kroochy
01.11.07, 22:53
Proszę o pomoc i radę:
Jestem osobą nieśmiałą, małomówną, często smutną, z melancholijnym
nastawieniem do rzeczywistości; a jednocześnie w hermetycznym i niewielkim
gronie znajomych jestem dość pewny siebie, pogodny, optymistycznie
spoglądający na świat, wręcz towarzyski.
Mój świat to ja i wspomniane własne grono znajomych, dosłownie kilka
sprawdzonych osób. Wśród nich czuje się najlepiej. Ale tylko wśród nich. Poza
tym gronem jestem otoczony jakby pancerzem z kolcami – nikt o zdrowych
zmysłach nie próbuje przekroczyć tej bariery, a i ja nie zbliżam się do
innych, żeby ich nie ranić. Nie wiem, czy bardziej boje się faktu, że ich
zranię, czy tego, że jeśli tak się stanie, to oni odrzuca mnie jeszcze bardziej.
Rzadko poznaję nowe osoby; m.in. z tej przyczyny nigdy nie udało mi się
stworzyć dłuższego, poważnego związku. Doskwiera mi samotność, a jednocześnie
kontakty z płcią przeciwną są tak bardzo paraliżujące, że skutecznie
udaremniają jakiekolwiek moje próby zmiany tego stanu rzeczy. Ciekawym jest
fakt, że najlepsze relacje mam z kobietami, których nie traktuję jako
potencjalne kandydatki na partnerkę (są to znajome, koleżanki, przeważnie w
związkach); z kolei gdy spotykam kobietę, która mi się podoba pod względem
psychofizycznym, to uruchamia się we mnie jakaś cholerna blokada i nie
potrafię doprowadzić do bliższej znajomości, nie mówiąc o trwałym związku. Nie
potrafię nawiązywać kontaktów, zainteresować rozmówcy czy podtrzymać z nim
dialogu. Wydaje mi się, że w oczach tych, na których opinii mi zależy, nie
jestem interesującym rozmówcą, jestem nudziarzem (zapewne dlatego, że nie
jestem „mistrzem smalltalków”, czyli nie potrafię rozmawiać o przysłowiowych
czterech literach niejakiej M.).
Nie byłoby pewnie żadnego problemu, gdyby nie fakt, ze ta "podwójna osobowość"
zaczyna mi ciążyć, a wręcz coraz częściej utrudnia mi życie. Nie, to
całkowicie zatruwa mi życie! Boje się kontaktów z nieznanymi mi ludźmi, boję
się jakichkolwiek sytuacji, w których dane mi będzie z tymi nieznajomymi
przebywać (czasami zwykły przejazd autobusem jest nie lada wyzwaniem). Mało
tego, znając i wiedząc, jakie objawy wewnętrzne i zewnętrzne (gotuję się w
środku, ściska mnie w gardle i żołądku, drżą mi ręce, mówię szybko i
chaotycznie, albo bardzo cicho i niezrozumiale) towarzyszą mi w większości
kontaktów interpersonalnych, ja zwyczajnie staram się unikać jakichkolwiek
kontaktów. Unikam ludzi, spotkań, wyjść, wypadów, wykładów, szkoleń,
konferencji, debat, paneli dyskusyjnych. Jednocześnie mam świadomość jak wiele
negatywnych następstw niesie to ze sobą: nie realizuję swoich planów, marzeń,
ambitnych celów które sobie postawiłem i wielu, wielu innych rzeczy które
chciałbym zrobić w życiu. Nie rozwijam się, stoję w miejscu, wypalam się....
Unikam ludzi, a jednocześnie brakuje mi ich. Zależy mi na ich opinii, a
jednocześnie się jej boję; tego, że będzie negatywna, źle mnie oceniająca.
Koło się zamyka, niestety....
Zdaję sobie sprawę, że ta (przy)długa wypowiedź to w gruncie rzeczy kilka
różnych problemów (albo jeden i ten sam, którego ja nie potrafię nazwać po
imieniu i go zwalczyć), dlatego będę wdzięczny za wszystkie życzliwe słowa i rady.