tapatik
27.01.14, 20:01
Uprzedzam, będzie ostro i kontrowersyjnie.
www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,15126021,Prof__Lew_Starowicz__seks_to_przyjemnosc_demokratyczna_.html
Z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem rozmawia Paulina Reiter
Porozmawiajmy o panu.
Nie lubię.
Wie pan, z czym mi się pan kojarzy?
Z seksem.
Tak było, zanim przeczytałam pana autobiografię. A teraz już tylko komża i mundur. Jako dziecko był pan ministrantem, potem wojskowym. Kościół i wojsko. To kojarzy mi się z obowiązkiem, a seks przeciwnie - z przyjemnością.
Ale czy obowiązki zawsze muszą być przykre? Na przykład obowiązek przychodzenia do pracy. A jeżeli praca nas cieszy, budzi nasze zainteresowanie? Pewnie pani nieraz klnie zimą, że musi pani odpalać samochód i jechać do redakcji, ale jakkolwiek by było, pani praca jest interesująca.
Ale "obowiązek małżeński" brzmi już dość paskudnie.
Bo to złe słowo. Powinniśmy mówić o "powinności małżeńskiej". Ale sama koncepcja nie jest taka zła - jeśli jesteśmy w stałym związku, to powinno być między ludźmi współżycie seksualne. Trudno się z kimś wiązać i powiedzieć mu: seksu nie będzie. Albo: sprawy seksu zależą tylko od mojego widzimisię. Na ogół zakładamy, wchodząc w związek małżeński, że oprócz wspólnego gospodarstwa będziemy też mieć seks. Jeśli natomiast na początku związku seks był radosny, przyjemny, a potem stał się nudny i dla jednej osoby jest tylko powinnością, to mamy problem. Jeśli jeden z partnerów prze do seksu, jest namolny, to w drugiej osobie rodzi się opór. I nie chce tego obowiązku. To zrozumiałe.
Coś pani powiem, bardzo wiele takich nieporozumień wynika z okresu tańca godowego. To okres seksualnej otwartości, gotowości. Daje nam złudzenie, że taka sytuacja - że prawie nie wychodzimy z łóżka, ciągle mamy ochotę na seks, jesteśmy w tym łóżku pomysłowi - będzie trwać wiecznie.
Niestety, po okresie tańca godowego niknie dbałość o drugą osobę. Wychodzą nasze prawdziwe cechy charakteru. Może jesteśmy egocentryczni? Może uważamy, że druga osoba jest naszą własnością i ma wspomniany "obowiązek" albo że "łaskawie" dopuścimy ją do seksu za dobre sprawowanie?
Dlatego dobrze jest uprawiać seks przedmałżeński i się przekonać przed ślubem.
Też tak uważam.
Naprawdę? Jak pan to łączy z nauką Kościoła? Przecież pan jest wierzący.
Nauka Kościoła w zakresie zachowań seksualnych jest taka trochę... wyidealizowana. To model, można rzec, heroiczny. Praktyka się z tym rozmija. W zakresie zachowań seksualnych Kościół od stuleci nie jest w stanie wyegzekwować od wiernych stosowania się do swojej nauki. Poza tym pouczają osoby, które nie są ekspertami w tej dziedzinie.
Problem rodzi się, kiedy wierni nauki księży traktują serio i powoduje to u nich poczucie winy, które kładzie się cieniem na ich seksie. Spędzają wtedy czas między konfesjonałem a łóżkiem. Biegają się wyspowiadać.
Poza tym pamiętajmy, że mamy trochę skrzywioną perspektywę. Kościół katolicki jest jednym z wyznań chrześcijańskich. Prawosławie ma inne podejście do seksu. Również Kościoły protestanckie. Dlaczego mamy uważać, że nauka Kościoła katolickiego dotycząca seksu jest optymalna, a tamte Kościoły nie mają nic do powiedzenia?
Za to właśnie podpadłem z książką "Nowoczesne wychowanie seksualne" z 1995 roku - że zrównoważyłem różne wyznania chrześcijańskie, które mają inne podejście do seksu. Podniósł się krzyk i protest. Zapewniam panią, że jeszcze przez wiele lat żaden podręcznik edukacji seksualnej, który odbiega od katolickiego modelu, nie będzie zaakceptowany.
Dla mnie to szokujące.
Dla mnie też. Przez wiele lat byłem ekspertem ONZ i WHO w zakresie edukacji seksualnej. Gdy zostały opracowane i przetłumaczone na język polski standardy edukacji seksualnej WHO, zostałem poproszony, żeby je przyswoić w Polsce. Badania były bardzo rzetelne, oparte na nowej wiedzy seksuologii rozwojowej, podzielone na grupy wiekowe. WHO zorganizowało konferencję w Pałacu Staszica, gdzie miałem przedstawić badania. Byli tam wszyscy specjaliści z Polski zajmujący się edukacją, ministrowie zdrowia, edukacji. I byli też nasi rodzimi talibowie. Od razu przeszli do ataku. Z talibami nie ma dyskusji, mają umysły umeblowane na swoich posiedzeniach. Są jak sekta. Powstał rwetes, że już w przedszkolu będzie się demoralizować dzieci, ucząc je seksu. Że to rozbicie właściwego wychowania, raj dla pedofilów i dziesiątki innych teorii wyssanych z palca. Zrobił się szum polityczny, zostałem zaatakowany. Krótko i węzłowato - decyzja władz zapadła, że nie będzie edukacji seksualnej w przedszkolach.
To przecież nauczanie o rozwoju człowieka. Dlaczego Kościół się tego boi?
Kościół, działacze organizacji prokościelnych i talibowie mają takie widzenie, że trzeba powstrzymać falę seksu, która płynie z zepsutego Zachodu. Tę zgniliznę moralną. Że dzieci trzeba wychowywać w domu. Szkole wara od tego. Jeśli podręczniki, to tylko takie, które wychowują do życia w czystości, czyli tożsame z podręcznikami katechezy i nauczania religii. Młodzież od seksu trzeba powstrzymać, najlepiej, gdyby w ogóle nie było seksu przedmałżeńskiego. I koniecznie trzeba powstrzymać młodzież od antykoncepcji.
Straszy się młodych ludzi, że jak rozpoczną seks przed ślubem, to później nie będą szanowali swoich partnerów, wmawia się im, że dziewictwo jest darem dla ukochanej osoby, i to darem na całe życie. Każdy inny model wychowania seksualnego, który jest z tym rozbieżny, jest natychmiast oprotestowany. Jeden z tych talibów powiedział, że "nasze córki się wychowuje na prostytutki". Oni tak to widzą.
Kto popatrzy rozsądnie na standardy WHO, nigdy nie powiedziałby, że promujemy prostytucję. Ale hałas się robi ogromny. Poza tym talibowie są zorganizowani, od razu piszą listy, organizują marsz na Krakowskim Przedmieściu. Władza unika konfliktów z Kościołem, bo ma swoje kłopoty i nie zamierza tracić punktów przez seks. Kościół ma poczucie monopolu w tej dziedzinie, talibowie krzyczą coraz głośniej. A dzieci i tak się wychowują w internecie, czytając najgorsze bzdury.
Rzeczywiście nie lubi pan o sobie mówić. Ale zróbmy skok w przeszłość i wróćmy do pana dzieciństwa. Do tej komży ministranckiej.
Niech pani sobie wyobrazi małe miasteczko, jakim był wtedy Sieradz. W takim miasteczku ważna jest hierarchia. Jest Olimp w postaci lekarzy, adwokatów, proboszcza. Przedstawiciele władz i partii nie należą do Olimpu, traktowani są jako zakały. Taki mały chłopak jak ja, dorastając, widzi tę hierarchię, to, że jego koledzy, którzy są ministrantami, są wyżej od niego. Więc stara się wejść w te struktury. I już. Ale nasz dom, jeśli chodzi o religię, był refleksyjny. Poza tym nabożeństwa były bardzo ładne, pełna liturgia, kadzidła, chór. Było ekstra. I jeszcze mówili po łacinie, więc miało się poczucie przynależności do elity. Nie przeszkadzało to oczywiście wieczorami bić się z kolegami na podwórku.
I potem z tęsknoty za wyższymi szczeblami hierarchii wskoczył pan w żołnierski mundur.
Tradycje żołnierskie były w rodzinie silne. Ojciec, jak wspominał wojsko, to miał oczy zamglone, pamiętał wojnę, Niemców, rok '20. Pradziadek walczył w powstaniu styczniowym. W domu było pełno oficerów, bo ich ojciec uczył. Przyjeżdżali po niego samochodem, wpadali na pogawędki, ojcu się przypochlebiali, więc dzieciom przynosili smakołyki, bo kantyny wojskowe były lepiej zaopatrzone niż sklep w rynku. Miałem same pozytywne skojarzenia z wojskiem. Więc gdy nadszedł wybór studiów, wybrałem medycynę na Wojskowej Akademii Medycznej. To była wtedy czołowa uczelnia medyczna, bo wojsko było świetnie wyposażone w sprzęt. Lekarze wojskowi cieszyli się prestiżem. Tyle że to były czasy, kiedy munduru i komży nie można było łączyć. Oficer w komży nie paradował. Chyba że kapelan.