impresjonistyczna
19.06.10, 20:12
Na co dzień jest nawet sympatycznie. Często się uśmiecham, nie ma czasu na
myślenie o sobie. Jest za to bieg do autobusu, rozwiane włosy, książki
wystające z torebki, kilka słów zamienionych z sąsiadką na ulicy. Ale
przychodzą chwile, takie jak ta, kiedy po cichu sobie siądę z kubkiem o
wyszczerbionym uchu w małej dłoni i tak spontanicznie chce mi się zacisnąć
oczy i zęby i uronić kilka łez. A potem wrócić i znów się uśmiechać.
To zaczęło uwierać. Moje dwie przyjaciółki mają wspaniałych, mądrych
chłopaków. Koleżanki także tworzą zgrabniutkie związki z naprawdę
wartościowymi młodymi mężczyznami. Nie łączą ich tylko imprezy, kino i seks.
Razem chodzą do teatru, herbaciarni, ona jedzie do niego przez pół miasta z
własnoręcznie upieczonym ciastem, kiedy on jest chory. On ją zabiera na
spontaniczne wycieczki rowerowe i na mecze. Cieszą się razem swoją obecnością
i młodością. I w takich chwilach ja z całego serca im kibicuję. Ale też
zaczynam myśleć, co ze mną jest nie tak. Nie jestem narcyzem, ale zdaję sobie
sprawę z własnej wartości. Mimo młodego wieku dojrzała i odpowiedzialna,
ambitna, serdeczna, oczytana, uśmiechnięta. Jak każdy - z pudełkiem wad
człowieczych. Nie mogę trafić na tego człowieka, z którym mogłabym porozmawiać
o mistycyzmie, najfajniejszych modelach opla, nowym spektaklu w miejskim
teatrze, tej nowej nieudolnej piosence z radia, spóźnionym autobusie albo o
spełnionym celu. O wszystkim i o niczym. Poza tym brakuje mi "dwóch ramion
zamkniętych/dwóch promieni wszechświata", tak ludzko, nieznanego mi "jego"
obecności, ciepła. Najgorsze są te samotne chwile, kiedy wiesz, że nikt na
Ciebie nie czeka, nie pomyśli o Tobie przed snem.
Poza tym wszyscy wydają się już zajęci, odnalezieni. A mi czas leci i robi się
coraz bardziej przygnębiająco. Jesień na koniec wiosny...
Po co to piszę? Wewnętrzna potrzeba i niechęć do robienia takich przykrych
przemówień przyjaciółkom, bo wiem, jakie są szczęśliwe. Po co psuć im nastrój
po raz wtóry? Pozdrawiam. K.