nati1011
15.01.09, 07:39
Czy ktoś naprawdę pomyślał o tym dziecku?
Ochrzczono dziecko, nadano mu imię - bez zastanowienia nad
konsekwencjami tego faktu dla dziecka... tymi dalszymi. Tak nie
wolno - pisze w liście do redakcji czytelniczka, matka adoptowanego
dziecka
Jestem matką adoptowanego dziecka. Katoliczką, osobą naprawdę
wierzącą. Niebywale poruszyła mnie informacja w Państwa artykule
["GW", 14 stycznia - red.] na temat porzuconego w kościele
noworodka, który natychmiast został ochrzczony przez księdza, a
chrzestnymi zostali policjanci.
Warto się chwilę nad problemem zastanowić. Nie piszę - jakim prawem
ochrzczono to dziecko? Nie to jest najważniejsze... (w artykule
napisano, że "na wszelki wypadek, gdyby było zagrożone życie" - a
jednak ci sami ludzie mówią, że dziecko było zadbane, z butelką,
zdrowe.... Czy każdego noworodka chrzci się na wszelki wypadek?").
Jakie naprawdę były intencje osób, które wzięły w tym udział? Czy
policjanci nie powinni się zastanowić - co teraz? Czy będą naprawdę
rodzicami chrzestnymi tego dziecka? Czy będą o nie dbać, zaopiekują
się jego rozwojem duchowym i fizycznym - jeśli przyjdzie taka
potrzeba? Czy to nie była trochę taka zabawa w dobroć? Czy wolno się
tak bawić?
Ochrzczono dziecko, nadano mu imię - bez zastanowienia nad
konsekwencjami tego faktu dla dziecka... tymi dalszymi. Tak nie
wolno.
To dziecko - jeśli trafi np. do adopcji - a jest taka możliwość....
będzie miało rodziców... i to do nich powinna należeć decyzja, czy
będzie chrzczone i kiedy ma to nastąpić.
Przecież katolicy nie chrzczą swoich dzieci w wieku trzech
tygodni... To rodzice powinni wybrać mu imię i przede wszystkim
rodzice powinni wybrać rodziców chrzestnych. Pozbawiono ich tych
praw. Pozbawiono także czegoś ważnego TO DZIECKO. Dziecko, które już
jest skrzywdzone.... Gdy - zakładamy - trafi do rodziny - swojej
nowej rodziny - a może starej... tak czy siak nie będzie mogło już
być ochrzczone po raz drugi i ceremonia ta nie odbędzie się przy
matce - biologicznej czy adopcyjnej.
Odbyła się raz na zawsze - bez udziału rodziców. Chrzest - w wypadku
adopcji - jest ważnym momentem "narodzenia się na nowo", w nowej
rodzinie... Są jeszcze inne, "prozaiczne - życiowe" względy... tak
naprawdę bardzo, bardzo ważne...
Czy ktoś pomyślał o tym dziecku? O jego życiu? Będzie rosło:
rówieśnicy będą mówili... moja mama chrzestna u mnie była, dostałam
prezent... A mój tata chrzestny to jest fajny... Ten chłopczyk
został tego pozbawiony. Jego chrzest naznaczony zawsze już będzie
faktem porzucenia. Nawet jeśli znajdzie się biologiczna matka i
weźmie go z powrotem - czego obojgu serdecznie życzę.
Nawet jeśli dostanie rodziców nowych - chrzest będzie o tym
przypominał - o dniu, w którym zostało porzucone.
PS Porzucenie dziecka, choćby w ciepłym kościele albo w nieszczęsnym
tzw. "oknie życia", jest najgorszą z dróg, jaką można wybrać.
Dziecku szuka się rodziców sądownie... Trwa to wiele miesięcy...
dopiero potem może trafić do adopcji. Najsensowniej jest zgłosić się
z dzieckiem do ośrodka adopcyjnego - tam otrzyma się bardzo
dyskretną i fachową pomoc, dziecko trafi do swojej nowej rodziny i
ma szanse na dobry, prawidłowy rozwój i opiekę od razu. Jest też
pewność, że dziecko oddała matka... a tej pewności, przy
dzieciach "znalezionych" w oknie, na stopniach... nie ma. To może
być babcia, partner... ktoś, kto czasem gotów matkę oszukać, że
dziecko np. umarło... Wtedy bez opieki zostaje także ta biedna
kobieta... A co najważniejsze - fakt oddania, a nie porzucenia, ma
wpływ na całą przyszłość tego dziecka - życie ludzi porzuconych,
choćby trafili do najlepszych rodzin, jest ogromnie trudne. Fakt, że
zna się choćby imię matki i wie, że dziecko oddać musiała i zrobiła
to tak jak trzeba.... to jest WIELKA RÓŻNICA. Życie bez możliwości
dotarcia do swoich korzeni... jest koszmarem, który nie pozwala
zwykle ułożyć sobie swojego życia. Dlatego warto pochylić się nad
tymi problemami z namysłem...