Dodaj do ulubionych

A tak naprawde...:)

18.06.20, 01:36
"Samotni i niesmiali..." Czego chcemy ? Czego oczekujemy? Co dajemy ?
Tak po prostu i anonimowo. Sam lubie takie dywagacje drazace ludzka nature.. Wiercace bolesnie jak szyb naftowy w Matke Ziemie...
Powazne i i humorystyczne. Cieple, czule lub zranione...Prawdziwe tak jak nam sie wydaje...
Sa tacy ? Sa takie?

Obserwuj wątek
    • prawda_we_mgle Re: A tak naprawde...:) 19.06.20, 13:10
      Ja chcę osoby, z którą zbuduję bliskość duchową, mentalną i fizyczną... i będziemy sobie dalej obok siebie iść przez życie...
      ...I to powinna być jedna osoba, nie trzy... big_grin
      I ja dla tej osoby też powinnam być jedną... ale nie jedną z trzech big_grin
    • dolores2222 Re: A tak naprawde...:) 19.06.20, 15:12
      Osoba taka jak ja, czyli mocno pokręcona, powinna chyba szukać osoby niebotycznie spokojnej?
      Ale ponieważ mam świadomość, że taki ktoś długo by ze mną nie wytrzymał, to co mam począć?
      Szukać równie pokręconego?
      Dwa pokręcone sznurki to już chyba w pętlę się układają... sad wink
      Gdyby mnie walnęło (znaczy jeszcze bardziej niż obecnie), to chyba wystarczyła by mi znajomość oparta na wzajemnej akceptacji, dobrym seksie i wyłączności. Żadnych fajerwerków. Żadnych cudów wianków się nie spodziewam. Już wiem, że sama mam problem ze sobą, nie zamknięte tyle drzwi, że przeciąg hula dzień i noc. Ale chociaż głowa szwankuje, to niestety nie wpływa na to, że zobojętniałam i nic nie czuję. Czuję pustkę. Czuję, że chciałabym jeszcze być obrzydliwie szczęśliwa pomimo i na przekór wszystkiemu. Tak czuję. I nic na to nie poradzę.
      • stasi1 Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 09:47
        Może tylko ci się wydaje że jesteś pokręcona? Może wszyscy inni uważają cię za całkiem normalną?
        Mam znajomego ten to jest pokręcony. Stwierdził że skoro pokłócił się z córką(nie dawno pełnoletność uzyskała ale praktycznie nigdy z nią nie mieszkał, rozstał się z żoną tuż po jej narodzinach) to on zbankrutuje. Straci cały majątek(ma kilka milionów w nieruchomościach, pozostałość po macosze), zlicytują go pójdzie mieszkać pod most a córka nic nie dostanie. Oczywiście 3 miesiące temu przestał pracować aby szybciej zbankrutować. Podatków nie płaci od ubiegłego roku. Teraz czasami na piwo pójdziemy ale co będzie jak mu się oszczędności skończą?
        • dolores2222 Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 13:04
          Być może.
          Podobno jesteśmy tacy, jak widzą nas inni...
          Ale ja napisałam szczerze, jak czuję, jak widzę siebie w świecie, który sam jest cholernie pokręcony. Nie celebruję w sobie kobiecości, co mnie niezwykle martwi. Zawsze czułam się niezwykle kobieca, bywało, że zalotna. Obecnie zamknęłam i to pudełko. Szczerze, to wolałabym nie czuć tęsknoty za bliskością. Wolałabym być pusta w środku. Nawet miałam taką cichą nadzieję, że kiedy jakoś przejdę przez te zawirowania zdrowotne i nie zeżre mnie stres, to będę na tyle wypluta, że nic tam w środku nie będę czuła. Ale niestety nadal gdzieś tam w najcichszym zakątku duszy pozostało maleńkie ziarenko tęsknoty. Nie pielęgnuję go, nie podlewam, a ono jak to głupie, ciągle tam jest, nie usycha. I nieraz mi o sobie przypomina w sposób mało przyjemny. Ale tak to już jest w życiu, że nie przewidzisz swoich reakcji na pewne sytuacje, a co dopiero uczuć...
                • tapatik Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 21:14
                  Wniosek taki, że karma nie istnieje.
                  Myślisz, że koronawirus wybiera kogo zabić na zasadzie ten jest dobry, to go oszczędzę, a ten jest cholera, bije żonę i dzieci, więc go załatwię?
                  • kevinjohnmalcolm Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 22:27
                    tapatik napisał:

                    > Wniosek taki, że karma nie istnieje.
                    > Myślisz, że koronawirus wybiera kogo zabić na zasadzie ten jest dobry, to go
                    > oszczędzę, a ten jest cholera, bije żonę i dzieci, więc go załatwię?

                    Jak dla mnie to karma istnieje, tylko działa odwrotnie niż ludzie myślą.
                    "Ten dobry, to mu rzucimy kłody pod nogi, wykończymy go lub zabijemy, a ten zły, to mu podarujemy więcej słodkiego miłego życia, żeby żył jak pączek w maśle."
                    • gwen75 Re: A tak naprawde...:) 22.06.20, 13:13
                      kevinjohnmalcolm napisał:

                      > Jak dla mnie to karma istnieje, tylko działa odwrotnie niż ludzie myślą.
                      > "Ten dobry, to mu rzucimy kłody pod nogi, wykończymy go lub zabijemy, a ten zły
                      > , to mu podarujemy więcej słodkiego miłego życia, żeby żył jak pączek w maśle."

                      To rzeczywiście tak działa jeśli ci "źli" są aktywni, a ci "dobrzy" bierni. Wtedy źli biorą górę nad resztą i ich wykorzystują i gnębią. Dlatego każdy powinien od najmłodszych lat być uczony obrony siebie, swojego stanowiska i umiejętnego radzenia sobie z "trudnymi" osobami wink
                      • kevinjohnmalcolm Re: A tak naprawde...:) 22.06.20, 20:49
                        Tu nie tylko chodzi o zachowanie wobec agresji. W ciągu ostatnich 10 lat zmarło w całkiem młodym wieku kilka bliskich memu sercu osób, które były wyjątkowo ciepłymi, dobrymi ludźmi. Piszę o osobach naprawdę wyjątkowych! A to rak, a to wypadek samochodowy, a to inna choroba. Natomiast najgorsze mendy z mojego otoczenia mają się dobrze i żadne choroby ani wypadki się ich nie imają.
                        • gwen75 Re: A tak naprawde...:) 24.06.20, 01:43
                          kevinjohnmalcolm napisał:

                          > W ciągu ostatnich 10 lat zmar
                          > ło w całkiem młodym wieku kilka bliskich memu sercu osób, które były wyjątkowo
                          > ciepłymi, dobrymi ludźmi. Piszę o osobach naprawdę wyjątkowych! A to rak, a t
                          > o wypadek samochodowy, a to inna choroba.

                          Może przeszli do lepszego świata? wink Może oszczędzono im cierpień w tym życiu? wink
                          Może śmierć to nie jest taka najgorsza rzecz jak nam się wszystkim wydaje?
                          W ludziach jest silny lęk przed śmiercią. Może niepotrzebnie? wink

                          (tak tylko dywaguję wink)
                          • kevinjohnmalcolm Re: A tak naprawde...:) 24.06.20, 09:06
                            gwen75 napisał:

                            > Może przeszli do lepszego świata? wink Może oszczędzono im cierpień w tym życiu?

                            A to już inna sprawa. Z ich punktu widzenia mogło być rzeczywiście lepiej, ale osobom dla których oni byli ostoją, źródłem otuchy, dobra, ciepła - świat się zdecydowanie pogorszył.
                • dolores2222 Re: A tak naprawde...:) 23.06.20, 15:31
                  Gdzie napisałam, że jestem wspaniała???
                  Toż walę w siebie, a ty mi odpisujesz, że może nie aż tak pokręcona...
                  Dziwny z ciebie człowiek, skoro wyciągasz takie wnioski.
                  Abstrahując od mojej osoby, jak w ogóle można myśleć, że coś nam się wydarza za karę? A dzieci umierające na białaczkę? Jaką ciężką zbrodnię zdążyły popełnić? Wyrwać pająkowi nóżkę? A matka czekająca na swoje pierwsze dziecko i rodząca je martwe? Ile zła musiałaby zdążyć wyrządzić, by zasłużyć na tak okrutną karę? Jesteś wierzący? Bo jeśli tak, to twój bóg musi być sadystą...
                    • dolores2222 Re: A tak naprawde...:) 24.06.20, 18:14
                      Ty tak na poważnie z tą wspaniałością?
                      Czy stroisz sobie żarty?
                      Uprzedzam, że stąpasz po cienkim lodzie, jakby co...
                      Nie byłam złośliwa. Napisałam, jak czuję, jak odebrałam twoje słowa. Nie odbieraj tego jako ataku na swoją osobę. Ale zwyczajnie nie zgadzam się z takim podejściem i dałam temu wyraz. To, że krytykuję jakieś twoje słowa nie oznacza, że walę w ciebie. Wydawało mi się to jasne, ale jak widać, nie było..
                  • obrotowy ja to rozumiem - tylko po co ? 27.06.20, 16:31
                    dolores2222 napisała:
                    > Toż walę w siebie,


                    ja to rozumiem - tylko po co ?

                    wiwisekcja na ekranie - to czesc psychoterapii - jest zrozumiala

                    ale w moim przekonaniu idziesz za daleko - tym "waleniem w siebie"

                    toz to czysty masochizm i samookaleczanie.

                    - korzysci z tego nie widze.
            • baenzai Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 19:06
              stasi1 napisał:

              > Trudno a,le trzeba z tym żyć. Pewnie większość ludzi w życiu nie ma tego co chc
              > iało by mieć. Ma się to na co się zasłużyło, albo za karę.

              A urodzenie się w biednej rodzinie albo nowotwór w dzieciństwie to za co niby kara?

              Ponadto znam wielu skurwysynów, którzy żyją jak w pączki w maśle. Jak to wytłumaczysz? smile
    • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 10:10
      A ja już od jakiegoś czasu jestem na etapie, że cenię sobie niealezność. Nie mam ochoty na żadne budowanie stadła, dpasowywanie się na stałe do kogoś, źle bym się już w tym czuła. Więc dla mnie najfajniejszy jest taki związek z doskoku, bo wtedy każe spotkanie jest świętem, odrębna randką, podczas której można tak samo poważnie pogadać, jak i robić kompletne głupoty. Lubię poczucie, że gdzieś jest ktoś, do kogo mogę zawsze zadzwonić i liczyć na dobre słowo, czy wsparcie. Nie jest mi zupełnie potrzebne celebrowanie wspólnej codzienności. Lubię potęsknić, by potem głębiej przeżywać spotkanie, pójść na całość, zapomnieć się oderwać od powszedniości. Cieszyć się sobą, celebrować bliskość. Nie chcę rozdrabniać tego i psuć codziennością z ględzeniem o przysłowiowym rozrzucanu skarpetek. Nie mam w związku z tym żadnej potrzeby formalizowania niczego.
        • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 11:22
          Pewnie tak. Ale moje doświadczenia mówią, że to raczej teoria.
          Tomek, ja już skończyłam nie tylko 20 czy 30, a nawet 40 lat. Już w niektóre sprawy nie wierzę. Nie umiałabym już się kogoś uczyć do wspólnego życia codziennie od rana do wieczora. Mam ochotę połazić po domu w lokówkach, czy w maseczce na twarzy, poczytać książkę, kiedy mam na to ochotę, nie musieć zawsze gotować obiadu, przez tydzień nie sprzątać, żyć bez presji. Już mi się nie chce dopasowywać, brać zawsze pod uwagę zdania kogoś drugiego, sprężać się itp. Za stara już jestem. Gdy sobie pomyślę, że jakiś facet mógłby na stałe u mnie zamieszkać (albo ja u niego). to wpadam w panikę. Wspólne spędzenie raz na jakiś czas dnia, kilku dni czy tygodnia w zupełności wystarcza. Wtedy masz co jakiś czas święto, możesz poczuć się jak 20-latek, a potem wrócić do zwykłego życia i wspominać oraz planować następny raz. Także w kwestiach intymnych ma to dobre strony, bo nie ma rutyny, a każdy przyzna, że to w tych sprawach jest najfajniejsze. Powiedziałam kiedyś koleżance, która od lat mieszka z facetem, że byłam z moim partnerem 3 dni nad morzem, że było romantycznie i nawet w nocy uprawialiśmy seks na plaży,. To złapała się za głowę i stwierdziła, że oni z takich szaleństw już dawno wyrośli. Wiem, że to brzmi idiotycznie, że stara baba się bzyka na plaży czy w samochodzie, ale dlaczego nie, skoro nam się chce?

          Więc mnie się podoba związek "na raty". Oczywiście jest jeden warunek, trudny do spełnienia - muszą się dobrać dwie osoby, które są bardzo spasowane, jakoś duchowo połączone, mają do siebie zaufanie, po prostu poza wszystkim zwyczajnie przyjaźnią się. To nie jest proste. I trzeba mieć szczęście. Ktoś powie, że felerem jest to, że trzeba spędzać samotnie dużo wieczorów oraz że może na starość nie będzie miał kto wody podać. Mnie to nie przeszkadza. Obserwuję znajomych mieszkających długo w parach, rozmawiam z nimi - oni tak naprawdę też najczęściej spędzają wieczory samotnie, chociaż w domu są we dwoje. Ostatnio koleżanka z pracy mi powiedziała, że mąż ją tak wkurza, że wolałaby, żeby chodził codziennie wieczorami z kolegami na piwo, tyle że on się nie kwapi. A z tą wodą ? Naprawdę taki miałby być cel związku?
          • baenzai Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 15:02
            Mam dokładnie takie samo podejście. smile

            Idealnie byłoby mieć kobietę, która mieszka osobno, ale niezbyt daleko (powiedzmy max 30 minut jazdy) i widywać się często, ale nie codziennie.

            I to nie tylko dlatego, że cenię sobie niezależność, ale również dlatego, że rutyna zabija nawet najlepsze związki.

            Powiedziałam kiedyś koleżance, która od lat mieszka z facetem, że byłam z moim partnerem 3 dni nad morzem, że było romantycznie i nawet w nocy uprawialiśmy seks na plaży,. To złapała się za głowę i stwierdziła, że oni z takich szaleństw już dawno wyrośli.

            Pytanie tylko czy faktycznie oboje z tego ,,wyrośli" czy tylko ona, a on musiał się dostosować. smile
            • obrotowy marzenie... 20.06.20, 16:21
              baenzai napisał:
              > Idealnie byłoby mieć kobietę, która mieszka osobno, ale niezbyt daleko (powiedz
              > my max 30 minut jazdy) i widywać się często, ale nie codziennie.


              marzenie... tez bym tak chcial...

              tylko Ty masz na to jeszcze jakies szanse,

              a je niestety nie (bo Slubnej nikt nie chce ode mnie wziac...) eehh...
            • dolores2222 Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 17:27
              Fascynujące.
              Doprawdy nie jestem w stanie zrozumieć, skąd założenie, że to ona wyrosła.
              Nie wiem, skąd w większości (znacznej, że zaryzykuję) facetów pokutuje opinia, jakoby kobieta w "pewnym wieku" nie miała ochoty na dobry seks.
              DOBRY. Ot, słowo klucz. Może warto pomyśleć?
            • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 21:11
              baenzai napisał:


              >
              > Idealnie byłoby mieć kobietę, która mieszka osobno, ale niezbyt daleko (powiedz
              > my max 30 minut jazdy) i widywać się często, ale nie codziennie.
              >

              Oto męski praktycyzm smile
              Chyba nie do końca zrozumiałeś wink
          • 999karolina Re: A tak naprawde...:) 20.06.20, 20:45
            po-ranna-kawa napisała:

            Więc mnie się podoba związek "na raty". Oczywiście jest jeden warunek, trudny do spełnienia - muszą się dobrać dwie osoby, które są bardzo spasowane, jakoś duchowo połączone, mają do siebie zaufanie, po prostu poza wszystkim zwyczajnie przyjaźnią się.

            Tylko gdzie tacy są?
          • kevinjohnmalcolm Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 10:21
            po-ranna-kawa napisała:

            > Mam ochotę połazić po domu w lokówkach, czy w maseczce na twarzy,
            > poczytać książkę, kiedy mam na to ochotę, nie musieć zawsze gotować
            > obiadu, przez tydzień nie sprzątać, żyć bez presji.

            Wystarczy jedynie znaleźć faceta z podobnym podejściem, a nie maminsynka, który szuka kucharki, praczki i sprzątaczki. Istnieją faceci którzy bardzo cenią niezależność, niewchodzenie drugiej osobie z buciorami we wszelkie zakamarki życia, nieciosanie kołków na głowie za źle odłożony widelec, itd. Są osoby, dla których związek to nie jest podporządkowanie jednej osoby drugiej, tylko wspólne kroczenie drogą i pomaganie sobie, cieszenie się z własnego towarzystwa, ale jednocześnie nieprzeszkadzanie sobie nawzajem.
            Tylko teraz pytanie - gdybyś takiego faceta spotkała, czy potrafiłabyś uszanować jego niezależność?
            • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 11:39
              kevinjohnmalcolm napisał:

              > Wystarczy jedynie znaleźć faceta z podobnym podejściem, a nie maminsynka, który
              > szuka kucharki, praczki i sprzątaczki. Istnieją faceci którzy bardzo cenią ni
              > ezależność, niewchodzenie drugiej osobie z buciorami we wszelkie zakamarki życi
              > a, nieciosanie kołków na głowie za źle odłożony widelec, itd. Są osoby, dla kt
              > órych związek to nie jest podporządkowanie jednej osoby drugiej, tylko wspólne
              > kroczenie drogą i pomaganie sobie, cieszenie się z własnego towarzystwa, ale je
              > dnocześnie nieprzeszkadzanie sobie nawzajem.
              > Tylko teraz pytanie - gdybyś takiego faceta spotkała, czy potrafiłabyś uszanowa
              > ć jego niezależność?

              Myśle (mam nadzieję), że tak. Ale - tak jak wcześniej napisalam - mnie się już chyba nie chce tracić czasu na to, by sprawdzać, czy to jest możliwe i czy by zadziałało. Co nie znaczy, że uważam to za najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Po prostu nie czuję takiej potrzeby, by z kimś mieszkać na stałe. Gdy miałam 20-30 lat uważałam inaczej. Starałam się, próbowałam. Wspólne życie z drugą osobą zawsze wymaga dostosowania się.
                • anirat Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 12:45
                  Jak macie kogoś obok w łóżku, czy przy kuchennym stole codziennie, to jak się coś wydarzy nieprzewidzianego, to ta osoba będzie przy Tobie. Jak będzie ileś... Pytanie ile km od Ciebie, to zwyczajnie go nie będzie, bo nie teleportuje się nagle jak zasłabniesz rano w łazience.
                  Ja już to przerabiałam. W sytuacjach trudnych byłam sama, poza kontaktem telefonicznym z którego z czasem nie korzystałam, bo co mi po pocieszeniu telefonicznym jak jestem 60 km od domu , jest wieczór i nie mam jak wrócić. To prościej zamówić taxi.
                  Więc to się sprawdza, jeśli chodzi o wspólne wakacje, czas, zaplanowany, seks kolacje itd, na ile się dogadacie. Ma się kogoś, a dalej trzeba być bardzo samodzielnym i liczyć tylko na siebie. Tak to działało w mojej sytuacji. Więc na dłuższą metę nie działało. A potrzeba spędzania wspólnego czasu chyba z czasem też byłą coraz mniejsza, więc to na krótką metę. Poza tym nie uczysz się tej drugiej osoby na co dzień, więc trudno ocenić, czy w przyszłości da się zostać ze sobą na dłużej. To moje zdanie. Moje doświadczenie.
                  • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 14:54
                    anirat napisała:

                    > Jak macie kogoś obok w łóżku, czy przy kuchennym stole codziennie, to jak się c
                    > oś wydarzy nieprzewidzianego, to ta osoba będzie przy Tobie. Jak będzie ileś...
                    > Pytanie ile km od Ciebie, to zwyczajnie go nie będzie, bo nie teleportuje się
                    > nagle jak zasłabniesz rano w łazience.

                    To prawda. Jak się uda (a niektórym się udaje, przynajmniej takie robią wrażeie), to to jest świetny wariant. Ja kilka razy próbowaam (raz nawet dosyć długo, 10 lat) i się nie udalo. Byliśmy razem, ale jakby osobno. I gdy widziałam mojego męża w domu oraz poza domem, w towarzystwie innych ludzi, to to były dwie inne osoby. Ten drugi bardziej mi się podobał, więc pomyślałam, że on też się źle w tym związku czuje. Na pewno ważnym czynnikiem są małe dzieci, które powinny mieć na miejscu i ojca, i matkę, więc warto dla nich iść na kompromisy. Oczywiście do czasu. Bo dzieci patrzą na relacje ojca i matki i to ich kstzałtuje, więc złe przykłady są złym przekazem. Ja już małych dzieci nie mam.
                    Ja nie mówię, że moj wariant jest lepszy w ogóle. Jest lepszy dla mnie na konkretnym etapie. Może to lenistwo, wygodnictwo, pewnie przekonanie, że już mi się nie chce zmieniać siebie ani też próbować kształtowac kogoś.

                    > Ja już to przerabiałam. W sytuacjach trudnych byłam sama, poza kontaktem telefo
                    > nicznym z którego z czasem nie korzystałam, bo co mi po pocieszeniu telefoniczn
                    > ym jak jestem 60 km od domu , jest wieczór i nie mam jak wrócić. To prościej za
                    > mówić taxi. Więc to się sprawdza, jeśli chodzi o wspólne wakacje, czas, zaplanowany, seks k
                    > olacje itd, na ile się dogadacie. Ma się kogoś, a dalej trzeba być bardzo samod
                    > zielnym i liczyć tylko na siebie.

                    Ja jestem samodzielna, w ogóle mnie nie przerażają tego typu problemy. Nie są problemami. Biorę taksówkę, mam telefon, mam rodzinę, fachowca od popsutego kranu itp. Nawet mi do głowy nie przychodzi, by z tego względu rozwaażć bycie na stałe z kimś. Zresztą pamietam, że gdy miałam męża, to w kilku trudnych chwilach akuratgo go nie było, więc i tak musiała sobie radzić sama.

                    >Poza tym nie uczysz się tej drugiej osoby na co dzień, więc trudno ocenić, czy w przyszłości da się zostać ze so
                    > bą na dłużej. To moje zdanie. Moje doświadczenie.

                    Ale jak nie rozważasz bycia z sobą na stałe w sensie wspólnego mieszkania, to ten czynniki odpada. Poza tym w takim związku z doskoku też się uczysz. Ale to prawda, że do końca nie wiesz, czy facet w długie zimowe wieczory nie byłby upierdliwy, czy dałoby sie z nim wytrzymać. Z tym że jesli takiej opcji nie bierzesz pod uwagę, to nie ma ona wiekszgo znaczenia.

                    Natomiast teoretycznie się z Tobą zgadzam.
              • annnie Re: A tak naprawde...:) 25.06.20, 12:02
                po-ranna-kawa

                > Myśle (mam nadzieję), że tak. Ale - tak jak wcześniej napisalam - mnie się już
                > chyba nie chce tracić czasu na to, by sprawdzać, czy to jest możliwe i czy by z
                > adziałało. Co nie znaczy, że uważam to za najlepsze rozwiązanie dla wszystkich.
                > Po prostu nie czuję takiej potrzeby, by z kimś mieszkać na stałe. Gdy miałam 2
                > 0-30 lat uważałam inaczej. Starałam się, próbowałam. Wspólne życie z drugą osob
                > ą zawsze wymaga dostosowania się.

                Tylko co wtedy jesli są dzieci....
                • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 25.06.20, 14:44
                  Gdy są małe dzieci, to sytuacja się komplikuej. Najlepiej dla małych dzieci, jeśli mają ojca i matkę na miejscu. Myślę, że dla każdej matki rozstanie z ojcem małych dzieci (i zaprzestanie wspólnego mieszkania) jest trudną decyzją. I często, nawet jak się w małżeństwie nie układa, to matka stara się iść na kompromisy, próbuje ratować sytuację lub choćby trwać.
                  Ale czasem nie ma wyjścia i lepiej sprawę definitywnie przerwać niż ciągnąć na siłę. Np. gdy ojciec jest jakimś przemocowcem (niekoniecznie fizycznym, ale np. przysychicznym) albo gdy powiedzmy ma faktycznie drugą kobietę, więc cała rodzina jest fikcją i dzieci rosną obbserwując jakąś patoligiczną sytację. Każdy z pewnością zna takie sytuacje, więc nie ma co wyjaśniać.
                  Dzieci obserwują rodziców i z domu wynoszą poglądy na stosunki między kobietą i mężczyzną, uczą się relacji. To rzutuje na ich późniejsze związki.
                  Mam siostę cioteczną, która jakiś czas temu po kilku latach prób ratowania rozpadającego się małżeństwa ("dla dobra dzieci)" z facetem, który miał równolegle inny stały związek, który w domu wprowadzał terror psychiczny, postanowiła się rozstać z mężem i ponieść wszystkie tego konsekwencje. Któregoś dnia stwierdziła bowiem, że jeślli będzie tak dalej ciągnąć, że jeśli tego nie zrobi, to jej 12-letnia córka będzie miała kompletnie wypaczony pogląd na miejsce kobiety w rodzinie i w związku i na relacje z mężczyznami. Dziś ta córka jest dorosłą 25-etnią kobietą i któregoś dnia powiedziała swojej matce, że ona tą decyzją o rozwodzie, odwagą i konsekwencją oraz zrównoważonym sposobem przeprowadzenia tego przedsięwzięcia, umiejętnością poradzenia sobie po rozwodzie, dała jej najlepszą lekcję budowania relacji na normalnych zasadch. Takie wyznanie z pewnością jest budujące.
                  Ale przecież są też przykłady, że kryzysy w małżeństwie są mozliwe do rozwiązania i warto próbować.

                  Czyli gdy są dzieci, to warto działać w sposób przemyślany.

                  Ja pisałam o mojej konkretnej sytuacji - nie mam już małych dzieci, mogę sobie pozwolić na wybór sposobu życia takiego jaki mi odpowiada i nikt przez to nie ponosi żadnych negatywnych konsekwencji. Tak jak napisałam wcześniej - nie wyobrażam sobie budowania jakiegoś nowego gnizada z mężczyzną. Kompletnie nie mam takiej potrzeby. Ktoś może pomyśleć, że to takie usparwiedliwianie przed sobą faktu, że pewnie nikt by nie chciał ze mną mieszkać smile. Chyba tak nie jest. . Myślę, że gdybym chciała, to ktoś by to rozważył na poważnie. Jakiś czas po rozwodzie uważałam, że jak nie ma mężczyzny w domu, to znaczy, że kobieta jest jakaś wybrakowana. Dwa razy próbowałam. Nie było jakiejś porażki, ale za każdym razem widziałam, że oboje się trochę męczymy i że lepiej nam było, gdy mieszkaliśmy osobno. I pewnego razu pomyślałam: a po co mi to? I wtedy poczułam ulgę, napięcie zeszło smile Jest mi dobrze tak jak jest i nie mam żadnej potrzeby tego zmieniać.
                  • annnie Re: A tak naprawde...:) 25.06.20, 19:57
                    Nie....dlaczego ktos nie mialby chciec zamieszkac z Toba.. zdajesz sie byc b.mądrą życiowo i rozsadną kobieta. Jestes pewna siebie to mega plus choc niektorzy mezczyzni moga sie tego obawiac (pewno ci, ktorzy lubia sobie porzadzic w zwiazku ale nie ma reguly).
                    Dzieci sie ucza zwiazku, od rodzicow... tez na pewno ale nie mozna zalozyc ze ich zwiazek bedzie kalką, tu sporo zalezy od osobowosci i czynnikow dobrania partnera. Np. U mnie: ja i maz pochodzimy z tradycyjnych domow, gdzie malzenstwa trwaja juz 4tą dekadę. I to zgodnie, z miloscia. Niestety my jako malzenstwo nie wpisalismy sie w ten schemat sad jest zle, nie umiemy sie dogadac, mijamy sie, byly rozmowy o rozwodzie, a dzieci jest 3ka, (3,5r.-14l.) Codziennie mysle co mam robic. Jest b. zle ale sa dzieci, ktore go kochaja i ktore kochaja mnie. Natomiast maz nie wykazuje mna zainteresowania, jest oschly, krzyczacy, krytykujacy, nie ma cieplych uczuc... takie, bagno....
                    Rozmyslam wiec jak by to bylo, rozne scenariusze mi sie przewijaja i zastanawiam sie czy ja dobrze robie tkwiac wlasnie czy to juz ten czas by znalesc prawnika.... to jest trudne ogromnie. Wciaz go kocham, ale prosic sie o milosc tez nie ma co.
                    sad
                    Taki zwiazek na doskok moze byc dobry tez z uwagi, ze dzieci nie musza jakiegos pana miec w domu i odchodzi chyba zwiazany z tym stres....
                    Dziekuje za wpis smile
                    • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 26.06.20, 00:27
                      annnie napisała:


                      > Dzieci sie ucza zwiazku, od rodzicow... tez na pewno ale nie mozna zalozyc ze i
                      > ch zwiazek bedzie kalką, tu sporo zalezy od osobowosci i czynnikow dobrania par
                      > tnera.

                      Jasne, że nie musi być kalką. Chodziło mi o to, że dzieci w dużym stopniu wynoszą z domu, wzorce, jakie są role czlonków rodziny, ich wzajemne stosunki, sposoby rozwiązywania problemów itp.

                      Współczuję problemu. Wiem, jaka to trudna sytuacja i jak trudno podjąć deczyzję. Tym bardziej, że każda ma swoje wady,. A najgorsze, że nie można jej podjąć na próbę albo choćby przewidzieć wszystkich skutków. Najczęściej człowiek instynktownie tkwi w tym, co już zna i jakoś sobie daje radę. Czasem przeczeka kryzys i później jest zadowolony, że jednak niczego nie zmienił. A czasem robi się tak, że pluje sobie w brodę, że tak dlugo czekał, niepotrzebnie brnął w coś, co nie miało sensu i w ten sposób stracił jakieś szanse.
                      Dodatkowy problem to dzieci, szczególnie, gdy są małe. Shit, życie nie jest proste sad

                      Ja wcale nie jestem taka silna i pewna siębie, a przynajmniej nie byłam. Moje małżeństwo po kilku latach okazalo się niewypałem. Miałam wyniesiony z domu wzorzec, że to żona odpowiada za związek i jej obowiązkiem jest dbanie o to, żeby mąż był zadowolony. Więc szukalam winy w sobie, później długo starałam się ratować związek, wybierając głupią drogę spełniania przewidywanych oczekiwań męża. Dla dobra dzieci, dla dobra związku. Im bardziej spełniałam oczekiwania, tym bardziej mąż mnie lekceważył i miał więcej idiotycznych oczekiwań. Gdy dziś o tym myślę, to dziwię się, jak mogłam coś takiego znosić. Doszlo do tego, że poczulam się, że tak naprawdę mnie jako odrębnej osoby nie ma, bo jestem jakimś zlepkiem lęków, obaw o przyszlość, braku wiary we własną warość jako czlowieka i jako kobiety. Czułam, że gasnę jak wypalająca się świeczka. I pewnie bym zgasła, gdyby nie okazało się, że mój mąż wcale tak ciężko nie pracuje (co mi zawsze wypominał), ale chętnie zabawia się z innymi paniami i ma opinię uroczego bezkonfliktowego, zabawowego faceta. To było czerwona lampka, która postwaiła mnie na nogi. Ale nawet wtedy nie wiem, czy bym się zdecydowala, bo wciąż trochę myślałam, że może to ja w czymś zawiniłam, że może to normalne, że może powinnam przeczekać, ale uzyskalam wielkie wsparcie z zewnątrz. I mimo wielu obaw, niepewności dałam radę. Postawiłam się, wypracowaliśmy odpowiednie warunki rozwodu. I wszystko się z czasem ułożylo. Chociaż to wszystko odchorowałam.

                      Ale różnie bywa. Znam przypadki, gdy rozwód staje się dlugim koszmarem, cierpieniem wszystkich zaintersowanych (lącznie z dziećmi)i i ruiną finansową (prawnicy), a bilans dzialania jest negatywny. Wiele zależy od tego, czy ludzie potrafią się dogadać, odpuścić sobie, nie kierować się emocjami, zemstą czy udawadnianem, czyje na wierzchu, kto jest winny, lecz patrzą w przyszłość, myślą o dzieciach. Jeśli mogę coś radzić, to nie zaczynaj od pójścia do prawnika, lecz od spokojnej rozmowy z zainteresowanym, od przemyślenia solidnych argumentów i swoich oczekiwań.

                      Życzę z calego serca, by udało Ci się rozwiązać problem, wybrać odpowiednią drogę, mądrze ją zrealizować. Niestety nie wszystko zależy tylko od Ciebie. I ważne też jest wsparcie kogoś bliskiego.
                      • annnie Re: A tak naprawde...:) 26.06.20, 15:38
                        po-ranna-kawa napisała:

                        > I pewnie bym zgasła
                        > , gdyby nie okazało się, że mój mąż wcale tak ciężko nie pracuje (co mi zawsze
                        > wypominał), ale chętnie zabawia się z innymi paniami i ma opinię uroczego bezko
                        > nfliktowego, zabawowego faceta. To było czerwona lampka, która postwaiła mnie
                        > na nogi. Ale nawet wtedy nie wiem, czy bym się zdecydowala, bo wciąż trochę myś
                        > lałam, że może to ja w czymś zawiniłam, że może to normalne, że może powinnam p
                        > rzeczekać, ale uzyskalam wielkie wsparcie z zewnątrz. I mimo wielu obaw, niepew
                        > ności dałam radę. Postawiłam się, wypracowaliśmy odpowiednie warunki rozwodu. I
                        > wszystko się z czasem ułożylo. Chociaż to wszystko odchorowałam.

                        Jestes baaaardzo silna kobietą smile gratuluje Ci, ze to zrobilas. Sama boje sie tego wszystkiego, o czym piszesz a moje malzenstwo wyglada b.podobnie do twojej sytuacji, ktora opisalas. Jeszcze wciaz go kocham ale jestem b.samotna.. jak zorganizowalas drugie miejsce do zycia? Jak rozwiazalas opieke nad dziecmi? Jak to wygladalo przez 1 rok? Kochalas go wtedy wciaz? Tesknilas? Przepraszam, jesli pytania nie na miejscu....
                        • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 27.06.20, 16:26
                          annnie napisała:


                          > Jestes baaaardzo silna kobietą smile gratuluje Ci, ze to zrobilas. Sama boje sie t
                          > ego wszystkiego, o czym piszesz a moje malzenstwo wyglada b.podobnie do twojej
                          > sytuacji, ktora opisalas. Jeszcze wciaz go kocham ale jestem b.samotna.. jak zo
                          > rganizowalas drugie miejsce do zycia? Jak rozwiazalas opieke nad dziecmi? Jak t
                          > o wygladalo przez 1 rok? Kochalas go wtedy wciaz? Tesknilas? Przepraszam, jesli
                          > pytania nie na miejscu....

                          Nie musiałam się przeprowadzać. To mój mąż musiał, ale okazało się, że nie było to problemem. Bardzo się tego rozwodu bałam. A szczególnie tego, co będzie później. Ja wcześnie wyszłam za mąż. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, miałam 20 lat. Więc nie miałam większych doświadczeń w samodzielnym dorosłym życiu. Myślę że gdyby on wiedział, w jakim jestem stanie i bardziej się postarał, to wycofałabym się z tej akcji i do dziś razem z dziećmi tkwiła w patologicznym układzie. Na szczęście miałam wsparcie, mogłam się wygadać, poradzić, ostudzić emocje. Dzięki temu zdołałam postawić konkretne warunki. Zostały przyjęte. Nie wiem, czy z przekonania, że tak będzie lepiej, czy raczej z przeświadczeniem, że i tak on będzie wszystko kontrolował, że wszystko zostanie trochę po staremu. Nawet później próbował mnie „adorować”. Ale wyraźnie oddzieliłam nasze sprawy. Np. mógł przychodzić do dzieci, ale jedynie jako gość. Ustaliliśmy, że oboje staramy się chronić dzieci, dajemy im miłość i wsparcie. Dałam mu do przeczytania książkę na temat problemów dzieci w czasie rozwodu. Zabiegałam, by spędzał z nimi jak najwięcej czasu, zabierał na wakacje, uczestniczył w ich życiu, konsultowałam ważniejsze decyzje itp. Starałam się tłumaczyć go, gdy były między nimi jakieś problemy. Kocha nasze dzieci, więc to akurat się udało.
                          Czy tęskniłam? Tak, ale nie tyle za nim (bo zniosłam wiele upokorzeń i to gdzieś w głowie zostało), co za wizją szczęśliwej, pełnej rodziny. Było mi szkoda, że to się nie udało. Ale dziś z perspektywy czasu widzę, że to była słuszna decyzja, która mnie i moje dzieci uratowała. Bo wyrosły na zrównoważonych (w miarę smile ) ludzi. A w domu, jaki wcześniej miały, raczej by się to nie udało. A ja sama po jeszcze kilku latach tamtego życia na pewno byłabym w tzw. czarnej d.

                          Nie traktuj tego jednak jako zachęty do jakichś działań. Każdy przypadek jest inny, więc zalecam namysł i rozsądek.
                            • annnie Re: A tak naprawde...:) 28.06.20, 00:44
                              baenzai napisał:

                              > Podlasie czy Podkarpacie? wink

                              A podlasie polecam, podkarpacie rowniez. Piwkne widoki i mocni charakterem ludzie. A ty..., skąd??

                              Kobieta ma spokoj wczesniej, skoro juz ma etap odchowania za soba. Lepiej tak, niz rodzic po 40tce.... co teraz nagminne...

                              A wgl co ty taki pouprzedzany??
                              • baenzai Re: A tak naprawde...:) 28.06.20, 00:52
                                annnie napisała:

                                > Kobieta ma spokoj wczesniej, skoro juz ma etap odchowania za soba. Lepiej tak,
                                > niz rodzic po 40tce.... co teraz nagminne...

                                Nie ma to jak jednej skrajności przeciwstawiać drugą skrajność. smile
                                • annnie Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 15:25
                                  Gdziez tu skrajnosc? Urodzila kolo 20tki wiec ma teraz spokoj, dorosle, odchowane dziecko, dzieki czemu moze skupic sie wiecej na wlasnych sprawach a nie pieluchy i opieka nad malenstwem 24/7. Same plusy rodzenia w wielu 20+
                                  Jesli ktos ma stabilna sytuacje malzenska i pragnie potomstwa w wieku 40+ to tez nie ma problemu, chodzi tylko o bohaterke posta. W jej przypadku akurat sytuacja z wczesniejszym posiadaniem dziecka jest na jej korzysc.
                                  Gdzie moj blad logiczny? suspicious
                                  • 999karolina Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 15:55
                                    annnie napisała:

                                    > Jesli ktos ma stabilna sytuacje malzenska i pragnie potomstwa w wieku 40+ to te
                                    > z nie ma problemu,

                                    Obserwując świat, to widzę, że wiele kobiet zbliżając się do 40-ki , zaczyna nerwowo pragnąć dziecka bez względu na sytuację małżeńską (a coraz częśćiej bez takiej sytuacji). Wiek 19-24 lata jest biologicznie idealny na macierzyństwo, ale oczywiście można mieć dziecko znacznie później. Średnia wieku Polski rodzącej pierwsze dziecko dochodzi do 30, ale bardzo dużo kobiet rodzi koło 40 i później. Ktoś powiedział, że w zasadzie omijają one etap dziecka i od razu rodzą sobie wnuki.
                                    Znamienna była ta opowieść Porannej o spotkaniu z koleżankami, które skoro chodziły z nią do szkoły lub na studia, to znaczy, że wszystki są mniej więcej równolatkami. A jaka różnica w sytuacji rodzinnej - jedna ma 2-letnie dziecko, druga jest w ciąży, trzecia szuka kandydata na ojca dziecka, a po czwartą dorosła córka przyjeżdża samochodem.
                                  • baenzai Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 19:40
                                    annnie napisała:

                                    > Gdziez tu skrajnosc? Urodzila kolo 20tki wiec ma teraz spokoj, dorosle, odchowa
                                    > ne dziecko, dzieki czemu moze skupic sie wiecej na wlasnych sprawach a nie piel
                                    > uchy i opieka nad malenstwem 24/7. Same plusy rodzenia w wielu 20+

                                    Przecież straciła wczesną młodość. Gdy jej rówieśnicy bawili się i cieszyli młodością ona nawet nie mogła się porządnie wyspać czy wyskoczyć na spontaniczne piwko. Ponadto osoba 20-letnia ma zazwyczaj pstro w głowie. To nie jest czas na dzieci i małżeństwo.
                                    • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 19:49
                                      baenzai napisał:


                                      > Przecież straciła wczesną młodość. Gdy jej rówieśnicy bawili się i cieszyli mło
                                      > dością ona nawet nie mogła się porządnie wyspać czy wyskoczyć na spontaniczne p
                                      > iwko.

                                      Czy ja wiem? Róznie bywało, ja dobrze zorganizowana jestem wink
                                    • tapatik Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 20:04
                                      baenzai napisał:

                                      > Przecież straciła wczesną młodość. Gdy jej rówieśnicy bawili się i cieszyli młodością
                                      > ona nawet nie mogła się porządnie wyspać czy wyskoczyć na spontaniczne piwko.

                                      Nie każdy lubi piwo, może ją cieszyło dziecko.

                                      > Ponadto osoba 20-letnia ma zazwyczaj pstro w głowie.

                                      Zgoda, większość tak, ale nie wszyscy. Co więcej kobiety wcześniej dojrzewają społecznie niż my, więc ona mogła być już gotowa do dorosłego życia.

                                      > To nie jest czas na dzieci i małżeństwo.

                                      Dlaczego?
                                      • baenzai Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 22:24
                                        tapatik napisał:

                                        > baenzai napisał:
                                        >
                                        > > Przecież straciła wczesną młodość. Gdy jej rówieśnicy bawili się i cieszy
                                        > li młodością
                                        > > ona nawet nie mogła się porządnie wyspać czy wyskoczyć na spontaniczne pi
                                        > wko.
                                        >
                                        > Nie każdy lubi piwo, może ją cieszyło dziecko.
                                        >
                                        > > Ponadto osoba 20-letnia ma zazwyczaj pstro w głowie.
                                        >
                                        > Zgoda, większość tak, ale nie wszyscy. Co więcej kobiety wcześniej dojrzewają s
                                        > połecznie niż my, więc ona mogła być już gotowa do dorosłego życia.
                                        >
                                        > > To nie jest czas na dzieci i małżeństwo.
                                        >
                                        > Dlaczego?

                                        Nie ma żadnego sensu skracanie sobie młodości i ładowanie się w pieluchy parę miesięcy po ukończeniu szkoły średniej. No bo jakie są niby z tego korzyści? Praktycznie żadne, a młodość ma się jedną. To jest przecież czas na zabawę, na socjalizację, na zdobywanie nowych doświadczeń.

                                        Do tego w tym wieku nie ma się zazwyczaj ani porządnego wykształcenia, ani zawodu, ani większego doświadczenia życiowego czyli tego wszystkiego, co powinien mieć odpowiedzialny rodzic.

                                        Małżeństwo w tym wieku to już w ogóle jakaś kompletna abstrakcja. Co prawda są ludzie, którzy poznali się w tym wieku, ale związek zalegalizowali dopiero parę lat później, gdy już mieli jakaś tam pewność, że się dotarli jako partnerzy. Ogólnie to jednak związki 19 czy 20-latków są bardzo nietrwałe i nie powinno się w takim wieku podejmować tak poważnych decyzji jak zawarcie związku małżeńskiego.
                                        • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 30.06.20, 01:28
                                          Dzięki Baenzai, lubię, gdy ktoś wie lepiej, co jest dla mnie najlepsze, co ma dla mnie sens. A najfajniejsze są takie ogólne prawdy objawione dla wszystkich smile

                                          Pewnie mialam jakieś problemy związane z wczesnym posiadaniem dziecka, ale możesz mi wierzyć, że nie były to odczuwalny brak socjalizacji czy zabawy. Jakoś to się udawało w stopniu dla mnie wystarczającym godzić. Może jesteś/byleś w wieku 18-20-kilka stałym zwolennikiem socjalizowania sie na imprezach i zdobywania doświadczeń, więc odczuwałbyś niedosyt. Mnie (z dzieckiem czy bez) wystarczały imprezy raz na jakiś czas, na liczne spotkania towarzyskie chodzilam bez większych problemów. Bez większego problemu udalo mi się też skończyć studia. To prawda, miałam więcej obowiązków i bywalo, że dziecko blokowalo mi jakieś sprawy, ale nie czuję, by przez to coś szczegolnego mnie ominęło. Może jakiś wyjazd na narty czy łódkę w pierwszym okresie. Jestem dobrze zorganizowana, zawsze mialam pomoc rodziny, a gdy była taka potrzeba stać mnie też było na opiekunkę (ktora mieszkala po sąsiedzku i uwielbiala moją córkę). Jakoś się to ulożyło. Gdy dziecko prawidlowo się rozwija, nie choruje, , a czlowiek jest dobrze zorganizowany, to życie z nim nie jest tak strasznie uciążliwe, jak się wydaje.

                                          W jednym masz rację - mój związek przetrwał w dobrym stanie jakieś 8 lat, a rozwiodłam sie po 10. Ale gdy sie rozgladam wokół, to nie jest to jakiś wyjątkowo krotki czas trwania związku. Mam koleżanki czy znajome, ktore rozwodzily się po krótszym stażu, chociaż za mąż wychodziły jako już bardziej dojrzale. I też im się nie udalo. Kilka innych chętnie by się rozwiodlo, ale nie robią tego z różnych powodów - strach, dzieci, lenistwo, brak samodzielnosci finansowej. Czyli ta może jdnak nie młody wiek wpływa na nietrwalość związku. Poza tym z wlasnego doswiadczenia też wiem, że większa dojrzalość metrykalna wcale nie musi iść w parze z dojrzalośćią w związkach. Zdecydowanie więcej glupot narobiłam po 30-ce niż wczesniej smile

                                          Gdy patrzę dziś z perspektywy czasu, to nie żaluję, że "skrócilam sobie młodość", bo wcale nie czuję, żebym ją sobie jakoś szczególnie dotkliwie skrócila. Nie rozumiem też, dlaczego ta wczesna młodość jest twoim zdaniem lepsza od tej późniejszej?wink Dlaczego jej bardziej warto nie tracić? Dziś dużo moich rówieśnic siedzi w pieluchach lub niedawno z nich wyszlo, a także są takie, które właśnie w nie zamierzają wejść lub wręcz dopiero szukają kogoś, z kim można byloby spróbować zostać matką. Tymczasem ja mam luzik. I jeśli się nic złego nie stanie, to będę go miała przez najblższe lata. A socjalizuje się jak chcę, cieszę się życiem i swobodą. Jestem ustabilizowana finansowo, więc stać mnie na więcej niż wtedy, gdy miałam 20 kilka lat.. Mam mniejsze napiecie w sprawach relacji damsko-męskich. Naprawdę nie czuję się jakoś dtkliwie pokrzywdzona przez los.
                                          Ale dzięki za troskę smile
                                          I może już skończmy to analizowanie mojego życia. Wiem, sama trochę niepotrzebnie zaczęłam. Ale już przestaję.
                                    • annnie Re: A tak naprawde...:) 30.06.20, 20:37
                                      Dla ciebie to skrajnosc ale jest ogromne grono osob, ktore nie uwaza za "zmarnowanie mlodosci" z powodu pojawienia sie dziecka... znam osoby, ktore wlasnie w tym wieku doczekaly sie dzieci. Prowadzili skromniejsze zycie towarzyskie, ale je prowadzili, bo swiat sie nie skonczyl big_grin i co wiecej, akurat tym osobom to odpowiadalo. Mieli super kontakt z dzieckiem, wiecej energii i cierpliwosci. A teraz niektore moje kolezanki nieco przed 40stka pakuja sie w pieluchy i to jest dramat. Depresje, brak sil, walace sie malzenstwa. Sa dwie strony medalu. Wiec nie uwazam, ze powiedzialam cos nielogicznego.
                            • tapatik Re: A tak naprawde...:) 28.06.20, 11:41
                              baenzai napisał:

                              > po-ranna-kawa napisała:
                              >
                              > > Ja wcześnie wyszłam za mąż. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, miałam 20 lat.
                              >
                              > Podlasie czy Podkarpacie? wink

                              Zapomniałeś o Mazowszu.
                              • tomekzgor Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 00:44
                                tapatik napisał:

                                > baenzai napisał:
                                >
                                > > po-ranna-kawa napisała:
                                > >
                                > > > Ja wcześnie wyszłam za mąż. Gdy urodziłam pierwsze dziecko, miałam
                                > 20 lat.
                                > >
                                > > Podlasie czy Podkarpacie? wink
                                >
                                > Zapomniałeś o Mazowszu.
                                >
                                >

                                Ja bym z taką wyższością i lekceważeniem nikogo nie traktowal. Przypomina mi to zresztą znane z dużych miast zjawisko, że najwiekszymi chwalcami ich wyższości nad tzw. prowincją są osoby, których osobista lub rodzinna kariera wielkomiejska jest krótka.

                                Ja się urodziłem w zapadłej dziurze ale nie uważam, że to jest jakiś deficyt. Dzieciństwo blisko natury, w takich tradycyjnych warunkach, także rodzinnych, często trudnych, daje moim zdaniem dobrego kopa, pewność siebie, samodzielność, siłę do brania losu w swoje ręce, jakieś poczucie równowagi duchowej. Gdy będąc dzieckiem dystansu z domu do szkoły nie liczyło się w jednostkach długości, ale w jednostkach czasu (w zimie 1,5 godziny po kolana w śniegu), gdy codziennie widziało się wielkie góry i uświadamiało sobie, że stoją one od tysięcy lat i za tysiąc lat to się nie zmieni, to później człowieka trudno byle czym zniechęcić, przestraszyć czy sprawić, że z jakiejś blachostki wpadnie w depresję. Bo ma swoje proporcje.


                                • baenzai Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 01:55
                                  tomekzgor napisał:

                                  Ja bym z taką wyższością i lekceważeniem nikogo nie traktowal. Przypomina mi to zresztą znane z dużych miast zjawisko, że najwiekszymi chwalcami ich wyższości nad tzw. prowincją są osoby, których osobista lub rodzinna kariera wielkomiejska jest krótka.

                                  Ja akurat nie mam powodu żeby się wywyższać, bo pochodzę z mniejszego miasta. Nie zmienia to faktu, że śluby w wieku 20 czy 21 lat to domena właśnie takich miejscowości i to bardziej na wschodzie niż na zachodzie kraju.

                                  > Ja się urodziłem w zapadłej dziurze ale nie uważam, że to jest jakiś deficyt. D
                                  > zieciństwo blisko natury, w takich tradycyjnych warunkach, także rodzinnych,
                                  > często trudnych, daje moim zdaniem dobrego kopa, pewność siebie, samodzielność
                                  > , siłę do brania losu w swoje ręce, jakieś poczucie równowagi duchowej. Gdy bę
                                  > dąc dzieckiem dystansu z domu do szkoły nie liczyło się w jednostkach długości,
                                  > ale w jednostkach czasu (w zimie 1,5 godziny po kolana w śniegu), gdy codzienn
                                  > ie widziało się wielkie góry i uświadamiało sobie, że stoją one od tysięcy lat
                                  > i za tysiąc lat to się nie zmieni, to później człowieka trudno byle czym zniech
                                  > ęcić, przestraszyć czy sprawić, że z jakiejś blachostki wpadnie w depresję. Bo
                                  > ma swoje proporcje.

                                  Dokładnie tak było. smile

                                  Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Podobnie jak wybite zęby, rozprute brzuchy, nagły brak oka czy amatorskie amputacje. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a od pomocy, to jeszcze nikt nie umarł. Ciocia Janinka powtarzała, "lepiej lanie niż śniadanie". Nikt nie narzekał.

                                  Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał karę. Dół z wapnem, nóż, myśliwska flinta – różnie. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo — jak zwykle. Potem ojciec wracał do domu, a po drodze brał sobie nowe dziecko. Dzieci wtedy leżały wszędzie. Na trawnikach, w rowach melioracyjnych, obok przystanków, pod drzewami. Tak jak dzisiaj leżą papierki po batonach. Nie było wtedy batonów, dzieci leżały za to wszędzie. Nikt nie narzekał.

                                  My, dzieci z naszego jeziora, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez słodyczy, szacunku, ciepłego obiadu, sensu, a niektórzy – kończyn.
                                  • tomekzgor Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 10:44
                                    baenzai napisał:


                                    > My, dzieci z naszego jeziora, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wied
                                    > zieli jak nas należy „dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo b
                                    > ez słodyczy, szacunku, ciepłego obiadu, sensu, a niektórzy – kończyn.

                                    No to nie byliśmy sąsiadamismile
                                    W moim świecie dorośli mieli (i realizowali) określone działania wychowawcze. Inne kobiety, inne mężczyźni.Nie sądzę by były to świadome działania wychowawcze, raczej wynikające ze zwyczajowych zadań. To prawda że nikt się z dziećmi szczególnie nie cackał, ale nie można powiedzieć że dzieci nie dostawały wsparcia i miłości. Nie pamietam też przypadku jakiejś patologicznej przemocy wobec dzieci ze strony dorosłych. Pamiętam za to że jakaś poważniejsza choroba czy uraz dziecka powodowały zainteresowanie i ożywienie w całej okolicy.
                                    Piszę "dorośli" a nie "rodzice", bo mialem poczucie że dziećmi zajmują się także wszystkie ciotki i wujkowie, dziadkowie. Np. obiad jadło się w tym domu, w którym się akurat z jakiegos powodu było i raczej był nadmiar możliwości zjedzenia ciepłego obiadu (może faktycznie niezbyt wyszukanyego) niż deficyt. Na pewno żadne dziecko głodne nie chodziło. I w ogóle czuło się że dorośli tak po prostu lubią dzieci. Z przejawami takiej bezinteresownej sympatii spotykaliśmy się bardzo często. A to ktoś zawolał, żeby wejść, bo ma dobre ciasto, a to kupił cukierka w sklepie, a to powiedział jakieś miłe słowo. Nie pamietam z dzieciństwa żebym miał jakieś obawy, że jakis dorosły może mi zrobić krzywdę. Może to z tego powodu że na wsi i dzieci i dorośli nie są anonimowi.
                                    Dużo czasu z dziećmi (szczegónie tymi małymi) spędzali dziadkowie, babcie. Sporo (szczególnie zimą) było różnych spotkań wielosobowych i wielopokoleniowych.
                                • tapatik Re: A tak naprawde...:) 29.06.20, 20:14
                                  Tomku, dopisanie Mazowsza było z mojej strony ironią na wzór dowcipu o cyklistach:

                                  Rzecz działa się w okresie międzywojennym. Podczas podróży w pociągu pewien pasażer bardzo narzekał na sytuację polityczną w Polsce. Swój wywód zakończył stwierdzeniem:
                                  - A wszystko to wina Żydów.
                                  Wtedy odezwał się pasażer, który do tej milczał:
                                  - I cyklistów.
                                  - A dlaczego cyklistów?
                                  - A dlaczego Żydów?


                                  Uważam, że stwierdzenie, że skoro ktoś w wieku 20 lat miał męża i dziecko, to musiał pochodzić z Podlasia lub Podkarpacia, jest niezbyt grzeczne.
                            • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 28.06.20, 14:25
                              baenzai napisał:


                              >
                              > Podlasie czy Podkarpacie? wink

                              Niestety Warszawa. Piszę: „niestety”, bo akurat bardzo lubię Podkarpacie. Mam tam od kilkunastu lat taką wiejsko-leśną chałupkę w okolicach rezerwatu Zabłocie i uwielbiam tam przebywać. Jeśli mogłabym mieć kolejne wcielenie i gdybym mogła wybrać miejsce urodzenia, to na pewno wybrałabym albo ten kawałek puszczy sandomierskiej, albo okolice jeziora Garda w północnych Włoszech. Ale chyba jednak ze wskazaniem Zabłocia, bo to trochę magiczne miejsce, które daje człowiekowi siłę, równowagę ducha, właściwe widzenie proporcji.

                              Rozumiem, że z tym Podkarpaciem to w zamyśle był taki przytyk, że tylko jakaś idiotka z prowincji może mieć dziecko w wieku 20 lat. Różnie bywa. Nie narzekam, że tak się stało. Nie zawsze było łatwo, ale dałam radę. Wszystko ma swoje dobre i złe strony.

                              Wczoraj spotkałam się na Powiślu z trzema koleżankami, (z jedną chodziłam do podstawówki, z dwoma na ststudia) . Od wielu lat zawsze się spotykamy "na wino" w ostatnią sobotę czerwca. Jedna przyszła z dwuletnią córką (piękną), której nie miala z kim zostawić, więc wina się nie napiła, zresztą zaraz musiała iść, żeby położyc dziecko spać. Druga w szóstym miesiącu ciąży, więc też szybko poszła, bo ciąża długo oczekiwana i się boi, zeby sie coś nie stao, więc woli trzymać się blisko domu i kanapy. Trzecia od kilku lat jest na etapie usilnego (czasem desperackiego), ale bezskutecznego szukania faceta, ma problem alkoholowy i od 2 miesięcy nie pije. Gdy moja córka przyjechała po mnie samochodem, to pomyślałam, że w sumie to mi się w życiu udało. I z własnym dzieckiem wypiłam wieczorem butelke wina.


                          • annnie Re: A tak naprawde...:) 28.06.20, 00:46
                            po-ranna-kawa napisała:

                            > Nie traktuj tego jednak jako zachęty do jakichś działań. Każdy przypadek jest i
                            > nny, więc zalecam namysł i rozsądek.

                            Spoczko wink Kazdy rozpatruje wedlug siebie ale cenne dla mnie bardzo jest to, co napisalas. Dziekuje smile
                    • baenzai Re: A tak naprawde...:) 25.06.20, 21:19
                      tapatik napisał:

                      > Nie do końca rozumiem. Czy uważasz, że związek z mieszkaniem razem jest przeżyt
                      > kiem?

                      Ona raczej nie pisała tego ogólnie, tylko po prostu jest to jej wizja związku idealnego. Mojego zresztą też. smile Im mam więcej lat tym mniej chce mi się bawić w tworzenie rodziny i wspólnie mieszkanie. Chociaż dopuściłbym np. możliwość wspólnego mieszkania w dużym domu, w którym każdy ma swoją część. smile
                      • annnie Re: A tak naprawde...:) 25.06.20, 23:42
                        baenzai napisał:

                        > pólnego mieszkania w dużym domu, w którym każdy ma swoją część. smile

                        To nie ma znaczenia, jak duzy jest dom, no, chyba ze to palac z kilkoma skrzydlami wink
                        Chodzi o pewna niezaleznosc i dreszcz emocji przy spotkaniu, cos, co sie rozprasza mieszkajac pod 1 dachem killa lat razem. Nie mieszkanie razem nie generuje spiec o bzdurne sprawy, jak nieporzadek, upierdliwe nawyki, i wreszcie, znudzenie czy wypalenie. Ja ja doskonale rozumiem i taki zwiazek to cos, co kiedys sama chcialabym sprawdzic.
      • obrotowy pozytywnie mnie zaskakujesz :) 20.06.20, 16:19
        po-ranna-kawa napisała:

        > A ja już od jakiegoś czasu jestem na etapie, że cenię sobie niealezność. Nie ma
        > m ochoty na żadne budowanie stadła, dpasowywanie się na stałe do kogoś, źle bym
        > się już w tym czuła. Więc dla mnie najfajniejszy jest taki związek z doskoku,
        > bo wtedy każe spotkanie jest świętem, odrębna randką, podczas której można tak
        > samo poważnie pogadać, jak i robić kompletne głupoty. Lubię poczucie, że gdzie
        > ś jest ktoś, do kogo mogę zawsze zadzwonić i liczyć na dobre słowo, czy wsparci
        > e. Nie jest mi zupełnie potrzebne celebrowanie wspólnej codzienności. Lubię pot
        > ęsknić, by potem głębiej przeżywać spotkanie, pójść na całość, zapomnieć się od
        > erwać od powszedniości. Cieszyć się sobą, celebrować bliskość. Nie chcę rozdra
        > bniać tego i psuć codziennością z ględzeniem o przysłowiowym rozrzucanu skarpet
        > ek. Nie mam w związku z tym żadnej potrzeby formalizowania niczego.


        pozytywnie mnie zaskakujesz.

        z forum politycznego widzialem Cie jako dobrze ulozona , stateczna Dame...
        • anirat Re: pozytywnie mnie zaskakujesz :) 20.06.20, 19:45
          Ja chciałabym przeżyć taką prawdziwą miłość, szaloną, oddaną, jedyną, pod każdym względem. Chciałabym mieć tę jedną najważniejsza osobę w życiu, bez najmniejszej wątpliwości i żebym była dla niego najważniejsza na świecie. Osoba, na którą zawsze można liczyć.
          Przezywam wypłaszczenie uczuć. Już mnie niewiele kręciło, aż przyśnił mi się zen, który na powrót obudził we mnie chęć prawdziwej, szalonej miłości.
          • obrotowy Re: pozytywnie mnie zaskakujesz :) 21.06.20, 00:10
            po-ranna-kawa napisała:
            > A czy napisałam coś, co byłoby niegodne damy? smile


            alez nie w tym rzecz

            z pogladow (tych politycznych) sprawialas wrazenie takiej dosc konserwatywnej obyczajowo i statecznej kobiety.


            a tu prosze (jak dla mnie) - mila niespodzianka:

            - kobieta wyzwolona, dla ktorej romans bez stalych zobowiazan nie jest problemem smile
              • obrotowy nie ma czegos takiego. 21.06.20, 07:40
                po-ranna-kawa napisała:
                > O, to źle zrozumiałeś. O jakim romansie bez zobowiązań piszesz?
                Bo ja o bardzo stałym, monogamicznym związku, tyle że w niekonwencjonalny sposób zorganizowanym smile


                tak (przez chwile, kobieco - Twoim sladem) pomyslalem.

                tyle ze NIEmieszkanie razem - to i pokusa i okazja na "wyskoki".

                znam - to viem smile
                • po-ranna-kawa Re: nie ma czegos takiego. 21.06.20, 12:02
                  obrotowy napisał:


                  > tak (przez chwile, kobieco - Twoim sladem) pomyslalem.
                  >
                  > tyle ze NIEmieszkanie razem - to i pokusa i okazja na "wyskoki".
                  >
                  > znam - to viem smile

                  Rozumiem. Ale w tym wypadku skok w bok nie byłby klasycznym skokiem w bok, bo jeśli rozmawiasz z partnerką o wszystkim, to musiałbyś (dla samego siebie) o tym skoku w bok jej powiedzieć smile. Przecież przyjaciela nie będziesz oszukiwać. No chyba, że decydujesz się na jakąś fikcję, ale wówczas ze wszystkimi konsekwencjami, że coś przekreślasz.

                  • obrotowy dalej niejasne... 22.06.20, 13:20
                    po-ranna-kawa napisała:
                    , bo jeśli rozmawiasz z partnerką o wszystkim, to musiałbyś (dla samego siebie) o tym
                    > skoku w bok jej powiedzieć smile. Przecież przyjaciela nie będziesz oszukiwać.


                    dalej (dla mnie) niejasne:

                    skoro pozytywnie dogadujesz sie z partnerka (partnerem) we wszystkim - to po co mieszkac osobno ?

                    (oczywiscie rozumiem sytuacje przejsciowe, zmiane pracy, zdobycie wspolnego mieszkania itd...)

                    ale jesli ktos deklaruje, ze nie potrafi mieszkac z partnerem razem - to gdzie to pelne zrozumienie ?

                    • po-ranna-kawa Re: dalej niejasne... 22.06.20, 16:55
                      obrotowy napisał:


                      > dalej (dla mnie) niejasne:
                      >
                      > skoro pozytywnie dogadujesz sie z partnerka (partnerem) we wszystkim - to po co
                      > mieszkac osobno ?
                      >

                      Czyli jednak nie uważałeś smile

                      Przecież napisałam ze dwa razy:
                      - żeby zachować prawo do pełnej swobody w codziennym życiu, nie musieć się do niczego dostosowywać
                      - żeby nie narażać związku na to, że szara codzienność go zabije (niezakręcanie pasty do zębów w czasie kilkudniowego wyjazdu jest bardzo urocze, ale przez 365 dni w roku byłoby wkurzające)
                      - żeby tęsknić za sobą, sprężać się za każdym razem, celebrować każde spotkanie, a nie popadać w rutynę
                      - żeby po raz kolejny nie okazało się, że to się uda

                      To tak w dużym uproszczeniu

                      • obrotowy juz jasne... ale nie akceptowalne. 23.06.20, 15:45
                        pisalas, ale raczej fragmentarycznie - a dopiero teraz bardziej "calosciowo".
                        -wiec i latwiej sie do tego ustosunkowac.


                        po-ranna-kawa napisała:

                        > Przecież napisałam ze dwa razy:
                        > - żeby zachować prawo do pełnej swobody w codziennym życiu, nie musieć się do n
                        > iczego dostosowywać

                        - a jak sie razem przebywa to zawsze trzeba ? przeciez kazdy zostawia swoja indywidualnosc i swoje przyzwyczajenia dla siebie - a jesli drug strona tego nie toleruje - no to nie jest to ten wlasciwy partner.


                        > - żeby nie narażać związku na to, że szara codzienność go zabije (niezakręcanie
                        > pasty do zębów w czasie kilkudniowego wyjazdu jest bardzo urocze, ale przez 36
                        > 5 dni w roku byłoby wkurzające)

                        - pierwsze slysze, ze szara codziennosc zabija. a pasty mamy wlasne, i inne przybory tez
                        - wiec partnerce "lata i powiewa" - co ja z nimi robie.

                        > - żeby tęsknić za sobą, sprężać się za każdym razem, celebrować każde spotkanie
                        > , a nie popadać w rutynę

                        - o Boze... to jest dobre do 30-tki, gora 35 - a nie pozniej.

                          • obrotowy juz jasne... i zrozumiale. 23.06.20, 19:01
                            po-ranna-kawa napisała:
                            > Ja nikogo do takiej formy nie namawiam i nawet nie próbuję przekonywać smile


                            ja tez nie.
                            nie raz tu pisalem, ze wolalbym miec dwie "przyjaciolki" mieszkajace blisko, ale w swoich mieszkaniach

                            do ktorych moglbym wpadac na przemian....

                            a nie jedna stala Slubna - szarogeszaca mi sie po chalupie...

                            a na jakas kochanke z doskoku musialem wygospodarowac czas i wykrety/pozory (wobec Slubnej)

                            - meczace to bylo.
                            • po-ranna-kawa Re: juz jasne... i zrozumiale. 25.06.20, 15:59
                              obrotowy napisał:


                              > nie raz tu pisalem, ze wolalbym miec dwie "przyjaciolki" mieszkajace blisko, al
                              > e w swoich mieszkaniach
                              >

                              Rozumiem. Myślę, że to może być fajne rozwiązanie. Ale to akurat zupełnie inna sytaucja. Wiem że to może Ci się wydawać dziwne, ale jakoś w ogóle mnie nie ciągnie, by mieć dwóch kochanków. Zresztą nie mam męża, więc w ogóle trudno mi mówić o kochanku.
                            • po-ranna-kawa Re: juz jasne... i zrozumiale. 25.06.20, 16:00
                              obrotowy napisał:


                              > nie raz tu pisalem, ze wolalbym miec dwie "przyjaciolki" mieszkajace blisko, al
                              > e w swoich mieszkaniach
                              >

                              Rozumiem. Myślę, że to może być fajne rozwiązanie. Ale to akurat zupełnie inna sytaucja. Wiem że to może Ci się wydawać dziwne, ale jakoś w ogóle mnie nie ciągnie, by mieć dwóch kochanków. Zresztą nie mam męża, więc w ogóle trudno mi mówić o kochanku.
                              • obrotowy to kwestia indywidualna. 25.06.20, 16:13
                                Wiem że to może Ci się wydawać dziwne, ale jakoś w ogóle mnie nie
                                > ciągnie, by mieć dwóch kochanków. Zresztą nie mam męża, więc w ogóle trudno mi
                                > mówić o kochanku.


                                bo to kwestia indywidualna.
                                pouzalalem sie tylko nad samym soba wskazujac, ze wolalbym miec dwie kochnki, ktore obie odwidzalbym na przemian,

                                niz stala zone i od czau do czasu jakas kochanke z ktora trzeba bylo sie ukrywac.

                                - meczace to bylo.
    • searam Re: A tak naprawde...:) 21.06.20, 22:50
      Najblizsze moim pogladom,doswiadczeniu i praktyce sa poglady "Po-Rannej Kawy"...
      Jako, ze odpalilem ten topic dlatego pozwole sobie na obecnym etapie wreczyc rzeczonej wirtualny bukiecik fiolkow..(moze ma takie oczy..?: )w dowod uznania.
      Pytania pozostaja nadal sa nurtujace...moze ciekawsze niz przepis na pieczenia szarlotki lub robienia nalewki wisniowej..wink
      • po-ranna-kawa Re: A tak naprawde...:) 22.06.20, 02:47
        searam napisał:

        > Najblizsze moim pogladom,doswiadczeniu i praktyce sa poglady "Po-Rannej Kawy"..
        > .
        > Jako, ze odpalilem ten topic dlatego pozwole sobie na obecnym etapie wreczyc rz
        > eczonej wirtualny bukiecik fiolkow..(moze ma takie oczy..?: )w dowod uznania.
        > Pytania pozostaja nadal sa nurtujace...moze ciekawsze niz przepis na pieczenia
        > szarlotki lub robienia nalewki wisniowej..wink


        smile Naprawdę czuje się wruszona. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz wygrałam jakiś konkurs, i wychodzi na to, że było to dawno temu na obozie studenckim. Dzięki za fiołki. Oczy mam piwne, ale obiecuję, że jutro założę odpowiednią kolorystycznie sukienkę.
        Co do tematu wątku - jeszcze raz podkreślam, że to opcja raczej dla osób po przejściach i rozczarowanych do związków tradycyjnych. Warto jednak najpierw z pełnym zaangażowaniem takich tradycyjnych spróbować. A nuż się uda.