ruda-1972
21.08.10, 18:40
Może jak się wywnętrzę, to mi się lepiej zrobi. Historia jakich
wiele: dwa lata związku, czasem słońce, czasem deszcz, jakieś
wspólne plany na przyszłość. Przekonanie, że to w koncu ten Jedyny.
Jednak różnice charakterów okazały się nie do pogodzenia, bolesne
rozstanie: łzy, wielka rozpacz po stracie,desperackie próby
odzyskania partnera, ropaczliwe prośby o ostanią szansę, moja duma
schowana głęboko do kieszeni. On nie widział sensu i szans, że może
się nam jeszcze udać, ja ciągle walczyłam. Nie przekonało mnie jego
stwierdzenie, że gdybyśmy spóbowali znowu, on zmuszałby się do bycia
ze mną. Tak trudno uwierzyć w to, że już nie kocha, tym ciężej, że
drugiej stronie wciąż zależy. Przed kolejny wyżebranym spotkaniem,
które miało mnie uspokoić, a ukoić jego poczucie winy, powiedziałam
dosyć. Nie wiem, skąd znalazłam siłę, ale powiedziałam mu, że do
planowanego spotkania nie dojdzie, koniec, na pewno jest gdzieś
ktoś, kto mnie pokocha taką, jaką jestem, kto nie będzie się zmuszał
do bycia ze mną i takie tam. Zachowałam jakieś resztki godności, ale
bardziej chyba swoim wystąpieniem starałam się przekonać siebie, że
będzie lepiej, niż jego. Jestem słaba i wiem, że tego sztucznego
hartu ducha na długo mi nie starczy, niedługo znowu upadnę i nie
wiem, czy się podniosę. I właśnie tego boję się najbardziej, że się
złamię i znowu będę próbować go odzyskać wbrew jego woli.
Racjonalnie jestem w stanie sobie wytłumaczyć, ale emocje nadal nie
pozwalają spać, jeść i normalnie funkcjonować. Kiedyś będzie lepiej,
tylko jak dotrwać do tego kiedyś ...