indianer666
13.04.15, 19:47
Skończyło się. Kolejna wielka miłość, która miała trwać. To już prawie rok jak odeszła a raczej odjechała w siną dal a ja mogłem tylko patrzeć. Rok spędzony na próbach zapicia się i nadziei że może ktoś lub coś mnie zabije. Nadzieja mi została. O święty paradoksie. Jakie to wyzwalające. Mieć gdzieś co się z Tobą stanie. Walczyłem o Nią strasznie i jak zwykle przegrałem. Znacie kawałek Stana Zvezdy Walcz? To o mnie. Przyjaciele. Jak oni się martwili. Tak bardzo że nawet nie zauważyli mojego upadku. Najlepszy z nich, współlokator od zawsze w rozmowach ze swoją kochanką nazywał mnie fiutem i debilem. Cóż. Ogarnąłem się trochę w styczniu chlejąc kolejny dzień z podobnymi wykolejeńcami. Wyjechałem z miejsca, które kojarzyło się z Nią. A dziś. W przeddzień urodzin mojego "przyjaciela" wyłączam telefon, likwiduje wszelkie źródła kontaktu do mnie i znikam. Zostawiłem mu prawie wszystko. Książki,dużo książek. Jakby ktoś reflektował mogę podać adres.

Pora iść dalej. Spłacić pijackie długi. Odkupić motor, na czymś co się kocha fajniej się zabić. To tyle gorzkich żalów. Sorry że musieliście czytać. I nie warto nie okłamywać, szanować itd. Dios ludzie.