caly_kartofel
31.12.13, 20:07
Nie jestesmy połówkami pomarańczy, ktore sie rozpadly i ktos jeden jedyny, gdzies tam wyczekuje. Nikt nigdzie nie wyczekuje. Jesteśmy calością i jeśli nie udalo nam się znaleźć kogoś sensownego przed trzydziestka, to naprawdę zaczyna sie pod górkę. Po pierwsze - wszyscy sensowni sa zajęci, po drugie mamy juz lekkie odchyły zwiazane z samotnością. Pewne przyzwyczajenia....tak brzmi lepiej niż odchyly. Mam 36 lat i mieszkam i pracuje we Wrocławiu, mam wyższe wykształcenie, fajna prace i cudnych znajomych z ktorymi uwielbiem spedzac czas. Ale..... Z cala moca wierzę, ze nie uda mi sie znaleźć nikogo sensownego do zycia. I teraz nie wiem - czy mam zbyt wygorowane oczekiwania? Czy spotykam tylko wyjatkowo niepasujacych. Mam wyzsze wyksztalcenie, jestem niebrzydka, mam jednak nadwagę, z która wlasnie postanowilam sie pożegnać. Zreszta nie jest to miażdząca nadwaga - do wiosny bedzie git. Od kilku lat nie potrafie z nikim stworzć zwiazku. Zawsze trafie na kogos niezaradnego, smutnego, bez znajomych, bez kontaktu z rodzina. Kogoś kto siedzi tylko w domu, nie ma gdzie i z kim wyjść, nie ma zainteresowań, ma pracę przy tasmie, albo wcale jej nie ma, ciagnie ode mnie kasę, brakuje nam tematów do rozmowy....ale mnie kocha, jest dobry.....A ja sie duszę, bije mi na głowę i zaczynam sie męczyć, irytować i wszystko psuję i zostaje sama. I czuję się poczatkowo dobrze - bo wiadomo-nic na siłę, wreszcie atmosfera w domu sie poprawia, bo nikt mnie nie osacza, nie smuci, ale potem sie zastanawiam, czy ja mam zbyt wysokie wymagania? Czy naprawde nie znajde kogoś otwartego, zaradnego, zabawnego inteligentnego z kim nie będe sie nudzić, za kim bede tęsknić. Jak jest u Was? Wolicie byc sami niż z byle kim?