rzecznik.stowarzyszenie
10.02.06, 13:57
STOWARZYSZENIE NA RZECZ ROZWOJU PIOTRKOWA
ISO 9001:2000 czy afrykańska osada?
Dalekobieżny pekaes mknący do Lublina wjeżdża pełną dziur ulicą Łódzką do
Piotrkowa. Posępne bloczyska, nieużytki (rolne?), smutna bryła
sklepu „Kaufland” dla biedoty. Naprzeciwko strupy domów z przyczajonymi,
żenującymi budami z drewna, kryjącymi wstydliwie jakąś działalność
gospodarczą. Szczęściem, nie widać horroru uliczek Hutniczej, Żabiej,
Północnej, Szerokiej i 1 Maja. Albo budzących grozę Polnej, Stromej, Niecałej
i Kochanowskiego. Autobus skręca w jeszcze bardziej dziurawą, zatłoczoną
pojazdami do granic możliwości ulicę Wojska Polskiego, potocznie zwaną w tym
miejscu Ryneczkiem.
Buro od dymu zestrupiałych emzetek. Przygniatające rozpaczą zaniedbania
budynki, mieszczące na parterach ubogie sklepiczki. Przed coraz bardziej
zapadającym się drewniakiem z XIX wieku przystanek MZK ze spieszącymi się,
poszarzałymi mieszkańcami. Na schodkach sklepów spożywczych i monopolowych
dziadostwo rozglądające się za kolejną złotówką na najtańsze winko. Koło
balustrady mostku ścieku Strawy u wlotu w Szeroką smutne handlarki z
kartoflami i cebulą. Przejazd pod dudniącym wiaduktem kolejowym. Uff, nie
zawalił się, choć zaufania nie budzi. Po prawej znów mała przedsiębiorczość,
ale w murowanych szkaradztwach. Po lewej ulica Budki z wiaduktem na Strawie,
pod którym w łeb można dostać od kręcących się tam typków. Kolektura TOTO dla
wierzących w lepszy los, zdechły kiosk RUCH, którego nie ma komu usunąć,
parterówka z zamkniętymi na głucho okiennicami.
Nim kierowca akrobatycznie wykona skręt w ulicę POW, oczom podróżnego
ukazuje się szereg dumnych zapewne kiedyś kamienic gubernialnego podówczas
Piotrkowa, których świetność dawno minęła i dziś toczone są liszajem chorych
tynków. Na stan podwórzy spuścić trzeba zasłonę wstydu. Kręcący szybko
kierownicą kierowca pekaesu spogląda na przeciwległe rogi ulicy POW: sklep z
odzieżą wyrzuconą w bogatych krajach i ostatni dla człowieka sklep. Z
trumnami i wieńcami.
Znów marne sklepy w rozsypujących się carskich kamienicach, w tym ten
najważniejszy przybytek dla przeżycia wielu piotrkowskich rodzin: lombard.
Dawna przychodnia kolejowa, z której szpital wojewódzki czmychnąć chce gdzie
pieprz rośnie i już dworzec kolejowy pamiętający czasy kolei warszawsko-
wiedeńskiej. Autobus skręca w ulicę Roweckiego, nie oszczędzając jednak
wrażeń związanych z obsikanym dworcem (odpowiedzialny za jego stan przyzwoity
człowiek powiesiłby się), z bufetem na peronie, w którym żal byłoby karmić
ulubionego szczura. Głupio sterczy powygryzana korona wieży ciśnień, uważanej
przez lokalnych oszołomów za coś jakby drugi herb miasta.
Po trudach podróży 15 minut postoju. W poczekalni dworca PKS, dziwnego
straszydła poperelowskiego, znużony alkoholem metylowym cuchnący obywatel śpi
wyciągnięty na ławce. Stara baba, która zapewne przyszła tu się tylko ogrzać,
grzebie w brudnych torbach, zawierających skarby z okolicznych śmietników.
Głodny podróżny rezygnuje z szybkiego posiłku w którymś z barów. Śmierdzi i
przylepić się można. Uzasadnione są zatem podejrzenia, że dawno w żadnym nie
gościł sanepid. Albo gościł, tyle że wysłał ślepych i pozbawionych węchu
inspektorów. W jednym barze, owszem – jako tako – ale uszy więdną
od „k”, „ch” i „p”, rzucanych bezkarnie przez dojeżdżającą młodzież szkolną.
Miejska toaleta nawet czynna, ale większym powodzeniem cieszy się bezpłatny
klozet za wieżą ciśnień, co widać po żółtym śniegu, tu i ówdzie upstrzonym na
brązowo.
Kwadrans mija, pasażer zajmuje miejsce w pekaesie, który robi rundę wokół
zapomnianych przez dyrekcję stanowisk autobusowych, tylnej ściany wysokiej
kamienicy z wyblakłym malunkiem jakieś peerelowskiej jeszcze reklamy i
noszącej szlachetne kształty kamieniczki bez futryn okien, którą przed laty
opuściło pogotowie ratunkowe, a która dziś wygląda, jakby dostała granatem od
wewnątrz. Kierowca funduje powtórkę emocji, wracając ulicą POW do ulicy
Wojska Polskiego, ale skręcając tym razem w prawo. Reprezentacyjna onegdaj
arteria, z komfortowymi mieszkaniami dla carskiej kadry urzędniczej,
przygniata czernią, szarością obmierzłych kamienic, których mury sypią się, a
czeluście bram wywołują odruch wymiotny u wrażliwszych osób. Tanie sklepiki,
wśród których chlubnym wyjątkiem jest wiodąca prym na tej ulicy rozjarzona
światłami i kolorowa od butelek na półkach Galeria Alkoholi. Poboczne
obdrapane ulice zniechęcałyby każdego turystę od zrobienia w ich kierunku
jednego choćby kroku: Dąbrowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza, Cmentarna,
Stronczyńskiego.
Pomiędzy Rycerską a Rwańską sraczkowata ruina z małymi, zakratowanymi
okienkami, wymarła kompletnie. To dawne więzienie. Straszą tu duchy
przestępców, a zwłaszcza straconych skazanych, bo i kat miewał tutaj zajęcie.
Dziwne to, ale władze miasta znalazły na te gruzy jakiegoś nabywcę, lecz nie
wiadomo, czy prawdziwą jest pogłoska, iż zamierza on we współpracy ze
Stevenem Spielbergem zrealizować w dawnym więzieniu dużą produkcję filmową z
Robinem Williamsem w roli głównej. Ten drugi, podczas kręcenia w 1997
roku „Jakuba kłamcy”, zachwycił się architekturą Starego Miasta, sądząc
najpierw, że przejmujące do szpiku kości rozpadające się uliczki z
butwiejącymi mieszkaniami to tylko wiarygodnie stworzone przez scenografów
dekoracje na użytek filmu.
Rzut oka w stronę placu Czarnieckiego, kolejnej enklawy biedy i
patologii, a z drugiej strony, na przepastne podwórze ze slumsami dla Romów.
Brudy tam się wylewa do rynsztoka. Jeszcze zatrważająca ulica Zamurowa,
składnica złomu zwana autokomisem, plac Zamkowy z porozwieszaną na mrozie
bielizną, zarysowane pęknięciami odrażające, wciąż zamieszkane i zatęchłe
rudery z wystającymi na rogach spragnionymi denaturatu menelami, z
biegającymi samopas, głodnymi dzieciakami uklikanymi po pas.
Obok dawnej synagogi, dziś pękającej w szwach nie tylko w przenośni od
nadmiaru książek, ale z dosłownie pękającymi murami i walącym się stropem,
nagły skręt w ulicę Jerozolimską, na której opisanie brakuje środków wyrazu,
a prowadzącą do jakiegoś dziwacznie pomyślanego przez drogowców rozjazdu, nie
wiadomo dlaczego nazwanego rondem. I nie wiedzieć czemu – imienia Edwarda
Gierka.
Z tego „ronda” zajeżdżona na śmierć ulica Sulejowska wyprowadza wreszcie
autobus z miasta, uatrakcyjniając jazdę widokiem posępnych familiaków i
gryzionego zębem czasu kompleksu czerwonych budynków dawnych zakładów
bawełnianych. Jeszcze podupadająca fabryka mebli, jeszcze naprzeciwko
alkoholowi obywatele, kawałek szerokiego asfaltu, początek lasów, „Piotrków
żegna” i znów wąska, zatłoczona jezdnia, ale to już gmina Sulejów.
Przywykli przez 30, 40 czy 50 lat do opisanych widoków, nie zauważamy
koszmaru naszego miasta, bo w ten skansen brzydoty, zaniedbania i niemożności
po prostu sami się wtopiliśmy. Każdego dnia mkną przez nasze miasto
dziesiątki pekaesów, a podróżni tak to wszystko widzą zza szyb autobusów.
3 lutego urzędnik jakiegoś Bardzo Ważnego Urzędu wręczył naszemu Urzędowi
Miasta (też bardzo ważnemu) certyfikat zarządzania jakością ISO 9001:2000.
Oczywiście, pamiętamy, że w początkach prezydentury Michała Rżanka do
ciasnej, parchatej i przesiąkniętej potem urzędników i petentów kasy trzeba
było pchać się gdzieś na piętro, a obecnie jest Ameryka. Tyle, że w
początkach lat 90. wielu z nas jeździło jeszcze syrenami, a maluch stanowił
wciąż obiekt westchnień. Dzisiaj przebieramy w nowych autach, więc i
magistrat się zmienić musiał. Ale nasze miasto już jakby mniej.
Przykładów godnych pozazdroszczenia daleko szukać nie trzeba. Urzędnikom,
jeżdżącym w jakichś tam celach po zaprzyjaźnionych miastach partnerski