marturka
19.08.13, 08:23
Dzień dobry,
w wyszukiwarce sprawdziłam, że o Tutlandii jeszcze nic nie było (jakby co, skorygujcie). Książkę kupiłam dzieciom na wakacje. Ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło jak zawsze świetne.
Reszta mnie rozczarowała, entuzjazm dzieci też słabł z każdym kolejnym rozdziałem.
Mam takie nieodparte wrażenie, że istnieje jakaś polska maniera pisania książek dla dzieci, gdzie autor(ka) niby przyjmuje perspektywę dziecka, a tak naprawdę opowiada o rzeczach istotnych dla dorosłych i co chwila puszcza oko do rodzica (podobne wrażenie miałam przy "Wesołym Ryjku").
Książka zaczyna się brawurowo i pierwszy rozdział bawi (chociaż już tam są dłużyzny), ale potem robi się coraz bardziej przewidywalnie. Rozdział o niemiłej kuzynce (strasznie długi) nie wiadomo po co został napisany - chyba tylko po to, żeby na końcu można było dać zabawną pointę o "zepsutej zynce". Opowieść o odchudzaniu się mamy była dla moich dzieci kompletnie pozbawiona treści (cała strona o aerobicu i diecie to jednak nie jest interesująca lektura dla pięcio- czy sześciolatka). I już nawet nie chce mi się wspominać, że problemem mamusi w tej książce jest za duży brzuch, a problemem tatusia płacenie rachunków i zarabianie pieniędzy. Wygląda to tak, że mamusia od ręki wyjeżdża na tygodniowe wczasy odchudzające, a tatuś rwie włosy z głowy, bo nie ma na rachunki i musi wyjechać do dużego miasta za pracą. Rozdział o tatusiu w wielkim mieście tchnie takim nachalnym dydaktyzmem, że odpuściłam sobie jego głośne (jak i ciche) czytanie.
A szkoda, bo w książce jest potencjał: fajne dialogi, dobrze ujęte relacje rodzeństwa. Gdyby książkę zredukować o 3/4 i wyciąć te wszystkie opisy snów mamusi i narzekania tatusia na niedobrych ludzi w wielkim mieście, to byłoby naprawdę super. Oczywiście wszystkie obrazki należałoby zostawić.
Ciekawe, jak Wasze wrażenia.