lucasik
16.12.04, 11:40
Trzej Wielkopolanie dogadali się z dwoma pracownikami wydziału komunikacji
poznańskiego magistratu. Przynosili im holenderskie i belgijskie karty
pojazdów. Do tego dowody zakupu aut, zaświadczenia odprawy celnej i badania
techniczne. Urzędnicy rejestrowali auta, a dowody rejestracyjne przekazywali
zleceniodawcom. Szkopuł w tym, że samochody zostały wymyślone, a dokumenty
sfałszowane. Urzędnicy wiedzieli o tym, dlatego za każde zalegalizowane auto
dostawali od 1 do 2 tys. zł.
To dopiero początek: zalegalizowane auta widma były ubezpieczane od kradzieży
i wstawiane do trzech autokomisów pod Koninem i Lesznem. - Ale autokomisy też
istniały tylko na papierze - komentuje policjant.
Do autokomisu widma po auto widmo przychodził zatem klient widmo. W
rzeczywistości jeden z pomysłodawców tego interesu szedł do prawdziwej firmy
leasingowej w Poznaniu i podając się za klienta widmo, oznajmiał, że chce
kupić auto w leasing. Ta przelewała pieniądze na konto autokomisu widma -
dzielili się nimi organizatorzy, a część odpalali fałszerzowi i urzędnikom.
Szajka nie miała zamiaru płacić rat za samochody, których nie ma, więc
zgłaszała kradzież auta, które nigdy nie istniało. A policjanci szukali auta,
którego nie było. Po czym umarzali sprawę ze względu na brak sprawców. Żeby
było śmieszniej, po umorzeniu kradzieży towarzystwo ubezpieczeniowe wypłacało
firmie leasingowej odszkodowanie za niby-kradzież.
Co w tej sprawie nie jest widmem? Pieniądze. Doliczono się 50 aut, za które
firmy leasingowe zapłaciły 3 mln zł. Zatrzymano dwóch pracowników wydziału
komunikacji w Poznaniu oraz człowieka, na którego zarejestrowano jedno z
fikcyjnych aut. Poszukiwani są organizatorzy przekrętu. Policjanci żartują, że
ci również mogą nie istnieć.