co by bylo gdyby...???

03.02.09, 23:37
ośmielam się założyć pierwszy wąteksmile
jak często wracacie myślą do tego co mogłoby być???
czy takie rozpamiętywanie prowadzi do czegokolwiek budującego?
jak dalce nasze życie zostało już za nas "wymyślone" tam na górze, a jak dużą
rolę mogą odegrać nasze decyzje??
oczywiście pisze to nie bez związku z rzeczywistą sytuacją ale o tym może
późniejsmile
    • minerwamcg Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 00:09
      Ojej, strasznie się przed tym bronię, i Athurowi też wiercę dziurę w
      brzuchu, żeby tego nie robił. Uważam, że właśnie taki
      cobybyłogdybizm nie prowadzi do niczego dobrego, przeciwnie, wpędza
      człowieka we frustrację.
      I nie, nikt na górze nie wymyśla mi życia. Wiedzieć naprzód co ktoś
      zrobi i co się z nim stanie, to jeszcze nie znaczy sterować nim.
      Jedyne, co Szef ma dla mnie zaplanowane na pewno, to wieczne
      zbawienie smile
    • k_j_z Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 05:38
      nie wracam.
      "Mogłoby" tylko w kategorii scenariuszy filmowychsmile))
      Zgadzam się z Minerwą, że to do niczego nie prowadzi
      • thorper Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 06:26
        Dokładnie, sam nienawidzę tego robić i staram się to wyplenić u mojej żony.
    • mamalgosia Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 09:23
      Nie.
      Kiedyś robiłam to bardzo często, ale teraz już nie robię.
      Wystarczająco trudno jest mi objąć umysłem fakty, żeby jeszcze
      gdybać. Zresztą właściwie każde gdybanie okazywało się chybione, a
      hipotezy legały w gruzach. Tak, że to już udało mi się wykorzenić -
      ale była to praca nad sobą, nie przyszło to samo. Bo skłonność
      miałam.

      Natomiast grzebanie w przeszłości, wracanie do niej z uporem
      maniaka, rozpamiętywanie, zarówno w tej dobrej jak i w złej - wielki
      mój problem.
      No i w przysżłości grzebanie. Patrzenie na nią z lękiem, obawą,
      strachem - to chyba problem jeszcze większy
      • minerwamcg Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 09:40
        Mamałgosia napisała:
        > No i w przysżłości grzebanie. Patrzenie na nią z lękiem, obawą,
        > strachem - to chyba problem jeszcze większy

        W miarę jak zbliża mi sie termin urodzenia dziecka, zaczynam Cię
        rozumieć.
        • mamalgosia Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 10:03
          No cóż: byłoby dobrze, gdybym z obawą i lękiem patrzyła tylko na te
          elementy przyszłości, które ewentualnie na to zasługują.
          Myślę, że poród do takich nalezy i obiektywnie obawy są uzasadnione.
          Tak, kobiety rodziły od zawsze itp itd, ale jest to przeżycie
          ogromne.
          Przed pierwszym porodem bałam się nieznanego.
          Przed drugim bałam się, bo już wiedziałam jak to wygląda
          • minerwamcg Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 10:31
            Poród to w tym wszystkim jeszcze relatywnie mały strach. Urodzi się,
            w dodatku przez cc, jak Bóg da, to obie wyjdziemy z tego zdrowe i
            całe, i szlus. Ale potem. Odchować dziecko, wyprowadzić z takich czy
            innych choróbsk, przekazać wiarę smile)), wychować na porządnego
            człowieka, nauczyć być szczęśliwym... A tzw. świat w tym bywa, że
            nie pomaga, oj nie.
            • mamalgosia Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 11:42
              A tak, poród jest trudny, a potem to już tylko trudniejsmile
              Mówią, że najtrudniejsze jest pierwsze trzydzieści latsmile

              • minerwamcg Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 22:21
                Prawda, jak dziecku stuknie trzydziestka, można się nim już aż tak
                nie przejmować smile Tym bardziej, że na ogół do przejmowania ma się
                także wnuki smile
    • a_weasley Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 09:52
      Ligolka napisała:

      > jak często wracacie myślą do tego co mogłoby być???

      Często. Aczkolwiek im bardziej jestem zadowolony od tego, co jest, tym rzadziej.
      Ostatnio moim ulubionym tematem jest, co by było, gdybyśmy byli na siebie wpadli
      wcześniej (a zwłaszcza czy wtedy mogłoby z tego coś być, bo mam tyle samowiedzy,
      żeby odróżnić Arthura 1990 od Arthura 2003).

      > czy takie rozpamiętywanie prowadzi
      > do czegokolwiek budującego?

      W moim przypadku doprowadziło w przeszłości do napisania kilku autobiografiołów,
      które najpierw dotyczyły przeszłości alternatywnej w tym uniwersum, potem
      przeniosły się do rzeczywistości alternatywnej, i na tym nauczyłem się (trochę)
      pisać. Dzięki czemu później napisałem parę fanfiktów, pochlebiam sobie, że niezłych.

      > jak dalce nasze życie zostało już
      > za nas "wymyślone" tam na górze,

      Moje intuicyjne wrażenie - że wymyślone zostało ileś tam możliwości. Ale to,
      który kupon wypełnimy i czy w ogóle którykolwiek, czy może wszystkie wyrzucimy
      do śmieci nie odróżniwszy ich od przeterminowanego awiza albo reklamówki, albo
      na przykład nie wypełnimy, bo nam się nie chce - to już nasza decyzja. Napisane
      jest bowiem (Ps 23) "a kielich napełnia po brzegi", ale wypić to już trzeba samemu.
      • atama Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 11:20
        > > jak dalce nasze życie zostało już
        > > za nas "wymyślone" tam na górze,

        Mi się wydaje, że "na górze" nie ma ani jednego gotowego scenariusza
        na nasze życie.
        Wspólna praca nad przyszłością odbywa się cały czas. Trwa. Przy
        naszym współudziale, jak w Jr 18,1-6.
        • 27agnes72 Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 21:55
          A ja czasami gdybam- czasami za często.Układam różne scenariusze i
          różne zakończenia. Dla mnie te przemyslenia wiele dają. Kiedy czegoś
          bardzo żałuję a zdarza mi się podobna sytuacja- wiem już jak się
          zachować.Dla mnie przemyślenie każdej sytuacji ze stu stron daje mi
          w pewnym momencie spokój ducha bo przy okazji szukam pozytywów tego
          co się wydarzyło...
          • verdana Re: co by bylo gdyby...??? 04.02.09, 22:27
            A ja się zastanawiam , dlaczego to "gdyby" dla wszystkich z
            zalożenia ma byc lepsze od tego, co jest.
            Przyznam, ze czasem myślę, co by bylo, gdybym nie "wpadła", miała
            teraz dwoje doroslych dzieci i święty spokoj. I drżę na samą myśl.
            • mamalgosia Re: co by bylo gdyby...??? 05.02.09, 09:16
              verdana napisała:

              > A ja się zastanawiam , dlaczego to "gdyby" dla wszystkich z
              > zalożenia ma byc lepsze od tego, co jest.
              Wcale nie, nie wiem, skąd taki wniosek.
              Umiem sobie wyobrazić, co by było gdyby przedwczoraj młodszy nie
              minął się o milimetr z kantem szafki.
              Ale nie chcę gdybać, ani na plus ani na minus
    • otryt Mój cobybyłogdybizm forumowy 06.02.09, 17:17
      Uwaga: Ten post proszę czytać z lekkim przymrużeniem oka. Gdyby
      rzecz potraktować poważnie trzeba by szykować kaftan.

      W praktyce forumowej wygląda to mnie więcej tak. Bywa, że czyjś wpis
      mocno we mnie rezonuje. Myślę o sprawie, chodzę z tym po lesie lub
      po plaży albo na innym spacerze, zanim coś napiszę. Następnego dnia
      wcielam się w skórę moich najczęstszych adwersarzy i krytyków: ABC,
      AIG, PQR, XYZ. Wyobrażam sobie, co każdy z nich napisał. Jeden się
      wkurzył, że zbyt psychologizuję, no to ciach, cały akapit wyleciał.
      I tak nic istotnego nie wnosił do dyskusji. Drugi przyczepił się do
      liczby. Sprawdzam liczbę w paru źródłach, na wszelki wypadek
      dopisuję słowo "około". Trzeci z precyzją prokuratora na sali
      sądowej, ćwiczącego swą retorykę punktuje kolejne słabe punkty
      mojego wywodu. Wyrzucam te punkty. Dla czwartego moje poglądy są
      zbyt obsesyjne, odbiegają od obecnej w mediach głównego nurtu normy.
      Sprawdzam, kto głosił podobne tezy. Jeśli tylko Radio Maryja,
      wyrzucam, jeśli ktoś z bardziej akceptowalnych postaci, zostawiam.
      Piąty potencjalny krytyk się nie odezwie, ale sobie pomyśli, że nie
      warto zadawać się. Szósty zakwestionuje zbyt ogólnie postawioną
      tezę. Złagodzę kant zwrotem: "moim zdaniem". Siódmy zaatakuje wątek
      zbyt osobisty z powodu niezrozumienia. Dopowiem coś, aby było
      bardziej zrozumiałe. Ósmy zastosuje chwyt erystyczny. Postaram się
      więc inaczej ująć temat. Dziewiąty poczuje się urażony, bo
      poruszyłem coś, co dla niego święte. Postaram się wygładzić ostrze
      mojej krytyki. Dziesiąty wyrazi inne zdanie, ze się nie zgadza ze
      mną. Przygotuję się na dłuższą dyskusję, poszperam w źródłach,
      poznam alternatywne, odmienne od moich poglądy. Jedenasty,
      zazwyczaj niechętnie nastawiony do moich notek, wstawi ironiczną
      uwagę. Wymyślam równie ironiczną ripostę w razie czego. Dwunasty
      zakwestionuje autorytet, na który się powołałem. Wyrzucam nazwisko,
      piszę od siebie, nie powołując się na autorytet. O trzynastym wiem,
      że jest specjalistą w jakiejś dziedzinie i z tej racji może
      zakwestionować, co napisałem jako laik. Już samo wtargnięcie laika
      na czyjeś profesjonalne podwórko może wywołać święte oburzenie,
      niezależnie od wygłaszanych racji. Zazwyczaj daję sobie spokój i
      parę tematów z definicji skreślam, jako nie nadające się do
      dyskusji. Po takiej obróbce sprawdzam, czy to są jeszcze moje
      poglądy, czy mogę się pod tym podpisać, czy taki mix jest zjadliwy?
      Jeśli nie, wyrzucam całość. (ponad połowa tekstów). Jeśli tak,
      leżakuje to jak wino do następnego dnia i dopiero wtedy czytam
      ponownie, czy to ma jakikolwiek sens? Być może podczas pisania byłem
      niedysponowany? Miałem gorączkę albo nastrój poniżej średniej? Gdy
      stwierdzam, że tak mogło być w istocie, na wszelki wypadek od razu
      odsyłam do archiwum. W tych bowiem momentach najczęściej dochodzi
      bowiem do zgrzytów, spięć i starć a moderator stawiany jest na
      baczność. Jeśli nic takiego nie stwierdzam, publikuję. Oczywiście,
      tę wyliczankę możnaby prowadzić w nieskończoność. Poprzestałem na
      szczęśliwej 13.smile))

      Pozdrawiam i zachęcam do pisaniasmile))


Pełna wersja