Gość: pawo
IP: *.acn.waw.pl
26.02.03, 14:30
Przykro mi było przeczytać w internecie na stronie
http://tydzien.trybunalski.om.pl/ wypociny jakiegos niewyżytego pismaka, który z jakiejś tragedii, zabójstwo młodej dziewczyny, zrobił krótki kiepski tekst wzorowany na mieszance jakichs tandetnych horrorach amerykańskich i Harlequine'a. Kiczowaty klimat tego pisemka w pełni oddaje rysunkowa sylwetka detektywa, grafiką przypominająca wczesne czasy instytucji private-eye i gangsterskie lata 30-40 w USA.
Z góry uprzedzam, że opinie o tygodniku wydaję na podstawie tego jednego tekstu, ale jeśli takie barachło ukazuje się na jego łąmach mam chyba prawo tak gazetę oceniać.
Powiem jedno, nasza Gazeta Radomszczańska takiego kiczu nie wypuszcza, dlatego się strasznie cieszę :)
Zobaczcie sami ten tekst:
"Cud się nie wydarzył"
Na karę dożywotniego więzienia skazał Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim braci Jana Łysonia i Piotra Łysonia, oskarżonych o zabójstwo 24-letniej Anety W., mieszkanki Świerczyńska w gminie Rozprza. Sąd przychylił się w ten sposób do wniosku prokuratury o karę dożywotniego pozbawienia wolności.
Jan Łysoń może ubiegać się o warunkowe zwolnienie z odbywania kary po 35 latach, Piotr Łysoń - po 25.
W ostatnim słowie Jan Łysoń powiedział, że nie śmie prosić o przebaczenie i łagodny wyrok.
*
Skąd i kiedy w głowie Piotra Łysonia pojawił się pomysł obrabowania sklepu, tego pewnie nie wie on sam. Wie natomiast, że było ciężko. Ciągle wydatki i wydatki, rodzina na utrzymaniu, żona nie pracuje, a zarobki marne... Jaki diabeł podkusił go do tej myśli? Bo - że diabeł, to pewne. To licho do końca trzymało rękę na pulsie Piotra. Dobrało się i do Jana. Do jego umysłu. I do serca. Bo Jan, zabijając młodą świerszczyniankę, nie miał już ani umysłu, ani serca...
*
16 lutego po zakończeniu pracy w masarni w Niechcicach Piotr przyjechał do domu Jana z receptą na łatwy zarobek. Wymyślił, że jeśli napadanie na jakiś mały wiejski sklepik, to uda się z niego zabrać chociaż 400 złotych. Przyjechał swoim maluchem do Gościnnej prosić brata o pomoc. Zapobiegliwie zabrał też z pracy narzędzie, które miało przemówić do rozsądku jakiejś potencjalnej opornej sprzedawczyni - masarski nóż.
Jan początkowo nie zaakceptował szalonego pomysłu brata. Powiedział po prostu "nie". Ale namawiany i przekonywany - wreszcie uległ.
Razem objechali okoliczne wioski w poszukiwaniu najdogodniejszego celu napadu. Wszędzie jednak było albo za dużo ludzi, albo sklep stał zbyt blisko innych budynków. Napad mógł się nie udać. Plan został zatem zmodyfikowany: zamiast na sklep, trzeba napaść na pojedynczą, przygodna osobę, która np. czeka na "okazję". Ruszyli. Droga do Piotrkowa była jednak pusta. Trzeba spróbować jeszcze raz. Tym razem w druga stronę. Może ktoś będzie czekał na "okazję" z Piotrkowa do Rozprzy. Janek postanowił wysiąść i osobiście "wyłowić" z tłumku ofiarę...
*
Zajęcia w Centrum Zarządzania i Marketingu trwały od rana. Aneta W. była już pewnie zmęczona i głodna. Z ulgą zamknęła ostatni zeszyt. Teraz jeszcze tylko kilka minut spacerku na "okazję", i... do domu. Na "Krakówce" jak zwykle w sobotę po południu stało kilka osób. Czy nie bała się jazdy "okazjami?" Tyle razy już korzystała z takiego transportu, że pewnie nie zastanawiała się głębiej nad pytaniami i przestrogami przeczulonych osób. Zresztą, wiadomo, że samotna kobieta zwykle nie wsiada do samochodu, w którym jadą już mężczyźni. Dziś też nie jedzie sama. Akurat w tę sama stronę, co ona jedzie młody chłopak. Chyba nawet zna go z widzenia. Razem będzie raźniej...
*
Po przejechaniu Rozprzy, w okolicach Białocina, fiat 126p skręca w boczną drogę - w pobliże dawnej żwirowni. Zapewne Aneta już wie, że jest w niebezpieczeństwie. Zdążyła się także zorientować, że kierowca i chłopak który z nią wsiadł znają się, prawdopodobnie są w zmowie. Jakie myśli przebiegają przez jej głowę? Co ma robić? Jak uciec? Czego oni chcą?.....
*
Jan widzi, że dziewczyna się boi, ale to go tylko podnieca. Masarski nóż Piotrka jest świetnym argumentem na zamknięcie ust dziewczynie. Co ona mówi? Że prosi? Błaga? Wszystko odda? No jasne, że odda! Jeszcze jak odda! Janek i Piotrek chichoczą... Oj, odda, odda. Dziś się zabawimy!
Aneta rozbiera się w popłochu, terroryzowana nożem. Trzęsą jej się ręce. Płacze. Prosi o litość...
Pierwszy gwałci ją Jan. Później Piotr.
*
Anecie zimno. Siedzi zupełnie naga na tylnym siedzeniu malucha. Z przodu dwaj bracia Jan i Piotr - dwaj gwałciciele. I nóż. Ten okropny, wielki masarski nóż. Już kilka razy mógł tkwić w jej ciele. Ale nie, jeszcze żyje. Biedna ofiara zwyrodnialców zapewne czuje się zhańbiona, opluta, odarta z czci. Pewnie przysięga sobie wtedy, że nigdy już nie wsiądzie w okazję. Przenigdy! Ile razy czepia się nadziei, że koszmar za chwilę się skończy, że wezmą pieniądze? Może jeszcze postraszą, może uderzą, ale przecież kiedyś to się skończy...
Samochód wjeżdża z powrotem do Piotrkowa. Czego chcą? PIN-u? Ale przecież konto jest puste. Ale może jakimś cudem bankomat wypłaci jednemu z oprawców żądaną sumę. Nie. Cud się nie zdarzył. Znów są niezadowoleni. Tym razem Jan siada koło Anety na tylnym siedzeniu. Samochód wraca w stronę Rozprzy. Jak muszą boleć ręce, zawiązane z tyłu sznurem... Ale Aneta milczała. Milczała, jak kazali. Nie uderzyła głową w szybę, kiedy przechodzili obok ludzie, nie krzyczała. Może liczyła na to, że oprawcy to docenią. Jak bardzo wtedy tęskniła do domu, do ciepła, do miłości? Pewnie myślała, że gdyby jej pozwolili, mogłaby wysiąść gdziekolwiek, nawet kilkanaście kilometrów od swojej wioski nawet tu, koło lasku. To nic, że jeszcze daleko. Mogłaby pobiec - choćby nago! Zaraz, zaraz, koło jakiego lasku? Co on powiedział? Że trzeba się pozbyć? Kogo pozbyć? I co to znaczy "pozbyć"?...
*
Jan i Piotr dochodzą do wniosku, że Aneta jest im już niepotrzebna. Przy sobie miała tylko marne 27 złotych. Na koncie pewnie nic. Albo podała zły PIN, bo kartę "zeżarł" bankomat. To dziwka! Tyle godzin na nic. Trzeba się jej pozbyć! W pobliżu Cekanowa Piotr skręca w stronę lasu i zatrzymuje samochód. Bracia krępują Anecie nogi i wyrzucają ją do pobliskiego dołka. Niech leży! Trzeba obmyślić plan. Ale najlepiej się napić, bo zimno dziś, jak cholera...
*
Aneta leży naga. Przejmujące zimno przeszyło ją zapewne do kości. I pewnie nigdy nie przypuszczała, że człowiekowi może być tak zimno! Nie płakała, bo brakło łez. Zresztą łzy na mrozie zamieniają się w kryształki lodu. Czy zastanawiała się, dlaczego nie może uwolnić się z pęt? Dlaczego skrępowali ją jak wieprzka? Teraz już wiedziała, jak czuje się zwierzę, prowadzone za rzeź. Czy jej umysł krzyczał, że nie jest przecież zwierzęciem? A co myślała o nich? Że to też ludzie, podobni do niej? Może liczyła na łaskawość? Na odruchy człowieczeństwa? Przecież mówili, że jeśli będzie posłuszna, to ja puszczą! Jeśli będzie im dobrze, to będzie mogła iść! Jeśli nie będzie krzyczała, to się zastanowią nad pozostawieniem ją przy zasranym życiu! Może uspakajała się myślą, że oni tylko tak straszą... Że zaraz ją wypuszczą... Że obieca im wszystko... I że nic nie powie... Przecież to nie możliwe, aby tak skończył się jej los. Ma przecież tyle planów na przyszłość. Ma kochającą rodzinę, chłopaka... W ostatnich chwilach życia pewnie wzywała ukochane osoby... I zapewne do końca wierzyła, że cud się wydarzy...
*
Oskarżyciel Witold Błaszczyk w przemówieniu końcowym przytoczył sformułowania z dokumentów medycznych, dotyczących ustalenia obrażeń ofiary i przyczyny zgonu: "Sekcja zwłok Anety W. wykazała występowanie na jej ciele dwóch ran ciętych szyi z uszkodzeniem krtani i żyły szyjnej wewnętrznej lewej w przebiegu rany wyżej położonej, znacznego stopnia niedokrwienia narządów wewnętrznych, krwi w drogach oddechowych i ognisk zachłystowych w płucach. Rany cięte szyi powstały od działania przedmiotu ostrego, tnącego, takiego, jak np. nóż. (...) Przyczyną gwałtownej śmierci Anety W. stały się rany cięte szyi z uszkodzeniem krtani i dużego naczynia żylnego tej okolicy z następującym krwotokiem ze