Łopienka - miejsce, gdzie chcemy powracać

09.03.10, 13:59
W cytowanym poniżej opisie Łopienki z serwisu "Twoje Bieszczady"
padają takie słowa:

"Dolina po dawnej wsi Łopienka oraz znajdująca się tu cerkiew, to
dla wielu miejsce niemal kultowe, cudowne, miejsce mające
swój "klimat" i urok, niepowtarzalne."

I właściwie to powinno wystarczyć za wstęp do opowieści o Łopience -
nieistniejącej wiosce, jakich w Bieszczadach bez liku, a jednak
absolutnie wyjątkowej, niezwykłej. Wiosce, do której nieprzypadkowo
przez cały rok ciągną tłumy turystów, bo każdy, kto odwiedził to
miejce chociaż raz, chce tam być znowu i znowu...

***

Łopienka, to nieistniejąca wieś z połowy XVI wieku, położona u
podnóży Łopiennika (1069 m n.p.m), a właściwie pomiędzy
Łopiennikiem, a znajdującym się na północ od niego szczytem Korbania
(894 m n.p.m). Wieś zasłynęła przede wszystkim z tego, iż podobno
ukazała się tu Matka Boska pod postacią ikony. Wkrótce po tym
Łopienka stała się słynnym ośrodkiem kultu maryjnego. Ikonę
umieszczono w kapliczce, a niedługo potem, prawdopodobnie w roku
1757, wzniesiono w Łopience cerkiew pw. Świętej Paraskiewii.

Łopienka, podobnie jak wiele bieszczadzkich wsi, nie przetrwała II
wojny, a ściślej tego, co po niej w Bieszczadach nastąpiło. Wieś
została zniszczona, mieszkańcy w większości wysiedleni.

Ocalała, choć w opłakanym stanie, cerkiew wykonana z nieobrobionego
("dzikiego") kamienia. Obecnie jest to jedyny tego typu obiekt w
Bieszczadach. Uratowano również cudowną ikonę - została przeniesiona
do kościoła w Polańczyku, gdzie znajduje się do dnia dzisiejszego.
Kolejne lata, tylko pogłębiały ruinę cerkwi. Do czasu, gdy obiektem
oraz doliną po dawnej wsi zainteresował się Olgierd Łotoczko,
historyk sztuki i studencki działacz turystyczny. Zajął się on
ochroną cerkwi, zabezpieczył ją przed dalszą dewastacją. Planował
stworzyć w dolinie wioskę turystyczną. Nie zdążył, pozostał w górach
na zawsze.

Po śmierci Olgierda Łotoczki cerkwią zajął się Zbigniew Kaszuba. Za
jego sprawą prace przy rekonstrukcji i remoncie cerkwi trwają do
dziś i efekty są coraz bardziej widoczne. Obecnie cerkiew posiada
nowy, blaszany dach, okna z witrażami, oraz nowy, drewniany strop.
Jesienią 2000 roku do Łopienki powróciła cudowna ikona, która
stanęła na zaimprowizowanym ołtarzu. Jednak to, co możemy oglądać
obecnie, to kopia - oryginał pozostał w kościele w Polańczyku. Tuż
obok cerkwi stoi odbudowana kaplica grobowa z XIX w.

Cerkiew jest otwarta dla zwiedzających, nie wyznaczono godzin
otwarcia, jak zazwyczaj w innych obiektach, jest otwarta cały czas.
Wewnątrz duża, drewniana figura "Chrystusa bieszczadzkiego". Przy
wejściu księga pamiątkowa, do której może się wpisać każdy
odwiedzający cerkiew, na miejscu również możliwosć zakupu cegiełek
na dalszy remont obiektu. W 2004 roku obiekt został pomalowany na
biało, zrekonstruowano również dzwonnicę.

Dziesięć minut drogi od cerkwi (tabliczki) znajduje się źródełko,
słynące jako uzdrawiające. Jego dostępność w dużej mierze zależy od
aktualnego poziomu wód gruntowych. Niedaleko cerkwi znajduje się
również (15 minut) studencka baza namiotowa.

Na terenie Łopienki wyznakowano również ścieżkę przyrodniczo-
kulturową "Dolina Łopienki". Charakterystyczne miejsca znajdujące
się na trasie ścieżki to m.in. cerkiew, łąki - widok na tarasy
dawnych pól, las (buczyna karpacka w reglu dolnym), studencka baza
namiotowa, wąwóz, wodospad na potoku oraz retorty. Ścieżka
oznakowana jest kolorem niebieskim.

Dojść do Łopienki, można w zasadzie z trzech kierunków:

1. Z Dołżycy k. Cisnej, szlakiem czarnym na szczyt Łopiennika (ok. 1
h), następnie szlakiem prowadzącym do studenckiej bazy namiotowej w
Łopience (ok. ¾ h).
2. Z Dołżycy drogą przez Buk, wzdłuż Solinki. Można dojechać
samochodem do mostu nad Solinką, gdzie rozchodza się drogi: w prawo
na Sine Wiry, a w lewo (za mostem) do Łopienki. Obok parking (2
zł/godz). Dojście ze wspomnianej drogi do Łopienki, malowniczą
dolinką, liczne źródełka, ok. 1 h (2,5 km).
3. Ze szczytu Korbani, przez Przełęcz Hyrcza, ok. 1½ h. Trasa
nieoznakowana, trzeba posłużyć się mapą.

Dolina po dawnej wsi Łopienka oraz znajdująca się tu cerkiew, to dla
wielu miejsce niemal kultowe, cudowne, miejsce mające swój "klimat"
i urok, niepowtarzalne. Inni postrzegają je tylko jako kolejną,
podobną do innych dolinkę, jakich w Bieszczadach wiele. Ocenę
pozostawiamy bywalcom Łopienki, a tych, którzy tam jeszcze nie
dotarli, gorąco do tego zachęcamy.

Piotr Szechyński

www.twojebieszczady.pl/lopienka.php
    • piotrzr Re: Łopienka - miejsce, gdzie chcemy powracać 10.03.10, 07:45
      staram się bywać tam i na wiosnę i jesienią. Spacer trochę szlakiem trochę na
      dziko - po okolicznych wzgórzach, szczególnie w stronę przełęczy - to zawsze
      wspaniały relaks.
      Podobnie zresztą dawną, wiejską drogą od cerkwi dalej....

      Sporo na temat tego urokliwego miejsca (bo nie wioski niestety) jest w jednym z
      tomów Bieszczady - słownika historycznego - autorstwa Pana Krycińskiego
      • wolver2 Re: Łopienka - miejsce, gdzie chcemy powracać 10.03.10, 09:05
        Znacznie szerzej jest tu:
        www.twojebieszczady.pl/sor/lopinka.php - rys historyczny
        www.twojebieszczady.pl/sor/lopinka2.php - dzieje cerkwi i cudownego obrazu
    • tawnyroberts Moje spotkanie z Łopienką 12.03.10, 09:52
      W 58 numerze miesięcznika "Echo Bieszczadów" pojawił się arcyciekawy
      tekst "Moje spotkanie z Łopienką". Niestety, nie wiem czyjego
      autorstwa, bo pod artykułem w wydaniu internetowym nie ma żadnego
      podpisu. Zapraszam do lektury!


      "Moje spotkanie z Łopienką"

      O nieistniejącej już dzisiaj wsi krąży wiele historii i opowieści.
      Dużo napisano i tyle samo dyskusji przetoczyło się na łamach
      lokalnej prasy, we wspomnieniach wielu ludzi osobiście związanych z
      tym tematem lub zbierających informacje.

      Ciekawą historią samą w sobie, są dzieje cudownego obrazu Matki
      Boskiej Łopieńskiej. Na początek chciałbym przybliżyć historię
      miejscowości Łopienka, podobną zresztą do historii wielu wsi tego
      zakątka Karpat, można powiedzieć "tygla" mieszających się bogatych
      kultur ludów pogranicza.

      Wieś założono na prawie wołoskim w drugiej połowie XVI w., jak
      większość osad na tych ziemiach. Położona w dolinie między przełęczą
      Hyrcza, a masywem Łopiennika. Ludność pochodzenia staroruskiego żyła
      ubogo, zajmowała się pasterstwem. Teren trudny, mało żyzny, niska
      kultura rolnicza, słabo rozwinięta.

      Wracając do głównego tematu - cerkiewnego obrazu, słynął on cudami,
      które przyciągały rzesze pielgrzymów jeszcze przed I wojną światową.
      Ówcześni pątnicy wędrowali z Bałkanów, Huculszczyzny, Zakarpacia, z
      Kresów i terenów dawnej Rzeczypospolitej.

      Sierpniową letnią porą, zanosząc dziękczynienia, prosząc o łaski
      wszelkie, uzdrowienia, modląc się i zostawiając wota przybywali z
      daleka i bliska. Mieszały się obrządki - rzymskokatolicki,
      prawosławny i greckokatolicki. Z tą rzeką pielgrzymującego ludu
      ciągnęli kramarze oferując, jak na dzisiejszych odpustach, różnego
      rodzaju religijne bibeloty i inne towary. Można przypuszczać, że
      ciągnęli tu również różnej maści szarlatani, uzdrowiciele, ale i
      drobni złodzieje pragnący zarobić, bądź to na religii albo na
      ludzkiej naiwności.

      Sama ikona nie przypominała stylem bizantyjskiego wizerunku. Matka
      Boska z dzieciątkiem malowana na drewnie, znawcy dodaliby znacznie
      więcej szczegółów. Zainteresowanych i ciekawych odsyłam do
      sanktuarium w Polańczyku.

      Wraz z nowym, powojennym ładem (w okresie międzywojennym) i
      wytyczonymi granicami pielgrzymki straciły na swej wielkości i
      ograniczały się tylko do najbliższych terenów: Słowacji, Zakarpacia
      i wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Tak działo się do pamiętnego
      1939 roku, który zapoczątkował, można powiedzieć, "nową erę" dla
      bieszczadzkiej ziemi.

      Jak bywało w naszej historii, z niezapowiedzianą wizytą przybyli
      zawsze niespokojni i wojujący Germanowie, brutalniej rzecz ujmując:
      hordy hitlerowskie najechały naszą ojczyznę z północy, zachodu i
      południa przez Przełęcz Łupkowską, stosując politykę terroru i
      segregacji rasowej. Mówiąc słowami Apokalipsy św. Jana: "brat
      wystąpił przeciw bratu".

      Jątrzyli między narodami wywołując krwawe waśnie. Kaźnie i nienawiść
      wzajemnie wyniszczały strony konfliktu, prowadziły do upadku
      człowieczeństwa. Można by zobrazować to starorzymskim
      powiedzeniem: "Homo homini lupus" (człowiek człowiekowi wilkiem).

      Do niemieckiego agresora 17 września dołączył drugi - sowiecki,
      zajmując wschodnie tereny Rzeczypospolitej, która tym samym znikła z
      mapy Europy.

      Ta sytuacja spowodowała dalsze uszczuplenie pielgrzymującej braci.
      Taki stan utrzymywał się do 1947 roku. W wyniku konfliktu polsko -
      ukraińskiego nastąpiło wysiedlenie ludności, opustoszały wsie,
      zdewastowane zostały świątynie. Takie nieszczęście spotkało również
      Łopienkę wraz z cerkwią będącą schronieniem cudownej ikony.

      W 1963 roku, 9 lipca, zostałem przyjęty do pracy w zarządzie
      Budownictwa Leśnego "Bieszczady" w charakterze operatora spychacza i
      przerzucony na budowę drogi Buk-Polanki-Terka. Baza nasza znajdowała
      się w Polankach, w dolinie Solinki. Takie pionierskie warunki i
      czasy - parę baraków i niezbędny sprzęt. Sam zamieszkałem w
      barakowozie dozorcy, który stał na uboczu. Dużo czytałem o tych
      terenach, zafascynowany jego historią robiłem wędrówki po okolicy,
      na co pozwalał mi charakter mojej pracy.

      Od początku towarzyszył mi pies z przetrąconą nogą, taki jak w
      powiedzeniu: przybłąkał się i został. Tą przetrąconą nogę poskładał
      mu i wyleczył, mieszkający w miejscowości Buk, garbaty dziadziuś, z
      którym się przyjaźniłem. 15 sierpnia tegoż roku był piękny dzień,
      czas sianokosów, początku żniw, święcenia płodów tej ziemi i święto
      Matki Boskiej Zielnej.

      Nasza baza wyludniła się, nastał trzydniowy okres wypoczynku. W
      grupie pozostałych w bazie "lokatorów" byłem ja i dozorca.
      Korzystając z wolnego czasu, zaopatrzony w okutą lagę, siekierkę i
      plecak z prowiantem wyruszyłem na wędrówkę po okolicznych górach.
      Udałem się w kierunku szczytu Korbani, przez wyludnioną wieś Tyskowa
      i przełęcz Hyrcza zszedłem do doliny Łopienki.

      Chciałem koniecznie zobaczyć świątynię, którą w czasach swej
      świetności oglądały tysiące pątników. To, co ujrzałem mogło
      wstrząsnąć niejednym, opłakany, wręcz tragiczny stan świątyni,
      zerwany dach, powybijane okna, powyrywane drzwi i nagie mury.
      Towarzyszący mi pies, owczarek szkocki, warcząc złowrogo, ciągnął ku
      wnętrzu świątyni tak, że musiałem go powstrzymywać. Zaciekawiło mnie
      i nurtowało jego zachowanie. Ze świątynnego pomieszczenia dochodził
      odór zwierzęcych odchodów, biorący się stąd, że wypasający
      pegeerowskie owce pasterze, uczynili tu po prostu stajnię.

      Podążając za psem dotarłem do środka świątyni. W miejscu gdzie był
      kiedyś ikonostas i stał ołtarz zauważyłem klęczącego człowieka.
      Podchodząc bliżej usłyszałem dwukrotnie wypowiedziane po ukraińsku
      słowa modlitwy: "Hospodi pomyłuj. Diwa Świtaja, Proczystaja
      pomyłuj". Można by powiedzieć, że słowa te były łzami klęczącego
      człowieka, zlewając się z nimi barwą głosu, tworzyły obraz
      cierpienia, które wstrząsało ciałem klęczącego. Mój czworonóg nie
      słuchając moich poleceń, rzucił się ku owej postaci. Stanowczo
      przywołałem go do porządku. Wyszliśmy na zewnątrz. Za nami,
      powstając z klęczek, ruszył "świątynny gość".

      Był to wysoki, przystojny i dobrze zbudowany mężczyzna, około 50
      lat, ubrany w ciemną koszulę typu "gimnastiorka", przepasany był
      sznurem z dziwnymi węzłami na końcach. Przez ramię miał przewieszoną
      torbę. Gęsta czupryna jak i bródka przyprószone były siwizną.
      Rozpoczęliśmy rozmowę, taką o niczym. Mój rozmówca twierdził, że
      przybył z daleka, chciał ujrzeć słynące cudami miejsce. Stwierdził,
      że rzeczywistość, którą tu zastał przyprawiła go o ból serca.
      Odpowiedziałem mu, że to samo mówią ludzie, którzy wrócili ze
      wschodu i widzieli tam zdewastowane świątynie. Odparł cicho:" Ludzie
      ludziom zgotowali ten los".

      Widząc, że ta rozmowa do niczego nie doprowadzi, zaproponowałem mu
      nocleg w naszej bazie, tym bardziej, że od Łopiennika nadciągała
      burza z piorunami. Ja nie znałem powrotnej drogi z Łopienki do
      Polanek, więc mój świeżo poznany towarzysz przejął inicjatywę. Po
      kilkudziesięciu minutach forsownego marszu byliśmy na miejscu.

      Na terenie naszej bazy mieliśmy zrobioną prymitywną łaźnię, gdzie
      można było skorzystać z gorącej kąpieli. Ja skorzystałem pierwszy,
      mój nowy znajomy w tym czasie odpoczywał prowadząc pogawędkę z
      dozorcą. Zaproponowałem mu posiłek, on tymczasem wolał się wykąpać.
      Ze swojej torby wyjął ręcznik i mydło i udał się do łaźni. W pewnym
      momencie pies trącił torbę, z której wypadła czapka duchownego,
      zwinięta koloratka i stuła, rzeczy te wyglądały inaczej niż księży
      obrządku łacińskiego. Odpędziłem psa, zamknąłem torbę wcześniej
      pakując rzeczy i czekałem na gościa z kolacją.
      • tawnyroberts Moje spotkanie z Łopienką - cz. II 12.03.10, 10:14
        W nocy rozszalała się burza, padało całą noc, w niedzielę i
        poniedziałek do południa. Po południu nasz gość pożegnał się,
        mówiąc, że musi udać się do Polańczyka. Mimo prowadzonych rozmów nic
        o nim nie wiedziałem, oprócz przypadkowego odkrycia zawartości
        torby. Od tamtej pory nie widziałem go osiem lat.

        W 1966 roku zgłosił się do mnie przyjaciel, który był oficerem w
        wojsku z zapytaniem, gdzie można po cichu ochrzcić dziecko. Mój
        szef, p. Augustyn poradził nam, żeby udać się do Komańczy. Tam jest
        ksiądz - staruszek, jego dobry znajomy i on dopełni chrztu.
        Kierownik dał nam list polecający. Ksiądz po przeczytaniu go wyraził
        zgodę. Nie wpisał jednak tego aktu do ksiąg kościelnych, tylko miał
        taki podręczny zeszyt, tłumacząc, że ich też nękają różne kontrole.
        Jak mówił, nie obawiał się o siebie, lecz o ojca dziecka, czynnego
        oficera. Wystawił dwie metryki z podpisem, pieczęcią i dwie in
        blanco. Po załatwieniu formalności odjechaliśmy.

        W pierwszej połowie lat 70-tych ub. w. rozpoczęto budowę Obwodnicy
        Karpackiej, która prowadziła z Komańczy przez Łupków, Wolę Michową
        do Cisnej. Mojej firmie - ZBL, przypadł odcinek z przełęczy Żebrak w
        kierunku Woli Michowej. Zostałem tam oddelegowany wraz ze sprzętem,
        który obsługiwałem. Mieszkałem w Woli Michowej. Połączenie ze
        Stefkowej do Woli Michowej było bardzo utrudnione. Chcąc nie chcąc,
        do pracy w poniedziałek musiałem jechać autobusem Ustrzyki-Rzeszów o
        godzinie 4.00, żeby złapać pociąg z Zagórza do Łupkowa o 7.00.
        Jeżeli miałem szczęście, to w Łupkowie łapałem ciuchcię, która
        jechała w kierunku Majdanu. Jeżeli miałem mniej szczęścia, to czekał
        mnie marsz po bezdrożach 8 km. Podczas takiego marszu spotkałem
        młodego księdza, który uczył religii w Woli Michowej. Podczas
        kolejnej takiej wędrówki spytałem go o zdrowie proboszcza -
        staruszka, który chrzcił pięć lat wcześniej dziecko oficera. Okazało
        się, że proboszcz dobrze pamiętał tę sytuację i serdecznie mnie do
        siebie zaprasza. Skorzystałem z zaproszenia przy pierwszej lepszej
        okazji. Powspominaliśmy trochę, pytał o zdrowie dziecka, jego
        rodziców. Powiedziałem mu wtedy, że ojciec dziecka ukończył Akademię
        Sztabu Generalnego i mile księdza wspomina.

        W 1972 roku w marcu zepsuła się spycharka, więc wcześniej w sobotę
        udałem się do bazy zgłosić awarię. Drogę z Woli Michowej do Komańczy
        mogłem pokonać tylko okazjami, stamtąd miałem połączenie autobusowe
        Barwinek-Ustrzyki. Mając kilka godzin w zapasie postanowiłem
        odwiedzić księdza staruszka. Zostałem przez niego mile przyjęty i w
        trakcie rozmowy przypomniało mi się spotkanie w Łopience,
        opowiedziałem księdzu o spotkaniu z 1963 roku w ruinach cerkwi z
        tajemniczym człowiekiem.

        Ksiądz słuchał uważnie, potem opowiedział mi bardzo ciekawą historię
        z życia tegoż człowieka. Otóż on sam zawdzięczał mu życie, uratował
        go bowiem przed niebezpieczeństwem, które mu groziło. Mój
        interlokutor opowiadał, że w 1945 roku w styczniu była sroga zima,
        jak zwykle w Bieszczadach, dookoła panowała trwoga, po nocach widać
        było łuny pożarów, słychać było strzały z broni maszynowej, nastał
        złowrogi czas. 24 stycznia o zmierzchu przyszły do niego dwie
        starsze kobiety, które przekazały mu wiadomość, żeby uciekał jak
        najdalej, bo inaczej zginie, nie zdradzając nazwiska osoby, która go
        ostrzegła przed niechybną śmiercią. Jedna z kobiet dała księdzu
        buteleczkę krwi kurzej, tłumacząc mu, że jak będzie jechał na
        saniach i gdyby ich zatrzymano ma nabrać do ust zawartość buteleczki
        i udawać ciężko chorego na gruźlicę. Choć go bardzo intrygowało, kto
        jest inicjatorem tej ucieczki, kobiety poszły w zaparte i prosiły
        usilnie o pośpiech. Mówiły, że sanie gotowe do drogi czekają już
        przed domem, że powozi zaufany starszy człowiek, że jest
        wtajemniczony i wciąż nagliły do pośpiechu. Opowiadał, że ubrał się
        ciepło, zabrał najpotrzebniejsze rzeczy i chyłkiem udał się do sani,
        pożegnał kobiety i ruszył w nieznane. Pomimo nocy i śniegu
        szczęśliwie dojechali do Brzozowca. Dalej jechali leśną dróżką. W
        pewnym momencie z lasu wyłoniło się pięciu jeźdźców na koniach,
        którzy ich zatrzymali do kontroli. Najstarszy stopniem (tak wówczas
        sądził) zapytał woźnicę gdzie i z kim jedzie, ksiądz tymczasem
        szybciutko napił się krwi z butelki, czekając co będzie dalej.
        Zapytany odparł, że wiezie ciężko chorego na gruźlicę do szpitala.
        Oficer podjechał bliżej do sani i końcem nahajki odchylił nakrycie,
        którym był otulony ksiądz. Ten jak na zawołanie zaczął kaszleć,
        zakrztusił się krwią, co widząc ów kawalerzysta kazał jechać.

        Mówił, że na chwilę spotkały się ich oczy, noc była bowiem bardzo
        jasna. Ksiądz był przekonany, że znał tego człowieka. Szczęśliwie
        dojechali do Zagórza. Nie opuszczało go przeczucie, że tych pięciu
        ludzi jechało w cieniu za nimi, w pewnej odległości, jakby czuwając
        nad nimi.

        W 1948 roku, po akcji "Wisła", ksiądz wrócił do Komańczy. Żyła jedna
        z tych kobiet, która wówczas go ostrzegła. Usilnie ją prosząc
        otrzymał od niej odpowiedź na nurtujące go wciąż pytanie: "Kto był
        tym wybawcą?". Otóż powiedziała mu, że to wszystko zlecił im ich
        młody ksiądz, który był kapelanem w UPA, a wychowywał się jako małe
        dziecko-sierota u diaka w Łopience.

        Teraz, już na moją prośbę, opowiedział mi historię tego człowieka.
        Otóż, został on znaleziony w 1912 roku podczas odpustu w sierpniu
        przez staruszka - diaka, jako malutkie niemowlę porzucone w kącie
        zakrystii. Dziecko było głodne, brudne, pogryzione przez owady.
        Wziął je do swojej izdebki. Akurat zatrzymała się tam bogata
        gospodyni z Tyskowej Eufrozyna Mycio, która zobowiązała się podsyłać
        do opieki swoją służącą, która miała prać, sprzątać i gotować.
        Zajmowała się dzieckiem, kąpała, karmiła, przewijała i układała do
        snu w izdebce diaka. Szukali dyskretnie matki dziecka, ale w takiej
        masie narodu jaki przewijał się wokół cerkwi nie sposób było tego
        dokonać, tym bardziej, że było tam wiele kobiet z malutkimi dziećmi.
        Tak los chłopczyka został związany z jego opiekunem.

        Opowiadający tę historię ksiądz pamiętał, że po zakończeniu I wojny
        w 1919 roku, będąc alumnem, był na odpuście w Łopience i widział
        przy boku diaka małego chłopczyka.

        Minęły lata, mały chłopiec dorósł i został duchownym obrządku
        wschodniego. Przyszła II wojna światowa i ludzkie losy pogmatwała na
        dobre. Został kapelanem w UPA.

        Po wojnie szukał go, bo zawdzięczał mu życie, zresztą nie tylko on.
        W kurii biskupiej znajomy ksiądz powiedział mu, że człowiek podobny
        do tego, jakiego on poszukuje przebywa czasami w małej kamieniczce
        koło katedry w Przemyślu. On go kilka razy widział na porannym
        nabożeństwie. Dowiedziałem się, że rozpoczął dyskretnie jego
        poszukiwania. Pewnego dnia na nabożeństwie porannym spotkał tego
        człowieka, postanowił podziękować za uratowanie życia. Tamten
        zaprosił go do swojego mieszkania i powiedział, że spełnił swój
        obowiązek, do czego zobowiązywała go przysięga kapłańska wobec Boga.

        Tyle usłyszałem od mojego znajomego księdza.

        Prosiłem go o adres, chcąc spotkać się z nim osobiście, ponieważ
        jego osobowość wywarła na mnie trudne do określenia uczucie. Po
        złożeniu przysięgi, że nikomu nie przekażę adresu, dostałem go
        wyłącznej do mojej dyspozycji.

        Pod koniec kwietnia tegoż roku byłem u krewnych w Przemyślu i
        dowiedziałem się od ich sąsiada pochodzącego z Buszkowic, że w
        budynku koło katedry mieszka kilku duchownych obrządku wschodniego i
        kilka starszych kobiet, chyba zakonnic.
      • tawnyroberts Moje spotkanie z Łopienką - cz. III 12.03.10, 10:21
        Na drugi dzień raniutko udałem się do katedry, akurat kończyło się
        poranne nabożeństwo i poznałem człowieka spotkanego kiedyś w
        Łopience. Szedł samotnie ubrany na czarno w czarnym nakryciu głowy.
        Byłem pewien, że to on. Pozdrowiłem go. Odpowiedział i bystro na
        mnie popatrzył, a ja go pytam: "Czy ksiądz mnie poznaje i pamięta
        nasze spotkanie w ruinach świątyni w Łopience w 1963 roku?".

        Ksiądz zrobił odruch wystraszonego i zadał mi pytanie, skąd wiem, że
        on jest księdzem? Zaproponowałem rozmowę w kawiarence obok, ale na
        jego prośbę poszliśmy do jego mieszkania. Po wejściu do owego
        budynku przedstawił mnie starszej kobiecie słowami: "Mateńko, to
        jest ten człowiek, który mnie gościł u siebie przez trzy dni".
        Starsza pani przywitała się ze mną niezwykle serdecznie, poprosiła
        żeby usiąść i ugościła. W trakcie rozmowy z ust księdza padło
        pytanie skąd wiem, że on jest księdzem? Na jego usilną prośbę,
        wymieniłem księdza z Komańczy, który opowiedział mi jak dwie kobiety
        uratowały mu życie. Na to on się uśmiechnął. Dalej rozmowa dotyczyła
        wywozu obrazu przez księdza Stopę do Polańczyka. Powiedziałem mu, że
        ksiądz Stopa jest w Grabownicy w mojej rodzinnej parafii. Chciał się
        z księdzem Stopą spotkać i wyjaśnić pewne sprawy. Sądzę, że do
        spotkania doszło. Ja obiecałem, że będąc w Grabownicy udam się do
        księdza Stopy.

        W maju tegoż roku pojechałem do Grabownicy, poszedłem do kościoła,
        było akurat po uroczystościach komunijnych, w kościele odbywało się
        wieczorne nabożeństwo majowe. Spotkałem się z kolegą z ławy szkolnej
        i wtedy zobaczyłem spacerującego księdza Stopę. Podszedłem i
        pozdrowiłem go. Ksiądz prałat witał każdego z szerokim, życzliwym
        uśmiechem, tak samo powitał i mnie.

        Pytając skąd pochodzę i co mnie tu sprowadza nie wiedział, że jestem
        u siebie, bo był dopiero rok w naszej parafii i nie znał wszystkich
        parafian. Odparłem, że pochodzę stąd, a mieszkam w Bieszczadach, a
        sprowadza mnie do księdza prośba księdza Teodora Mosuriaka.
        Natychmiast padło pytanie: "Skąd ty synu znasz tego człowieka? Co ty
        wiesz?". Więc zacząłem od początku opowiadać dzieje księdza z
        Komańczy i o spotkaniu w Łopience z księdzem Mosuriakiem i o
        spotkaniu w Przemyślu. Przekazałem prośbę o spotkanie.

        Z księdzem Mosuriakiem spotkałem się jeszcze dwa razy w Przemyślu. W
        1975 roku na Franciszka, na imieninach prałata, jak zwykle atmosfera
        była serdeczna, wtedy ostatni raz widziałem księdza Mosuriaka. Na
        święta Bożego Narodzenia tegoż roku otrzymałem kartkę z życzeniami z
        Kanady i nasz kontakt się urwał.

        Tego roku mój przyjaciel, mieszkający również w Bieszczadach,
        przywiózł z Kanady książkę pt. "Byłem kapelanem UPA". Są w niej
        spisane dzieje tego tajemniczego księdza.

        www.bieszczady.info.pl/numer-58-moje-spotkanie-z-lopienka.html
        • piotrzr Re: Moje spotkanie z Łopienką - cz. III 13.03.10, 11:21
          Tawny !! Dalej, dalej proszę. Nie bardzo chce mi się grzebać po internecie a
          ostatnimi czasy u siebie wolę wrzucać coś swojego.
          A te cytowane (i wygrzebane) teksty poczytałem z wielkim zainteresowaniem.
          Dzięki
          • tawnyroberts Byłem kapelanem UPA 15.03.10, 13:27
            Proszę bardzo! Oto ciąg dalszy opowieści o księdzu Teodorze
            Mosuriaku, opracowany na postawie jego wspomnień,
            zatytułowanych "Byłem kapelanem UPA". Seria artykułów, podobnie
            jak "Moje spotkanie z Łopienką", ukazała się w "Echach Bieszczadów".
            Owocnej lektury!


            W Echu Bieszczadów (nr 58) w lutym 2005 r. ukazał się mój
            artykuł "Moje spotkanie z Łopienką", w którym częściowo opisałem
            osobę poznaną w świątyni w Łopience w 1963 roku. Na zakończenie tego
            artykułu podałem, że jestem w posiadaniu książki pt. "Byłem
            kapelanem UPA".

            Od tego momentu minął już rok. Otrzymałem kilka telefonów od osób,
            które były zainteresowane tematem i pytały dlaczego nie drukuję
            wspomnień tego kapelana? Odwiedziło mnie również trzech panów,
            którzy chcieli dowiedzieć się czegoś więcej. Tymczasem trwało to tak
            długo dlatego, że książkę napisaną przez tego kapelana trzeba było
            dokładnie przetłumaczyć, w miarę możliwości sprawdzić nazwiska osób
            przez niego uratowanych. Podanych było 40 nazwisk, rodzin obu
            narodowości, które ten ksiądz uratował od męczeńskiej śmierci.
            Zaznaczam, że w każdej rodzinie było 8 i więcej osób. Trzeba było
            sprawdzić, poszukać świadków, którzy tę gehennę przeżyli. W
            Kamiannej żyje jeszcze 6 osób w podeszłym wieku, w gorlickim 4
            osoby, w Zawadce Rymanowskiej 2 osoby, w Iłży i Suchedniowie 3
            osoby. Ludzie ci z płaczem wspominali tamte przeklęte czasy i
            błogosławiły swego wybawcę. Łącznie na terenie Polski żyje jeszcze
            60 osób z różnych rodzin uratowanych przez tego kapelana.

            Teraz należałoby opisać życiorys tego księdza. Zaczyna on swoje
            wspomnienia od szóstego roku życia. W tym czasie zmarła jego niania
            z Tyskowej, wiekowa już niewiasta. Pytał nieraz swego opiekuna,
            gdzie jest jego matka, a tamten brał go za rękę, prowadził do
            świątyni przed ołtarz i pokazywał mu Mateńkę Łopieńską i
            mówił: "Syneczku, to jest twoja matka, widzisz, ona ma też
            malutkiego chłopczyka i tuli go do siebie".

            W lipcu przybyła do ich chatki młoda, bardzo piękna, czarnowłosa
            kobieta. Długo rozmawiała z jego opiekunem, który mu powiedział po
            zakończeniu rozmowy, że to będzie teraz jego niania. W jego
            obecności ta kobieta dziwnie się zachowywała, tuliła go, całowała.
            Zauważył, że klęczała przy jego posłaniu, gdy zasypiał. Po jej
            pięknej twarzy płynęły łzy. Opowiadał o tym swemu opiekunowi, a ten
            przytulając go, głaskał swoją siwą brodę i z tajemniczym uśmiechem
            mówił mu: "Syneczku to jest kobieta, któż ją zrozumie dlaczego
            płacze?".

            Była to dziwna osoba - znała się na hodowli kwiatów, kochała
            zwierzęta, z dystansem odnosiła się jednak do ludzi. Uczyła go
            czytać i pisać. Podczas nabożeństwa w świątyni, bardzo ładnie
            śpiewała.

            Idylla trwała półtora roku. Lato w 1920 roku było bardzo burzliwe i
            upalne. Późnym popołudniem, a było to pod koniec lipca, przyszedł
            jego zapłakany opiekun i tuląc go powiedział: "Syneczku drogi, co z
            tobą się stanie, twoja niania nie żyje."

            Akurat zajechał wóz zaprzężony w woły, na sianie leżała jego nieżywa
            niania. Jak się później okazało, wczesnym rankiem pobiegła pomóc
            jednemu z gospodarzy składać siano. Nie zauważyła, że w sianie,
            które niosła w rękach była żmija i ta ukąsiła ją w szyję. Na ratunek
            było za późno. W trzecim dniu została pochowana na pobliskim
            cmentarzu. Pozostała im tylko rozpacz. Jego staruszek-opiekun tulił
            go do siebie i z rozpaczą w głosie mówił: "Syneczku drogi, jestem
            już stary, kto się tobą zaopiekuje?"

            W 1917 roku biskupem obrządku greckokatolickiego w Przemyślu został
            Josafat Kocyłowski, serdeczny przyjaciel jego opiekuna. Podczas
            sierpniowych uroczystości w 1920 roku przyjechał do Łopienki. Na
            drugi dzień po południu zostali zaproszeni na plebanię. Po bardzo
            serdecznym przywitaniu biskup uważnie wysłuchał prośby staruszka-
            diaka, który prosił o opiekę nad jego wychowankiem-sierotą. Biskup
            obiecał, że go zabierze i umieści w klasztorze Bazylianów, co on
            przyjął z radością.

            Rozpoczął się rok szkolny, pilnie się uczył, ukończył szkołę
            podstawową i rozpoczął naukę w seminarium duchownym. Marzeniem jego
            było zostać duchownym i służyć "Mateńce z Łopienki". Jego nowy
            opiekun zachęcał go do nauki mówiąc, że jest on przeznaczony do
            bardzo zaszczytnej roli w kościele. Ukończył Gregorianum Rzymskie,
            gdy dotarła do niego wiadomość, że zmarł jego opiekun w Łopience.
            Obaj z biskupem uczestniczyli w ceremonii pogrzebowej. Jego opiekun
            został pochowany obok owej tajemniczej niani. On podczas ferii
            letnich prosił swego przełożonego, by mógł wakacje spędzać w
            Łopience, w pobliżu ukochanej Mateńki Łopieńskiej i odwiedzać mogiły
            bliskich mu osób.

            Otrzymawszy święcenia kapłańskie, pozostał w otoczeniu księdza
            biskupa. Znając język niemiecki i rosyjski oraz łacinę i grekę był
            bardzo przydatny.

            Tymczasem nad Rzeczypospolitą zbierały się czarne chmury. Zawisła
            groźba wojny z Niemcami. Aż nadszedł rok 1939. Był zdziwiony, gdy
            jego przełożony mówił do swego otoczenia, że nadchodzą nowe czasy. I
            tak do Przemyśla wkroczyły oddziały niemieckie. Patrzył ze zgrozą na
            ich potężne stalowe maszyny, które ze zgrzytem gąsienic przewalały
            się przez miasto w drodze na wschód. Obserwował niemiecką piechotę,
            pięknie umundurowaną, doskonale uzbrojoną w nowoczesną broń.
            Maszerowali waląc okutymi buciorami, nad ich głowami niosła się
            buńczuczna pieśń: "Hojtes Polen Morgen Gandze West" ("Dziś Polska,
            jutro cały świat"). Dziwił się wielu mieszkańcom miasta jak i
            swojemu przełożonemu, że witali z radością okrutnego okupanta.
            W kurii biskupiej kwaterowali wyżsi oficerowie. 12 września w nocy
            miał sen, że przyzywa go do siebie jego nieżyjąca opiekunka, jak i
            Mateńka ze świątyni. Opowiedział rano sen przełożonemu, który go
            skarcił, że jako duchowny nie powinien wierzyć w sny. Ale na jego
            usilną prośbę zezwolił mu na wyjazd do Łopienki. Przygotowanie do
            drogi zajęło mu dwa dni, musiał załatwić w sztabie niemieckim
            przepustkę na drogę. U Niemców widać było ruch, jakby przygotowanie
            do drogi. 14 września opuścił Przemyśl, a po dwóch dniach dotarł do
            Łopienki. Znając język niemiecki podsłuchał w czasie podróży rozmowę
            oficerów niemieckich, że będą musieli się z zajętego terenu wycofać
            za San, ich miejsce zajmie Armia Czerwona. Będąc w Łopience,
            dowiedział się od znajomego uciekiniera, że biskupa Kocyłowskiego
            aresztowało NKWD wraz z jego otoczeniem i słuch o nich zaginął. On
            sam był pilnie poszukiwany. W tym miejscu czuł się w miarę
            bezpiecznie. Granica przebiegała na Sanie. Wtajemniczeni ostrzegali
            go, by miał się na baczności, gdyż NKWD miało długie ręce.
            Szczęśliwie doczekał 1941 roku, kiedy to Niemcy uderzyli na ZSRR.
            Okupant zaczął wprowadzać swoje porządki - za byle przewinienie
            czekał obóz w Oświęcimiu lub kara śmierci, nakładał nieludzkie
            ciężary na ludność rolniczą w postaci kontyngentów, ponadto
            obowiązywała darmowa praca, tzw. szarwark. Najgorsze miało dopiero
            nastąpić.

            www.bieszczady.info.pl/numer-73-bylem-kapelanem-upa.html
            • tawnyroberts Byłem kapelanem UPA - cz. II 15.03.10, 13:46
              Okupant wprowadzał swoje porządki, stosował metodę: dziel i rządź.
              Ludność z kenkartą "U" otrzymała większe przywileje, natomiast
              ludność z kenkartą "P" była gorzej traktowana. Najgorzej ludność
              żydowska, ta otrzymała jako znak rozpoznawczy gwiazdę Dawida.

              Pod koniec 1940 roku profesor Teodor Oberlanden, dostojnik SS,
              zaczął tworzyć batalion "Nachtigal" (słowik), do którego werbowano
              młodych mężczyzn, którzy musieli spełniać następujące wymogi: być
              wysocy, przystojni, utalentowani muzycznie i koniecznie blondyni.
              Amatorów wśród młodzieży było bardzo dużo. 22 czerwca 1941 roku
              Niemcy zaczęli wprowadzać w czyn plan Barbarossa, który dotyczył
              inwazji na ZSRR.

              Na ziemiach już okupowanych rozpoczęli eksterminację Żydów. Byli oni
              pędzeni do obozu przejściowego w Zasławiu i traktowani z największą
              pogardą. Żyda można było zabić, ale nie wolno było przywłaszczyć
              sobie jego majątku, ani go ukrywać.

              W Żubraczem granatowy policjant, będący na służbie niemieckiej,
              Władysław Myćka, zastrzelił czworo Żydów, a na pytanie
              Niemca: "Dlaczego to zrobił?", odpowiedział, że go drażnił ich
              smród. Otrzymał za to awans i pochwałę.

              Okupant jątrzył między Ukraińcami, a Polakami. Dwa bratnie narody,
              wierzące w jednego Boga, zaczęły się nienawidzić, z tym, że jeden
              miał poparcie okupanta. Od momentu inwazji na wschód, Niemcy
              odnosili same sukcesy, a Armia Czerwona ogromne straty.

              W Lesku na rynku i w Baligrodzie były zamontowane głośniki,
              tzw. "szczekaczki", z których co parę godzin były podawane
              komunikaty o sukcesach zwycięskiej armii. Cały czas płynęła
              buńczuczna melodia. To nieprzerwane pasmo zwycięstw trwało do 1942
              roku.

              Pielgrzymki do sanktuarium w Łopience były poważnie ograniczone. W
              1942 r. w sierpniu przybyła do Cisnej ze strony słowackiej kawalkada
              opancerzonych pojazdów. Przybył nowy namiestnik mianowany przez
              Hitlera oraz cieszący się ogromnym poparciem Himmlera -
              Obergruppenfurer SS Reinhard Klubke z Suldetenlandu. Dostojnik
              przybył ze swoją świtą do Łopienki i kazał się zawieźć na górę
              Łopiennik. W otoczeniu świty patrzył okiem gospodarza na otaczającą
              go panoramę. Planował budowę na Łopienniku swojej rezydencji. Na
              drugi dzień udali się przez Tyskową do Baligrodu, tam się odbyło
              spotkanie z miejscowymi notablami oraz z duchowieństwem
              greckokatolickim. Na wydanym przyjęciu mocno zakrapianym alkoholem
              ów dostojnik opowiadał o planach zagospodarowania tego terenu.
              Mówił, że na jego prośbę, Hitler za jego zasługi w kampanii
              belgijskiej, jemu oraz jego synom i dwóm córkom, przydzielił 10
              tysięcy kilometrów kwadratowych Bieszczadów.

              Pod wpływem wypitego alkoholu odpowiadał na zadawane mu pytania.
              Twierdził, że wojna zakończy się do świąt Bożego Narodzenia. Niemcy
              przez 20 lat będą odpoczywać, na nich będą pracować niewolnicy.
              Polakom wystarczy, gdy część z nich będzie umiała policzyć do 500.
              Młodzi, zdrowi będą przeznaczeni do pracy, nieprzydatni -
              unicestwieni. Na pytanie parocha z Osławicy: "Jak będzie traktowany
              naród ukraiński?", odpowiedział, że będą pełnić funkcję "czabanów".
              Na szczęście zostało to skwitowane gromkim śmiechem przez jego świtę
              i tłumacz nie przetłumaczył tego. Był szczery aż do bólu.

              Niestety, koniec roku 1942 przyniósł armii niemieckiej coraz większe
              straty. Natarcie na Moskwę zostało zatrzymane pod Stalingradem,
              Armia Czerwona zamknęła pierścień okrążenia, w który znalazło się
              400 tysięcy żołnierzy. Potęga militarna Niemiec zaczęła drżeć.
              Rosjanie przejęli inicjatywę. Z głośników płynęły informacje, że
              armia niemiecka wycofuje się na z góry upatrzone pozycje.

              W Bieszczadach ludność nic nie wiedziała, nie było radia. Wiadomości
              przekazywane z ust do ust nie zawsze odzwierciedlały prawdziwy
              rozwój wydarzeń. Żadnych komunikatów nie było. Niemcy rozpoczęli
              umacnianie Przełęczy Dukielskiej, tzw. Festung Karpaten.

              W Bieszczadach pojawił się partyzancki oddział polsko-radziecki, w
              skład którego wchodził oddział braci Pawłusiewiczów. Całością
              dowodził Mikołaj Kunicki ("Mucha"). Zadaniem tego oddziału było
              szerzenie dywersji na tyłach armii niemieckiej.

              W roku 1943 zaczęła swoją działalność Ukraińska Powstańcza Armia.
              Oddziały tej organizacji siały niepokój wśród ludności cywilnej.
              Jednak według objawienia św. Jana, ze wschodu mieli nadejść Czterej
              Jeźdźcy Apokalipsy.

              www.bieszczady.info.pl/numer-75-ksiadz-teodor-mosuriak-bylem-kapelanem-upa.html
            • tawnyroberts Byłem kapelanem UPA - cz. III 15.03.10, 14:03
              Rok 1943 obfitował w bardzo ważne dla całego świata wydarzenie.
              Potęga niemiecka została złamana na wschodzie. Ich buta i
              krwiożerczość niedługo zostanie ukarana. W starożytności królowa
              Michalda z Saby przepowiedziała ten koniec. Powiedziane było, że
              czarny orzeł rozłoży swe mocarne skrzydła, w ich cieniu znajdzie się
              smagana zimnymi wiatrami niegościnna kraina, jak również spalona
              słońcem pustynia. Swoje drapieżne szpony i złowrogi dziób będzie
              miał unurzane w krwi niewinnych ludzi. Swój drapieżny wzrok skieruje
              do krainy wschodzącego słońca. Rozpocznie grabieżczy napad, nie
              przewidując, że tam mu zostanie złamane skrzydło. Lud tej krainy za
              doznane krzywdy zacznie go niszczyć ogniem i mieczem. I tak spełniły
              się prorocze słowa wypowiedziane kilkanaście wieków temu. Niemcy,
              uciekając w popłochu z kraju, który niedawno zagarnęli, zostawiali
              za sobą spaloną ziemię. Z drugiej strony Rosjanie nie dawali im
              żołdu ani hołdu. I tak najeźdźcy znaleźli się na polskich ziemiach,
              stosując politykę wojny wyniszczającej. I jedni i drudzy nie
              cierpieli Polaków. Stalin za upokorzenia, jakie poniosła w
              konflikcie wojny z 1920 roku Armia Czerwona, Niemcy z wrodzonej
              pogardy. Stalin nienawidził ludu Ukrainy Zachodniej za
              sprzeniewierzenie się z atamanem Petlurą oraz odrzucenie propozycji
              oferowanej przez bolszewików. On i Beria - szef NKWD, opracowali
              iście diabelski plan, polegający na sianiu fermentu między dwoma
              narodami. Za ich cichą zgodą granice Rzeczpospolitej przekroczyły
              sotnie UPA, po cichu wspierane przez NKWD.

              W Bieszczadach oddział partyzancki dowodzony przez Mikołaja
              Kunickiego toczył ciężkie walki z Niemcami, jak i z formacjami
              zbrojnymi UPA. I tak w rejonie Łopiennika otoczyli Niemcy oddział
              Kunickiego, byli doskonale poinformowani przez sprzyjających im
              nacjonalistów ukraińskich. Kunickiemu udało się wymknąć w masyw
              Chryszczatej. Natomiast krwawej zemsty dokonali Niemcy na ludności,
              która sprzyjała partyzantom. Wystarczył tylko cień podejrzenia, że
              sprzyjają „bandytom” z lasu.

              W połowie 1944 roku Niemcy dość szybko opuścili Bieszczady
              zatrzymując się w rejonie przełęczy dukielskiej, gdzie stawiali
              zacięty opór. Ksiądz Mosuriak wspomina, że udał się do Przemyśla.
              Chciał dowiedzieć się o los biskupa Kocyłowskiego. W Przemyślu
              działało wszechwładne NKWD, on zatrzymał się u znajomego w Hurku i
              chciał rozpoznać sytuację. Trafił się sługus NKWD, który doniósł na
              niego, ale uprzedzony przez życzliwych ludzi zdążył się uratować.
              Okrężnymi drogami dostał się w Bieszczady. Nie było bezpiecznie dla
              niego ani w Lesku, ani w okolicach, wszędzie działało NKWD. W
              rejonach zamieszkałych przez ludność ukraińską działała siatka
              wywiadowcza pracująca dla UPA.

              W sierpniu 1944 roku przybył specjalny posłaniec od Jarosława
              Starucha, który miał dla niego, jako znanego duchownego, ważną
              propozycję. Do spotkania doszło w Starym Siole. Spotkał się z drugim
              zastępcą Stefana Bandery. Ten bardzo miły w obyciu dowódca UPA
              zaproponował mu stanowisko naczelnego kapelana na Zakierzoński Kraj.
              Nie mając innego wyjścia zgodził się. Prosił tylko, by jego kwatera
              jako kapelana znajdowała się w Łopience.

              Pod koniec 1944 roku Armia Czerwona wypędziła Niemców. W
              Bieszczadach panowało bezkrólewie, wszędzie widać było działanie
              nowej władzy, którą sprawowała UPA. On mógł w miarę bezpiecznie, w
              towarzystwie kilku osób, przemieszczać się konno, po podległym mu
              terenie. Odwiedzał w Stefkowej ówczesnego parocha parafii grecko-
              katolickiej Antoniego Wołyniaka, któremu nieodłącznie towarzyszył
              jego syn Włodzimierz, wysokiej rangi oficer SP. Sam paroch Wołyniak
              stanowił ciekawą zagadkę. Pochodził z polskiej, szlacheckiej rodziny
              z Kresów Wschodnich. Wstąpił za namową matki do seminarium
              duchownego, a że liturgia obrządku łacińskiego zabrania zawierania
              małżeństw duchownym, zmienił wyznanie na wiarę grecko-katolicką, za
              co został przeklęty przez swoja matkę. Tym się nie przejął. Poprosił
              swoich nowych przełożonych o przeniesienie jak najdalej od swych
              rodzinnych stron. Otrzymał parafię w Stefkowej. Ksiądz wspomina, że
              nocując kilkakrotnie u niego i prowadząc z nim i jego synem
              rozmowy, zauważył, iż byli to zaciekli nacjonaliści. Odbywały się u
              nich spotkania i narady referentów SB, bywał tam też mieszkaniec
              Stefkowej, Roman Hrobelski „Brodycz”, późniejszy dowódca kurenia.
              Spotkał tam również wysokiej rangi oficera SB o
              pseudonimie "H.U.R.I.M." - był to człowiek o wyjątkowo miłej
              osobowości. Zapadały tam wyroki śmierci na nieposłusznych. Ksiądz
              wymienia nazwiska osób, na których wykonano te wyroki. Wspomina też,
              że przez osobę zaufaną ostrzegł o niebezpieczeństwie mieszkańca
              Leszczowatego Wiktora Ździebkę. Na tego człowieka napływały skargi
              od sąsiadów, że szydzi z nich i pogardza nimi. Pracując na kopalni
              ropy w Kiczerach uważał się za bardzo ważnego. Pomimo otrzymanego
              ostrzeżenia nadal zachowywał się arogancko. I tak pod koniec lipca
              1944 roku specjalna grupa SB otrzymała polecenie wykonania na nim
              wyroku śmierci. Jemu udało się uciec, a cała rodzina, pięcioro
              dzieci i żona zapłacili najwyższą cenę. Zginął również sąsiad Teodor
              Pisulak, który stanął w ich obronie. Ksiądz wspomina, że takich
              wyroków wykonano bardzo dużo.

              A teraz nawiązanie do zakończenia poprzedniego artykułu,
              wspomnianych Czterech Jeźdźców Apokalipsy, którzy mieli przybyć ze
              wschodu. Spełniły się prorocze słowa Objawienia Św. Jana. I tak
              jeźdźcy ci przynieśli ze sobą mord, grabież, pożary i prowokację.
              Chodziło tu o tzw. „przebierańców”. Byli to agenci NKWD, których
              całe oddziały stacjonowały za słowacką granicą oraz w rejonie Turki.
              Zadaniem ich było szerzenie prowokacji i sianie niepokoju wśród
              ludności. Znali język ukraiński i polski. Przebierali się w mundury
              UPA, napadali na spokojnych mieszkańców, rabowali, mordowali,
              palili, robiąc wrażenie, że to oddziały UPA. Podobny proceder
              stosowali w wioskach zamieszkałych przez Polaków. Działanie tych
              grup „przebierańców” polegało na sianiu fermentu i wzmaganiu
              nienawiści. Mieszkańcy wiosek zamieszkałych przez ludność ukraińską
              splądrowani przez „przebierańców” tracili zaufanie do swoich
              oddziałów. Dowództwo UPA jak i AK zastanawiało się, kto jest sprawcą
              tego zamieszania. Ksiądz wspomina też, że w 1945 roku powstało AK
              oraz WIN, a stosunki między nimi a UPA były poprawne.

              www.bieszczady.info.pl/numer-76-bylem-kapelanem-upa.html
            • tawnyroberts Byłem kapelanem UPA - cz. IV 15.03.10, 14:19
              Wraz z tłumaczeniem wspomnień księdza Teodora Mosuriaka wzrosło
              zainteresowanie tematem i pojawiło się zniecierpliwienie, czy
              książka będzie wiernie tłumaczona, czy tylko wybiórczo. Otrzymałem
              kilka telefonów z zapytaniem o dalszy opis dziejów księdza. W
              ostatnim numerze „Echa” o to zapytuje też pan Roman Leszczyński.
              Odpowiadam: książka liczy 485 stron, 40 pierwszych stron napisał
              ochroniarz księdza Jurko Andronik „Juras”. Człowiek ten do
              dziewiętnastego roku życia był niepiśmienny. W jego wspomnieniach
              jest dużo określeń trudnych do zrozumienia. Ojciec przyjaciela,
              tłumacząc książkę, omija niezrozumiałe dla niego zwroty.

              Ksiądz po opuszczeniu Polski w listopadzie 1975 roku zamieszkał w
              Kandzie u swego ochroniarza. Odrzucił jego propozycję spisywania
              swoich przykrych wspomnień. Po rocznym pobycie opuścił Kanadę i
              zamieszkał w klasztorze na wyspie Rodos. Dręczyły go wyrzuty
              sumienia z niezbyt odległej przeszłości. Na początku roku 1980, po
              wizycie u papieża Polaka, powrócił do Kanady i zaczął dokładnie
              spisywać dzieje swego życia. Tymczasem jego były ochroniarz i
              zarazem przyjaciel sam, jak tylko potrafił, zaczął spisywać przebieg
              dziejów ich burzliwego życia w tych strasznych czasach. Opisuje
              zapamiętane wspomnienia swego wybawiciela i opiekuna, księdza
              Mosuriaka. Ksiądz opowiadał mu jak został mianowany kapelanem UPA.
              Dowódca UPA zaproponował mu czterech ochroniarzy jako osobistą
              ochronę oraz pistolet służący do obrony koniecznej. Ksiądz odrzucił
              propozycję ochrony, nie chciał przyjąć pistoletu. Twierdził, że
              duchownemu nie przystoi noszenie tak okrutnego narzędzia. Po
              natarczywej prośbie Jarosława Starucha przyjął pistolet i zgodził
              się na przeszkolenie w posługiwaniu się nim. Jak się okazało była to
              bardzo mądra decyzja. Ochroniarz wspomina, że ksiądz w miarę
              bezpiecznie poruszał się po terenie działań UPA. Udzielał ślubów
              żołnierzom, chrzcił ich dzieci oraz odprowadzał ich w ostatnią
              drogę. Wszędzie był witany z radością, ponieważ wielu ludzi
              pamiętało jego okres pobytu w Łopience. Koniec października 1944 r.
              był bardzo ciepły.

              Ksiądz powracał ze Stężnicy, gdzie odwiedził ciężko rannego członka
              UPA. Droga prowadziła przez Radziejową w pobliżu malutkiego
              przysiółka zamieszkałego przez kilka rodzin. Podjeżdżając do
              ostatniego gospodarstwa usłyszał krzyki katowanego człowieka.
              Przybliżywszy się, ujrzał mężczyznę, który znęcał się nad leżącym
              młodym chłopakiem, całym zakrwawionym. Zwrócił mu ostro uwagę, aby
              zaprzestał. Odpowiedzią była wiązanka ordynarnych wyzwisk pod jego
              adresem. Osobnik ów nie zważając na to, że ma przed sobą osobę
              duchownego rzucił w niego widłami. Ksiądz, próbując odbić widły,
              został ranny w rękę, a jego koń lekko w szyję. Następnie napastnik
              złapał kawałek drewna i chciał zaatakować ponownie. Ksiądz
              odskoczył, wyszarpnął pistolet i oddał dwa strzały w jego kierunku
              trafiając go w rękę i nogę. Na odgłos strzałów i krzyków nadbiegło
              sześciu „esbistów” UPA, którzy przechodzili w pobliżu. Po złożeniu
              relacji przez kapelana ujęli napastnika, zabili, łamiąc ręce i nogi,
              i zakopali w pryzmie gnoju. Zmasakrowanego chłopaka wsadzili na
              konia i odprowadzili wraz z księdzem do Łopienki. Kuracją chłopaka
              zajął się Słowak Jiżi Hlowaty, który był zatrudniony u proboszcza
              Habaka z Łopienki, gdzie zajmował się jego stadniną koni. Rany
              księdza okazały się niegroźne, natomiast pobitego chłopaka były
              poważne, ale młody organizm szybko sobie poradził. Ochroniarz
              wspomina o okolicznościach w jakich znalazł się Hlowaty w Łopience.
              Został on zmobilizowany do armii austriackiej jako kawalerzysta. Na
              przełomie lat 1915-16 wojsko austriackie zaczęło przejmować
              inicjatywę. Oddział, w którym służył Hlowaty zaatakował masyw
              Durnej, bronionej przez Rosjan. Pomimo dużych strat Rosjanie zostali
              wypędzeni. W czasie szalejącej śnieżycy sanitariusze zabierali
              rannych, którzy wzywali pomocy, zostawiając zabitych. O zmierzchu na
              pobojowisko wybrała się grupa wyrostków. Zabici żołnierze mieli
              porządne buty, ciepłe mundury, pozostawioną w plecakach żywność,
              której brakowało. Podczas penetracji okolicy zauważono, że jeden z
              leżących żołnierzy daje oznaki życia. Zaciągnęli go więc po śniegu
              do chaty staruszka-diaka, który zajął się troskliwie rannym. Okazało
              się, że miał przestrzelone obydwie nogi. Po wyzdrowieniu nie nadawał
              się do dalszej służby w armii cesarskiej. Jako były kawalerzysta
              znalazł pracę u proboszcza.

              Po incydencie w Radziejowej ksiądz Mosuriak poprosił o ochronę.
              Dowództwo UPA przydzieliło mu dwóch ochroniarzy, których nie znał
              oraz na osobistą prośbę przydzielono mu także Hlowatego, z którym
              był zaprzyjaźniony i chłopaka ocalonego w Radziejowej. Ci, po
              złożeniu przysięgi, zostali jego ochroniarzami.

              Kończył się rok 1944. Wszędzie było widać pełnię władzy UPA. Ksiądz
              Habak, proboszcz z Łopienki, miał w SB UPA bliskiego krewniaka,
              który nieraz zdradzał informacje o planowanych egzekucjach. Ksiądz
              Mosuriak dowiedział się o wyroku śmierci na księdza z Komańczy. Był
              zaskoczony okrucieństwem oprawców, nie mógł się pogodzić z faktem,
              że ofiarą jest duchowny. Niezastąpionym posłańcem ostrzegającym
              skazane osoby był Jurko Andronik. Ksiądz postanowił ostrzec
              duchownego. Z Komańczy do świątyni w Łopience przychodziły dwie
              starsze kobiety. Znał je dobrze i zapytał, czy nie podjęłyby się
              próby uratowania duchownego. Poradził im jak to należy wykonać, by
              zadanie się powiodło. On sam ze swymi wiernymi ochroniarzami udał
              się do Brzozowca, gdyż tam kwaterowała czota z sotni Stacha. Chcąc
              uniknąć poważnych dla uciekającego konsekwencji, postanowił go
              jakby „pilotować”. Ksiądz znał wiele przypadków morderstw
              dokonywanych przez grupę SB. W wielu sytuacjach ostrzegał ludzi
              narażonych na niebezpieczeństwo ze strony SB UPA.

              www.bieszczady.info.pl/numer-77.html
              • tawnyroberts Wątpliwości w sprawie Teodora Mosuriaka 18.03.10, 07:47
                Dziwna sprawa z tą książką i tym kapelanem. Zapytałem ostatnio
                znajomego o Teodora Mosuriaka i jego wspomnienia. Okazało się, że
                gość nic na ten temat nie słyszał, a w jeśli chodzi o historię
                Ukraińskiej Powstańczej Armii jest chodzącą encyklopedią. Mało
                prawdopodobne, żeby jakakolwiek książka na temat UPA umknęła jego
                uwadze - wielkość jego biblioteki świadczy o tym dobitnie. Jest
                niemal pewne, że nie było w Bieszczadach kapelana UPA o nazwisku
                Mosuriak, którym na dodatek tak bardzo interesowała
                się "wierchuszka" OUN. Wątpliwości może budzić także fakt, że
                księdzu udało się ostrzec tyle osób przed Służbą Bezpieczeństwa OUN
                i uniknąć przy tym wpadki. Przecież w SB nie służyli idioci i ktoś w
                końcu powinien się domyślić podwójnej roli księdza. Ciekawe też jak
                Mosuriakowi udało się przetrwać akcję "Wisła" i późniejsze
                prześladowania ludności ukraińskiej? Z tekstu wynika, że o fakcie
                jego przynależności do UPA wiedziało trochę osób, a przecież w
                tamtym czasie wystarczył ledwie cień podejrzenia w tym temacie, żeby
                trafić za kratki. Macki UB były wszędzie... Moim zdaniem sprawa jest
                dość kontrowersyjna i wymaga dalszych badań.
        • karolinekpa Oprawa muzyczba ślubu Łopienka 01.04.12, 22:09
          Witam, poszukuję osób, lub osoby z regionu do oprawy skromnej Mszy ślubu w Łopience.
          Będę wdzięczna za każdą odpowiedź!!!!!!!!!!
    • tawnyroberts Łopienka przełomu lat 70-tych i 80-tych 18.05.10, 11:35
      Z serwisu "Twoje Bieszczady" wyszperałem jeszcze jedną opowieść o
      Łopience. Tym razem z przełomu lat siedemdziesiątych i
      osiemdziesiątych XX w., z ruiną cerkwi w tle. Punktem wyjścia do
      opowiadania jest nieudana, studencka wycieczka z Dołżycy do
      Baligrodu, z omyłkowym zejściem do Łopienki. Jednak nie ma tego
      złego, co by na dobre nie wyszło. To przypadkowe spotkanie z
      Łopienką dało początek wielkiej miłości autora tekstu do tego
      miejsca, która trwa po dzień dzisiejszy.


      "Łopienka przełomu lat 70-tych i 80-tych"

      *Zagubieni w górach*

      Ruiny cerkwi przyciągające pogubionych turystów. Dzikie i puste
      Bieszczady lat siedemdziesiątych. Czy to przypadek, że turyści gubią
      się, trafiając wielokrotnie do ruin, w miejsce, z którym związują
      się na kolejne 30 lat, które zostanie odbudowane? Czy stare mury
      mają moc skupiania ludzi mogących im pomóc?

      *Wędrówka w dolinę*

      W roku 1979 rozpocząłem studia w Lublinie i nieomal od razu,
      jesienią, w składzie Studenckiego Kręgu Instruktorskiego AR
      Lublin "Turkuć Chodaczek" powędrowałem na Rajd Studenckich Kręgów
      Instruktorskich ZHP. Rajdy te były organizowane co roku przez inne
      studenckie środowisko instruktorskie. Jesienią 1979 roku w
      Bieszczadach przez rzeszowskie. Przypadkiem trafiliśmy do doliny
      Łopienki noszącej wtedy nazwę Owczary (w latach siedemdziesiątych
      przemianowano nieskutecznie wiele miejscowości).

      Przypadkowość znalezienia się w dolinie Łopienki polegała na pomyłce
      młodziutkiego przewodnika z Rzeszowa. Zamiast przejść z Dołżycy
      grzbietami na Baligród poprowadził nas w dolinę i tak trafiliśmy do
      cerkwi. Ponieważ próbując przebić się na Baligród prowadził nas w
      kółko trafiliśmy ponownie pod cerkiew. Błąd przewodnika i później
      jego "klasyczne" kółko - pierwsza z przygód w Łopience, miały
      kontynuację. Przejęliśmy z kolegą, komendantem kręgu Mirkiem Hałasą,
      prowadzenie. Ze względu na wyczerpanie dziewcząt zarządziliśmy
      odpoczynek przy murach cerkwi i przyrządzenie posiłku. Natomiast
      komendant kręgu wyszedł spod cerkwi od razu sam, by szybkim marszem
      dotrzeć na czas do oczekujących w Baligrodzie. Miał ich uspokoić i
      poinformować, że się spóźnimy. Ja poprowadziłem grupę później,
      posługując się mapą i busolą. Szliśmy na wprost, nie korzystając ze
      ścieżek i dróg, które bez przerwy skręcały w niepasujących nam
      kierunkach. Wędrowaliśmy powolutku ze względu na zmęczenie
      dziewcząt, a później z powodu mroku. Późno w nocy wyszliśmy wprost
      na ognisko zlotu w Baligrodzie. Nie było tam komendanta kręgu. Ten
      szedł bez busoli, na wyczucie. W efekcie znalazł się na jakiejś
      drodze, dojechał okazją do Wołkowyi i tam nocował w stogu siana.
      Zziębnięty wstał o świcie i okazjami dotarł do nas przed południem.
      Właśnie rozpoczęliśmy poszukiwania. W życiu nie przeżyłem takiej
      amatorszczyzny. Opowieści o "kółku w Łopience i szybkim marszu
      komendanta" przeszły do anegdoty.

      *Cerkiew*

      Gdy odpoczywaliśmy jedząc w pobliżu cerkwi, znaleźliśmy czas na jej
      dokładne obejrzenie. W środku zachowały się ślady tynku, a nawet
      jakiejś malatury. Podłoga była czysta, tworzyły ją skośnie ułożone
      kwadraty - nie pamiętam już czy kamienne czy z innego materiału.
      Miejsce było tak urokliwe, że na początku lat osiemdziesiątych,
      chcąc pokazać kolegom z Kielc zaczarowany świat uśpionych
      bieszczadzkich wsi, poprowadziłem ich do doliny. Największą atrakcją
      miały być ruiny cerkwi, jednak to co zobaczyłem wywołało szok. W
      środku ruin zalegała warstwa 10 cm, może więcej, odchodów.
      Podhalańscy górale założyli w murach świątyni koszar dla owiec.

      *Baza*

      Wstrząśnięci przenocowaliśmy w pobliżu. Następnego dnia odkryliśmy w
      dolinie bazę turystyczną prowadzoną przez studentów z Warszawy.
      Zorganizowano ją tu po raz pierwszy, wykorzystując fakt ulokowania
      praktyki geodezyjnej (?). Przy ognisku warszawscy koledzy
      zdecydowali o założeniu stałej (tzn. działającej corocznie w sezonie
      turystycznym) bazy namiotowej.

      W bazie turystycznej "Łopienka" bywałem wielokrotnie. Z czasem
      została rozbudowana o wiatę, mostki i inne drobne instalacje. Nie
      uczestniczyłem w odbudowie cerkwi za wyjątkiem dwukrotnego
      przewiezienia części rusztowań, jednak bardzo cieszyłem się, że jest
      grupa osób, pod wodzą Zbyszka Kaszuby, remontująca świątynię.
      Przyjaźń naszej kieleckiej grupy z prowadzącymi bazę ówczesnymi
      studentami z Akademickiego Klubu Turystycznego SGGW trwa do dzisiaj
      i bardzo sobie ją cenię.

      Tomasz Rogaliński

      www.twojebieszczady.pl/rozmaitosci/lopienka80.php
    • tawnyroberts I tylko cerkiew ocalała 25.11.10, 22:40
      Kierując się tytułem wątku, powróciłem w tym roku do Łopienki w pierwszą niedzielę października na odpust. O wrażeniach z tej duchowej uczty opowiem może przy innej okazji, a tymczasem w najnowszym numerze "Skarbów Podkarpackich" ukazał się artykuł Stanisława Kłosa o łopieńskiej świątyni pod wymownym tytułem "I tylko cerkiew pozostała". Po lekturze tekstu można tylko dodać: to prawdziwy cud, że chociaż ta cerkiew ocalała. A więc cieszmy się tą perełką z pogranicza Łemkowszczyzny i Bojkowszczyzny i pamiętajmy o niej przy każdej wizycie w tych przepięknych stronach.


      "I tylko cerkiew pozostała"

      Na północny wschód od Cisnej, w dolinie skrytej za przysłowiowymi górami, za lasami, u podnóży masywu góry Łopiennik (1069 m n.p.m.), leży wymarła wieś Łopienka. Dolinę otaczają zewsząd lesiste góry i tylko wąski przesmyk, którym ku wschodowi przedziera się potok Łopienka, zdążający ku Solince, łączy ją z resztą świata. W bezludnej od lat dolinie stoi murowana cerkiew, przy której przycupnęła równie murowana kapliczka. Latem jej białe ściany i srebro dachu błyszczą pośród bezkresu zieleni niczym drogocenna perła, bo też jest to wyjątkowy klejnot Bieszczadów, który dobrzy ludzie uratowali od zagłady.

      Tyle pozostało po wsi Łopienka, swego czasu sławnej z odpustów, a i dziś nie mniej znanej z racji tejże świątyni. Łopienka wzmiankowana po raz pierwszy w 1552 roku powstała zapewne niewiele lat wcześniej. Założona przez Balów z Hoczwi do początków XVIII stulecia pozostawała w rękach tej rodziny. Jak i inne bieszczadzkie wsie zasiedlona była przez Wołochów i lokowana była na tzw. prawie wołoskim. Wieś była stosunkowo mała, w 1938 roku liczyła 52 domy i 318 mieszkańców, niemal samych Rusinów, jak to określali ówcześni etnografowie, ni to Łemków ni to Bojków. W maju 1946 roku większość ich wysiedlono na radziecką Ukrainę. We wsi pozostało tylko kilka rodzin, które w roku następnym wywieziono na tzw. Ziemie Odzyskane. W dolinie zapanowała pustka i głusza. Długo stały opuszczone chyże, co lepsze rozebrano dla pozyskania budulca, inne rozpadły się ze starości. Trwała tylko cerkiew. Do czasu. W opuszczonej wsi nikt nie zamieszkał, jedynie górale z Podhala wypasali tu owce, ale w końcu i oni się stąd wynieśli.

      Po wymarłej Łopience pozostały tylko ślady po domach, resztki cmentarza, zdziczałe drzewa owocowe i tarasy dawnych pól, przekształcone w na wpół dzikie łąki, po części zarastające lasem, no i oczywiście wspomniana na wstępie cerkiew. Urokliwa dolina z resztkami dawnej wsi została w 1991 r. wpisana do rejestru zabytków.

      Greckokatolicka cerkiew pw. św. Paraskewii, niegdyś parafialna, stoi na wschodnim skraju dawnej wsi. Jest to nieduża budowla murowana z kamienia, orientowana, trójdzielna, z wieżą nad babińcem. Nieopodal niej stoi, także murowana z kamienia, dawna kaplica grobowa. Historia tejże świątyni, jej powstanie, zagłada i przywrócenie do życia, są na tyle interesujące, że warte przytoczenia.

      Pierwsza cerkiew w Łopience powstała na początku XVII wieku i niewątpliwie była to budowla drewniana. Obecna, według tradycji, miała być zbudowana w 1756 lub 1757 roku z fundacji Strzeleckich, ówczesnych właścicieli lub dzierżawców wsi. Co do daty budowy nie ma jednak dostatecznej jasności. Najpewniej w tym czasie powstała kolejna świątynia drewniana, może nawet po części murowana, a może tylko murowana kaplica. Obecną, murowaną, wzniesiono zapewne dopiero w pierwszej połowie XIX wieku, być może z wykorzystaniem fragmentów poprzedniej i wkrótce potem nieco rozbudowano. Inicjatorem jej budowy miał być greckokatolicki ksiądz Andrzej Ławrowski, proboszcz łopieński i dziekan baligrodzki. W 1934 roku przeprowadzono gruntowny remont świątyni, zaś dach nakryto nową blachą. Warto tu wspomnieć, że w cerkwi nie było wówczas ikonostasu, co zresztą potwierdzają i starsze zapisy, a tylko duży ołtarz w prezbiterium z cudowną ikoną Matki Bożej. Po wysiedleniu wsi cerkiew stała opuszczona. W 1954 roku zdarto blachę z dachu i wnet przemieniła się w ruinę. Na początku lat 70. ubiegłego wieku były to już tylko rozpadające się mury. Zanim jednak do tego doszło, część jej wyposażenia zdołał uratować ksiądz Franciszek Stopa, który w opuszczonej i zdewastowanej cerkwi w Polańczyku urządzał kościół. On to poinformowany przez por. Kowalskiego ze strażnicy WOP w Wołkowyji o opuszczonej, lecz jeszcze w pełni wyposażonej cerkwi w Łopieńce, zdołał w marcu 1949 roku zabrać do Polańczyka ołtarz z cudownym obrazem i inne elementy jej wystroju.

      Łopieńska cerkiew znana niegdyś była po obu stronach tej części Karpat. Poczynając od XVIII wieku w Łopience odbywały się wielkie odpusty ściągające tłumy rusińskich górali, także ze słowackiej, dawniej węgierskiej, strony gór. Znana była z cudownej ikony Matki Boskiej Umilenia zwanej Łopieńską. Obraz ten odnotowany w dokumentach w 1756 roku pojawił się w Łopience prawdopodobnie już na przełomie XVII i XVIII wieku. Jak tu trafił, nie wiadomo. Według legendy odnaleziony został w konarach lipy, podobno jednej z tych, które rosną jeszcze w otoczeniu świątyni. Obraz pochodzący z pierwszej połowy XVIII wieku, będący kopią słynnej ikony Matki Bożej Werchrackiej, niegdyś zdobiącej monastyr bazylianów w Monastyrzu koło Werchraty, zrządzeniem losu ocalał. Przewieziony do kościoła w Polańczyku do dziś zdobi tamtejsze sanktuarium. Piękny, uważany za cudowny obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, już współcześnie określony mianem Bojkowskiej Madonny, został koronowany przez Ojca Świętego Jana Pawła II w 1999 roku.

      Z początkiem lat 70. znaleźli się zapaleńcy, którzy podjęli trud ratowania łopieńskiej cerkwi. Inicjatorem jej odbudowy była Społeczna Komisja Opieki nad Zabytkami Sztuki Cerkiewnej, działająca przy Zarządzie Głównym Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Warszawie. W 1972 roku Olgierd Łotoczko, historyk sztuki, własnym sumptem i wysiłkiem, rozpoczął zabezpieczanie murów świątyni. Niestety w 1976 roku zginął on tragicznie podczas wyprawy w afgański Hindukusz i prace na wiele lat zostały przerwane. Na szczęście w 1983 roku w Łopience pojawił się drugi zapaleniec, Zbigniew Kaszuba. Tenże, przy pomocy dobrych ludzi, rozpoczął prace niemal od początku. Prace wokół cerkwi podjęto w 1986 roku, ale właściwa odbudowa ruszyła dopiero w 1990 roku. W trzy lata potem mury nakryto dachem. Imponująco wyglądająca kamienna budowla została niestety z konieczności w 2003 roku otynkowana. Jej mury wzniesione z kamienia na zaprawie z gliny długo by nie postały. Zaprawę tynkarską wykonano według tradycyjnej receptury, z wapna i piasku z dodatkiem białek z jajek. Ciekawe ile ich poszło?
      • tawnyroberts I tylko cerkiew ocalała - cz. II 25.11.10, 22:41
        W latach 1993-1995 podniesiono z gruzów i nakryto dachem XIX-wieczną kaplicę grobową, ale jej wykończenie, głównie wnętrza, zajęło jeszcze następne dwa lata. Niemal równocześnie podjęto prace przy ratowaniu zrujnowanej, starej kapliczki stojącej na pobliskiej przełęczy Hyrcza, przy drodze do Tyskowej. Podstawowe roboty wykonano w latach 1995–1997. W 1999 roku kaplicę otynkowano i wykończono jej wnętrze, zaś w 2000 roku zamocowano wieńczącą dach wieżyczkę. Swój udział w ratowaniu cerkwi mają także studenci, członkowie Akademickiego Klubu Turystycznego przy SGGW w Warszawie. Wyłącznie ich dziełem jest odbudowa obu kapliczek. Warto dodać, że od początku lat 80. klub ten prowadzi w Łopience letnią bazę turystyczną.

        Cerkiew odbudowana społecznym wysiłkiem ponownie zdobi urokliwą dolinę Łopienki. Jej surowe wnętrze pozbawione tradycyjnego wyposażenia, urzeka niezwykłą prostotą, skłania do zadumy i reflekcji. Z dawnego wystroju ostało się tylko skromne kamienne epitafium właścicielki wsi, Antoniny z Nowosieleckich „Wawrowskiej z XIX wieku. Imponują natomiast dwa współczesne dzieła. Niezwykle oryginalna rzeźba „Chrystus Bieszczadzki” wykonana w 1997 roku przez Kamila Batora z Nowego Sącza oraz umieszczona w prezbiterium kopia cudownej ikony Matki Bożej Łopieńskiej autorstwa Jadwigi Denisiuk, znanej malarki ikon z Cisnej.

        Piękna łopieńska cerkiew, okolona wieńcem starych drzew, dziś przyciąga turystów, tak jak dawniej pielgrzymów. Latem jest otwarta i dostępna do zwiedzania. W niedzielę odbywają się nabożeństwa, powoli powraca też tradycja dawnych odpustów.

        Odbudowa zespołu cerkiewnego jest zakończona, ale ciągle coś się tu jeszcze robi. Będąc w Łopience nie zapomnijmy wrzucić przysłowiowego grosza do cerkiewnej skarbonki, może być i garść. Nawet najdrobniejsze datki wspomogą dalsze dzieło jej odbudowy.

        Stanisław Kłos

        „Skarby Podkarpackie”, nr 5(24), wrzesień-październik 2010 r.
        • piotrzr łopienka 26.11.10, 07:52
          faktycznie - to miejsce przyciąga, ma swoją magię. I ta droga od głównej szosy, i ścieżka krajoznawcza wzgórzami wokół dawnej wsi, i droga na przełęcz i dawna droga wiejska.
          Lubię tam wracać - pewno na wiosnę 2011, rowerami od parkingu w górę.....
          • karolinekpa Re: łopienka 01.04.12, 22:03
            Witam, pilnie poszukuję osoby, lub osób na oprawę muzyczną ślubu w Łopience 30.06.2012.
            Będę wdzięczna za każdą odpowiedź!!!!!!!
    • tawnyroberts Łopienka - relacje z odpustów 2002-2005 25.11.11, 23:46
      Ponad rok temu obiecałem zamieścić na forum sprawozdanie z odpustu w Łopience z 2010 r. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nie zrobiłem tego do tej pory, ale w najbliższym czasie spróbuję nadrobić te zaległości, przynajmniej w formie obszernej fotorelacji. Tymczasem, jako wprowadzenie do tematu, proponuję relacje z powojennych odpustów w Łopience z serwisu "Twoje Bieszczady".

      Pierwsze takie święto miało miejsce dopiero w 2000 r. Kolejne odbywały się już regularnie w pierwszą niedzielę października i zawsze przyciągały w to magiczne miejsce tłumy wiernych. Początkowo obu obrządków, a z czasem odpust niemal całkowicie zdominowali łacinnicy. Chociaż tak na dobrą sprawę wydaje mi się, że wyznanie i narodowość mają tutaj znaczenie drugoplanowe. Do Łopienki ściągają przede wszystkim ludzie gór, miłośnicy Bieszczadów i tak już pewnie pozostanie. Nie zmnienia to jednak faktu, że nawet podczas pokojowych z natury odpustów dochodziło do nieporozumień pomiędzy grekokatolikami i rzymokatolikami. Iskrzyło także pomiędzy samymi łacinnikami, o czym miałem okazję przekonać się na ubiegłorocznym święcie. Wychodzi więc na to, że relacja z odpustu wcale nie musi być nudna. Ja jednak wolałbym przy tej okazji uniknąć takiej "rozrywki". Co się jednak stało, to się nie odstanie, oddaję zatem głos "Twoim Bieszczadom".


      "Tradycja odpustów w Łopience utrzymała się nawet jeszcze a latach okupacji. Po 1941 r. przy drodze prowadzącej do cerkwi w stronę przełęczy Hyrcza ustawiono 13 krzyży drewnianych, które tworzyły małą kalwarię. Ostatni z nich stał przy granicy z Tyskową. W czasie odpustów, trzy razy do roku, odprawiano tu drogę krzyżową. Ostatni odpust w Łopience odbył się w 1943 r. W 1944 r. przechodził już tędy front i nie było takiej możliwości.

      Po II wojnie światowej, deportacjach i tzw. zawirowaniach historii I odpust w Łopience mógł się odbyć dopiero w 2000 r., w wolnej już Polsce. Było to wydarzenie bez precedensu i odbiło się dużym echem w wielu środowiskach inteligenckich. Proboszczem w Cisnej został ks. Piotr Bartnik, człowiek bardzo mocno związany emocjonalnie z Bieszczadami i ich bolesną niekiedy przeszłością, mający wielki dar jednoczenia ludzi dla dzieł Bożych.

      Duży wysiłek w przywrócenie tradycji wniosło wiele osób, m.in. Pan Zbigniew Kaszuba umiejący pozyskać ludzi dobrej woli do bezinteresownych prac w celu zachowania dziedzictwa kulturowego Łopienki i jej otoczenia, czy Pani Denisiuk z Cisnej, artysta malarz ofiarująca cerkwi w Łopience znakomitą kopię cudownej ikony Matki Bożej.

      III odpust w 2002 r. zgromadził dużą liczbę katolików z całej okolicy, turystów, przewodników turystycznych, ratowników GOPR, a TV Kraków relacjonowała jego przebieg. Mszę Świętą celebrowali wspólnie kapłani obrządku łacińskiego ks. Władysław Dubiel, wikariusz z Wołkowyi, ks. Piotr Bartnik, proboszcz z Górzanki, ks. Stanisław Szczepański, emerytowany proboszcz z Wołkowyi oraz duchowni obrządku bizantyjsko-ukraińskiego: ks. Arcybiskup Jan Martyniuk z 2 duchownymi: ks. Andrzejem Żurawiem, proboszczem z Komańczy i ks. Mironem Michaliszynem, rodem z Kulasznego. Homilię wygłosił ks. Arcybiskup Jan Martyniak apelując o miłość wzajemną i dobroć. Było to piękne spotkanie ekumeniczne jednoczące wszystkich obecnych na modlitwie wspólnie zanoszonej do Stwórcy.

      IV odpust w Łopience odbył się 5 października 2003 r. Mszę Świętą odpustową celebrował ks. Stanisław Szczepański, w latach 1970-2002 proboszcz w Wołkowyi, obchodzący jubileusz 50-lecia kapłaństwa z ks. Piotrem Bartnikiem, proboszczem parafii Górzanka, który na odpust przybył pieszo przez góry wraz z grupą pielgrzymów. Sakramentu pojednania udzielał ks. Eugeniusz Suszek, misjonarz z USA. W czasie trwania Eucharystii dotarł spóźniony ks. Miron Michaliszyn, kapłan obrządku bizantyjsko-ukraińskiego, który po mszy świętej poprosił o głos i w swoim głośnym wystąpieniu poddał krytyce niektórych kapłanów obrządku łacińskiego, wywołując niesmaczną atmosferę i oburzenie starszych ludzi, którzy zaczęli wychodzić ze świątyni ze słowami "szowinista". Klimat pojednania polsko-ukraińskiego stworzony przed rokiem w homilii i wspólnej modlitwie przez ks. Arcybiskupa Jana Martyniaka został zakłócony.

      16 września 2004 r. cerkiew w Łopience w ramach wizytacji kanonicznej parafii Górzanka odwiedził ks. Arcybiskup Józef Michalik, ordynariusz archidiecezji przemyskiej i Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w towarzystwie dziekana dekanatu solińskiego ks. Wojciecha Szlachty, sekretarza osobistego ks. Witolda Ostafińskiego oraz proboszcza parafii rzymskokatolickiej w Górzance ks. Piotra Bartnika.

      V odpust w Łopience w pierwszą niedzielę października 2004 r. ściągnął tradycyjnie ludzi gór, przewodników turystycznych, ratowników GOPR, leśników, licznych gości wypoczywających w Bieszczadach i mieszkańców regionu. Mszy Świętej przewodniczył o. Stanisław Glista, gwardian klasztoru oo. Franciszkanów w Sanoku. Koncelebransami byli: Eugeniusz Suszek, misjonarz z USA i ks. Mirosław Michaliszyn z Krakowa. Sakramentu pojednania udzielali: ks. Piotr Bartnik - proboszcz z Górzanki, przybyły pieszo z pielgrzymką z Górzanki przez Radziejową i ks. prałat Stanisław Szczepański, emerytowany proboszcz i dziekan z Wołkowyi, mieszkający w Rajskiem. Po Mszy Świętej koncertowali "Trapiści" z Podkowy Leśnej. Uroczystość filmowały stacje lokalnej telewizji.

      VI odpust w Łopience 2 października 2005 r. miał już nieco inny charakter. Kustosz tego uroczego miejsca ks. Piotr Bartnik wprowadził w miejsce dawnych koncertów tym razem wymiar duchowy. Mszę Świętą z modlitwą o uzdrowienie celebrował ks. Marek Wasąg - archidiecezjalny duszpasterz akademicki z Jarosławia, w asyście ks. Piotra Bartnika i ks. Witolda Pobiedzińskiego, wikariusza z Sanoka, a także wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym z Pruchnika. Sakramentu pojednania udzielał ks. Stanisław Szczepański z Rajskiego. Podczas modlitwy o uzdrowienie, prowadzonej przez ks. Marka Wasąga, bezpośrednio po Mszy Świętej przed wystawionym Najświętszym Sakramentem Wszechmogący Bóg objawił swoją chwałę, obdarzając wiele osób łaską uzdrowienia i uwolnienia. Na wielu osobach po raz pierwszy uczestniczących w takiej uroczystości używanie charyzmatów Ducha Świętego i doświadczenie Bożej Miłości wywarło duże wrażenie, umacniając ich wiarę. Uroczystość filmowała TV Rzeszów.

      Świątynię przygotowywali do odpustów i pomagali w liturgii: harcerze ze szczepu ZHP "Kresy" z Przeworska z drużynową mgr Agnieszką Bernacką, Józefa Gwardzińska z Buka i kościelny Eugeniusz Suchan z Cisnej."

      www.twojebieszczady.pl/sor/lopinka2.php
      • tawnyroberts Fotorelacja z odpustu w Łopience w 2010 r. 14.12.11, 21:33
        I oto nadrabiam zaległości w temacie XI Odpustu w Łopience, który miał miejsce 3 października 2010 r. Zapowiadana obszerna fotorelacja okazała się nie aż tak znowu obszerna - ledwie 8 fotografii, a wszystko dlatego, że na święto dotarłem spóźniony, podobnie jak ksiądz Myron przed kilkoma laty. Niestety, tym razem na odpuście zabrakło tego sympatycznego duchownego, nie było także żadnego innego księdza wschodniego obrządku. Ze smutkiem stwierdziłem, że święto zostało zupełnie zdominowane przez łacinników, a chyba jedynym ukraińskim akcentem były wyszywane soroczki, noszone przez ministrantów usługujących do Mszy Świętej.

        Z powodu mojego spóźnienia nie wiem o czym było kazanie, ale zdążyłem wysłuchać, nieco przeciągających się, podziękowań dla wszystkich, którzy przyczynili się do reaktywacji tradycji łopieńskich odpustów oraz dla organizatorów bieżącego święta. Jak nietrudno się domyślić, szczególne miejsce w tym zaszczytnym gronie należało się księdzu Piotrowi Bartnikowi - proboszczowi z pobliskiej Górzanki. Ów rzymskokatolicki duchowny, za kontynuację ukraińskich "praznyków" w Łopience oraz dążenie do przywrócenia oryginalnego wystroju w cerkwi-kościele w Górzance, tak przysłużył się części swoich parafian, że niemalże musiał szukać sobie nowego miejsca duszpasterskiej posługi. "Oj, nasłuchał się nasz ksiądz Piotr, nasłuchał" - tak skwitował z ambony zajścia w Górzance kolega "po fachu" proboszcza Bartnika. Na szczęście całe to zamieszanie zakończyło się szczęśliwie dla księdza Piotra i chyba dla całych Bieszczadów, bo w Górzance do zmiany proboszcza nie doszło, ale po raz kolejny okazało się, że ta sama postawa może u jednych wywoływać podziw i szacunek, a i u innych uczucia zgoła odmienne: pogardę i nienawiść. Dziwny jest ten świat...

        Po Mszy Świętej i procesji wokół cerkwi można było sobie co nieco podjeść, zakupić jakąś pamiątkę, wysłuchać krótkiego występu zespołu "Łopienka" z Cisnej, a nawet porozmawiać ze Zdzisławem Pękalskim - artystą z Hoczwi, który promował tutaj pięknie wydany album ze swoimi pracami. A potem obowiązkowo w góry, bo pogoda naprawdę dopisywała! I do zobaczenia za rok!

        fotoforum.gazeta.pl/uk/Odpust%2520w%2520%25A3opience%2520-%25202010%2520r.,tawnyroberts.html
        • karolinekpa Poszukuję kogoś na oprawę muzyczną ślubu w Łopienc 01.04.12, 22:00
          Witam pilnie poszukuję osoby, lub osób do oprawy muzycznej mszy ślubnej w Łopience 30.06.2012.
          Będę wdzięczna za każdą odpowiedź!!!!
    • tawnyroberts Re: Łopienka - miejsce, gdzie chcemy powracać 31.03.13, 14:57
Pełna wersja