nati1011
25.07.09, 09:10
Przepraszam, że w nowym wątku. Ale tamten tak sie rozrósł, ze juz
mało kto go czyta. A ja chciałabym - tym wszystkim wątpiącym -
przekazać swoją historię.
Moja ostatnia ciąża była tragiczna. Ledwo ja przeżyłam. Nie tylko
fizycznie, ale również psychicznie. Już w ciąży na samą myśl, ze
jeszcze kiedyś miałabym przechidzić przez coś podobnego robiło mi
sie słabo. Wyskoczyłabym chyba oknem - i to dosłownie. A tu
przyszedł w końcu poród i po paru tygodnia realny problem: co dalej?
Nie mogłam zajść w kolejną ciażę. Stan po 2 cieciach, choroby
przewlekłe i powikłania po ostatniej cesarce. Do czasu wyleczenia i
najlepiej 2 lata od ciecia niemal bezwzgledny zakaz lekarski
kolejnej ciaży. NIe groziła mi oczywiście śmierć w przypadku
kolejnej ciaży - przynajmniej nie bardziej niż innym. Faktyczne
zagrożenie zdrowia (ale tez tylko zagrożenie a nie pewność) to ciaża
mniej niż pół roku po cc. Pozostałe choroby to bardziej cierpienie i
trudności niz realne zagrozenie dla dziecka lub mnie. Ale jak już
wiedziałam to cierpienie moze byc nie do wytrzymania - zwłaszcza
prez 9 długich miesięcy.
Żeby była jasność. Teoretycznie mogłam wybrać prawie każdą metodę.
Ze względu na swoja sytuację miałam przyzwolenie kapłana nawet na
prezerwatywę czy hormony. Dodatkowo hormony były usprawiedliwione
sytuacją zdowotną. Mogłam je brać bez wyrzutów sumienia.
ALe ja panicznie bałam się ciaży. A przeciez każda metoda ma
margines błędu. Pozostawała rezygnacja ze współżycia wogóle. Ale to
też nie było najlepsze wyjście. Wtedy przeanalizowałam przeszłość. 7
lat stosowania NPR trochę na oko. Obserwacja tylko śluzu, bez
pomiaru temperatury (bo ciągle chora), bez dokałdnych notatek, bez
rygorystycznego trzymania sie terminów. A ze cykle miałam jak w
zegarku - bez żadnych odchyleń to bardziej był kalndarzyk

A
przecież wcześniej też nie mogłam zajść w ciażę. Bo mieliśmy kredyt,
bo ja ciagle chorowałam. I nie zaliczyliśmy żadnej wpadki. W innych
sprawach też czesto dostrzegałam nadzwyczajną "Rękę Boską". I to
mimo iż trwałam wtedy w fazie "obok Boga".
Postanowiłam zaufać. Zawarłam umowę z Bogiem

"Ja zrobię wszystko
co w moje - mocno ograniczonej - mocy, a Ty zajmij się resztą.
Wierze, że nie dasz mi kolejnego dziecka, jeżeli nie bedę na nie
gotowa".
Wybrałam NPR bo ono dawało mi kontrolę nad moim ciałem. Tylko wtedy
wiedziałm kiedy jestem płodna. Przy hormonach ryzyko wpadki było dla
mnie za duże. Naprawdę wystarczy niewielka niestrawność czy tzw
grypa żołądkowa i już można zaliczyć wpadkę. Na poczatku trochę
wspomagaliśmy się prezerwatywą, bo zostawiałam takie marginesy w
obliczeniach, że wychodziło mi po 2 dni bezpieczne

Więc w
okresach niepłodnośći wzglednej stosowałam drugie zabezpieczenie.
Zaczełam mierzyć temperaturę - i nagle okazało się, że moje choroby
nie zakłócają jej cykliczności. Mało tego skok był tak wyraźny, ze
nie dało się go nie zauwazyć. I nie było większych problemów mimo iż
cykle rozjechały mi się dokumentnie, nasiliły się zaburzenia
hormonalne i doszły inne choróbska, z którymi latami walczyłam.
Po ok 2 latach mój strach zmalał na tyle, ze zaczelam sie
zastanawiać, czy może jednak kiedyś jeszcze nie spóbować. Po
kolejnych 3 mój stan zdrowia najpierw sie gwałtownie pogorszył, po
czym wrócił niemal do stanu ideału. Obecnie odzyskałam - oby trwale -
fizyczna zdolnośc do zaplanowania kolejnego dziecka. Troche się
jeszcze boję. Ale kto wie? Coraz cześciej zadaję pytanie: czy na
pewno mam już wszystkie dzieci w domu? Zawsze marzyłam o trójce. A
moze nawet czwórce (o ile uda się to w ramach tylko 1 ciaży)
Dla mnie NPR jest najlepsza metodą - choc trudna. Nie zgadzam sie z
tak rygorystycznym podejściem kościoła - uważam, ze lepsze metody -
akurat na tym polu - mozna osiągnąć zachecaniem i edukacją niż
traktowaniem wszystkich jak cieżkich grzeszników. Do tej metody
trzeba dorosnąć. Jest to o tyle trudne, ze musza dorosnąć oboje
małżonkowie - a to bywa czasem baaardzo trudne. A jeżeli zaufamy, to
nie ma się co bać, że pomylimy się w obliczeniach czy obserwacjach.
Przecież oprócz naszych wyborów jest jeszcze Wola Szefa. A On chce
zawsze dla nas dobrze. No i nie zdarzyło mi się, by Bóg kiedykolwiek
zrobił mi na złość. Choć jak urodziłam synka, to przez moment Go o
to podejrzewałam
To ma być tylko moja historia. Bardzo Was proszę: nie dyskutujcie od
nowa tego samego. Nie chodzi mi o udowadnianie wyższości świąt
Bozego Narodzenia nad świetami Wielkiejnocy, tylko na pokazaniu
swojej historii. Że można - nawet w bardzo trudnej sytuacji.