samym co instynkt, ktory powoduje, ze bez dzieci część osób jest
                głęboko nieszczęśliwa - zakonnice z tego powodu raczej głęboko
                nieszczęśliwe nie są, jesli wystarczy im zajmowanie się dziećmi, a
                nie posiadanie dziecka. To własnie element nieporozumienia -
                duchowni sadza, ze to są sprawy "wymienne" , do zastapienia, a dla
                wielu osób nie są. Nie sadze, aby zakonnice uznały swe życie za
                zmarnowane, bo dzieci nie mają, a znam kilka osób, ktore wlasnie tak
                sądza. Uczucia macierzynskie zakonnice moga mieć. Ogromnej,
                dominującej potrzeby wlasnego dziecka - nie. I nie zrozumieją tych,
                ktorzy tak maja.
                Bycie dzieckiem w rodzinie to zupełnie nie to samo co bycie
                rodzicem - bardzo wiele spraw małżenskich poznaje sie wyłacznie w
                małżenstwie. Ani przelotne zwiazki, ani rodzice, ani znajomi nie
                wystarcza, aby zrozumieć do końca pewne kwestie. Tak jak fakt
                posiadania znajomych księzy i ciotki-zakonnicy nie przybliża mnie
                nijak do zrozumienia powołania zakonnego i nie daje pelnego obrazu
                zycia w zakonie.
                • sion2 Re: hmmm 02.01.09, 19:12
                  Nie spotkalam sie nigdy ze stwierdzeniem jakiegokolwiek ksiedza czy
                  zakonnicy że posiadanie dziecka to to samo co zajmowanie sie cudzym
                  dzieckiem i ja tez podkreslilam ze to nie to samo. Oczywiscie ze
                  dominujace u zakonnic i ksiezy jest (przynajmniej powinno)
                  pragnienie duchowego poswiecenia swojego zycia dla Boga - w wymiarze
                  sluzby drugiemu czlowiekowi. To trudniejsze niz miec rodzine,
                  naprawde. Nie zostaje sie osoba zakonna z egoizmu i braku uczuc
                  wyzszych oraz macierzynskich i ojcowskich. U nas jeden wikary bradzo
                  obrazowo i szczerze mowil kiedys na kazaniu co czuje gdy widzi
                  biegajce dzieci na dworzu "ktore nigdy nie beda jego", obecny wikary
                  u nas jak ogladal zdjecia Wiktorii dzielil sie z kolei że czesto
                  spotyka sie z malymi dziecmi swojej siostry i "jakie to
                  niesamowite" - ich rozwoj, usmiechy i rozkwitanie macierzynstwa.
                  Nie wiem Verdano czy sie spotkalas osobiscie z ksiezmi i zakonnicami
                  zajmujacymi sie dziecmi, czy naprawde uwazasz ich za osoby nie
                  majace pojecia o macierzynstwie ani pragnieniu dziecka? do zakonu
                  wstepuja nieraz i wdowy i mezczyzni ok 40, po roznych przejsciach i
                  dziela sie nimi z mlodszymi.
                  Oczywiscie ze uwazam iz akurat w temacie posiadania uczuc
                  macierzysnkich czy ojcowskich przez ksiezy/zakonnice jestem bardziej
                  obeznana niz Ty - normalne bo mamy inne srodowiska wokol siebie. nie
                  widze wiec powodu dla twojego sarkazmu.
                  • verdana Re: hmmm 02.01.09, 19:15
                    Zdecydowanie wierze, ze trudniejsze. Ale inne. I tak, jak ja nie
                    zrozumiem powołania, zakonnica czy ksiądz może nie zrozumieć
                    potrzeby osiadania dziecka czy rodziny.
                    • mamalgosia Re: hmmm 03.01.09, 11:32
                      Verdano, nie mogę się z Toba zgodzić. Oczywiście nigdy jeden
                      człowiek nie zroumie drugiego człowieka tak do końca i to jest
                      dogmat.
                      Natomiast Ty zakładasz, że albo powołanie, albo pragnienie rodziny.
                      Czyli jeśli ja wybrałam rodzinę, to nie rozumiem, co to jest
                      powołanie do życia zakonnego. No i to raczej prawda. Natomiast w
                      drugą stronę to nie działa. To nie jest albo albo. Zakonnica nie
                      przestaje być kobietą. I to nie jest tak, że nie odczuła instynkntu
                      macierzyńskiego - tylko coś (Kogoś) innego przedłożyła nad niego.
                      Usłyszała powołanie i poszła. Porzucając nawet to co jej było
                      najdroższe. I kto wie - moze pragnie dziecka silniej niz Ty czy ja...

                      Ja też nie rozumiem powołania. Nie rozumiem życia w zakonie, jest to
                      mi obce, zupełnie niezrozumiałe, niepojęte.
                      • verdana Re: hmmm 03.01.09, 21:52
                        Instynkt macierzyński ma na pewno, ale dla niej w zyciu jest coś
                        wazniejszego niż posiadanie dzieci. Może powiedzieć sobie "Nigdy nie
                        będę miala dziecka" i uznać swoje zycie za pełne i udane. Dla wielu
                        kobiet to życiowa tragedia. I nie sadze, aby osoby dobrowolnie
                        rezygnujące z posiadania potomstwa mogly zrozumieć nawet nie chęć -
                        ile pewien zwierzecy instynkt posiadania tego dziecka. I zeby mogly
                        zrozumieć, ze bez dziecka popada sie w depresję i uznaje życie za
                        przegrane. A tak własnie bywa.
                        Dla zakonnicy jest cos wazniejszego niż dziecko - i dlatego będzie
                        miała problemy ze zrozumieniem, ze dla niektorych niż wazniejszego
                        nie ma - to dla niej tez będzie niepojete, ze nie można wyrzec sie
                        dzicka dla innego życia. Nie bardzo wierzę w to, ze kobiety z
                        niezwykle silnym instynktem macierzynskim, pragnąca dzieci nade
                        wszystko mogła dla siebie znaleźć miejsce w zakonie. Nawet jesli do
                        niego wstapi - pewnie w nim nie zostanie.
                        • isma Re: hmmm 03.01.09, 22:12
                          Czekaj, czekaj. Ale ja rozumiem, ze ten "zwierzecy instynkt" nie wszystkim jest
                          dany po rowno, tak? I ze to jest kryterium?

                          (pytam, bo ja, eeeee... wprawdzie jakos nigdy "zwierzeco" nie marzylam o
                          dzieciach, jednakowoz pomysl zostania zakonnica - przenigdy nie wchodzil w
                          rachube wink))
                          • verdana Re: hmmm 03.01.09, 22:20
                            Na pewno nie wszystkim po równo. Znam kobiety, ktore w ogóle nie
                            chcą dziecka, a dla mojej kuzynki zycie bez dziecka straciło sens.
                            Chyba 7 ciąż, cztery razy in vitro - 10 lat próbowała, stosujac
                            wszystkie znane metody zajść w ciążę i donosic, poswięcajac temu
                            absolutnie wszystko. No i teraz, w wieku 43 lat, jest wreszcie
                            szczęśliwa - z synem i potencjalnymi bliźniętami.
                            Ja podejrzewam się zdecydowanie o typ 2, choć dzieci tak w ogole nie
                            lubię. I podejrzewam, zę zrozumienie typu drugiego dla typu
                            pierwszego jest niezrozumiałe.
                            • isma Re: hmmm 03.01.09, 22:34
                              Verdana, czekaj, bo albo ja jestem zmeczona po dzisiajszym wydaniu kolacyjki,
                              albo zmeczone jestesmy obie. Ponumeruj mi typy, bo sie gubie, i powiedz mi, co
                              to znaczy, ze "zrozumienie jest niezrozumiale"?
                              • mamalgosia Re: hmmm 04.01.09, 12:06
                                Też mnie to wciągnęło, a ja mam słaby mózg i bez męczących kolacyjek.
                                Dla porządku ustalam porządek (niezrozumiałe zrozumienie i porządek
                                dla porządku):
                                typ 1 - kobieta świecka niepragnąca dziecka
                                typ 2 - kobieta świecka pragnąca dziecka
                                typ 3 - zakonnica pragnąca dziecka
                                typ 4 - zakonnica niepragnąca dziecka

                                Błagam, rozwińcie tematsmile

                                Natomiast moje prywante zdanie (po rządku czekolady) jest takie, że
                                żaden typ innego typu (typa?) nie zrozumie, nawet typ 1 innego typu
                                1 nie zrozumie.
                                Natomiast wydaje mi się, że zarówno typ 3 i typ 4 zrozumieją typ 1 i
                                typ 2, niż typ 1 i 2 zrozumieją typ 3 i 4.
                                Miłej niedzieli!

                          • magdalaena1977 Re: hmmm 04.01.09, 12:02
                            isma napisała:

                            > Ale ja rozumiem, ze ten "zwierzecy instynkt" nie wszystkim jest
                            > dany po rowno, tak?
                            To chyba oczywiste, że nie po równo. Niewiele jest osób, które tak naprawdę
                            nigdy nie chcą mieć dziecka - ale ta chęć rozmnażania się może być silniejsza
                            lub słabsza. I trzeba to oceniać właśnie w porównaniu z innymi priorytetami
                            życiowymi.
                            Bo jedna kobieta chce dziecko - teraz od razu, zaciąży na studiach , przerwie
                            je, potem postara się o drugie ...
                            A inna poczeka, najpierw magisterka , potem dzidziuś ...
                            Na tej skali u osób konsekrowanych na pierwszym miejscu stoi powołanie - i w
                            porównaniu z nim dziecko ma niższy priorytet.
              • mamalgosia Re: hmmm 02.01.09, 18:37
                sion2 napisała:

                > Eee no kobiety nie przesadzajcie. Primo - księża są z rodzin, maja
                > matki, ojcow, braci, siostr a ci maja meżow, żony i dzieci.
                > Secundo - księża czesto sami maja za soba pozakanczane zwiazki z
                > kobietami. Tertio - jezeli ktos slubuje abstynencje seksualna w
                > wieku ok 25 lat naprawde nie wynika z tego że nigdy nie wspolżył.

                To czy moje zdziwienie ich niewiedzą nie staje się zasadne tym
                bardziej?
                >
              • mamalgosia Re: hmmm 02.01.09, 18:38
                sion2 napisała:


                >
                > Nie zgodze sie ze ksiezmi czy zakonnicami zostaja osoby pozbawione
                > instynktu macierzynskiego czy ojcowskiego. O nie, nie, nie.

                To i ja tu dodam swoje "o nie nie nie". Zdecydowanie nie. Często są
                to osoby, które bardzo chciałyby mieć dzieci. I często tęsknią za
                posiadaniem rodziny. Często to bardzo bolesne.
                I właśnei to jest sztuka - poświęcić coś co przedstawia wartość, a
                nie to, czego się i tak by nie chciało
              • a_weasley Re: hmmm 09.01.09, 20:35
                sion2 napisała:

                > księża czesto sami maja za soba pozakanczane
                > zwiazki z kobietami.

                Niewątpliwie się zdarza. Sam znam eks-narzeczoną księdza, która cierpliwie
                czekała, aż ukochany wróci z wojska, a ten w miesiąc po wyjściu do cywila
                oświadczył, że zmienił plany i zostanie księdzem, co też uczynił. Niemniej
                pamiętajmy, że mimo wszystko większość księży trafiła do seminarium bezpośrednio
                po maturze i na ogół po dłuższym namyśle.
                W tej sytuacji o ile

                > jezeli ktos slubuje abstynencje seksualna w
                > wieku ok 25 lat naprawde nie wynika z tego że
                > nigdy nie wspolżył.

                o tyle biorąc pod uwagę, że ten ślub jest zakończeniem drogi rozpoczętej w wieku
                lat nastu, jest to wysoce prawdopodobne.

                Niemniej istotnie

                > wizja bezdusznych pozbawionych uczuc
                > macierzynskich i ojcowskich zakonnic i ksiezy,
                > nie rozumiejacych co to znaczy pragnac dziecka

                jest naiwną i dowolnie wymyśloną rzeczą, w którą chyba ten tylko może uwierzyć,
                kto księży i zakonnice widuje rzadko, z daleka i na obrazku. W wypowiedziach
                księży, jakie słyszałem - z ambony, w mediach, w prywatnych rozmowach - dominuje
                ton wręcz przeciwny, mianowicie przekonanie, że każdy normalny człowiek nie
                mający powołania kapłańskiego lub zakonnego pragnie małżeństwa i potomstwa.

                A tak a propos - wśród godnych zapamiętania duchownych, jakich poznałem, jest
                nadreprezentacja takich, dla których nie jest to pierwszy zawód. Polonistyka (x.
                Twardowski), historia sztuki (x. Pasierb), kolej (nasz bp Puślecki), zootechnika
                (pastor Barczuk, KZCh), geografia (x. Nanowski, który zanim zginął w Alpach,
                zdążył w Oazie uformować Minerwę), konserwatorium, matematyka...
      • magdalaena1977 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 17:41
        sion2 napisała:
        > Kobieta ma wiecej obycia w temacie bo albo sama matka albo wokol ma
        > matki z dziecmi, poza tym kobiecie to jakos samo wchodzi do glowy...
        No właśnie nie wiem. Ja niby instynkt macierzyński mam , bardzo chciałabym mieć
        własne dziecko, ale z dziećmi znajomych nie bardzo sobie radzę. Zwłaszcza z
        takimi małymi jeszcze niekomunikatywnymi. Nie bardzo umiem je zabawić, trudno mi
        ocenić poziom rozwoju, a kupowanie zabawek wymaga sporego wysiłku
        intelektualnego a i tak kończy się na napisie na pudełku (od 18 miesięcy)
      • zebra12 Sionku kochany, a ja ZNAM! 02.01.09, 19:18
        Mój tata bawił mi moje dzieci od początku. Najmłodszą Basią zajmuje się SAM, od
        9 miesiąca jej życia. Przewija, karmi, zabawia, ubiera, wychodzi na spacer. Umie
        podać leki, w tym czopki. Chodzi nawet z dziećmi do lekarza, gdy trzeba. Zna się
        na rzeczy. Wspaniały człowiek, tylko zmęczony życiem, bo ma już prawie 65 lat.
          • isma Re: Sionku kochany, a ja ZNAM! 02.01.09, 19:46
            No, ja tez znam wlasnego meza od tej strony bardzo pozytywnie.
            ALE nie nalezy zapominac, ze moj maz mial pod bokiem w sprawch domowych
            DOSKONALA MENTORKE (czyli oczywiscie mnie ;-P), co jednakowoz duchowienstwu
            powszechnie dane nie jest...

            A zupelnie powaznie. Wiecie, ja mysle, ze... niech tam oni beda spechalistami od
            ducha. Jesli to bedzie "specjalizacja" naprawde gleboka, autentyczna, osobista -
            to mysle, ze ciezkiej gafy taki w odniesieniu do zycia rodzinnego nie strzeli.
            Bo ta specjalizacja mu kaze po prostu czasem zamilknac, jesli Duch sw. juz
            kompletnie nic sensownego nie podpowie wink)).

            Natomiast wiedza ksiedza co do drobiazgow typu kiedy dziecko idzie do
            przedszkola albo ze swetra z welny szetlandzkiej sie nie pierze w pralce
            (aaaaa!) nie jest mi do zbawienia koniecnzie potrzebna smile)). Towarzysko to ja
            moge sie na to zzymac czy z tego zartowac (podobnie jak zartowalam czy sie
            zzymalam na niektore wtopy w wykonaniu naszego
            przyjaciela-wtedy-jeszcze-starego-kawalera), ale tak naprawde wiele to dla mnie
            nie zmienia, no.
            • mamalgosia Re: Sionku kochany, a ja ZNAM! 02.01.09, 22:37
              ale jak już nie umie rozeznać, czy dane postępowanie jest grzechem,
              to już za dobrze nie jest.

              No i jednak nie jest dobrze, jak o życiu w rodzinie naucza ktoś, kto
              potem pyta o jakieś absurdalne rzeczy.

              Ja to w ogóle uwielbiam księży i jestem silną klerykałką, broniłabym
              pazurami przed każdymsmile I tak mnie to jakoś zatroskało, że im się
              jakby nie chce
    • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 18:40
      mamalgosia napisała:

      > Często osoby wrogie Kościołowi mówią, że co tam ksiądz może się
      > wypowiadać o życiu w rodzinie/wychowywaniu
      > dzieci/aborcji/antykoncepcji... skoro zupełnie go to nie dotyczy, w
      > rodzinie ani w małżeństwie nie żyje itd.

      Pytanie, dlaczego i na jakiej podstawie te osoby się wypowiadają na temat
      Kościoła.

      Co do reszty, księża podobnie jak reszta przeciętnych facetów, nawet będących
      ojcami, niewiele wie na temat wieku czy rozwoju dzieci. Siostry zakonne mają w
      tej materii chyba większą wiedzę, ale jeśli chodzi o osadzenie w rzeczywistości,
      w mojej ocenie dużo lepiej to nie wychodzi.
      Dużo zależy od doświadczenia konkretnego księdza, z jakiej rodziny pochodzi, czy
      ma jakieś relacje z „normalnymi” ludźmi, jak wygląda probostwo, osobistej
      wrażliwości itp.

      Co do antykoncepcji, to z tego co wiem w naszym seminarium problem jest
      wnikliwie studiowany, co potem to nie wiem.
      • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 18:44
        kudyn napisał:


        > Pytanie, dlaczego i na jakiej podstawie te osoby się wypowiadają
        na temat
        > Kościoła.
        Dla niczego i na żadnej podstawie, Strusiu,. Czasem po to, by
        porozmawiać, czasem po to by dokuczyć, czasem dla samej krytyki, a
        czasem bez powodu. Tak jak mówi się o czymkolwiek innym




        >
        > Co do antykoncepcji, to z tego co wiem w naszym seminarium problem
        jest
        > wnikliwie studiowany, co potem to nie wiem.
        No więc chyba mówimy o tym samym seminarium. "Wnikliwie" - tzn
        omówiony jest śluz i te rzeczy. Ale mnie chodzi coś od strony
        morlanej, jakieś niuanse (niech wrócę do badania nasienia), jakieś
        problemy (np zaburzenia hormonalne) - wiem, jak to jest
        potraktowane: "nie wnikać, rozgrzeszać". Może to i jest dobre
        podejście, choć dla niektórych sumień niewystarczające
        • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 19:03
          mamalgosia napisała:

          > Dla niczego i na żadnej podstawie, Strusiu,. Czasem po to, by
          > porozmawiać, czasem po to by dokuczyć, czasem dla samej krytyki, a
          > czasem bez powodu. Tak jak mówi się o czymkolwiek innym

          Skoro księża się o czymkolwiek wypowiedzieć nie mogą, bo nie mają doświadczenia,
          to dlaczego ma się wypowiadać o Kościele ktoś, kto takiego doświadczenia nie ma?


          > No więc chyba mówimy o tym samym seminarium. "Wnikliwie" - tzn
          > omówiony jest śluz i te rzeczy. Ale mnie chodzi coś od strony
          > morlanej, jakieś niuanse (niech wrócę do badania nasienia), jakieś
          > problemy (np zaburzenia hormonalne) - wiem, jak to jest
          > potraktowane: "nie wnikać, rozgrzeszać". Może to i jest dobre
          > podejście, choć dla niektórych sumień niewystarczające

          Na pewno mówimy o tym samym seminarium. Dobrze jak się na niuansach znają, ale
          nie muszą. Dobrze jak się umie do tego przyznać i wie do kogo skierować.
          • verdana Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 19:13
            Wypowiedzi swieckich (nie moje oczywiscie, ale katolikow) na temat
            Koscioła to nie to samo, co księży na temat rodzin. Bo co innego
            krytykować czy żalić się, a co innego zalecać i wymagać. Myslę, ze
            nie jest źle, kiedy świeccy glosno mowia o tym, ze pewnych rzeczy
            księża nie rozumieją - bo to powienien byc wazny sygnał, a nie powód
            do obrazania się.
            U nas parokrotnie ksiądz przychodzacy po kolędzie, bardzo zreszta
            sympatyczny i ogólnie - dobry czlowiek, powiedział cos, czego
            absolutnie nie powinien był mówić. Gdyby nie to, że mój mąż jest
            człowiekiem rozsadnym, jedna z tych uwag mogłaby nam rozwalic
            małżenstwo na zawsze. A nie wynikała ze zlej woli - tylko z widzenia
            rodziny takiej, jaka widzieli profesorowie tego księdza w
            seminarium - czyli sprzed 60 lat mniej-więcej.
            • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 19:36
              Sam jestem świeckim katolikiem, na temat Kościoła się "czasem" wypowiadam i
              nikomu nie dam sobie tego prawa odebrać. Ale nie znam żadnej (chociaż może takie
              są, tego nie wiem) osoby, która byłaby wierząca i praktykująca i twierdziła, że
              ksiądz nie może się wypowiadać na temat rodziny z powodu braku jej
              doświadczenia. Podobnie jest z dyskusją o celibacie.
              I niestety wiele rzeczy które się mówi na temat księży, jest nieprawdziwych i
              wynika z niewiedzy.
              O tym, że spora część księży ma słaby kontakt z codzienną rzeczywistością
              zwykłych zjadaczy chleba, o tym jestem dogłębnie przekonany, mam również takie
              doświadczenie smile
              I uważam, że jest to złe. Mam wrażenie, że wśród młodszego pokolenia jest
              lepiej, czy jest to skutek wieku który z czasem się zmienia? Mam nadzieję, że nie.
              • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 22:40
                kudyn napisał:

                > Ale nie znam żadnej (chociaż może taki
                > e
                > są, tego nie wiem) osoby, która byłaby wierząca i praktykująca i
                twierdziła, że
                > ksiądz nie może się wypowiadać na temat rodziny z powodu braku jej
                > doświadczenia. Podobnie jest z dyskusją o celibacie.
                No wiesz co, ciekawe! Zastanowiłam się i ja też nie znam!




                > O tym, że spora część księży ma słaby kontakt z codzienną
                rzeczywistością
                > zwykłych zjadaczy chleba, o tym jestem dogłębnie przekonany, mam
                również takie
                > doświadczenie smile
                > I uważam, że jest to złe. Mam wrażenie, że wśród młodszego
                pokolenia jest
                > lepiej,
                A ja mam pzrecwne wrażenie. O ile tac około 50tki jeszcze się jako
                tako orientują, o tyle młodzi (30) to już w ogóle we mgle


            • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 22:44
              verdana napisała:

              > Wypowiedzi swieckich (nie moje oczywiscie, ale katolikow) na temat
              > Koscioła to nie to samo, co księży na temat rodzin. Bo co innego
              > krytykować czy żalić się, a co innego zalecać i wymagać.
              Właśnie chyba o to mi chodzi.
              Że jeśli pretendujesz do znawcy w jakiejś dziedzinie - skoro
              radzisz, definiujesz, nakazujesz - to dobrze, byś rzeczywiście tym
              znawcą był. I wcale niekoniecznie praktykiem
    • magdalaena1977 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 21:10
      mamalgosia napisała:

      > Często osoby wrogie Kościołowi mówią, że co tam ksiądz może się
      > wypowiadać o życiu w rodzinie/wychowywaniu
      > dzieci/aborcji/antykoncepcji... skoro zupełnie go to nie dotyczy, w
      > rodzinie ani w małżeństwie nie żyje itd.
      > Zawsze się buntuję przeciwko takim słowom, mówię o tej słynnej
      > cholerze, na którą chorowac nie trzeba by ją leczyć, mówię o mojej
      > bezdzietnej koleżance, która nie raz mi pomogła w moich problemach z
      > dziećmi... Nie trzeba praktykować danej części wiedzy by mieć o niej
      > pojęcie. Ginekolog-położnik zna się na przebiegu porodu sto razy
      > lepiej niż ja - a nigdy nie rodził.
      A ja dodam dwa sprzeczne ze sobą argumenty

      Z jednej strony - spotykałam ginekologów, ( w tym ginekolożki), którzy nie
      wierzyli w dotkliwe bóle menstruacyjne - "niech pani weźmie apap" - było to
      wyjątkowo denerwujące, bo zwracam się do specjalisty a on mi nie wierzy. Tak
      samo pewnie bywa jeśli zwracasz się do księdza z problemem moralnym (np. co do
      badania nasienia) a on nie wierzy w to, co mówisz (np., że badanie jest potrzebne).

      Z drugiej strony - akceptujemy ginekologów teoretyków, bo mamy z nimi pozytywne
      doświadczenia. A z księżmi bywa ciężko - taki przeciętny ksiądz naprawdę miewa
      nikłą wiedzę o problemach psychologicznych w małżeństwie
      • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 22:42
        magdalaena1977 napisała:


        > Z jednej strony - spotykałam ginekologów, ( w tym ginekolożki),
        którzy nie
        > wierzyli w dotkliwe bóle menstruacyjne - "niech pani weźmie apap"
        Ha! To by Ci Sion mogła napisac, jak lekarze potrafią traktowac
        pacjentówsad



        > samo pewnie bywa jeśli zwracasz się do księdza z problemem
        moralnym (np. co do
        > badania nasienia) a on nie wierzy w to, co mówisz (np., że badanie
        jest potrzeb
        > ne).
        Nie, to była inna sprawa - ja po prostu chciałam wiedzieć, czy takie
        badanie jest moralnie dopuszczalne. I nie mogłąm u żadnego znaleźć
        odpowiedzi

        • magdalaena1977 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 02.01.09, 23:56
          mamalgosia napisała:

          > magdalaena1977 napisała:
          > > jeśli zwracasz się do księdza z problemem moralnym, a on nie wierzy w to, co
          mówisz
          > Nie, to była inna sprawa - ja po prostu chciałam wiedzieć,
          > czy takie badanie jest moralnie dopuszczalne.
          > I nie mogłąm u żadnego znaleźć odpowiedzi
          A ja miałam takie doświadczenia, gdzie ksiądz właśnie mi nie wierzył.
        • fiamma75 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 11:37
          Tez się kiedyś spytałam i umiał odpowiedzieć, pokazując co jest
          intencją.

          Sama uważam, że wieleu ksieży ma nikłe pojecie o problemach w
          rodzinie, w małżeństwie i przyznam, że nie mamdo ich rad zaufania.
          Zawsze nie miałam zaufania do teoretyków.
          Ci, co się znają, sami uzestniczą w życiu swojej rodziny tj. braci i
          sióstr i ich dzieci, ponadto mają już kilkanaście lat kapłaństwa za
          sobą.
          • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 17:34
            fiamma75 napisała:


            > Sama uważam, że wieleu ksieży ma nikłe pojecie o problemach w
            > rodzinie, w małżeństwie i przyznam, że nie mamdo ich rad zaufania.
            > Zawsze nie miałam zaufania do teoretyków.
            Mnei osobiście nbei przeszkadza to, że ktoś jest teoretykiem - pod
            warunkiem, ze teorię znasmile

    • mama_kasia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 10:28
      Z innej strony... mnie (po odejściu znajomego księdza z zakonu)
      zastanawia, czy niektórzy z nich nie za bardzo właśnie zbliżają
      się do rodzin - szczególnie ci młodzi, dopiero co wyświęceni.
      Dostaje taki wspólnotę rodzin, widzi, jak żyją, odwiedza ich
      w domach, chłonie ich radości i smutki. ...Może czegoś zaczyna
      mu brakować?
      Nie wiem, czy tak jest, ale ...czy oni właśnie nie za wcześnie
      wchodzą do seminarium - mam wrażenie, że to jednak głównie młodzi
      chłopcy idą, tacy po maturze.
      To rozeznawanie powinno być może dłuższe, może większe rozpoznanie
      rodziny takiego młodego chłopaka, czy nie ma nacisków np. ze
      strony rodziców...
      Potem jest tylko semniarium, określone środowisko, parę lat
      teorii. Wiem, wiem, są praktyki, ale może właśnie w seminarium
      oni powinni trafiać do wspólnoty rodzin. Ktoś mi mówił, że gdzieś
      tak jest, że oprócz życia semianryjnego klerycy muszą też być
      w jakiejś wspólnocie zewnętrznej. Czy ktoś to potwierdza? A może
      to specyfika jakiegoś seminarium?

      Dla mnie najważniejsze jest, aby ksiądz "znał się" na sprawach
      ducha, aby jego wiara się kształtowała, aby był człowiekiem
      modlitwy, Bożego Słowa. Jestem przekonana, że wtedy będzie "na
      swoim miejscu". Wtedy na sprawy życia rodziny będzie potrafił
      spojrzeć z Bożej perspektywy, bo ja innego (psychologicznego np.)
      spojrzenia wcale od niego nie oczekuję, no chyba, że jednocześnie
      takiej porady szukam, a on jest np. po studiach z psychologii.
      To by mnie cieszyło, aby osoby Kościoła byli dostępni również
      jako specjaliści lekarze, psychiatrzy, seksuolodzy. Czemu nie, ale
      przecież nie wszyscy.
      • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 11:25
        mama_kasia napisała:

        > Z innej strony... mnie (po odejściu znajomego księdza z zakonu)
        > zastanawia, czy niektórzy z nich nie za bardzo właśnie zbliżają
        > się do rodzin - szczególnie ci młodzi, dopiero co wyświęceni.
        > Dostaje taki wspólnotę rodzin, widzi, jak żyją, odwiedza ich
        > w domach, chłonie ich radości i smutki. ...Może czegoś zaczyna
        > mu brakować?
        No patrz...
        U nas kilka lat temu była dyskusja na temat taki, czy
        klerycy/alumni powinni uczestniczyć w wykładach razem ze świeckimi
        studentami teologii. I chyba było tyle samo za co i przeciw. Bo
        chyba te okoliczności same w sobie są neutralne (siedzenie w jednej
        ławce z koleżanką świecką czy odwiedzanie rodzin), a od
        osoby "używającej" zależy jakie to przyniesie owoce.

        Ale przypomina mi się teraz, że znam księży, którzy własnie jakby
        zadomowili się u jednej z rodzin. Nawet było to przedmiotem
        naśmiewania się - zarówno sąsiadów jak i współksięży. Rodzina była
        bardzo pobożna, z dwoma córkami na stanie, z czego jedna córka
        bardzo atrakcyjna i w atrakcyjnym wieku. Dwaj księża chodzili tam na
        zmianę, przychodzili na urodziny, imprezy, a także zwyczajnie w
        tygodniu. Czasem siedzieli do nocy, jeden z nich pomagał w praniu i
        prasowaniu.
        Tak, to było już za daleko.


        > Nie wiem, czy tak jest, ale ...czy oni właśnie nie za wcześnie
        > wchodzą do seminarium - mam wrażenie, że to jednak głównie młodzi
        > chłopcy idą, tacy po maturze.
        Tez tak myślałam. Z drugiej strony jednak - własnie w tym wieku
        podejmuje się wiele życiowych decyzji - choć jednak głównie tych
        związanych z przyszłym zawodem, bo te o zakładaniu rodziny zazwyczaj
        zapadają później.
        Ale 19 lat... Czas liceum to dla wielu osób z normalnych rodzin jest
        jeszcze życiem pod kloszem, rzeczywiście ciężko w tym czasie poznać
        życie.



        > To rozeznawanie powinno być może dłuższe, może większe rozpoznanie
        > rodziny takiego młodego chłopaka, czy nie ma nacisków np. ze
        > strony rodziców...
        Wydaje mi się, Kasiu, że to jest. Tzn z opowiadań osób z naszego
        seminarium, jest bardzo duży nacisk położony na rozeznanie powołania
        i sytuacji osobistej każdego z kleryków. I chyba tego sie dopełnia.
        Znam Dyrektora, znam wielu wychowawców, no i Biskupa mamy bardzo
        dobrego. jakoś o to jestem spokojna.
        Większą przeszkodę dla mnie stanowi fakt, że oni jakby spod jednego
        klosza (rodzina+szkoła średnia) idą pod drugi klosz (seminarium). I
        dorosłe SAMODZIELNE życie poznają dopiero PO święceniach. Myślę, że
        to może nie być dobre. Bo wtedy już klamka zapadła. To prowadzenie
        jest chyba zbyt ścisłe - może powinny być jakieś 2 lata obowiązkowej
        karencji po maturze?
        Nie wiem, pytam i zastanawiam się


        > Ktoś mi mówił, że gdzieś
        > tak jest, że oprócz życia semianryjnego klerycy muszą też być
        > w jakiejś wspólnocie zewnętrznej. Czy ktoś to potwierdza? A może
        > to specyfika jakiegoś seminarium?
        Nic na ten temat nie wiem. Raczej jest przeciwnie. Wychodzą parami
        (po dwóch), nie mogą korespondować (tzn teraz to już jest łagodzone,
        bo nie sposób zapanowac nad mailami - ale na papierowe listy mocno
        sie krzywią)

        • isma Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 12:59
          mamalgosia napisała:

          > Ale przypomina mi się teraz, że znam księży, którzy własnie jakby
          > zadomowili się u jednej z rodzin. Nawet było to przedmiotem
          > naśmiewania się - zarówno sąsiadów jak i współksięży. Rodzina była
          > bardzo pobożna, z dwoma córkami na stanie, z czego jedna córka
          > bardzo atrakcyjna i w atrakcyjnym wieku. Dwaj księża chodzili tam na
          > zmianę, przychodzili na urodziny, imprezy, a także zwyczajnie w
          > tygodniu. Czasem siedzieli do nocy, jeden z nich pomagał w praniu i
          > prasowaniu.
          > Tak, to było już za daleko.
          >

          Hmmmm. Rozumiem, ze problem byl w tej atrakcyjnej corce, czy w prasowaniu...?

          Mamalgosiu, a nie oczekujesz Ty przypadkiem niemozliwego? Z jednej strony Cie
          dziwi, ze koloratkowy myli podczas wizyty duszpasterskiej zwanej koleda
          przedszkole ze zlobkiem (bo ja bym takiego prostego bledu sie dopatrywala w
          pytaniu o przedszkole), a z drugiej mowisz, ze "przychodzenie normalnie w
          tygodniu" to za duzo wink)). No, jakos, kiedys, tej wiedzy o zyciu rodzinnym -
          jesli uznajemy, ze ona jest potrzebna - trzeba nabywac chyba.

          Ja oczywiscie rozumiem, ze kazda skrajnosc jest zla. Natomiast mysle sobie, ze
          jednak, no... proporcje kazdy powienien wywazyc w odnienieniu do konkretnej
          sytuacji.

          Dla mnie bardzo pod tym wzgledem pouczajaca jest lektura Nouwena - jak mozna byc
          kaplanem: wykladowca akademickim, autorytetem w dziedzinie duchowosci, a pewnego
          dnia wlasnie "zadomowic" sie - jak sie okaze, na cale zycie - we wspolnocie
          uposledzonych i ich rodzin: kąpac, prac i zmywac naczynia (prasowac chyba tez,
          nie pamietam)... Nie od swieta, nie raz w tygodniu, nie w ramach "charytatywnej
          praktyki". Nawet nie w ramach jakiegos zakonnego charyzmatu. Z wlasnego wyboru
          wejsc w codzienne zycie, i darowywac tym konkretnym, bliskim ludziom siebie.
          Calym zyciem.

          Wiec, mozna i tak. Mozna, nie tracac swojej kaplanskiej tozsamosci - bo kogos
          tak zakorzenionego w codziennym sprawowaniu Eucharystii, jak Nouwen, nie
          zdarzylo mi sie czytac...
          Z Nouwena jest zreszta taka metafora, ktora dla mnie bardzo pieknie wyraza
          istote kaplanstwa: z okazji prymicji dostal od wuja-ksiedza kielich mszalny,
          wykonany przez znanego holenderskiego zlotnika, ozdobiony diamentami po babce. I
          taki klejnot trzymal w reku - duma rodziny - przez trzydziesci lat. A potem -
          choc nadal mial ten kielich, i pokazywal go z duma - zastapil go duzym, prostym
          szklanym kielichem. Przez ktorego sciany bylo widac wino.
          O to chyba chodzi, zeby to wino wewnatrz bylo niezepsute. I zeby mozna bylo je
          darowywac.

          Ale ja nie cierpie kleru, wiec mozliwe, ze nie mam wlasciwego podejscia wink)).
          • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 17:39
            isma napisała:


            >
            > Hmmmm. Rozumiem, ze problem byl w tej atrakcyjnej corce, czy w
            prasowaniu...?
            Powiem tak: okazało się później, że w atrakcyjnej córce problem był.
            Ale dla mnie jednak w tym prasowaniu.
            Dlatego na jednym wdechu je wymieniłam, choć w sumie córka nic do
            tematu wątku nie ma



            >
            > Mamalgosiu, a nie oczekujesz Ty przypadkiem niemozliwego?
            Całkiem być może. Nie pierwszy raz



            Z jednej strony Cie
            > dziwi, ze koloratkowy myli podczas wizyty duszpasterskiej zwanej
            koleda
            > przedszkole ze zlobkiem (bo ja bym takiego prostego bledu sie
            dopatrywala w
            > pytaniu o przedszkole), a z drugiej mowisz, ze "przychodzenie
            normalnie w
            > tygodniu" to za duzo wink))
            Nie, isma, oni byli codziennie, siedzieli do późna - to ne była
            tylko taka sobie wizyta.
            Nasz przyjaciel spotyka się z nami kilka razy w roku i to uważam za
            zdrowe (spotyka się też ze mną samą, to na pewno też mu daje jakoś
            ogląd w pewne problemy). Do tego ma jeszcze rodzeństwo - też czasem
            u nich bywa.
            Ismo, pomiędzy kolęą raz na rok, a przesiadywaniem u kogoś na stałe
            jest jeszcze całe kontinuum całkiem zdrowych i sensowynych wizyt



            > Ale ja nie cierpie kleru, wiec mozliwe, ze nie mam wlasciwego
            podejscia wink)).
            No własnie, ja miłuję kler. Tak więc pewnie obie jesteśmy bardzo
            nieobiektywnesmile
            Ale właśnie o sumie takich nieobiektywnych opinii mówimy
            >
            • isma Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 22:08
              Szczerze? Ja w ogole jakos niespecjalnie sie interesuje tym, ze ktos u kogos
              jest codziennie i siedzi do pozna. Oraz ze u niego prasuje (rozumiem, ze naoczni
              swiadkowie byli wink)). Mysle, ze bycie wtajemniczanym w takie szczegoly i ich
              rozwazanie przekracza jakby... zdrowy dystans miedzy ludzmi, o.

              Ale gdybym miala ocenic teoretycznie sytuacje, ze ktos u kogos, jak piszesz,
              codziennie przesiaduje, to bym powiedziala, ze akurat tu nie ma znaczenia, czy
              to jest koloratkowy, czy tesciowa, czy tzw. najlepsza przyjaciolka - bo to po
              prostu zdrowe nie jest samo w sobie.
              • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 12:11
                isma napisała:

                > Szczerze? Ja w ogole jakos niespecjalnie sie interesuje tym, ze
                ktos u kogos
                > jest codziennie i siedzi do pozna.
                no niby nie. Ale jak jeden czy drugi osobnik przychodzi do księdza z
                prośbą o posługę należną mu, a go wiecznie nie ma, to dziwne.
                Ale masz rację - nic mi do tego.


                Oraz ze u niego prasuje (rozumiem, ze naoczn
                > i
                > swiadkowie byli wink)).
                Byli. Bo ja z tą atrakcyjną 12 lat do klasy chodziłamsmile


                , to bym powiedziala, ze akurat tu nie ma znaczenia, czy
                > to jest koloratkowy, czy tesciowa, czy tzw. najlepsza
                przyjaciolka - bo to po
                > prostu zdrowe nie jest samo w sobie.
                No tak. Ale od jednych wymaga sie więcej niż od innych. Chyba już
                też rozmawialiśmy na ten temat - że pewne urzędy, pozycje społeczne,
                stanowiska, stany... obciążone są tym wymaganiem wyższej moralności.
                >
        • mader1 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 23:23
          To prowadzenie
          > jest chyba zbyt ścisłe - może powinny być jakieś 2 lata
          obowiązkowej
          > karencji po maturze?
          > Nie wiem, pytam i zastanawiam się

          To byłoby dobre, ale... kto zmusi "dobrą", kochajacą matkę do
          zdjęcia klosza z 21 syna ? 23 letniego syna ? 25 letniego syna ?
          dopókinie wejdzie pod opiekę żony lub seminarium ? sad(((((
          • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 12:13
            Rzeczywiście nikt. Gdybym wiedziała, że mój Syn za dwa lata pójdzie
            do seminarium, to dopiero bym klosz nałożyławink

            No to może wyjazd? Praktyki tzw robotnicze?
            Mader, znasz mnie już na tyle, że niestety jestem od zadawania
            pytań, a nie od odpowiadania na nie; od szukania, a nie od
            znajdowania.

            A gdy widze, że coś nie do końca jest dobrze, to sie zastanawiam, co
            można zrobić by było lepiej. Rzuciłam pomysł, ale jak widać -
            chybiony
            • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 12:45
              mamalgosia napisała:

              > No to może wyjazd? Praktyki tzw robotnicze?

              W naszym seminarium były kiedyś roczne praktyki robotnicze i uważam żeby to był
              dobry pomysł. A seminarium to chyba klosze zmienia, zamiast matczynego swój zakłada.

              Katecheci mają w naszej diecezji mają obowiązkowe dni skupienia zawsze w
              ostatnią sobotę przed świętami, ok. 95% to kobiety które pewnie nie mały w tym
              czasie nic do roboty. Podobnie dziennikarze, w ostatnią sobotę adwentu się
              skupiają. Nauczycielka wybiega ze szkoły po dzieci do przedszkola, spotyka
              księdza katechetę który rozpromieniony: „no to idziemy odpocząć do domu!”.

              Ale żeby oddać sprawiedliwość, to przeciętny świecki nie ma większego pojęcia o
              rzeczywistości w której żyją księża.
              • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 14:24
                kudyn napisał:

                > mamalgosia napisała:
                >
                > > No to może wyjazd? Praktyki tzw robotnicze?
                >
                > W naszym seminarium były kiedyś roczne praktyki robotnicze i
                uważam żeby to był
                > dobry pomysł.
                Tak, ale chyba te praktyki to były ogólnie dla wszystkich studentów,
                nie była to specyfika seminariów. Taki wymysł systemu
                socjalistycznego chyba



                > Katecheci mają w naszej diecezji mają obowiązkowe dni skupienia
                zawsze w
                > ostatnią sobotę przed świętami, ok. 95% to kobiety które pewnie
                nie mały w tym
                > czasie nic do roboty.
                Ale dlaczego kobiety nie mają noc do roboty w ostatnią sobotę przed
                świętami?????


                >
                > Ale żeby oddać sprawiedliwość, to przeciętny świecki nie ma
                większego pojęcia o
                > rzeczywistości w której żyją księża.
                No tak, ale nie nauczam publicznie na temat życia we wspólnocie
                księży czy w klasztorze, nie udzielam w tej dziedzinie rad i nie
                pretenduję do bycia
                znawcą
                • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 17:36
                  mamalgosia napisała:

                  > Ale dlaczego kobiety nie mają noc do roboty w ostatnią sobotę przed
                  > świętami?????
                  Wszystkie jaki znam mają i nie widzę powodu dla którego nie można zrobić takich
                  obowiązkowych imprez w innym terminie. To taki przykład osadzenia w rzeczywistości.

                  > No tak, ale nie nauczam publicznie na temat życia we wspólnocie
                  > księży czy w klasztorze, nie udzielam w tej dziedzinie rad i nie
                  > pretenduję do bycia
                  > znawcą

                  Raczej nie publiczne, ale słyszałem wielu "znawców" udzielających rad klerowi.
                  Wyjątkowo nie pisałem o Tobie wink
                  • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 19:41
                    kudyn napisał:

                    > mamalgosia napisała:
                    >
                    > > Ale dlaczego kobiety nie mają noc do roboty w ostatnią sobotę
                    przed
                    > > świętami?????
                    > Wszystkie jaki znam mają i nie widzę powodu dla którego nie można
                    zrobić takich
                    > obowiązkowych imprez w innym terminie. To taki przykład osadzenia
                    w rzeczywisto
                    > ści.
                    >
                    Jeju, w ogóle nie załapałam ironii, no naprawdę wstyd


            • mader1 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 13:23
              Nie każda matka trzyma dzieci pod kloszem. Nie każdy ksiądz traci
              kontakt z rzeczywistością wink

              > Rzeczywiście nikt. Gdybym wiedziała, że mój Syn za dwa lata
              pójdzie
              > do seminarium, to dopiero bym klosz nałożyławink

              A powinnaś go z domu wygnać ! wink)))))

              Też głośno myślę...

              Chyba ten syn musiałby gdzieś wyjechać. Albo przynajmniej osobno
              zamieszkać na jakiś czas...Ale jak to praktycznie przeprowadzić, nie
              wiem.
              • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 14:25
                mader1 napisała:



                >
                > Też głośno myślę...
                >
                > Chyba ten syn musiałby gdzieś wyjechać. Albo przynajmniej osobno
                > zamieszkać na jakiś czas...Ale jak to praktycznie przeprowadzić,
                nie
                > wiem.
                To zamieszkanie osobno to mogłoby być za mało (pobiegłąbym za nim z
                moim kloszemsmile ). Ale wyjazd myślę, że byłby dobry. Do księży
                robotników we Francjismile
      • kudyn Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 13:26
        Jakimś rozwiązaniem są wspólnoty gdzie żyją świeccy z konsekrowanymi. Do znania
        się na sprawach duchowych nie trzeba być domeną kapłana a duchowość nie może być
        odizolowana od rzeczywistości (chociaż jestem przekonany, że nie o to Ci chodzi
        smile). Znajomość spraw duchowych jest wynikiem osobowej relacji z Bogiem a do tego
        powołany jest każdy.
        Zakorzenienie w jednej rodzinie nie jest zbyt szczęśliwym rozwiązanie, lepsza w
        tym jest wspólnota gdzie się razem pracuje, sprząta, modli itp., jakaś forma
        wspólnego życia.
    • mader1 A czyja to wina ? 03.01.09, 13:49
      Rzeczywiście zauważyłam i u księży i u osób bezdzietnych takie
      oczywiste " braki"... To się jeszcze zdarza u tych, którzy już dawno
      odchowali dzieci - czasem starsze panie zaczepiają mojego synka na
      ulicy i mówią jakieś przyjazne głupoty na temat jego rozwoju.
      Widać, że już zapomniały... Nie dalej zresztą jak 1. IX nasza
      własna, najwłaśniejsza babcia zaczęła wypytywać Średnią o to, do
      której klasy chodzi, sugerując, że jest w okolicy liceum, podczas
      gdy ta raptem podstawówkę kończy:0 Mały też jej nie wyglądał na
      zerówkę a raczej na pierwszą klasę... A sama wychowała dzieci,
      widuje się z wnukami, a jednak podczas gdy jej bratowa wie , jakie
      wierszyki umie jej wnuk, jakiej ostatnio nauczył się literki, że
      umie się ubierać i od kiedy zawiązuje sznurowadła ( i jego
      przyjaciół zna), ona ciagle się dziwi... No i nie zostaje z nimi sam
      na sam, nie zabiera na wycieczki... Czyja to wina, że ona nie wie ?
      Jej- bo nie wydaje jej się to ważne, nie interesuje się, nie pragnie
      więzi i kontaktu. Ale i nasza. Moja, dzieci... Bo kontakt jest tego
      typu, że nie zwierzamy się. Wizytę traktujemy, jak wizytę. Jest
      herbatka, ciastka czy obiad. Dzieci czysto ubrane, grzecznie
      odpowiadają na pytania a potem znikają w pokojach, żeby nie brudzić
      w dużym, gdzie siedzi babcia.No i nie przeszkadzać w rozmowie. świat
      może się walić, może dokuczyć kolega, można nie umieć odrobić
      zadania. ale to ma poczekać do wyjścia babci. Jak tu przyjść i na
      zawołanie opowiedzieć o swoim problemie ?
      No i często, gęsto podobnie przyjmujemy księży. Raz do roku, nie
      częściej.Staramy się nic nie powiedzieć, a już z pewnością nie o
      problemach. Dziecko nakarmione, czyściutko wytarte, żeby broń Boże
      nie krzyczało i nie marudziło.Dzień wcześniej porządki, które
      wykończyły wszystkich. Dla księdza nasz trzylatek wygląda podobnie
      jak pięciolatek tych z dołu, a dla odmiany ci z boku chwalili się (
      lekko na wyrost), że ich dwulatek już potrafi pisać ( no wiecie,
      zakochani w swoich dzieciach rodzice tak mają wink))))))
      No jest problem z pieniędzmi czy pracą, nie ci politycy... No ale to
      tak ogólnie, spieszymy się i nie zaprosimy księdza wcześniej niż za
      rok, bo nie mamy czasu na takie wizyty. Musimy żyć. Normalnie.
      Najstarsza opowiadała mi o parafii w Austrii, w której była gościem.
      Tam co tydzień ksiądz jest przez kogoś innego zapraszany na obiad.
      Nie, nie jest tak, że rodzina, która go zaprosiła, jest uważana za
      podejrzaną razem z księdzem, albo wiadomo, że jest ogromnie
      zaangażowana w życie parafii. Tam uważali, że tak wypada. Panie z
      różańca przychodziły z ciastem i zapraszały księdza na kawałek...
      Ale przy okazji takiego obiadu, ciasta, kiedy domownicy już się
      przyzwyczają,coś się dzięki Bogu " nie uda" ! Ksiądz ma szansę
      dowiedzieć się o czymś - a to, ze dziecko potrafi pluć szpinaczkiem,
      a to, że mama wtedy ma łzy w oczach, a to, że gotuje tato i potrafi
      upiec ciasto.Mam wrażenie, że choć na trzylatkach się nie zna, ma
      szansę wypowiedzieć się wtedy jakoś łagodząco. Tego trzylatka
      trzeba dotknąć, a nie tylko o nim przeczytać.
      Z ksiedzem trzeba rozmawiać a nie tylko go informować.
      Żeby mieć praktykę, trzeba praktykować ciagle i ciagle.

      Z kolei osobiste przeżycia czy to w rodzinie czy jakimś zwiazku też
      mogą spaczyć spojrzenie na wszystkie związki. Na przykład - skoro ja
      przeżyłem zdradę zony i z nią jestem, to każdy potrafi. Skoro ja
      dostałem skrzydeł po urodzeniu mojego dziecka, to czemu tamta mama
      ma depresję ? Jedna ze znajomych nauczycielek przyznała mi się, że
      sama miała bardzo zdolne dzieci i nie mogła pojąć tych z ADHD - "
      jak to nie można ich wychować ? Z pewnością nie chcą". Długo starałą
      się przejsć ponad swoim doświadczeniem i uwierzyć w teorię wink
      Różnie z tym jest.

      No ale ja się po księżach zbyt wiele nie spodziewam wink)))))))))
      Oni to pewnie wyczuwają i dlatego pytają mnie o wiele rzeczy wink))))))
      Swobodnie.
      Natomiast najlepszą poradę w sprawie małżeńskiej dostałam właśnie od
      księdza, nie żadnego psychologa. Fakt, że doktor on jest ( ale nie
      psychologii) i do seminarium trafił późno.
        • mader1 Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 14:26
          > No, i tu przemawia przez Ciebie to... doswiadczenie wink)).
          > Amen.

          A.. ? Wtedy, kiedy piszę, ze się po ksieżach zbyt wiele nie
          spodziewam ? wink)))))))

          No, mieliśmy dziś takiego jednego u nas, z wizytą duszpasterską wink)))
          Bardzo się starał, wiedząc o nas trochę i pewnie się rozczarował, że
          rozmowy były miłe, choć powierzchowne. No ale jak się
          traktuje "prostaczków" w parafii nie najlepiej, to może się okazać,
          że ktoś przypadkowy się z nimi zsolidaryzuje.
          Bardzo miły był, bardzo miły... wink I wiedział , ile lat które ma
          dziecko ma i że potrafią śpiewać kolędy...
      • mamalgosia Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 17:31
        mader1 napisała:

        > Nie dalej zresztą jak 1. IX nasza
        > własna, najwłaśniejsza babcia zaczęła wypytywać Średnią o to, do
        > której klasy chodzi, sugerując, że jest w okolicy liceum, podczas
        > gdy ta raptem podstawówkę kończy:0
        No, przepraszam, ale w reformach oświaty to naprawdę ciężko się
        połapać nawet nauczycielom. Staję w obronie p. Babci
        • mader1 Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 22:05
          pewnie, że trudno się nawet i uczniom zorientować. No ale 3 lata
          więcej, to trzy lata więcej wink
          Zresztą nie musisz stawać w obronie. Kochamy ją, jest malownicza,
          wesoła i też nas kocha. Ja myślę sobie, że w tym jej braku orintacji
          jest jakaś mądrość.Po co ma zapamiętywać, jak dużo dziecko potrafi
          przeczytać, powiedzieć, jaki ma stopień i jakie trudności. Wie, że
          jej wnuki są zdolne, a ta cała reszta - kiedy zaczęły czytać, pisać,
          stopnie i inne - to są szczegóły wink) ważne tylko dziś, a kto o nich
          jutro pamięta ?
      • mamalgosia Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 17:42
        Na pewno masz rację.

        Myślę tylko sobie, że jest pewna wiedza, którą można posiąść np
        czytając w danej dziedzinie książki. Na przykład to, że normalnie
        rozwijające się dziecko (a nie to genialne od sąsiadów) jednak w
        wieku 3 miesięcy nie jada wiśni w czekoladzie (i w alkoholu).

        • mader1 Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 22:09
          jednak w
          > wieku 3 miesięcy nie jada wiśni w czekoladzie (i w alkoholu).

          no smile)) zwłaszcza, ze gdyby dobrze pogłówkować, przypomniałoby się,
          że w drugiej klasie, w czasie komunii organizowane są ślubowania
          dotyczące abstynencji do 16 roku życia wink)))
          • mamalgosia Re: A czyja to wina ? 04.01.09, 12:15
            mader1 napisała:

            > zwłaszcza, ze gdyby dobrze pogłówkować, przypomniałoby się,
            > że w drugiej klasie, w czasie komunii organizowane są ślubowania
            > dotyczące abstynencji do 16 roku życia wink)))
            No ale to dopiero w II klasie, niemowlę jeszcze takich ślubów nie
            złożyłosmile
        • mader1 Re: A czyja to wina ? 03.01.09, 22:35
          Wiesz, nie wymyśliłam tego sama - o tym powierzchownym kontakcie.
          Nie dość, że słuchałam wspomnień wakacyjnych córki, rozmawiam też
          czasemz księżmi, którzy wyjeżdżają do Niemiec na zastępstwa (
          podczas urlopu tamtejszych księży) - mówią o tym, że ludzie
          zapraszają ich na obiady. Że to nic takiego i na ogół jest to co
          najmniej kilka rodzin. Tam wypada zaprosić, u nas właściwie nie
          wypada.
          Kiedyś na Suwalszczyznie nasi Przyjaciele chcieli zaprosić
          proboszcza do swojego domu wakacyjnego. Pytali zaprzyjaźnionych
          gospodarzy czy ma jakąś dietę, czy na coś jest chory...Ludzie
          powiedzieli, że podczas kolędy to normalnie - czasem ciastem
          częstują, więc najlepsze będzie ciasto. Proboszcz przyjął
          zaproszenie. Okazało się, że ma cukrzycę sad Od wielu lat. Parafianie
          dowiedzieli się o tym od nas - przyjezdnych na dwa miesiące.
          Pamiętasz zresztą, polecałyście z Marzek takie powieści o pastorze.
          Sięgnęłam po nie. Tam ksiądz wiedział o parafianach sporo, no ale
          oni o nim równie dużo smile No i odwiedziny, przyjaźnie - to się po
          prostu działo cały czas.
          • mamalgosia Re: A czyja to wina ? 04.01.09, 12:19
            Czyli, że co? Że w ogóle zbyt mało się ludzie ze sobą przyjaźnią?

            O tak...

            Życie takiego pędu dostało - może to to? Moja najbliższa siostra
            zakonna twierdzi, że i do nich dotarło to przyspieszenie, że i w
            klasztorze czuje się, że Wielkanoce przeplatają się z Bożymi
            Narodzeniami coraz szybciej i siostry nie nadążają kartek produkować
    • mamalgosia ale dlaczego w ogóle o tym piszę 03.01.09, 17:46
      właśnie dlatego, że lubię klersmile

      I przykro mi, gdy się pogrążają, ośmieszają. Wiem, że człowiekowi
      silnej i ugruntowanej wiary to obojętne. Ale jest całą masa
      poszukujących, których ksiądz może jakoś ku Kościołowi pzryciągnąć
      lub odepchnąć od niego. I jeśli ktoś głosi, że rodzina to coś tam
      ("coś tam coś tam" - moje ulubione wyrażenie roku 2008smile ), a
      jednocześnei widać potem, że pojęcie ma żadne, to traci. Traci na
      całości - bo nie ma tej spójności, jedności przekazywania.

      Akurat ta koleżanka, co to jest babcią własnego dziecka mocno byłą
      naburmuszona - i własnie nie na tego księdza tylko, lecz po jakimś
      całokształcie (no bo ci księża...). Wiem, wiem - krzywdzące
      uogólnienia itp. I zawsze będę księży bronić 9nawet neiobiektywnie,
      bo ich lubięsmile), natomiast chciałabym, żeby ich słowa broniły się
      same
      • mader1 Re: ale dlaczego w ogóle o tym piszę 03.01.09, 22:19
        Chyba niewiele jest osób, którym to obojętne. Jasne, że tak nie
        powinno być. I oczywiste jest, że przykre jest patrzeć, jak ktoś
        udający eksperta, co chwila się pogrąża.

        > Akurat ta koleżanka, co to jest babcią własnego dziecka mocno byłą
        > naburmuszona - i własnie nie na tego księdza tylko, lecz po jakimś
        > całokształcie (no bo ci księża...).

        Nie dziwię się. To bardzo duży nietakt i dziewczyna nieprędko o nim
        zapomni.Zdarza się to i zawsze jest tak samo przykro. Poszłyśmy z
        koleżanką do sklepu z pożywieniem dla zwierząt razem z synkami.
        Ekspedientka, wcale nie taka młoda, powiedziała - "idź do babci
        i..." Zrobiło się niezręcznie i niemiło. Z zakupów już nic nie było.
        Mama ma lekko ponad czterdziestkę, no ale synek to ośmiolatek.
        • mamalgosia Re: ale dlaczego w ogóle o tym piszę 04.01.09, 12:23
          Proponuję wątek "Ekspedientek osadzenie w rzeczywistości".

          Nietakt - taki sam w obu przypadkach. Ale coś mi mówi, że bardziej
          brzemienny w skutkach jest ten, który popełnił ksiądz niż ten, który
          popełniła ekspedientka.

          A prywatnie: gdybym pzreżyła obie te sytuacje na własnej skórze, to
          o pani w sklepie pomyślałabym "co za wstrętna flądra", a słowa
          księdza by mnie zraniły. Hmmm po raz wtóry
    • maadzik3 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 20:54
      Nie mam pojecia jaka jest wiedza ksiedza, ale protestuje przeciwko zdaniu ze
      wiedza facetow o dzieciach (tych niezonatych i niedzieciatych) jest tak mizerna.
      Mam sporo niedzieciatych znajomych plci obojej ktorzy raczej nie myla
      8-miesiecznego niemowlecia z przedszkolakiem i nie dziwia sie ze 3-latek nie
      pisze i nie czyta - wszak sami w tym wieku na ogol ani jednego ani drugiego nie
      umieli a jak umieli to pewnie i zachwyty otoczenia i jego zadziwienie pamietaja.
      I nie chodzi o chec zajmowania sie cudzym przypadkowym dzieckiem (mozna ja miec
      mozna nie miec) ani o techniczne umiejetnosci (pierwsza pieluche zmienialam
      mojemu dziecku, moj maz tez, wczesniej nigdy nie mielismy z tym do czynienia, po
      miesiacu moglam bez otwierania oczu, ale to czynnosc rzadko powierzana obcemu
      przypadkowemu facetowismile. Chodzi o zakotwiczenie w rzeczywistosci wlasnie i w
      tym kontekscie demonstrowany brak pojecia o rzeczach oczywistych (jak to nie
      chodzi? o 5-miesiecznym dziecku czy kupowanie zestawu maly chemik w pudelku z
      napisem 14+ dla 5-latka albo grzechotki dla 4-latka) wkurza mnie u osob stanu
      cywilnego i duchownego obojetnego i plci dowolnej bo swiadczy o olewaniu drugiej
      strony. Jak celowo lub przez 100% bezmyslnosc wykazuje taki ksiezycowy stosunek
      do spraw dosc oczywistych to lepiej trzymac jezyk za zebami. W koncu nie trzeba
      mowic o dzieciach, ale jak mowimy - miejmy jakies pojecie o wyobrazeniu
      wynikajace z prostej obserwacji bo czasem w skrajnych przykladach to jak dziwic
      sie ze auto moze wpasc w poslizg na lodzie i tlumaczenie swego zdziwienia
      brakiem prawa jazdy.
      • mamalgosia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 20:59
        Mocne słowa i pewnie trochę przesady - ale jak je czytałam, to
        czułam, że ujmujesz moje myśli. I to olewanie... nie wiem, czy aż
        olewanie, ale chyba lekceważenie pewnych dziedzin rzeczywiście tak!
        Nie będę tu nic dodawać, bo w sumie powtórzyłąbym to, co napisałaś
        Ty...
        • verdana Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 22:13
          A ja się zastanawiam, czy sytuacja nie jest teraz trudniejsza niż
          kiedykolwiek, bo rodziny są mniejsze. Kiedyś księża wywodzili się
          (jak wiekszość ludzi zreszta) z wielodzietnych, rozgałęzionych
          rodzin. Mieli rodzeństwo, kuzynów, bardzo często sami jako dzieci
          musieli zajmować się innymi dziećmi, więc wiedzieli, jakie kłopoty
          moze to sprawiać. Znali też znacznie więcej różnych małżeństw,
          znali - jako rodzina - ich funkcjonowanie, dobre i złe strony,
          plotki, klopoty i zdrady. Nawet jako księża mieli sporo bratankow,
          siostrzeńcow, i problem małzenskie "na codzień" w rodzinie.
          Teraz rodziny są małe, starsze dzieci coraz rzadziej zajmują się
          mlodszymi, więzy między dalsza rodzina rozluźniaja się. I ksiądz,
          nie mając żony i dzieci nie wie dużo o współczesnej rodzine, bo
          rodziny parafian zna zazwyczaj jednostronnie. Albo sa prezentowane z
          duma w czasie wizyty i ubrane elegancko na niedzielną mszę, albo
          ludzie przychodza z ogromnymi dramatami. Księżom umyka zwykla,
          banalna codzienność, a ta jest najwazniejsza...
          • mader1 Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 03.01.09, 23:09
            no i masz rację, Verdano smile
            No to osadźmy ich w rzeczywistości. Nie tylko wybrane, cudowne
            rodziny parafialne. A niech zobaczą zasmarkane maleństwo... A niech
            zobaczą bezsilną mamę czy tatę... Ale jeżeli na wielotysięczną
            parafię będzie jedna rodzina, która będzie zapraszać księdza,
            mniejsza czy z córkami czy bez, i tak to dobrze nie wróży
            wspólnocie. No trudno, tan który ma niską inteligencję emocjonalną,
            musi popełnić gafy i musi usłyszć, ze je popełnił. I nauczyć się, ze
            lepiej babci powiedzić, że wygląda na mamusię niż odwrotnie wink))))
    • twoj_aniol_stroz Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 04.01.09, 15:04
      No to opowiem dzisiejszą moja rozmowę z mężem i to bedzie ilustracja
      do Twoich rozmyślań na temat męskiego rozeznania w dzieciach smile
      Mąż znalazł zdjęcia, na których starsza córeczka ma 4 latka, a synek
      występuje w charakterze wczesnego niemowlęcia w głębokim wózku. No i
      mąż rozpoczął przemyślenia, w którym to mogło być roku i czy ja
      pamiętam. No oczywiście, że pamiętam: 2002 rok na 100%. Na co mój
      mąż patrząc na Bartusia w tym głębokim wózku: "to ile Bartek miał tu
      lat, tak z roczek, albo dwa latka, nie?"
        • twoj_aniol_stroz Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 05.01.09, 09:36
          Aż tak to chyba nie wink w końcu chyba wie ile lat miałam, jak mu te
          dzieci rodziłam. Ale fakt jest faktem, on nie ma bladego pojęcia o
          datach urodzenia naszych dzieci, o tym kiedy co jadły w wieku
          niemowlecym... Pamiętam, że jak dzieci były małe to kiedy zostawał z
          nimi sam, dawał sobie świetnie radę, bawił się z nimi, usypiał itd,
          ale jeśli chodzi o żywienie to jednak dzwonił z zapytaniem co dać
          maluchowi - przeszło mu tak gdzieś w okolicach drugich urodzin
          młodszego smile Teraz nadal nie ma pojęcia kiedy dzieci mają urodziny,
          ile mają dokładnie lat (wychodzi mu tak +/- rok), jak zaczynają
          chorować to jakie podać leki itd. No cóż, ten typ tak ma smile, ale za
          to ma mnóstwo innych zalet i mimo tych braków w wiedzy jest
          rewelacyjnym tatą smile
          • ruda_kasia Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 12.01.09, 10:23
            Spotkaliśmy się w sobotę ze znajomymi całymi rodzinami - znaczy my i po parze
            dzieci. I zaczęły się przy stole dywagacje, które z naszych młodszych dzieci
            jest starsze i o ile. tylko ja się uśmiałam, bo przecież od zawsze pamiętam, że
            Łukasz urodził się dokładnie półtora miesiąca po Zuzie. Spekulacje mojego męża i
            znajomych były oj różne. A nasze dzieci są identycznego wzrostu, na identycznym
            poziomie rozwoju (tyle że Zuza mówi L zamiast R a Łukasz mówi J zamiast R).
            Podobnie co do różnicy wieku naszych starszych dzieci, ale tu już tylko
            panowie.... No bo trudno ustalić, ze skoro jedna chodzi do pierwszej, jedna do
            drugiej klasy, młodsza poszła rok wcześniej i jest ze stycznia a starsza
            normalnie i jest z lipca, to dzieli je nie pól, a półtora roku big_grin
            Na innym forum matka zrobiła ojcu quiz ze zdjęciami 3 dzieci w różnym wieku,
            własnych dodam, raczej nie był w stanie odróżnić ich w wieku bardziej szczenięcym.
    • isma Zycie i teatr 04.01.09, 22:46
      A rozbawilo mnie dzisiaj. Na temat mezczyzn w ogolnosci, a ksiezy w szczegolnosci.

      Bylismy mianowicie ze slubnym na tyjatrze w parafii (dwa razy do roku tyjater
      jest - misterium wielkopostne i jaselka, w tym roku wszakze chcacy isc w
      teatralne slady umilowanego Ojca sw. koloratkowy jaselka nam zmodernizowal i tez
      bylo autorskie "misterium").

      No i scena tam byla taka, ze Ona (Everywoman) marudzi i jeczy, ze nie ma za co
      Swiat przygotowac, a On (Everyman) jej na to wzniosle odpowiada, cytuje: "Tez to
      bolesnie odczuwam!".
      Zdusilismy ze slubnym obopolny paroksyzm smiechu, ktory nami w tym momencie
      wstrzasnal (bo tak w ogole, to my przepadamy za amatorszczyzna w teatrze), i po
      wyjsciu odbylismy dialog nastepujacy:

      Ja: "No i czy ty widziales kiedykolwiek faceta, ktory by sie oswiadczal, ze
      "odczuwa", i to na dodatek "bolesnie"? No, moze poza toba samym wink))?
      Slubny: A ty myslisz, ze autor kogo mial na mysli, no kogo? Przeciez on nie zna
      zadnej innej rodziny - ja juz nie mowie, ze zadnej takiej swietej..."
      • mama_kasia Re: Zycie i teatr 05.01.09, 09:04
        dobre smile))

        Przypomniał mi się ksiądz, który odprawia nam rekolekcje letnie.
        On twierdzi, że właśnie od nas nauczył się rodzin (czyli od jakiejś
        dwudziestki rodzin). I my przez te kilknaście lat to widzimy.
        Zaczęliśmy od dwóch, trzech małżeństw. Reszta w tym czasie była
        bezżenna. Rekolekcje bardzo intensywne. Zaczęły pojawiać się
        dzieci. Nasze rekolekcje zmieniały się, plan się zmieniał,
        tematy. Myśmy (i ten nasz ksiądz wśród nas również) się
        zmieniali.
        Między nami jest szczerość i on chociaż to lato, urlop (choć
        rekolekcje) widzi nas takimi, jakimi jesteśmy. Nasze dzieci
        (chłopaki głównie) potrafią się pobić, dziewczyny obrażają się,
        dokuczają sobie. Małżonkowie miewają problemy. Do tego spowiedź,
        jakieś indywidualne rozmowy. Taki tydzień dzień w dzień z nami
        dużo mu daje. A że jeszcze jesteśmy z różnych części Polski
        (południowcy bardziej otwarci, my z północy jednak inni wink)),
        to bogactwo ogromne.
      • a_weasley Re: Zycie i teatr 09.01.09, 20:14
        isma napisała:

        > On (Everyman) jej na to wzniosle odpowiada,
        > cytuje: "Tez to bolesnie odczuwam!".
        <ciach>
        > i czy ty widziales kiedykolwiek faceta, ktory
        > by oswiadczal, ze "odczuwa", i to na dodatek
        > "bolesnie"?

        O, bez problemu. Przeczytał jakieś porady dotyczące komunikacji w związku, gdzie
        radzono powiedzieć kobiecie mówiącej o problemach, że też to boleśnie odczuwa,
        no to powiedział.
        Zresztą skoro mnie się zdarza w rozmowie z Minerwą powiedzieć np. "merytorycznie
        podtrzymuję, aczkolwiek nie powinienem był tego werbalizować w ten sposób" i
        bynajmniej nie jest to skutek lektury poradników...
        • twoj_aniol_stroz Re: Zycie i teatr 12.01.09, 15:10
          > Zresztą skoro mnie się zdarza w rozmowie z Minerwą powiedzieć
          np. "merytoryczni
          > e
          > podtrzymuję, aczkolwiek nie powinienem był tego werbalizować w ten
          sposób" i
          > bynajmniej nie jest to skutek lektury poradników...

          No i popłakałam się ze śmiechu big_grinDDD
          Jakby mój ślubny coś takiego wyznał po kłótni o chyba mimo wszystko
          tez bym pękła ze śmiechu smile
          • a_weasley Re: Zycie i teatr 12.01.09, 15:22
            twoj_aniol_stroz napisała:

            > Jakby mój ślubny coś takiego wyznał po kłótni
            > to chyba mimo wszystko
            > tez bym pękła ze śmiechu smile

            Aż specjalnie obejrzałem Minerwę bardzo dokładnie, ale nie jest popękana ani
            nawet zarysowana.
            Nam się naprawdę tak zdarza mówić, strzelistych peryfraz używać, gęsto rozmowy
            nieczytelnymi dla osoby postronnej aluzjami przetykać itp. Tak mamy.
            Skoro my tak mamy, to dlaczego ktoś inny nie może?
            • twoj_aniol_stroz Re: Zycie i teatr 12.01.09, 16:23
              Fajnie musi być w Waszym towarzystwie smile
              Mimo wszystko jednak nie sadzę by wiele było takich par, które w tak
              strzelisty sposób rozmawiają smile
              Choć faktem jest, że my z mężem tez czasem rozmawiamy takim szyfrem,
              ze postronny człek tego nie rozumie :0
            • minerwamcg Re: Zycie i teatr 12.01.09, 16:38
              a_weasley napisał:

              > Aż specjalnie obejrzałem Minerwę bardzo dokładnie, ale nie jest
              > popękana ani nawet zarysowana.

              Nie, nie, nic z tych rzeczy, do pękania mamy jeszcze trzy miesiące z
              kawałkiem smile

              Aniele, ale wiesz, o co chodzi - każda rodzina ma swój specyficzny
              język, jedna bardziej rozwinięty, inna mniej, czasem rzeczywiście
              hermetyczny dla postronnych, czasem dla postronnych dziwaczny lub
              śmieszny, jednak dla samych zainteresowanych w pełni zrozumiały i
              całkowicie naturalny.
              Generalnie jednak, kiedy się pisze historię o everymanie, należy
              zachować pewną ogólność, nie dodawać postaci zbyt wielu
              indywidualnych cech, w tym specyficznego języka. Dlatego u everymana
              może brzmieć śmiesznie zdanie z poradnika "Jak być dobrym mężem -
              nauka w weekend", które nie brzmiałoby śmiesznie, gdyby bohaterem
              był np. maniakalny wielbiciel takich poradników i widz by o tym
              wiedział. Everyman w opisanym przypadku powinien raczej westchnąć i
              powiedzieć "A co, myślisz, że mnie się to podoba?" albo "Coś o tym
              wiem".
              • isma Re: Zycie i teatr 13.01.09, 21:25
                Znaczy, jak dla mnie, to Everyman powienien powiedziec "Przeciez robie, co moge,
                zasuwam od rana do nocy", albo cos w tym guscie. No, moglby jeszcze jakies
                mocniejsze slowo dodac, podkreslajace, ze jest u kresu wytrzymalosci, ale
                niekoniecznie, bo to jednak swieta rodzina miala byc wink)).

                A zeby oddac sprawiedliwosc. Z tym samym koloratkowym robilismy wiosna
                misterium wielkopostne. No i siedze ja sobie na probie, stare prochno, od autora
                dziela starsza o te drobne szesc czy siedem lat (a o ile od gminazjalistow, to
                juz nawet nie licze) i slysze dialog sceniczny, w ktorym bohaterka-nastolatka
                strofuje bohaterke-nastolatke, cytuje: "nie ROZKMINIAJ!". Autor podchwycil moj
                oslupialy wzrok, i objasnil, ze tak przeciez mlodziez mowi, zas mlodziez owa
                oddala gremialnie koloratkowemu wyrazy uznania, ze celnie podchwycil...

                Ja mysle, ze to jest rzeczywiscie kwestia jakiegos... zyczliwego doswiadczenia.
                Jest chyba sporo wsrod ksiezy katechetow z powolania, i oni jakos te problemy
                mlodziezowe czuja. Z dziecmi juz gorzej (jakkolwiek inny nasz znajomy ksiadz
                dostrzegl bez pudla, ze moj sposob zwracania sie do krecacego sie i marudzacego
                dziecka - liczacego sobie podowczas lat piec: "Mario, zwerbalizuj swoj problem"
                - nie jest typowy wink)). I z malzenstwami... no chyba tez gorzej.
                • minerwamcg Re: Zycie i teatr 14.01.09, 11:20
                  isma napisała:
                  > No, moglby jeszcze jakies mocniejsze slowo dodac, podkreslajace,
                  > ze jest u kresu wytrzymalosci, ale niekoniecznie, bo to jednak
                  > swieta rodzina miala byc wink)).

                  Nie, nie, przypomnij sobie wykłady z oświecenia. Oprócz ogólności i
                  harmonii w dziele powinno być także decorum, czyli przystojność smile
                • a_weasley Re: Zycie i teatr 14.01.09, 11:29
                  isma napisała:

                  > ze moj sposob zwracania sie do krecacego sie
                  > i marudzacego dziecka - liczacego sobie
                  > podowczas lat piec: "Mario, zwerbalizuj swoj
                  > problem"

                  Taaa. A potem pani w przedszkolu głupieje, bo dziecko zwymyślane od bezczelnych
                  smarkaczy pyta głosem poważnym i rzeczowym:
                  - A tak konkletnie to o cio pani chodzi?
    • a_weasley Re: księdza osadzenie w rzeczywistości 12.01.09, 11:00
      mamalgosia napisała:

      > I ciekawa sprawa: dlaczego siostra zakonna,
      > odizolowana bardziej,
      > takich pytań nie zadaje?

      Ponieważ wbrew pogłoskom rozsiewanym przez wrogie ośrodki różnica między
      mężczyzną a kobietą nie sprowadza się do narządów rozrodczych.
    • mamalgosia prezent 14.01.09, 09:19
      Odwiedził nas Ksiądz. Znajomy od wielu lat, Chłopców moich zna od
      urodzenia. Wie, że mają 6 i 3 lata. I bardzo chciał im zrobić
      prezent w postaci sweterków. Kupił naprawdę ładne. Dwa takie same.
      Poszedł do sklepu "5, 10, 15". Tylko dlaczego kupił te na lat 15?smile
          • verdana Re: prezent 14.01.09, 15:59
            W sprawie nieznajomosci zycia rodzinnego...
            W piatek ksiądz po kolędzie wizytuje nasze osiedle. Tylko - w
            piatek zaczynają się ferie szkolne - sporo dzieci wyjeżdża,
            pakowanie, zamieszanie, albo po prostu konieczność wyjscia z domu -
            bo dziecko odprowadzić trzeba.
            Sporo rodziców ksiedza nie przyjmie - nie dlatego, że nie chce, ale
            dlatego, ze musialoby odlożyc wyjazd.
            To jest też dzień w wielu szkolach otrzymywania ocen semestralnych -
            dla wielu dzień nerwów, "zasadniczych" rozmów i ciężkiej atmosfery.
            Niby nie takie istotne, ale jednak.
            • a_weasley Dylemat 14.01.09, 17:08
              verdana napisała:

              > w piatek zaczynają się ferie szkolne -

              i w ogóle należałoby się poważnie zastanowić, czy prowadzić w ciągu ferii kolędę.
              Z jednej strony w wielu domach będzie tylko część rodziny lub w ogóle nikogo nie
              będzie.
              Z drugiej - księża mają więcej czasu, bo nie prowadzą lekcji, a ministranci (ci,
              którzy nie wyjechali) mają nadmiar czasu.
              Myślę, że jest na to prosty sposób, ale jak to zwykle z prostymi sposobami bywa
              dość pracochłonny: rozdać uczniom ankietę, czy będą przez ferie w domu, czy nie,
              a jeśli nie, to czy będzie ktokolwiek. I ustanowić II termin dla tych
              wyjeżdżających.
              • twoj_aniol_stroz Re: Dylemat 14.01.09, 17:14
                U nas w parafii jest zawsze drugi termin, po prostu kto się
                nie "załapał" w pierwszej turze - tej z rozdania odgórnego - umawia
                się z księdzem indywidualnie i po krzyku. W zeszłym roku w naszym
                domu tak było i spędziliśmy bardzo miły wieczór smile
                • verdana Re: Dylemat 14.01.09, 18:16
                  A u nas nie ma. Jeden dzień, jedna godzina (a własciwie nie godzina,
                  bo "kto pierwszy ten lepszy".
                  No i akurat trafilo na mozliwie najbardziej klopotliwy dziń w roku.
                • a_weasley "Ksiądz przychodzi zawsze dwa razy" 14.01.09, 19:03
                  twoj_aniol_stroz napisała:

                  > U nas w parafii jest zawsze drugi termin, po prostu kto się
                  > nie "załapał" w pierwszej turze - tej z rozdania odgórnego - umawia
                  > się z księdzem indywidualnie i po krzyku. W zeszłym roku w naszym
                  > domu tak było i spędziliśmy bardzo miły wieczór smile

                  Myśmy też w zeszłym roku tak zrobili, ale ja myślę o czymś trochę innym. Nie o
                  indywidualnym zaproszeniu księdza - z iloma osobami on się tak może umówić? -
                  tylko o urzędowym drugim terminie dla całego domu czy kilku.
            • mamalgosia verdano 14.01.09, 18:45
              o, a u nas dopiero ferie za tydzień - no i dobrze, będziemy mieć
              krótszy drugi semestrsmile

              Myślę, że wcale nie aż tak wiele osób akurat wyjeżdża w piątek czy
              zaraz w sobotę.
              A co do "klasyfikacji i zasadniczych rozmów", to jakoś nie widzę
              związku z dziesięciominutową wizytą księdza po kolędzie
              • a_weasley Re: verdano 14.01.09, 19:08
                mamalgosia napisała:

                > Myślę, że wcale nie aż tak wiele osób akurat wyjeżdża w piątek czy
                > zaraz w sobotę.

                Przypuszczam, że dostatecznie wiele, by księżom warto było uwzględnić to w
                swoich rachubach.

                > A co do "klasyfikacji i zasadniczych rozmów", to jakoś nie widzę
                > związku z dziesięciominutową wizytą księdza po kolędzie

                Zapewne się nie znam, ale w tym przypadku nie znają się również forumowicze,
                którzy nie mają jeszcze dzieci w szkole, więc się jednak wypowiem, biorąc pod
                uwagę swoje lata szkolne.
                Rozmowy powywiadówkowe bywają... trudne. Atmosfera napięta. Nie jesteśmy w
                Szwecji, więc może właśnie ktoś na kogoś nakrzyczał. Albo ma zamiar nakrzyczeć.
                I czekaj tu człowieku w podniosłej atmosferze na oficjalną wizytę osoby
                najczęściej słabo znanej (chyba że akurat przypadkiem chodzi katecheta
                miejscowych dzieci).
                Z drugiej strony przychodzenie do ludzi po kolędzie, zwłaszcza jeśli ludzie
                nieprzesadnie pobożni, to sprawa delikatna i bez tego.
                To nie jest moment.
                • verdana Wesley 14.01.09, 19:32
                  To nie do wiary, mamy wreszcie takie same poglady na cos! A moze to
                  jakis forumowy cud!
                  Idealnie opisałes nastroj w domu po wywiadówce. Zgaduję, hm..., ze
                  nie zawsze byłeś idealnym uczniem?
                  • a_weasley Cud mniemany 14.01.09, 20:07
                    Verdana napisała:

                    > To nie do wiary, mamy wreszcie takie same poglady na
                    > cos! A moze to jakis forumowy cud!

                    Cud ani chybi, zważywszy, że zdarzyło się to dziś trzy razy: w sprawie
                    katechetki, w sprawie policjanta chrzestnego i tutaj.

                    > Idealnie opisałes nastroj w domu po wywiadówce.
                    > Zgaduję, hm..., ze nie zawsze byłeś idealnym
                    > uczniem?

                    Mówiąc szczerze, przestałem z chwilą ukończenia podstawówki sad

                    P.S. Jednakowoż ja się piszę Weasley. Ale rozumiem, że można się pomylić, bo
                    twórca metodyzmu pisał się Wesley wink
                • mamalgosia Re: verdano 14.01.09, 20:12
                  a_weasley napisał:

                  > mamalgosia napisała:
                  >
                  > > Myślę, że wcale nie aż tak wiele osób akurat wyjeżdża w piątek
                  czy
                  > > zaraz w sobotę.
                  >
                  > Przypuszczam, że dostatecznie wiele, by księżom warto było
                  uwzględnić to w
                  > swoich rachubach.
                  Przepraszam, źle zrozumiałam słowa verdany. Myślałam, że to chodzi
                  tylko o ten piątek, a tu wygląda na to, że oni kolędują w czasie
                  ferii również. To się zgadzam, że bez sensu



      • mader1 Re: prezent 14.01.09, 16:55
        rozumiem już dlaczego nasze dostają głównie obrazki smile))) Najmłodszy najbardziej
        dziecinny , starsze - poważniejszy smile)))
        I nie ma problemu - na obrazkach się znają smile)))
        • mamalgosia Re: prezent 14.01.09, 18:48
          mader1 napisała:

          Najmłodszy najbardzie
          > j
          > dziecinny , starsze - poważniejszy smile)))
          Widzisz? Doskonałe wyczucie! A przecież Najstarsza mogła dostać ten
          najbardziej dziecinny, prawda?smile
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka