Nasza mama czarodziejka

16.05.11, 10:34
OMG dziecko zakończyło lekturę. Książka urocza, ale jeżeli chodzi o treść i kontekst porównywalna z Chłopami, Krzyżakami, Starą baśnią.
Mój syn skoncentrował się na wątku etnologicznym tak dawniej żyli ludzie , co chyba nie było celem metodycznym/dydaktycznym itp. a my spędziliśmy popołudnie na tłumaczeniu niuansów - dlaczego tatuś występuje homeopatycznie, dlaczego pranie ręczne i w baliach, o co chodzi w wątku z samochodem, dlaczego telefon tylko na poczcie, a na koniec dziecko wykryło ściemę z poduszkami - tak się nie da, bo przecież ...i tu rozważania na temat masy ciała, przyciągania ziemskiego i balonów z helem .
Wykonaliśmy ciężką pracę dydaktyczną, a ja tak od siebie, wolałabym jednak, żeby lektury szkolne były mniej historyczne, a bardziej takie, z którymi dziecko mogłoby się jakoś utożsamić.
    • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 16.05.11, 12:20
      Ja bym tam chciała, żeby moje dziecko miało jakąś lekturę do omówienia w szkole.
      Czy lektury w pierwszej klasie to sprawa dowolna, nie ma ich w programie?
      Jako że "Nasza mama czarodziejka" stojąca u mnie na półce nie doczekała się omówienia w szkole, chyba przeczytamy ją w domu (pamiętam, że czytaliśmy z 4 lata temu, ale nie pamiętam reakcji).
      Ale "historyczne" realia nam nie straszne:)
      • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 16.05.11, 13:12
        Moje ma lektury w szkole - czytane przez panią w szkole (1 semestr) i zadane.
        Niestety pani , choć w wieku chyba moim jest typem nauczycielki klasycznej od stroju i fryzury przez upodobania do lektur. I tak był Wojtek strażak, Cudaczek, Plastuś, Dziewczynka z zapałkami, z nowszych niedźwiedź Wojtek, a teraz Mama czarodziejka. Ale na szczęście ma też oldskulowe podejście do nauczania i tym sposobem mamy zeszyt do polskiego, zadania i ortografię !!Natomiast matematyka nadal leży i kwiczy.
        Mój syn łyka czytane wszystko (walka jest o czytanie samodzielne) nawet przepisy czy etykiety spożywcze, więc starocie są odbierane spokojnie i z zainteresowaniem, ale ma masę pytań i komentarzy.
        Ja oczywiście bym wolała jako lektury teksty bardziej współczesne, żeby dzieci się choć odrobinę mogły utożsamiać, i Matka Polka czy Mamuśka i Tzatziki są takie bardziej na czasie, no i się czytają ;)
        • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 16.05.11, 13:28
          anndelumester napisała:

          > Moje ma lektury w szkole - czytane przez panią w szkole (1 semestr) i zadane.
          > Niestety pani , choć w wieku chyba moim jest typem nauczycielki klasycznej od s
          > troju i fryzury przez upodobania do lektur. I tak był Wojtek strażak, Cudaczek,
          > Plastuś, Dziewczynka z zapałkami, z nowszych niedźwiedź Wojtek, a teraz Mama c
          > zarodziejka. Ale na szczęście ma też oldskulowe podejście do nauczania i tym sp
          > osobem mamy zeszyt do polskiego, zadania i ortografię !!Natomiast matematyka na
          > dal leży i kwiczy.

          U nas nie było ani jednej lektury, chociaż pani niby jest zainteresowana książkami. Prowadzi przecież Koło Miłośników Książki, na które mój syn chodzi, bo akurat jest już wtedy i tak w szkole. Gdyby miał zostawać po lekcjach myślę, że by sobie odpuścił, bo nie słyszałam, żeby tam się coś działo poza czytaniem legend i robieniem do nich ilustracji.
          Jeżeli chodzi o inne sprawy - są osobne zeszyty do polskiego i matematyki oraz dyktanda w specjalnym zeszycie. Nie wiem jak syn wypada w tych dyktandach i się nie dowiem, bo nie jestem w stanie dotrzeć na wywiadówkę, która (podobno, bo nadal informacji oficjalnej brak) jest w środę na 15. Czy jakoś specjalnie przygotowujecie się do dyktand? Ja nie zauważyłam, żeby wychowawczyni wprowadzała jakieś zasady ortografii, a o dyktandach dowiaduję się po fakcie.

          > Mój syn łyka czytane wszystko (walka jest o czytanie samodzielne) nawet przepis
          > y czy etykiety spożywcze, więc starocie są odbierane spokojnie i z zainteresowa
          > niem, ale ma masę pytań i komentarzy.

          Stwierdziłam właśnie, że sprawne czytanie może szkodzić ortografii dziecka. Ale może o tym w osobnym wątku.
          Kochana, chciałabyś mieć dziecko bez pytań i komentarzy?:))))))))))))))))))

          > Ja oczywiście bym wolała jako lektury teksty bardziej współczesne, żeby dzieci
          > się choć odrobinę mogły utożsamiać, i Matka Polka czy Mamuśka i Tzatziki są tak
          > ie bardziej na czasie, no i się czytają ;)


          Myślę, że te same lektury będziemy mieć i za 100 lat, skoro nie zmieniły się przez poprzednie -dzieści.
        • mamalgosia Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 20:54
          O, macie zeszyt do polskiego! Ależ Wam zazdroszczę! U nas królują książki i nawet zeszyty są z książek. W sumie 31 książek na rok. II klasa podstawówki.

          Lektur nie zadają
          • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 22:00
            mamalgosia napisała:

            > O, macie zeszyt do polskiego! Ależ Wam zazdroszczę! U nas królują książki i naw
            > et zeszyty są z książek. W sumie 31 książek na rok. II klasa podstawówki.
            >
            > Lektur nie zadają

            A co jest dobrego w zeszycie do polskiego? Dla mnie to tylko dodatkowe gramy do noszenia. W komplecie książek, które syn nosi jest część o nazwie zeszyt - rzadko używany, ale codziennie dźwigany. Moim zdaniem wychowawczyni mogłaby się zdecydować, co mają nosić - ten jeden zeszyt A4, czy dwa A5. Ale, że ma to w nosie, to trzeba pakować wszystkie części książek, razem z tzw. wyprawką - kopertą z różnymi papierowymi pomocami (wykorzystywaną raz na 2 tygodnie), liczydło itd.
            • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 22:51
              U nas dzieci mają swoje szuflady - do domu zabierają tylko to, czego akurat potrzebują.
              • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 08:34
                anndelumester napisała:

                > U nas dzieci mają swoje szuflady - do domu zabierają tylko to, czego akurat pot
                > rzebują.
                >
                >
                U nas, przy odrobinie dobrej woli, także byłoby to możliwe. Ale dobrej woli brak. Tornister jest tak ciężki codziennie, że komplikuje mi to życie. Nie jestem w stanie odebrać obu synów z ich placówek jeżeli starszy kończy lekce wcześniej. Nie mam serca kazać mu dźwigać tych 5 kg. Dlatego przeniesienie do nowej szkoły, mimo, że jest dalej ułatwi mi życie. Tylko cały czas liczymy, czy na pewno nas na to stać, bo to szkoła społeczna a młodszy pewnie też do niej by poszedł za rok:(
                • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 12:17
                  Jeżeli szkoła ma znośną ofertę, to moim zdaniem warto się szarpnąć.
                  Razem z koleżanką policzyłyśmy, że różnica między czesnym w szkole a zapewnieniem dzieciom tego co mają w szkole plus koszty benzyny na dowożenie dom szkoła dom miejsce angielskiego, pływania, tańca, plastyki/ceramiki, kółek foto teatralnego, przyrody i uniwersytetu dziecięcego - wychodzi na to samo.
                  A tak moj syn jest brany na siłę ze szkoły w okolicach 16, na siłę bo jest tyle fajnych rzeczy, które może jeszcze zrobić.
                  • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 12:18
                    p.s
                    Panie się starają, a my rodzice jeszcze się czepiaamy ;))
                    O co i jak napiszę na priv
                  • zuzannao Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:13
                    > A tak moj syn jest brany na siłę ze szkoły w okolicach 16, na siłę bo jest tyle
                    > fajnych rzeczy, które może jeszcze zrobić.
                    Wczoraj właśnie stałam na szkolnym boisku wraz z pewną autorką serii książek o dziewczynce w pasiastym ubranku i zastanawiałyśmy się, jakie to dla nas egzotyczne i dziwne, że nasze dzieci o godzinie czwartej po południu narzekają, że muszą wyjść ze szkoły:) Prawda, że czesne w szkole społecznej to duuuży wydatek zwłaszcza, kiedy ktoś zarabia nieregularnie, jak my. Bywa, że na opłatę za szkołę składają się też dziadkowie. Ale chyba bym się nie zamieniła.
                    • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:21
                      To tak jak w u większości rodziców kolegów z klasy mojego syna, czy w ogóle ze szkoły. Rodzice to w większości wolne zawody czy małe firmy więc ze swobodną płynnością bywa różnie, do czesnego też w wielu przypadkach dziadkowie się dorzucają. BTW szeroką dyskusję o finansach i priorytetach wywołała nietrafiona oferta białej szkoły i dobitne uświadomienie dyrekcji realiów wydatkowych np. rodzin z 3 dzieci (jest takich sporo) - zrobiła to osoba rozpoznawalna publicznie/medialnie i dyrekcja, dziekibogu, załapała o co chodzi w szczególe i w ogóle ;)
                  • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 19:08
                    anndelumester napisała:

                    > Jeżeli szkoła ma znośną ofertę, to moim zdaniem warto się szarpnąć.

                    Wiem, że warto, tylko czy nas stać na dwójkę w prywatnych placówkach?(młodszy musi chodzić do prywatnego przedszkola, bo w moim mieście obecnie jest jedno państwowe).

                    > Razem z koleżanką policzyłyśmy, że różnica między czesnym w szkole a zapewnieni
                    > em dzieciom tego co mają w szkole plus koszty benzyny na dowożenie dom szkoła d
                    > om miejsce angielskiego, pływania, tańca, plastyki/ceramiki, kółek foto teatral
                    > nego, przyrody i uniwersytetu dziecięcego - wychodzi na to samo.


                    A to u nas wchodzi w grę tylko uniwersytet dziecięcy. Jak już pisałam wcześniej moje dziecko jest dość zaniedbane:) Liczyliśmy wprawdzie na jakieś zajęcia pozalekcyjne w szkole, ale myślę, że nie aż tyle:))

                    > A tak moj syn jest brany na siłę ze szkoły w okolicach 16, na siłę bo jest tyle
                    > fajnych rzeczy, które może jeszcze zrobić.

                    Mój syn także lubi swoją szkołę. Kto by nie lubił - przemęczać się nie musi, ma tam ulubionego kumpla, a którym rysuje komiksy o Gwiezdnych Wojnach (i który na szczęście mieszka na naszym osiedlu, wiec jeżeli się rozstaną szkolnie to zostanie podwórko), wielki telewizor w świetlicy i fajny plac zabaw (zbudowany z ministerialnego programu "Radosna szkoła - otwierany tylko na najdłuższych przerwach, na lekcjach w-f oraz jeżeli pani ze świetlicy chce się z dziećmi wyjść na dwór).



            • mamalgosia Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 09:36
              abepe napisała:

              > A co jest dobrego w zeszycie do polskiego? Dla mnie to tylko dodatkowe gramy do
              > noszenia. W komplecie książek, które syn nosi jest część o nazwie zeszyt - rza
              > dko używany, ale codziennie dźwigany.
              No właśnie, abepe, o tym mówię! Musieliśmy kupić te "zeszyty" z kompletu książek, kosztuje to u nas 4 złote (razy 5, bo trzeba kupić komplet na rok), a zwykły zeszyt jest dużo tańszy, dużo lżejszy i jeszcze by starczył na dłużej.
              Ja to w ogóle uważam, że wystarczyłby elementarz+jedne ćwiczenia, a reszta zeszyty.

              • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 18:57
                mamalgosia napisała:

                > abepe napisała:
                >
                > > A co jest dobrego w zeszycie do polskiego? Dla mnie to tylko dodatkowe gr
                > amy do
                > > noszenia. W komplecie książek, które syn nosi jest część o nazwie zeszyt
                > - rza
                > > dko używany, ale codziennie dźwigany.
                > No właśnie, abepe, o tym mówię! Musieliśmy kupić te "zeszyty" z kompletu książe
                > k, kosztuje to u nas 4 złote (razy 5, bo trzeba kupić komplet na rok), a zwykły
                > zeszyt jest dużo tańszy, dużo lżejszy i jeszcze by starczył na dłużej.
                > Ja to w ogóle uważam, że wystarczyłby elementarz+jedne ćwiczenia, a reszta zesz
                > yty.
                >

                A mnie się podoba idea nauczania zintegrowanego (bo co to za język polski, który polega tylko na pisaniu liter?), dlatego wolałabym, żeby nauczycielka wykorzystywała ten zeszyt A4 - ma tam i linijki i kratki oraz całkiem fajne ćwiczenia, których nie wykorzystuje. Po co dodatkowe zeszyty?
    • magtek Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 09:13
      My mielismy kilka lat temu taki problem z książką "Przez różową szybkę". Więcej było tłumaczenia niż czytania :) U nas też nie przerabia się lektur. Na lekcję do pierwszaków przychodzą dzieci ze starszych klas i czytają im książki. Przeczytali "Alicję w krainie czarów", a teraz czytają "Kubusia puchatka". Podobno w tym nowym programie nie ma kanonu lektur :( Moja koleżanka polonistka powiedziała, że ona bardzo chętnie przerobiłaby jakąś z nowych książek na lekcjach ale te książki są nie do dostania w bibliotekach. Jeżeli się zdarzają, to tylko pojedyńcze egzemplarze i rodzice mogliby przyjść do niej z pretensjami :(( To jest niestety argument nie do odparcia. Szkoda, że u nas nie jest tak jak chyba we Szwecji, że biblioteki mają środki i obowiązek zakupu nowych książek. Dzięki temu wydawcom opłaca się drukować
    • pepperann Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 22:30
      OMG!

      Straszne, straszne to co piszecie o szkołach :-( Czy ja naprawdę będę musiała posłać swoje dzieci? "Nasza mama czarodziejka" dla pierwszaków i tak wydaje się lepsza niż "O krasnoludkach i sierotce Marysi" w czwartej klasie i "Ania z Zielonego Wzgórza" dla nastoletnich chłopców...
      • franula Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 22:46
        u nas z lektur zadanych
        nieśmiertelna owieczka Perełka (tytuł mi umknął ale też to czytałam)
        Bahdaja Pilot i ja
        teraz Koziolek Matołek - tłumazcenia sporo ale nie na pozimoie obyczajowym a raczej słowa już rzadko używane
      • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 17.05.11, 22:55
        pepperann napisała:

        > OMG!
        >
        > Straszne, straszne to co piszecie o szkołach :-( Czy ja naprawdę będę musiała p
        > osłać swoje dzieci? "Nasza mama czarodziejka" dla pierwszaków i tak wydaje się
        > lepsza niż "O krasnoludkach i sierotce Marysi" w czwartej klasie i "Ania z Ziel
        > onego Wzgórza" dla nastoletnich chłopców...

        E tam. Mnie zupełnie nie martwi zestaw lektur gdy myślę o moich dzieciach. Myślę, że oczytanym dzieciom lektury sprzed kilkudziesięciu lat nie robią krzywdy (piszę mając w pamięci zainteresowanie mojego pierwszaka - miłośnika Gwiezdnych Wojen - "Pamiętnikiem Czarnego Noska" czy "Powiastkami Beatrix Potter:). Szkoda mi tych dzieci, dla których kontakt z lekturą szkolną mógłby być bodźcem do zainteresowania się czytaniem. A nie będzie.

      • gopio1 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 07:49
        pepperann napisała:
        > OMG!
        > Straszne, straszne to co piszecie o szkołach :-(

        Nie wszędzie jest źle. Czasem jest nawet bardzo dobrze. Ja jestem zachwycona ilością czytanych w szkole książek - mimo, że to druga klasa, pani czyta dzieciom kilka razy w tygodniu (w pierwszej klasie codziennie). Lektury obowiązkowe są co miesiąc - jedna konkretna i jedna dowolna. Dzieciaki prowadzą zeszyty lektur i wpisują tam wszystko co przeczytali (jeśli chcą oczywiście, ale minimum to te dwie). Najbardziej mi się podoba sposób w jaki nauczycielka omawia z dziećmi przeczytane książki. np. przy Oto jest Kasi, każdy dostał 3 karteczki na których miał napisać po jednym pytaniu dotyczącym lektury. Potem każdy je wrzucał do worka i losował sobie trzy pytania kolegów, które wklejał do zeszytu i na które miał odpowiedzieć. Przy Doktorze Dolittle w parach mieli wybrać dowolną przygodę i opisać ją w liście do cioci. Oprócz tego pracują w specjalnych ćwiczeniach-lekturach, w których są różne rebusy, krzyżówki i zadania dotyczące omawianych książek.

        Nasza Mama czarodziejka też była. Mój syn akurat bardzo ją lubi, czytałam mu jak miał 4 lata, więc nie stanowiła problemu. Najgorzej przyjął do tej pory "Nie płacz koziołku" ;-)
        • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 08:30
          gopio1 napisała:


          > Nie wszędzie jest źle. Czasem jest nawet bardzo dobrze. Ja jestem zachwycona il
          > ością czytanych w szkole książek - mimo, że to druga klasa, pani czyta dzieciom
          > kilka razy w tygodniu (w pierwszej klasie codziennie).

          Gopio - czy twój syn realizuje program według starej podstawy programowej, gdzie dzieci poznawały litery już w zerówce? W takim przypadku rzeczywiście w pierwszej klasie mogło być więcej czasu na inne zajęcia. U nas cały rok walka toczy się o przyswajanie liter, cyfr.
          Ostatnio dopiero dzieci poznały dwuznaki. Nie wiem dokładnie, ile jest dzieci w klasie syna, które rozpoczynając pierwszą klasę już czytały, ale wiem, że są i takie, które nadal mają z tym problem. Może w takiej sytuacji wychowawczyni nie chce dzieci zmuszać do czytania a nie wyobraża sobie, żeby czytali im rodzice? Głupie to, ale może prawdziwe.
          Cieszę się, że mój czterolatek pójdzie do zerówki już za rok obowiązkowo, właśnie zaczyna czytać:)

          • gopio1 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 13:24
            abepe napisała:
            > Gopio - czy twój syn realizuje program według starej podstawy programowej, gdzie dzieci poznawały litery już w zerówce?

            Jest z pierwszego rocznika, który poszedł nową podstawą. Ale poszedł jako 7-latek, więc siłą rzeczy był po obowiązkowej zerówce, gdzie poznawał litery. Mimo to w pierwszej klasie poznawali litery od początku. Z lekturami było tak, że w pierwszym półroczu (1 klasy) lektury czytała im pani (codziennie - w czasie lekcji i/lub na przerwach śniadaniowych - jedli w klasie przy stolikach), od drugiego półrocza mieli czytać w domu jedną lekturę miesięcznie - ci, którzy mieli z tym problem, mieli w zeszycie lektur sygnalizować narysowaną rączką, że w czytaniu pomagali im rodzice. Wychowawczyni na zebraniu dość dużo rozmawiała z rodzicami na ten temat - zachęcając do czytania z dzieckiem i dziecku.
    • magtek Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 13:18
      Dyskusja zaczęła się od Mamy Czarodziejki,a zboczyła na tematy szkolne :))) Czytając jak jest w szkołach Waszych dzieci, to dochodzę do wniosku, że u nas ogólni źle nie jest, a przyczepić to się zawsze można. To co piszesz Abepe o braku szuflad w szkole żeby dzieci mogły zostawiać swoje rzeczy, to jest ewidentny brak chęci ze strony szkoły. Szkoła ma być dla dzieci i jesli nauczyciele i przede wszystki dyrektor nie chce nic dla tych dzieci zrobić, to trzeba uciekać, bo się nic nie załatwi. Co do szkół społecznych, to ja mam mieszane uczucia. Pomijając względy finansowe to różnie bywa w takich szkołach. Czasami przez to, że klasy są bardzo małe trudno jest się dzieciom zgrać. Rodzice czasami mają zbyt wysokie oczekiwania i w takiej małej grupie łatwiej o konflikty. Zależy zapewne jak sie trafi ale ja jakoś zupełnie nie brałam pod uwagę społecznych szkół. Finansowo jak podliczyłam ile wydajemy na dodatkowe zajęcia (judo, szachy, uniwersytet i basen), to i tak wychodzi duuuuuuuuuuuuuuużo mniej niż szkoła społeczna.
      • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 13:33
        No widzisz, a ja od czasów swojej podstawówki nie brałam pod uwagę dla swojego dziecka szkoły podstawowej publicznej :)))
        Ale ja mam niską tolerancję na prymitywizm, głupotę ludzką, tępy upór, brak dobrej woli, lenistwo umysłowe i jestem wyrywna i choleryczna, mam niewyparzony język* i liczne fobie społeczne. Acha, i lubię ludzi fajnych, kumatych, o podobnym trybieniu jak ja i moi bliscy, z którymi łapię kontak pozytywny po 3-4 zdaniach. Lubię nauczycieli sympatycznych, wymagających, ciekawych. Nic na to nie poradzę, taka jestem i się nie zmienię :))) Malo tego lektura rodzicielskich wpisów na forach utwierdza mnie w słuszności naszego wyboru :D Dla mnie i mojego m., na szczęście, od kosztów finansowych ważniejsze są koszty społeczne.
        Zaczęło się od Mamy czarodziejki bo taką mamy wychowawczynię, ale stosunek plusów do minusów - konserwatyzmu lekturowego i tak daje duży plus.

        *Obawiam się, że w publicznej podstawówce, gdyby któreś z rodziców np. protestowało przeciw np. nowym lekturom (że drogie) mój niewyparzony ozór zrobiłby szybko i na głos kalkulację i podsumowanie miesięcznych przykładowych kosztów piwka i papierosów rodzicieli w stosunku do ceny JEDNEJ książki. Z praktyki wiem, że takie bolesne podsumowanie powoduje u ww. rodziców reakcje skrajne.
        • katrio.na Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 14:14
          Wszystkie te negatywne cechy o ktorych piszesz moga zdarzyc sie rowniez w szkole spolecznej. A nawet zdarzaja sie czesciej nizby w prywatnej.
          A jak juz mowimy o kosztach spolecznych to o wiele korzystniej dla dziecka jest jesli styka sie z roznymi grupami spolecznymi, a nie jedna wyselekcjonowana, na jego poziomie intelektualno-rozwojowym.
          I czasami ludzie naprawde nie maja pieniedzy, nawet nie wydajac na uzywki, dlatego sluszne jest, ze lektura powinna byc dostepna w bibliotece (a zadna ze znanych mi ksiazek spoza kanonu lektur nie wystepuje w owych miejscach w ilosci ponad 2 szt). Zreszta nie oszukujmy sie, to czym my sie zachwycamy to glownie nowosci lub reprinty ciezko dostepnych ksiazek - jak wyposazyc w nie cala Polske?
          Inna sprawa to to, ze do starych lektur sa konspekty dla nauczycieli. Schemat dzialania wyrobiony przez lata, sa specjalne zeszyty lektur...

          Moje dziecko jest raczej ugodowe i przechodzi przez lektury lagodnie. Wyjatkiem bylo "Nie placz Koziolku", ktore "zjechal" w zeszycie lektur rowno. Ale mial argumenty. Zreszta, takie ksiazki tez sa potrzebne i sa elementem poznawczym.

          Jak jest u nas z lekturami nie do konca sie orientuje. Przyznam sie, ze jakos w to nie wnikam.
          I tak czytamy w domu, i tak rozmawiamy o tym co przeczytalismy.

          I nadal utrzymuje, ze nie wiem jaka bylaby szkola to dom wychowuje i uczy dziecko. W szkole dziecko rozwija sie spolecznie.
          Chyba, ze oddajemy dziecko do szkoly od 7 a odbieramy o 19. Wtedy nijak nie mamy na nic wplywu, ale czy to wina szkoly?
          • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:04

            I nadal utrzymuje, ze nie wiem jaka bylaby szkola to dom wychowuje i uczy dziecko. W szkole dziecko rozwija sie spolecznie.

            Częściowo się zgadzam, owszem to dom wychowuje, uczy, ale moje oczekiwania co do szkoły są konkretne - ma przede wszystkim uczyć i rozwijać - w tym społecznie, a nie ma być szkołą przetrwania i marnować czas na uzupełnianie braków w wychowaniu niektórych jednostek. Bliska mi jest tutaj teoria o wpływie grupy rówieśniczej J. Harris :)

            A jak juz mowimy o kosztach spolecznych to o wiele korzystniej dla dziecka jest
            > jesli styka sie z roznymi grupami spolecznymi, a nie jedna wyselekcjonowana, n
            > a jego poziomie intelektualno-rozwojowym.
            Owszem z różnymi, ale akceptowanie różnymi. A ja tego nigdy nie ukrywałam, że nie widzę żadnych plusów w różnorodności takiej, jak to opisują na forach.
            Zarówno ja od czasów podstawówki, i mąż też, w zasadzie całe nasze rodziny - obracamy się w środowisku raczej homogenicznym - i moje dziecko też się w takim obraca. Przy czym doskonale zdaje sobie sprawę, że społeczeństwo jest zróżnicowane, że ludzie różnie wychowują lub nie swoje dzieci, mają rożne priorytety, zachowania , hobby i "hobby". I bdb. Zdaje sobie też doskonale sprawę, że istnieją rożne patologie społeczne. Co nie oznacza, że mamy je od razu zapraszać do domu i nawiązywać relacje. Ja akurat takich relacji nie potrzebuję i uważam , ze moje dziecko też. Bo czym innym jest niekomfortowe 2 godziny w pociągu z wstawionymi i rozwrzeszczanymi rezerwistami, kibolami, dyskomfort wysłuchiwania głupot ewidentnie ograniczonych matek/ojców np. na placu zabaw, czy w innych miejscach, a czym innym jest bycie z nimi 5 dni w tygodniu przez parę lat. Dla mnie jest to męczące na dłuższą metę, nie znajduję w tym niczego pozytywnego, budującego itd. Mam też swoje priorytety i tak je realizuję, jeżeli ktoś chce mieć społeczną i biologiczną różnorodność, eksperymentować społecznie na swoich dzieciach itp. jego wola. Nic mi do tego. I oczekuję tego samego od innych.
            A wracając do meritum - Nie płacz koziołku jest nudne, czytałam sobie ostatnio, przy okazji wybierania moich starych książek dla dziecka. Moje pewnie by łyknęło, ale on łyka wszystko , tak jak napisałam wyżej.
            • gopio1 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:34
              anndelumester napisała:
              > Zarówno ja od czasów podstawówki, i mąż też, w zasadzie całe nasze rodziny - obracamy się w środowisku raczej homogenicznym

              Yyyy... a jakie to jest środowisko homogeniczne? Bo ja do tej pory słyszałam tylko o środowiskach hermetycznych :-D

              Piszesz z taką wyższością i brakiem tolerancji, że cały ten Twój post czyta się wyjątkowo niefajnie. Traktujesz 90% społeczeństwa jako margines społeczny?
              • anndelumester Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:48
                Yyyy a ja myślałam, ze akurat tutaj słowa homogeniczny tłumaczyć nie muszę - ale proszę - to oznacza jednolity.
                > Piszesz z taką wyższością i brakiem tolerancji, że cały ten Twój post czyta się
                > wyjątkowo niefajnie. Traktujesz 90% społeczeństwa jako margines społeczny?
                Błagam, nie pisz w tonach jak na ematce czy starszym dziecku. Owszem dla wielu postaw i zachowań jestem nietolerancyjna, są one dla mnie nieakceptowalne i nie mam zamiaru w imię (no właśnie , nie wiem w imię czego) przymykać oczu, znosić w pokorze itd. . Nie mam poglądów ani komunistycznych, socjalistycznych, i nie życzę sobie takowych eksperymentów na mnie czy moim dziecku. Być może nie 90% ale coś około 85% społeczeństwa w Polsce jest mi kulturowo obce. Marginesem jestem raczej ja, moi znajomi, rodzina :) Tyle. Tak mam. Nic nie poradzę - jeżeli moje posty powodują Twój dyskomfort podczas czytania, nie widzę innego wyjścia jak opcja wygaszenia czy wyszarzenia. Ja tak robię, jest to praktyczne i pragmatyczne - m.in. nie marnuje się swojego cennego czasu.
                • gopio1 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 17:04
                  anndelumester napisała:
                  > Yyyy a ja myślałam, ze akurat tutaj słowa homogeniczny tłumaczyć nie muszę - ale proszę - to oznacza jednolity.

                  Słowa homogeniczny naprawdę nie musisz...
                  Liczyłam raczej że przybliżysz mi to Twoje homogeniczne środowisko.

                  Z Twojego postu wynika, że traktujesz dzieci chodzące do szkół publicznych - a tych z pewnością jest ponad 90% - jako siedliska patologii... A to akurat ani nie jest prawdziwe, ani mądre, ani kulturalne.
                  • agni71 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 20:00
                    > Z Twojego postu wynika, że traktujesz dzieci chodzące do szkół publicznych - a
                    > tych z pewnością jest ponad 90% - jako siedliska patologii...

                    Może nie tyle patologii, co motłoch po prostu. Zreszta nie tylko dzieci, dorośli to tez motłoch, z którym anndelumester nie chce się zadawać...
                    I nie, nie zamierzam ann... wygasić. I nie, nie mam większych problemów ;-)
                    Ciekawe, czy anndelumester z wyższych sfer zdaje sobie sprawę, że swoimi wypowiedziami obraziła również co najmniej z 85% uczestników tego forum.

                    A w kwestii wychowania, uważam za błąd chowanie dziecka w szklanej wieży. JA wolę, żeby dziecko wiedziało, że na świecie istnieje i intelektualista, i pijaczek spod sklepu.
                    • verdana Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 21:04
                      No i ja niestety znam te dzieci wychowane bez motłochu, w kulturalnym srodowisku. Te dzieci dorosły i owszem - rozumieją,z e istnieje patologia, powiem więcej - niektore nawet biednymi się zajmuja, bo to szlachetne zadanie jest.
                      Jednoczesnie potrafią potępić kogoś, kto nie zna perfekcyjnie języka, bo "przecież trzy miesiące w Anglii wystarczą". Pomysł, zę kogoś może nie byc stać na te trzy miesiące w ogóle do glowy im nie przychodzi.
                      Jedna z tych dam jest panną - owszem, zakochała się, ale wybranek był z niewłasciwej rodziny. Cóż, ze był wzorowym studentem, panna uznała, ze rodzice -robotnicy to jednak nie jej sfera, nie bedzie mogła z nimi nawiązać kontaktu. Ta panna ma juz 40 lat.
                      Sporo znajomych dzieci przerwało studia. Okazało się,z ę studia nie są aż takie atrakcyjne, trzeba zaliczyć nielubiane przedmioty, a towarzystwo jest, delikatnie mowiąc, niekulturalne.
                      I nie wyobrazam sobie studiowania np. nauk społecznych po społecznej izolacji przez całą młodość. Zdać się zda - ale skończyć będzie trudno...
            • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 19:53
              anndelumester napisała:


              > Owszem z różnymi, ale akceptowanie różnymi. A ja tego nigdy nie ukrywałam, że n
              > ie widzę żadnych plusów w różnorodności takiej, jak to opisują na forach.
              > Zarówno ja od czasów podstawówki, i mąż też, w zasadzie całe nasze rodziny - o
              > bracamy się w środowisku raczej homogenicznym - i moje dziecko też się w takim
              > obraca. Przy czym doskonale zdaje sobie sprawę, że społeczeństwo jest zróżnicow
              > ane, że ludzie różnie wychowują lub nie swoje dzieci, mają rożne priorytety, za
              > chowania , hobby i "hobby". I bdb. Zdaje sobie też doskonale sprawę, że istniej
              > ą rożne patologie społeczne. Co nie oznacza, że mamy je od razu zapraszać do d
              > omu i nawiązywać relacje. Ja akurat takich relacji nie potrzebuję i uważam , z
              > e moje dziecko też. Bo czym innym jest niekomfortowe 2 godziny w pociągu z wsta
              > wionymi i rozwrzeszczanymi rezerwistami, kibolami, dyskomfort wysłuchiwania głu
              > pot ewidentnie ograniczonych matek/ojców np. na placu zabaw, czy w innych miej
              > scach, a czym innym jest bycie z nimi 5 dni w tygodniu przez parę lat. Dla mnie
              > jest to męczące na dłuższą metę, nie znajduję w tym niczego pozytywnego, buduj
              > ącego itd. Mam też swoje priorytety i tak je realizuję, jeżeli ktoś chce mieć
              > społeczną i biologiczną różnorodność, eksperymentować społecznie na swoich dzie
              > ciach itp. jego wola. Nic mi do tego. I oczekuję tego samego od innych.

              Nie, taki sposób myślenia jest mi zupełnie obcy. Obracam się w dość zróżnicowanym pod różnymi względami towarzystwie. Fakt, nie znajduję wspólnego języka z rodzicami dzieci z klasy syna, ale przyzwyczaiłam się już do tego, że według wielu osób nasza rodzina ma raczej dziwaczne poglądy i priorytety. I nie liczę na to, że znajdę bratnie dusze w nowej szkole. Jestem przyzwyczajona do ludzi myślących inaczej niż ja, po prostu niektórych tematów nie poruszam w rozmowach.
              Nie chce mi się teraz wyjaśniać, dlaczego najprawdopodobniej nowa szkoła będzie społeczna, ale są to inne powody niż niechęć do mas:)

              • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 19:54
                Wracając do lektur - wzięłam dzisiaj na tapetę książkę dla polonistów o lekturach. Podzielę się wnioskami, gdy przeczytam więcej.
        • agni71 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 15:22
          Dla mnie i mojego m.
          > , na szczęście, od kosztów finansowych ważniejsze są koszty społeczne.

          A propos kosztów społecznych: jesli szkoła społeczna jest blisko domu i dziecko ma szanse spotykac sie z kolegami i koleżankami z klasy równiez poza szkołą, to fajnie, ale często dzieci sie do oddalonych lepszych szkół dowozi, i wtedy dziecko jest jednak poszkodowane, IMO.

          A dlaczego zakładasz, że taki protest miałby miejsce? Nie spotkałam sie z czyms takim... jesli juz, to narzeka sie na słaba dostepnośc lektur (mnie się dwóch nie udało kupić)...
      • abepe Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 19:15
        magtek napisała:

        Co do szkół społecznych, to ja mam mieszane uczucia. Pomij
        > ając względy finansowe to różnie bywa w takich szkołach. Czasami przez to, że k
        > lasy są bardzo małe trudno jest się dzieciom zgrać. Rodzice czasami mają zbyt w
        > ysokie oczekiwania i w takiej małej grupie łatwiej o konflikty. Zależy zapewne
        > jak sie trafi ale ja jakoś zupełnie nie brałam pod uwagę społecznych szkół. Fi
        > nansowo jak podliczyłam ile wydajemy na dodatkowe zajęcia (judo, szachy, uniwer
        > sytet i basen), to i tak wychodzi duuuuuuuuuuuuuuużo mniej niż szkoła społeczna


        Ja także nie brałam pod uwagę szkół społecznych. Właściwie brałam jakieś 3 lata temu zastanawiając się nad wyborem zerówki, syn miał wtedy kolosalne problemy z adaptacją w grupie rówieśników i bardzo liczna klasy nas przerażały. Ostatnio się jednak bardzo zmienił.

        Ta szkoła w pewnym sensie jest sprawdzona, znam kilkoro nauczycieli, są w porządku. Dzieci w klasie jest do 16, w obecnej ma 22, więc nie ma aż takiej wielkiej różnicy. Czekamy tylko na informację, czy znajdzie się dla syna miejsce w obecnej 1 klasie.
    • anick5791 Re: Nasza mama czarodziejka 18.05.11, 19:15
      Decyzja o wyborze szkoły jeszcze przed nami, ale mam dylemat: prywatna (więc dziecko poniekąd pod kloszem) czy państwowa (niech uczy się radzić sobie z zastaną rzeczywistością). Póki co skłaniam się jednak do pierwszej opcji. Liczę na to, że upatrzona przeze mnie szkoła Montessori ma jednak przewagę nad tradycyjną. Jeśli zaś chodzi o ten nieszczęsny 'klosz'... Może wystarczą zabawy z dzieciakami z sąsiedztwa, żeby zniwelować jego oddziaływanie? Proces decyzyjny w toku ;) , więc z przyjemnością śledzę niniejszą dyskusję :)
      • steffa Re: życie 18.05.11, 22:16
        O lekturach już tu było, więc nie będę szczególnie rozwijać się od nowa, bo mnie to frustruje.
        forum.gazeta.pl/forum/w,16375,116847567,122754989,Re_Lektury_szkolne_2010_2011_znacie_juz_.html
        W każdym razie w fajnej szkole u fajnej nauczycielki mój syn magluje kolejne starocie sprzed 70 lat... NIC nowego. Co prawda słyszłam, że na pracach ręcznych pani czyta Narnię i mój syn sobie zażyczył, bo w bibliotece domowej nie mamy. Poruszałam kwestię lektur kilkakrotnie, wychowawczyni twierdzi, że 'dzieciom się podoba', a rodzicom też, bo 'dzieci muszą poznać i archaiczny język'. Sęk w tym, że jeszcze dobrze nie poznały współczesnego, a większości te lektury czytają rodzice. W drugiej klasie. Mój syn teraz męczy 'Puca, Bursztyna i gości'. Najwyraźniej już samo omawiane jest fajne, bo na lekcjach nie jęczy, ale co w domu przeżyję, zmuszając go do czytania, to moje. Tak więc nawet wśród fajnych rodziców (bo tacy są) moje idee nie spotykają się z pozytywnym odzewem. To niestety świadczy o tym, jak ludzie nie przywiązują wagi do kulturalnej edukacji swoich dzieci, nawet wykształceni.
        Co do wyboru szkoły. Jestem wielką przeciwniczką szkolnictwa, najszczęśliwszym mym dniem był ten, w którym dostałam świadectwo maturalne. Byłam tak wykończona psychicznie, że zastanawiałam się, czy nie dać sobie spokoju ze studiowaniem, przynajmniej na jakiś czas.
        Co do kwestii społecznych, muszę przyznać, że poniekąd zgadzam się z anndelumester, choć pewnie bałabym się ubrać to w tak bezpośrednie słowa. Może to wynik totalnego zmęczenia życiem tu i teraz, a mieszkam w dzielnicy, gdzie ludzie mojego pokroju są jednak w mniejszości. Nie koleguję się z nikim z kamienicy nie dlatego, że się wywyższam... Choć ostatnio wypatrzyłam 'nam podobnych', którzy chyba ukrywają się tak, jak ja, bo nie spotykam ich na podwórku. No właśnie, na podwórku. Chciałam, żeby mój syn 'się bratał', bo wierzyłam w 'szkołę życia', jednak kilka wyjść na podwórko to była niestety porażka. Dzieci były nim zainteresowane, przecież mieszkamy tu od dawna i przynajmniej z widzenia się znamy, jednak mają trudności z wyrażeniem swoich emocji w konstruktywny sposób. Chłopcy próbowali kopać mojego syna, podpuszczali go, żeby właził na dach śmietnika, używali, oględnie mówiąc, niezbyt wyszukanego języka. Mowa tu o 6-7latkach. Dziewczyny siedziały znudzone na trzepaku, słuchały muzyki z komórek i jadły czipsy. Podejrzałam to przypadkiem, nie szpiegowałam. ;) Po rozmowie w domu (i kilku takich wyjściach), przedyskutowaliśmy za i przeciw i doszliśmy do wniosku, że może nie ma co kontynuować tych wypadów. Absurdalne w tym przypadku jest to, że ci chłopcy go LUBILI! A to przekładało się na ww zachowania. Miejscowa szkoła nie ma najlepszej opinii. Od zawsze, bo opowiadała o niej sąsiadka, której 30-letni syn tam chodził i przypłacił to poważnymi problemami. Tak więc zdarzają się skrajności. W każdym razie, gdy mój syn miał 2 lata byłam przekonana, że poślę go do 'zwykłej podstawówki, bo nie można go odgradzać od społeczeństwa'. Jak miał 6 już nie byłam tego taka pewna i cieszę się, że jest tam, gdzie jest i nie muszę być ze szkołą w opozycji. Już i tak walczę na zbyt wielu frontach. Szkoła jest społeczna, specyficzna i nie widzę w niej szczególnie 'zepsutych dzieci, bogatych rodziców', bo takich po prostu nie ma.
        • anndelumester Re: życie 19.05.11, 00:41
          A ja już się nie boję :)
          Doskonale pamiętam swoją 'urozmaiconą społecznie' podstawówkę i mój horror w niej (pisałam już tutaj o tym, więc się nie będę powtarzać). Jestem już w tym wieku, że może mi się nie chcieć i wymagam świętego spokoju, a nie stałej walki o rzeczy oczywiste (dla mnie). Poza tym dla mnie najważniejszy jest komfort psychiczny mój i poniekąd mojego dziecka.

          A to,że ktoś się tym oburza czy obraża, że może mi być wygodnie i JEST i nie mam zamiaru się udręczać w imię idei - cóż jego problem, jego obawy. Ja obaw nie mam - mój syn jest rewelacyjnie uspołeczniony - łatwo nawiązuje kontakty ze wszystkimi, umie budować szybko relacje - dziećmi, dorosłymi, babciami radiomaryjnymi i graficiarzami oraz pijakami ;) Ja mam identycznie, co nie oznacza, ze DŁUŻEJ lub na stałe tak chcę mieć. W relacjach dłuższych niż moment czy dwa lubię mieć komfort, dlatego na męża wybrałam sobie nie niepiśmiennego drwala z dzikiej puszczy,czy osobnika - jak to ślicznie podsumowała moja koleżanka forumowa - edkopodobnego, a faceta, z którym mogę o różnych sprawach pogadać, z którym czuję blusa - i podobnie mam ze znajomymi , przyjaciółmi . A teraz mam tak w szkole - a przedtem w przedszkolu. Dla mnie jest najbardziej istotne, że z większością rodziców w naszej klasie, klasie równoległej i innych klasach też, nadajemy na podobnych falach, dzieci są wychowywane mw. podobnie, a po lekcjach lubimy ze sobą od czasu do czasu poprzebywać towarzysko - czy weekendowo czy urlopowo. Z niektórymi znamy się dłużej, z innymi zaskoczyło już w szkole. Dla mnie to jest ważne z wielu względów, choćby praktycznych - odwiezienie dzieci po /do szkoły, odbieranie, przechowanie czy nakarmienie w razie potrzeby. O potrzebach wyższych nie wspominając ;D
          Zarzuty o szklany klosz są naiwne - nie w sposób w tym kraju żyć i nie zobaczyć pijaka, ćpuna, usłyszeć wulgaryzmy z usta przedszkolaka, ucznia, kobiet , facetów w każdym wieku, itd. itd. Jeżeli ktoś w tym widzi sens życia i wychowania, jego wola - ja - leniwy sybaryta - nie widzę. Etos walki i wiatru w oczy na stałe nie jest moim etosem, ja tm lubię monotonną pracę organiczną, a potem radosne czerpanie przyjemności z jej owoców.
          • steffa Re: życie 19.05.11, 01:44
            Zamiast cherlawych akademików wolę jurnych drwali. ;)
            www.youtube.com/watch?v=5zey8567bcg
            A jeśli chodzi o szkołę - założenia wychowawcze moje i szkoły nie rozchodzą się w różnych kierunkach i to zadecydowało o jej wyborze. Bowiem mam przeczucie, że w wielu innych, społecznych bądź prywatnych mogłabym się nie odnaleźć.
            • anndelumester Re: życie 19.05.11, 08:47
              steffa napisała:

              > Zamiast cherlawych akademików wolę jurnych drwali. ;)
              Na chwilkę intensywnych uniesień tak, ale co po? Proste 3-4 czynności (te wymienione w pierwszej części piosenki ;D) i nic więcej? A jak dojdzie do wymiany materiału genetycznego na stałe i okaże sie, ze potomstwo też całym sobą drwal? Nie , nie , nie..

              • steffa Re: życie 19.05.11, 23:45
                Materiał drwalski (genetyczny) jest na pewno o niebo lepszy od zwiędłego akademickiego, a inteligencję dziedziczy się po matce, więc byłabym spokojne.
                Generalnie, pewne rzeczy odczuwam podobnie, jak Ty, ale z innych powodów.
                Ja się źle czuję zarówno na Woli, jak i Ursynowie. Ci, co z Wwy wiedzą, o co chodzi. Dobrze czuję się wśród swoich znajomych i wśród współpracowników. To mniejszość. Chciałam mieszkać w robotniczej dzielnicy, wybraliśmy ją świadomie, bo okolica jest piękna - zielona, "parczasto-leśna", ale po 10 latach wymiękłam społecznie. Chcę zminimalizować straty psychiczne. Ale wracając do szkoły - społeczna czy państwowa - ważne podejście. Mój wspomniany już syn chodził wcześniej do państwowego przedszkola. Woziłam go tam z 15 kilometrów. ;)
                • tattarak Re: życie 20.05.11, 08:02
                  steffa napisała:
                  > Mój wspomniany już syn chodził wcześniej do państwowego przedszkola. Woziłam go tam z 15 kilometrów. ;)

                  My od roku jeździmy do szkoły 15 kilometrów, w korkach, i tak będzie przez kolejne 6 lat. Myślałam, że nie damy rady, bo Młody ma pobudki w okolicach godziny 6.00. Teraz ja odliczam do wakacji, syn zmartwiony, że latem nie chodzi się do szkoły, bo w domu podobno 'strasznie się nudzi'. Szkoła publiczna, średniej wielkości, naukę zaczął jako 5-latek w zerówce. Nie chcę poruszać tematu 'publiczna-prywatna', bo takie licytacje chyba trochę nie mają sensu. Można porównywać konkretne placówki. Naszą szkołę prześwietlałam przez rok (zanim wysłałam tam syna), bardzo dokładnie. Na razie jest dobrze.
                • anndelumester Re: życie 20.05.11, 11:24
                  steffa napisała:

                  > Materiał drwalski (genetyczny) jest na pewno o niebo lepszy od zwiędłego akadem
                  > ickiego, a inteligencję dziedziczy się po matce, więc byłabym spokojne.

                  No nie wiem, znam kilka przykładów z reala, gdzie zamierzony plan (zaangażowanych mamuś w cywilizowanie 'drwali") - krzepa po tatusiu, rozum po mamusi , nie wyszedł, a w zasadzie wyszło odwrotnie ;D I to jest dopiero kłopot, bo cytując znanego intelektualistę polskiego Leppera Andrzeja (ach , mieć takiego w radzie rodziców, czy trójce klasowej - to chyba marzenie zwolenników mieszania kultur) mimo szczerych chęci z g. bicza nie ukręci.

                  A bardziej serio, Wola ładna generalnie, ale nie wiem czy chciałabym tam mieszkać. W Wawie podoba mi się tam, gdzie się zatrzymujemy, gdy jesteśmy na dłużej - czyli Mokotów (stary) - kamienica piękna, dzieci niewiele niestety, ale syn od razu zatrybił z koleżanką (dzieckiem sąsiadów) napotkaną w ogrodzie. My ze względów logistycznych w K. przenieśliśmy się bliżej centrum , rzeki i cywilizacji. A do szkoły dowozimy, ale nie strasznie daleko.
        • abepe Re: życie 19.05.11, 09:50
          steffa napisała:

          Tak więc nawet wśród fajnych
          > rodziców (bo tacy są) moje idee nie spotykają się z pozytywnym odzewem. To nie
          > stety świadczy o tym, jak ludzie nie przywiązują wagi do kulturalnej edukacji s
          > woich dzieci, nawet wykształceni.

          Właśnie dlatego nie spodziewam się, że gdziekolwiek (poza taki forum na przykład) znajdę większe grono osób myślących tak jak ja.

          > Co do wyboru szkoły. Jestem wielką przeciwniczką szkolnictwa, najszczęśliwszym
          > mym dniem był ten, w którym dostałam świadectwo maturalne. Byłam tak wykończ
          > ona psychicznie, że zastanawiałam się, czy nie dać sobie spokoju ze studiowanie
          > m, przynajmniej na jakiś czas.

          A ja chodziłam do fajnej podstawówki i fajnego liceum. Zdarzali się kiepscy nauczyciele, ale generalnie klimat był sprzyjający rozwojowi. Właściwie chciałam wysłać syna do mojej starej podstawówki, ma bardzo dobrą opinię i tzw. zaplecze, świetne wyniki (a wicedyrektorką jest, okazało się ciotka forumowej koleżanki, świat jest po prostu niesamowicie mały:) ale to strasznie wielka szkoła. Mnie to nie przeszkadza, ale mąż ma opory.

          Chciałam, żeby mój syn 'się bratał', bo wierzyłam w 'szkołę życia'
          > , jednak kilka wyjść na podwórko to była niestety porażka. Dzieci były nim zai
          > nteresowane, przecież mieszkamy tu od dawna i przynajmniej z widzenia się znamy
          > , jednak mają trudności z wyrażeniem swoich emocji w konstruktywny sposób. Chł
          > opcy próbowali kopać mojego syna, podpuszczali go, żeby właził na dach śmietnik
          > a, używali, oględnie mówiąc, niezbyt wyszukanego języka.

          Mój syn wychodzi na podwórko od 2 miesięcy. Pozwalamy mu na to, dlatego, że zaczęły po niego przychodzić zaprzyjaźnione dzieci z jego klasy mieszkające na naszym osiedlu. Znam te dzieciaki, są fajne i liczę na to, że nie będą miały głupich pomysłów. Nie puściłabym go w anonimowy tłum, bo wiem, jakie potrafią być dzieci, także te z zamożnych, wykształconych rodzin.

          Miejscowa
          > szkoła nie ma najlepszej opinii. Od zawsze, bo opowiadała o niej sąsiadka, kt
          > órej 30-letni syn tam chodził i przypłacił to poważnymi problemami.

          Przyznam, że miałam do naszej szkoły pewne zastrzeżenie natury "społecznej". Do jej rejonu należą tereny ogródków działkowych, na których, chyba nieco "na dziko" mieszkają ludzie. Znam pewną rodzinę, która tam mieszkała - duże pretensje o zasiłki, dzieci wychowujące się same, w razie trudności wychowawczych oddawane do babci. Ale stwierdziłam, że niemożliwe, żeby było ich tak dużo, żeby opanowały szkołę. I nie opanowały. Dzieciaki w klasie mojego syna są naprawdę fajne. Są i nieprzyjemne, ale nie widzę związku ze statusem rodziców.
          Mąż upiera się na małą szkołę ze względu na mniejsze zagrożenie przemocą w szkole, w mniejszych jednak jest większa kontrola.
          • zuzannao Re: życie 19.05.11, 10:24
            Ale ciekawy wątek, chociaż zboczył z "Nasza mama czarodziejka" na "Nasz tata jurny drwal";)
            Jakoś mi się nie podoba ta opozycja między rozwydrzoną elitą posyłającą dzieci do szkół społecznych a patologicznym plebsem ze szkół publicznych. Co do środowiska - mam wrażenie, że wśród zamożnej klasy średniej, która stanowi większość "klientów" szkoły mojego dziecka jestem takim samym outsiderem jakim byłabym wśród domniemanego plebsu. Do tego się już przyzwyczaiłam i to mi nie przeszkadza. To, co jest dla mnie ważne w szkole, do ktorej chodzi moje dziecko, to włączanie rodziców w jej działania: począwszy od dorocznego pikniku organizowanego przez rodziców przy współpracy nauczycieli, poprzez rozmaite działania społeczne, aż po, chociażby, chór złożony z rodziców, który śpiewa podczas I komunii dzieci (ja w sopranach!:)). Niemal codziennie rano pani dyrektor stoi przy drzwiach wejściowych, z każdym się wita i jest gotowa porozmawiać. To jest ta różnica, ktora mnie uderza, kiedy czytam posty Abepe, w ktorych pisze o tym, że nie ma kontaktu z nauczycielką.

            • abepe Re: życie 19.05.11, 10:31
              Tak, Zuzanno, mnie straszliwie brakuje możliwości kontaktu z nauczycielami. Wcale nie chcę jakoś strasznie na nich wpływać, czasem chciałabym móc zapytać. Nie byliśmy na wczorajszej wywiadówce, syn ma testy, dyktanda, do których wyników nie mam dostępu. Dziś pisał test zaliczający program 1 klasy, ale chyba nikt nie przewidział omówienia wyników.
              Akurat dyrektor czasem stoi w drzwiach i wita. I nawet wysłuchał kiedyś mojej uwagi o tym, że dzwonki dzwonią 5 minut wcześniej niż powinny (co mnie wkurzało, gdy syn miał lekcje na 7.30:) Usłyszał uwagę, bo stał i ganił spóźnialskich, którzy tak naprawdę wcale się nie spóźniali:))
            • mamalgosia Re: życie 19.05.11, 21:12
              A widzisz, to jednak zależy od rodziców. Bo w przedszkolu mojego Młodszego (państwowych, rejonowym) pani wychowawczyni i dyrekcja co chwilę mają propozycję pikniku, wycieczki, ogniska, festynu. Taka integracja. Tylko, że nie za bardzoo ludzie się chcą integrować (i zapewne nie za bardzo mają czas). Przyznam, że i ja od jakiegoś czasu jestem wśród tych niepragnących integracji
          • zuzannao Re: życie 19.05.11, 10:28
            > steffa napisała:
            > Chciałam, żeby mój syn 'się bratał', bo wierzyłam w 'szkołę życia'
            > > , jednak kilka wyjść na podwórko to była niestety porażka.

            No, u mnie też porażka. Tym boleśniejsza, że kupiłam mieszkanie między innymi ze względu na to podwórko - wydawało mi się takie ładne, zielone i idealne do zabawy. Ale jednak trzeba mieć się z kim bawić, a tu karuzelę od rana okupują nastolatki palące papierosy i popijające piwko. I mówiące takim językiem, że uszy więdną.
            • magtek Re: życie 19.05.11, 13:30
              Osobiście nie przeżyłam traumy szkolnej. Być może miałam szczęście, być może byłam odporna bo wychowywano mnie w niehomogenicznym środowisku (z czego zdałam sobie dopiero sprawę czytając ten wątek). Nie jestem zwolenniczką selekcji społecznej i nie chcę w niej uczestniczyć. Nie podoba mi się zarówno selekcja ze względów finasowych, religijnych (jestem przeciwniczką nauczania religii w szkołach - chociaż jestem katoliczką), czy selekcja ze względu na zdolności (są szkoły gdzie na wstępie robią dzieciom egzamin i potem wg wyników tworzą klasę tych zdolnych i np. drugą tych mniej zdolnych). Tak samo nie podobają mi sie osiedla socjalne jak i te ogrodzone dla bogaczy.
              Nie jestem przeciwniczką szkół społecznych jako takich, niech sobie będą, niech ludzie mają wybór, a ja korzystać nie muszę. Miałam na szczęście w czym wybierać i szkoły społecznej pod uwagę nie musiałam brać.
              To chyba normalne i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, że na przyjaciół wybieramy sobie osoby z którymi nas coś łączy, mamy wspólne tematy do rozmów i lubimy spędzać czas. Nie przeszkadza mi zupełnie, że moich poglądów ktoś nie podziela. Nie musi, jego prawo. Ludzie są różni i to czasami jest piękne, czasami może być wkurzające ale tak po prostu jest. Zupełnie nie czuję potrzeby spotykania się prywatnie z rodzicami dzieci z klasy mojego syna, nawet gdyby to byli ludzie nadający na tych samych falach.
              Niezależnie od tego jaką szkołe skończy moje dziecko, mam nadzieję wychować je na kulturalną osobę, mającą swoje zdanie ale umiejącą je bronić w sposób, który nie obraża interlokutorów.
            • mamalgosia Re: życie 19.05.11, 21:10
              Przedwczoraj zaprowadziłam dziecko na tańce i miałam godzine wolnego czasu. Postanowiłam nigdzie nie gnać, tylko posiedzieć w słońcu na ławeczce przy pobliskim boisku. Naprzeciwko, na innej ławeczce siedziała grupa nastolatków. Nie wytrzymałam tego słownictwa dłużej niż 10 minut. Pomimo tego, ze jestem w pewnym sensie przyzwyczajona (pracuję w gimnazjum, takim w kiepskiej dzielnicy), pomimo tego, że pogoda była piękna i naprawdę chciałam sobie odpocząć. Nie dało się:(
        • katrio.na Re: życie 20.05.11, 14:28
          Steffa, jakbys opisywala Prage ;)
          Nie do konca jednak rozrozniamy co kazda z nas ma na mysli i stad pewnie wiekszosc poczula sie obrazona.
          Moje dziecko stykalo sie z patalogia (nota bene pod kontrola sa to calkiem fajne dzieciaki), bawilo sie z nia. Nie zostawalo samo - nadmienie.
          Bo te dzieci sa inne i maja inny system wartosci i inna wrazliwosc spoleczno-emocjonalna.

          Jednak bede bronic szkol panstwowych bo sa kameralne, mile szkoly panstwowe. Gdzie nie ma patologii ale sa dzieci zroznicowane.
          I ja lubie ta roznorodnosc, lubie obserowowac swiat i ludzi i fajnie jesli moje dziecko tez bedzie mialo ta ciekawosc.
          A sztuka to dogadac sie w kazdym srodowisku.
          Czasami trzeba troche pokory i mniej wywyzszania sie...
          Ja np. swietnie dogaduje sie z rodzicami dzieci z klasy mojego dziecka. Bez roznicy. W wiekszosci nie mamy ze soba nic wspolnego poza dzieckiem w tej samej klasie.




Pełna wersja