Dodaj do ulubionych

Pamięć i tożsamość ofiar Gorajca

20.10.10, 23:05
Aż dziesięć długich lat czekali byli mieszkańcy Gorajca, ich potomkowie, a także cała społeczność ukraińska w Polsce, na upamiętnienie niewinnych ofiar masakry dokonanej 6 kwietnia 1945 r. przez 2. Samodzielny Batalion Operacyjny (SBO) Wojsk Wewnętrznych. Poprzedni sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa - Andrzej Przewoźnik - nie chciał zgodzić się na budowę pomnika, bo wśród zamordowanych Ukraińców ciągle doszukiwał się członków UPA. Tymczasem w ten sądny dzień we wsi nie było partyzantki, a jedynie niewielki oddział ukraińskiej samoobrony. Zostawmy jednak śp. Andrzeja Przewoźnika w spokoju, bo oto w dniu 21 sierpnia 2010 r. upamiętnienie ofiar Gorajca i tak stało się faktem, a walnie przyczynił się do tego nowy sekretarz ROPWiM - Andrzej Kunert. Szkoda tylko, że nie doczekała tej chwili śp. Eudokija Fil - inicjatorka budowy gorajeckiego memoriału, która zmarła w listopadzie 2009 r.

Poniżej tłumaczenie artykułu z "Naszego Słowa", opisującego "święto pamięci" w tej podlubaczowskiej wsi.


"Pamięć i tożsamość ofiar Gorajca"

Na cmentarzu w Gorajcu, powiat lubaczowski, 21 sierpnia odbyło się uroczyste odsłonięcie pomnika poświeconemu Ukraińcom, zwłaszcza 174 mieszkańcom tej wsi, zabitym 6 kwietnia 1945 r. przez żołnierzy batalionu polskich państwowych formacji zbrojnych – Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wspólnymi staraniami Obywatelskiego Komitetu Budowy Pomnika w Gorajcu, przemyskiego oddziału ZUwP i ukraińskiej Państwowej Międzyresortowej Komisji do Spraw Upamiętnienia Ofiar Wojny i Politycznych Represji umożliwiono tego dnia ponad 500 osobom wzięcie udziału w ważnej dla dwóch narodów i państw ceremonii, szczególnie zaś dawnym mieszkańcom wsi i ich potomkom.

*Długie czekanie Eudokiji Fil...*

Ceremonia związana z uczczeniem pamięci niewinnie zabitych gorajczan rozpoczęła się o 10-ej rano Służbą Bożą w miejscowej cerkwi p.w. Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. Odprawił ją paroch Przemyśla o. Jewhen Popowycz z udziałem wielu innych księży. Potem wierni udali się procesyjnym pochodem na cmentarz położony około 300 metrów od cerkwi, który od 1947 r. zarastał drzewami i krzakami. Przy wejściu na jego teren dawnym mieszkańcom wsi i ich potomkom udało się po dziesięcioletnich staraniach legalnie wybudować pomnik. Nie dożyła tej chwili Eudokija Fil, inicjatorka upamiętnienia i przewodnicząca wspomnianego komitetu. Zmarła 16 listopada 2009 r. w Przemyślu (od tego momentu, aż do końca prac komitetu, przewodniczył mu przemyślanin Stepan Bodnar). Właśnie jej postać złotą nicią wieńczyła całość gorajeckiego święta pamięci.

*Smutek potomków*

Po panachydzie za spokój dusz 207-miu wypisanych ofiar i poświęceniu pomnika, przewiązanego wstęgami w kolorach sztandarów ukraińskich i polskich, w imieniu Obywatelskiego Komitetu Upamiętnienia Ofiar Gorajca przewodnictwo ceremonii przejął Andrij-Wołodymyr Fil, syn p. Eudokiji i także ofiara deportacji z 1947 r., obecny mieszkaniec Białego Boru. Przywitał on licznych gości z Polski i Ukrainy i poprosił przedstawicieli strony ukraińskiej i polskiej, żeby włączyli się do gorajeckiej ceremonii odsłonięcia pomnika (według projektu architekta Jurija Łewosiuka z Przemyśla).
– Możemy uczyć się historii i dzięki temu możemy stać się chociaż trochę mądrzejszymi i lepiej rozumieć jeden drugiego – powiedział Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. – Naszym moralnym obowiązkiem jest zabezpieczenie godnego miejsca pochówku wszystkim ofiarom. I jakie by dyskusje nas nie poróżniały, to właśnie to nie ma prawa u kogokolwiek wywoływać nawet cienia wątpliwości.
I żeby nie pozostawić cienia wątpliwości co do siebie samego, A. Kunert w towarzystwie płastunki ukłonił się przed „pamięcią mieszkańców wsi Gorajec, którzy zginęli śmiercią tragiczną w latach 1942-1947”. Natomiast kolega Kunerta z ukraińskiej strony – Swiatosław Szeremeta, sekretarz Państwowej Międzyresortowej Komisji do Spraw Upamiętnienia Ofiar Wojny i Politycznych Represji, w swoim wystąpieniu najpierw pokłonił się E. Fil za jej postawę i poświęcenie tej szlachetnej sprawie. Podziękował też pracownikom polskiej państwowej i samorządowej administracji i A. Kunertowi za przychylność w zakończeniu starań związanych z upamiętnieniem i za jego pragnienie spoglądania w lepsze jutro ukraińsko-polskich stosunków.
W duchu nauki Jana Pawła II o pamięci i tożsamości przemawiał podkarpacki wojewoda Mirosław Karapyta. Powiedział on, że narody polski i ukraiński zaznały wielkiej tragedii podczas II wojny światowej. Na Podkarpaciu jest wiele krwi ofiar wojny i nieporozumień, ale, zdaniem wojewody, trzeba budować mosty w przyszłość, fragmentem czego jest gorajecka urzoczystość, będąca „wielką lekcją historii”. List od ministra spraw zagranicznych Ukrainy odczytał zebranym radca Ambasady Ukrainy w Warszawie Andrij Sybiha.

*Czekanie było aż zanadto długie*

Prezes ZUwP Piotr Tyma na początku przypomniał dzięki czemu stały się możliwe upamiętnienia po obydwu stronach granicy i zwrócił uwagę na wiodącą rolę dialogu, zapoczątkowanego na emigracji przez ukraińskich i polskich intelektualistów, potem na ukraiński dorobek polskiej antykomunistycznej opozycji. Później powstanie demokratycznej Polski i Ukrainy uwolniło prawdę o dawnych ofiarach, zamkniętą za siedmioma zamkami w okresie komunizmu.
– Upamiętnienie w Pawłokomie, Piskorowicach, a teraz w Gorajcu nie byłoby możliwym bez aktywności dawnych mieszkańców ucierpiałych wsi – kontynuował mówca. – Dzisiaj możemy powiedzieć cokolwiek krytyczniej, że czasowa odległość pomiędzy odsłonięciem tablicy w Piskorowicach i pomnika w Gorajcu była zbyt długa. Bywa także, że pod wątpliwość poddaje się sam sens tego procesu. Robią to niektórzy politycy, część mediów i państwowych urzędników. Bywa, że przyczynę każdego ukraińskiego upamiętnienia niektórzy historycy i dziennikarze pragną zamknąć w formule „odwetu”, jednak historia nie jest taka jednoznacznie czarno-biała. Mimo wszystko nie można jednych ofiar usprawiedliwiać, a innych rozsławiać.
P. Tyma wyraził przekonanie, że dzięki współpracy takie nagatywne postawy uda się przezwyciężyć. Podziękował władzom samorządowym Ciechanowa za to, że prowadzą dialog z Ukraińcami na terenie swojej gminy. Po nim, o niezmierzonym ludzkim bólu Ukraińców z 6 kwietnia 1945 r. mówił akurat burmistrz Ciechanowa Zdzisław Zadworny, który wspomniał i o bólu Polaków z Rudki, wioski w pobliżu Gorajca, zabitych przez żołnierzy UPA w 1944 r. Położył on także nacisk na konieczność przezwyciężenia złej pamięci, żeby w głowach Polaków i Ukraińców nadal nie istniał szkodliwy, emocjonalny obraz polskiego pana i ukraińskiego mordercy.
Po szeregu innych wystąpień głos zabrały kobiety, obecnie obywatelki Ukrainy, które były świadkami wydarzeń z 6 kwietnia 1945 r.: p. Tchoryk i p. Łaszyn. Nie poddały się one bólowi wspomnień – na początku podziękowały za umożliwienie upamiętnienia tych, których życie kiedyś tak tragicznie zostało przerwane.
Oprócz przemów, ceremonia uczczenia ofiar składała się także z części artystycznej. Wiersze urodzonych w Gorajcu Iwana Kota i Iwana Łaszyna oraz Łemka z Uhrynia Ołeksandra Masłeja przedstawili Jełysaweta Popowycz, Andrij Fil i Ołeksandr Fil – wnuki tych, którzy kiedyś narodzili się w tej wsi. Słuchali ich gorajczanie obecni, jak powiedział prowadzący, „na ojczystej, choć już nie swojej ziemi”.
Komitet organizacyjny zadbał też o wydanie specjalnego biuletynu poświęconego temu wydarzeniu – „Pamięci ofiar wsi Gorajec”. Przygotował go Stepan Kołosiwśkyj, prawnik, który wcześniej pomagał załatwiać formalności związane z otrzymaniem zezwolenia na budowę gorajeckiego memoriału (starosta lubaczowski wydał to zezwolenie 3 września 2009 r.).

Bogdan Huk

„Nasze Słowo”, nr 37, 12 września 2010 r.
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts Pamięci polskich i ukraińskich mieszkańców Gorajca 04.11.10, 21:00
      Jeszcze przed odsłonięciem pomnika poświęconego pomordowanym mieszkańcom Gorajca, w "Naszym Słowie" ukazał się ciekawy i rzetelny artykuł autorstwa Macieja Piotrowskiego, opisujący krok po kroku historię konfliktu polsko-ukraińskiego na Lubaczowszczyźnie, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem tragicznych wydarzeń, które rozegrały się w samym Gorajcu. W wydaniu papierowym gazety tekst ukazał się w języku ukraińskim, ale na internecie "wisi" już po polsku. Rzecz naprawdę godna polecenia!


      "Pamięci polskich i ukraińskich mieszkańców wsi Gorajec, poległych w czasie konfliktu z lat 1944-1947"

      Gorajec to niewielka, zagubiona wśród lasów Roztocza Wschodniego, osada. Tak jak cały region, wieś opustoszała tuż po II wojnie światowej. Jednakże w dziejach polsko-ukraińskiego pogranicza Gorajec wyróżnił się w tragiczny sposób.

      Przed wojną we wsi mieszkali przeważnie Ukraińcy, w 1938 r. na 1160 mieszkańców było ich 1077, resztę stanowili Polacy oraz Żydzi. Gorajec wpasowywał się w mozaikę etniczną powiatu, zamieszkałego w 50% przez Ukraińców i w jednej trzeciej przez Polaków. Po 1939 r. miejscowość przecięła granica radziecko-niemiecka – wieś znalazła się w Generalnej Guberni, jej cmentarz już po stronie sowieckiej. Ze względu na bliskość granicy ludność polskiego przysiółka Dąbrówki została wysiedlona na Syberię. Ze wsi pierwsi zniknęli Żydzi – w Cieszanowie znajdował się nawet niemiecki obóz pracy. Gorajec zapewne podzieliłby zwykłe, wojenne losy pobliskich miejscowości, gdyby w 1944 r. nie pojawił się w niej pewien człowiek.

      „ZALIZNIAK”

      Jest przełom lutego 1944 r. Trasą Rawa Ruska–Niemirów przesuwa się konwój 30 niemieckich żołnierzy, eskortujących konno kilkunastu ukraińskich policjantów. Z powodu zbliżającego się frontu postanowiono niepewny element przerzucić dalej na zachód. W owym czasie nagminne były przypadki dezercji ukraińskich policjantów. Przy drodze, ukryta w śniegu, czekała na nich bojówka OUN. «Nareszcie dano znak, Niemcy się zbliżają –- opisuje uczestniczący w akcji Lew Krywonos „Kruk”. – Położyliśmy się. Podeszliśmy na dobrą odległość i usłyszeliśmy komendę „ognia!”. Sypnęły się serie z automatycznej broni, a zaraz potem, przekrzykując strzały, krzyknęliśmy do Niemców „hande hoch!”. Byli tak przestraszeni, że nie oddali żadnego strzału. Kto padł to padł, a reszta podniosła ręce i poddała się. Tymczasem nasi tylko się uśmiechali». Policjanci wiedzieli o planowanej zasadzce. Znajdował się wśród nich niejaki Iwan Szpontak, członek konspiracji UPA, który już wcześniej dostał rozkaz zbiec do lasu i organizować partyzantkę.

      W roku wybuchu wojny Szpontak wojny miał 20 lat. Pochodził ze wsi Wowkowe na Zakarpaciu, które należało wówczas do Czechosłowacji. Skończył seminarium nauczycielskie, pracował na Werchowynie. W 1938 r. wstąpił tam do wojsk Karpato-Rusi – krótko istniejącego państewka ukraińskiego, powstałego na gruzach Czechosłowacji. W czasie tych zmagań prawdopodobnie zetknął się z wieloma późniejszymi organizatorami UPA – wojskiem ukraińskim dowodził tam słynny Roman Szuchewycz „Czuprynka”, późniejszy dowódca ukraińskiej partyzantki. Po 1941 r. Szpontak, podobnie jak wielu ukraińskich nacjonalistów, wstąpił do policji pomocniczej, z której wyszkoleni i uzbrojeni przez Niemców Ukraińcy masowo dezerterowali i tworzyli następnie podstawy UPA.

      Szpontak przyjął pseudonim „Zalizniak” – zapewne od legendarnego XVIII-wiecznego dowódcy hajdamackiego. Partyzanci często na przydomki wybierali sobie bohaterów czasów kozactwa i koliszczyzny – w lubaczowskiej sotni walczyli m.in. „Gonta” czy „Bohun”. Być może pamiętany przez kierownictwo jeszcze ze zmagań w 1938 r., Szpontak otrzymał misję utworzenia partyzantki ukraińskiej w powiecie lubaczowskim, we wsi Gorajec, której rdzeniem miało być uwolnionych wraz z nim 20 policjantów.

      Czemu akurat Gorajec wybrano na miejsce stworzenia sotni? Wieś otoczona jest ze wszystkich stron lasami, co czyni ją zupełnie niewidoczną z innych osad czy głównych dróg. Pobliskie masywy leśne są na tyle duże, że można się w nich, w razie potrzeby, błyskawicznie ukryć. Jest to zatem idealne miejsce do działań partyzanckich. Okoliczne miejscowości zdominowane są przez Ukraińców i pełne patriotycznie nastawionej młodzieży – potencjalnych kadr UPA.

      Konspiracja ukraińska istniała na tych terenach już wcześniej. Jednak, jak wspomina pochodzący z pobliskiego Starego Dzikowa „Kruk”, dopiero po przyjściu Zalizniaka zaczęła ona nabierać profesjonalnych kształtów. „(...) wszystko zaczęło się u nas organizować na dobre: kuszcze, bojówki, sotnie. Na początku była jedna sotnia i była nią sotnia „Zalizniaka”. Dobrze ją zahartował: po trzydzieści kilometrów marszu z ciężarem na plecach. Tak prowadził oddział ze dwa-trzy tygodnie. Kiedy skończył powiedział mniej więcej tak: wiecie chłopcy, hartowałem was, kto uciekł, ten uciekł, ale z tymi którzy pozostali mogę teraz zrobić wszystko”. Sotnia przyjmuje nazwę „Mesnyky” – „Mściciele”. 15 maja partyzanci przechodzą chrzest bojowy pod Nowym Siołem, gdzie stoczyli udany bój z oddziałem niemieckim, ścigającym polskich partyzantów.

      Kim był major UPA Iwan Szpontak „Zalizniak”? Choć młody – gdy objął dowództwo nad „Mesynykami” miał zaledwie 25 lat – był zaprawiony w bojach: przynależność do Siczy Karpackiej i służba w policji zrobiły z niego dowódcę obeznanego w praktyce wojennej, profesjonalistę. Z pewnością nie pozostało na niego bez wpływu szkolenie odebrane u Niemców – mogli go nauczyć nie oszczędzania ludności cywilnej, zemsty, odpowiedzialności zbiorowej. Z tego wszystkiego wyłania się obraz radykała, zdolnego do wszystkiego w imię zwycięstwa.

      Szpontak cieszył się wielkim respektem u podwładnych. «„Zalizniaka” chłopcy bardzo lubili. Oszczędzał ludzi, chociaż nie oszczędzał siebie. Zawsze mawiał „więcej potu, mniej krwi” – wspomina go walczący pod jego rozkazami Iwan Kruc'ko „Kret”. – Znał mądrość, był na uniwersytecie, na filozofii. Lubił grać w szachy, grał na skrzypcach». Chodził ubrany „jak do żniw”, czym zyskiwał popularność wśród żołnierzy.
      • tawnyroberts Pamięci polskich i ukraińskich... - cz. II 04.11.10, 21:02
        PIERWSZA ZBRODNIA

        Jednakże początki tworzenia sotni naznaczone są piętnem zbrodni. Jak pisze, bazując na aktach sprawy Szpontaka, Grzegorz Motyka: «W czasie kwaterowania w Gorajcu sotnia „Zalizniaka” zamordowała kilkunastu Polaków, częściowo w celu ukrycia swojej obecności». Jaki był więc cel zlikwidowania 16, jak podają inne źródła, mieszkańców wsi? W owym czasie stosunki polsko-ukraińskie było bardzo zaognione, wzajemne donoszenie do Niemców było częstym zjawiskiem. Stosunki te były wówczas takie, że ci Polacy mogli zostać zabici pod byle pretekstem, choćby tylko z powodu swojej narodowości. Po tej zbrodni Polacy, którzy ją przeżyli, z Gorajca uciekli.

        A zatem w początkach swej działalności sotnia „Mesnyky”, prócz walk z Niemcami oraz partyzantką bolszewicką, prowadzi także akcje przeciw ludności polskiej. Na przestrzeni kwietnia i maja Zalizniak dokonuje napadów na około 10 okolicznych wsi oraz miasteczko Cieszanów, w którym zabija od kilku do kilkudziesięciu osób. Akcja ta w zdecydowany sposób różni się od czystek etnicznych, przeprowadzanych w Galicji Wschodniej czy na Wołyniu. Liczba zamordowanych wskazuje, że nie chodziło o zlikwidowanie ludności polskiej, a zapewne zastraszenie jej i zmuszenie do ucieczki lub też zemstę za działania antyukraińskie. W całym powiecie lubaczowskim z rąk różnych oddziałów UPA ginie wtedy, jak podaje Motyka, ok. 250-350 Polaków. Po tych akcjach wielu mieszkańców narodowości polskiej ucieka na drugi brzeg Sanu.

        Największą zbrodnią „Zalizniaka” było uderzenie na oddaloną o 7 km od Gorajca wieś Rudka. 19 kwietnia o godzinie 5 rano sotnia przybyła do polskiej wsi. Po rozmowie z sołtysem, który odmówił zebrania mieszkańców oraz wydania broni, dowódca czoty UPA wydaje rozkaz rozstrzelania wszystkich mężczyzn. „Wszędzie dookoła słychać było strzały, płonęły domy i zabudowania gospodarcze” – opisuje Albin Pachla, który ukrył się wówczas w pobliskim jarze. – „Słychać było jęki, krzyki, pisk, płacz i lament. Ukraińcy przechodzili wokół i przez jar, wyciągali i strzelali do mężczyzn powyżej 15 roku życia”. W ciągu 4 godzin ginie 58 Polaków, a wieś zostaje doszczętnie spalona. Do dziś nie została odbudowana, pozostało z niej tylko jedno gospodarstwo. Wydarzenia z Rudki odbiją się jeszcze na dziejach Gorajca.

        Na czas przejścia frontu „Mesnyky” ukrywają się w lasach okolicznego poligonu. Po przyjściu Armii Czerwonej sytuacja wyraźnie się zmienia. W odpowiedzi na pojawienie się komunistów do oddziałów „Zalizniaka” dołączają nowi ochotnicy – w listopadzie 1944 powstaje sotnia „Mesnyky II”, na wiosnę 1945 „Mesnyky III”. Zgrupowanie awansuje do rangi kurenia, tworząc jeden z najpotężniejszych oddziałów na terenie dzisiejszej Polski. Jesienią polscy mieszkańcy próbują powracać w okolice Lubaczowa. By zatrzymać ten proces, UPA rozstrzeliwuje w Łykoszynie 14 osób.

        Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Rozpoczynają się zmagania z siłami radzieckimi: Armią Czerwoną, pogranicznikami, NKWD oraz polskimi komunistami. Jedna z największych bitew „Mesnyków” ma miejsce 15 lutego 1945 r. obok przysiółka Nowego Lublińca – Tepiły, zaś 2 marca w lasach monasterskich niedaleko osiedla Mrzygłody zostaje rozbita czota „Miacza” – NKWD zadało tym silny cios kureniowi Zalizniaka. „Ten tragiczny bój wstrząsnął całym naszym podziemnym nadrejonem oraz także ludnością. Prawie wszyscy żołnierzy pochodzili z tych terenów” – opisuje przybyły wtedy z ZSRR Jewhen Sztendera „Prirwa”.

        Nasilają się także morderstwa, napady i grabieże, dokonywane na ludności ukraińskiej. Z kroniki sotni „Mesnyky II” dowiadujemy się o jednym z takich epizodów 15 stycznia w Gorajcu: „W południe (...) 15 Polaków przeprowadziło grabież”. W wielu miejscowościach lubaczowskiego i jarosławskiego, m.in. w Chotyńcu, Nowym Lublińcu, kolonii Małków, Dobrej i Dobczy dochodzi do zbiorowych morderstw ludności cywilnej.

        W celu obrony miejscowej ukraińskiej ludności tworzą się Samoobronne Kuszczowe Widdiły – SKW. Chronią one wsie, a także zapewniają bezpieczeństwo mieszkańcom m.in. podczas prac polowych. Tak opisuje je raport NKWD: «Wszystkie ukraińskie wioski mają przygotowaną obronę okrężną, prawie przy każdym domu są wykopane okopy. (...) Każda wioska dzieli się na odcinki po 40 chat, ochronę odcinka wyznacza 10 ludzi. W czasie dnia wszystkie dostępy do wiosek są zabezpieczone obserwatorami (...). Położone obok siebie ukraińskie miejscowości utrzymują ze sobą ścisłą łączność i w wypadku napadu większych band „AK” niosą sobie wzajemnie pomoc». SKW powstają na wzór polskich samoobron z Wołynia, które we współpracy z AK broniły ludność przed terrorem UPA.

        W lubaczowskim ich początki, tak jak i oddziałów UPA, wiążą się z przybyciem Szpontaka. W celu sprawniejszego kontaktowania się z mieszkańcami wsi grupy samoobrony tworzyli miejscowi znający teren. Tak było i w Gorajcu – dowódcą tamtejszego SKW był mieszkaniec tej wsi Dmytro Laszyn „Boroda”. Kuszcz liczył około 30 strzelców. Pseudonimy kilku z nich znamy: wojskowym był „Faraon”, propagandzistą „Willi”, służyli w nim także „Proc'”, „Hucuł” oraz „Łemko”.

        KBW

        W marcu 1945 r. w komunistycznej Polsce powstaje Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powstał on na wzór szturmowych oddziałów sowieckiego NKWD. Przeznaczeniem tych oddziałów była walka z podziemiem niepodległościowym, zarówno polskim, jak i ukraińskim.

        W Lubaczowie zostaje sformowany 2. Samodzielny Batalion Operacyjny (SBO) Wojsk Wewnętrznych, który miał likwidować struktury UPA w terenie. Batalion ten działał tu przez kilka miesięcy i zasłynął z krwawych poczynań. Swą pierwszą akcję, jeszcze przed oficjalnym sformowaniem, przeprowadził w dniu 26 lutego w Kobylnicy Ruskiej. Wojsko razem z milicją wyruszyło, jak podaje rozkaz, „w celu ujęcia wszystkich mężczyzn do sześćdziesiątego roku życia”. Zostało wówczas zastrzelonych od 27 do 60 osób, które próbowały uciekać, wieś została spalona, majątek zrabowany (według raportu, „inwentarz zarekwirowano”). Następnie, jak podaje Motyka, spalono wsie Masiuki i Sieniówka (Lubaczowskie), zginęło w nich 38 osób. Z relacji „Kreta” wynika, że przeprowadzono także akcję na Nowe Sioło (nie wiemy czy było to KBW), ale wieś ocaliła samoobrona. Żołnierz tego batalionu Lesław Jurewicz w swoich wspomnieniach pisze o okrucieństwie wojskowych: „do pojmanego gdzieś Ukraińca, starego już człowieka, strzelali ze śmiechem i na wyścigi”.

        Kolejnym celem akcji pacyfikacyjnych KBW był Stary i Nowy Lubliniec – miejsca, jak podaje raport, „koncentracji organizującej się tam sotni UPA”. W przeprowadzonej 21 marca akcji w obu miejscowościach ginie 58 mieszkańców. Atak zostaje ponowiony 25 marca, wówczas „zniszczono miejscowość w 70%”. Cywilna ludność Lublińca bardzo ucierpiała podczas wojny – wspomniane napady nie były jedynymi: 14 maja 1944 r. partyzantka sowiecka zabiła 18 mieszkańców, 8 dni później polscy partyzanci podpalili wieś i zamordowali kilka osób (najwyżej 12), we wrześniu milicja rozstrzelała 33 lublińczan, kolejnych 8 wojsko w brutalny sposób zabiło podczas wysiedleń w 1946 roku.

        Podczas każdej z tych akcji rabowano mienie: głównie bydło, konie, ubrania, płótno, żywność. Z relacji Jurewicza wiemy, że KBW było bardzo słabo uposażane. Jak wynika z jego wspomnień, zdarzyło się, że jeden z żołnierzy musiał ukrywać przed kolegami przysłaną z domu żywność. Prostym sposobem na zagwarantowanie sobie odpowiedniego poziomu życia było wykorzystanie bezbronnej ludności ukraińskiej. Skradzione rzeczy, których żołnierze nie potrzebowali, odsprzedawali ludności polskiej.
      • tawnyroberts Pamięci polskich i ukraińskich... - cz. III 04.11.10, 21:04
        AKCJA NA GORAJEC

        5 kwietnia o godz. 21, 2. SBO wraz z milicjantami pod dowództwem ppłk. Szopińskiego wyruszył na kolejną akcję: otrzymał rozkaz zlikwidowania znajdującego się w Gorajcu sztabu UPA. W tym czasie we wsi żaden sztab nie stacjonował, znajdowała się w nim natomiast samoobrona oraz ludność cywilna.

        O godzinie 4.50 następnego dnia, podzielony na cztery grupy batalion zajął pozycje bojowe – okrążył Gorajec wraz z przysiółkami i o godzinie 5.00 przystąpił do ataku. Najpierw ostrzelał wieś z moździerza, potem zaatakowała ją piechota. Na opór napotkała grupa uderzająca ze wschodu, od strony Łówczy. Raport podaje, że „nieprzyjaciel został zniszczony, wieś zdobyto o godz. 6.10”. Tempo przełamania obrony wsi (mniej niż godzina) oraz łatwość, z jaką to zrobiono (wystarczyła jedna grupa), wyklucza prawdopodobieństwo obecności sił UPA. Gdyby były tutaj skoncentrowane, stawiłyby zacięty i długi opór. Ponadto w danych osobowych kurenia pod datą 6 kwietnia nie odnotowuje się żadnych strat osobowych, ani informacji o jakiejkolwiek potyczce. Wydaje się niemal pewne, że siły polskie napotkały tam wyłącznie niewielkie oddziały samoobrony.

        Tymczasem po usunięciu zgrupowania SKW wieś pozostała na niełasce żołnierzy. Rozpoczęła się masakra. Michajło Liwczanin „Semenko” z horynieckiego SKW opowiada: „gdy dowiedzieli się, że we wsi nikogo nie ma, zaczęli atakować ze wszystkich stron, mordować mieszkańców, strzelać do kobiet i dzieci”. Wraz z wojskowymi do Gorajca przybyła cywilna ludność, być może zachęcona możliwością grabieży. Nie wiemy skąd przyszli, „Semenko” spekuluje, że byli to dawni mieszkańcy Rudki „(...) z którą Gorajec miał wrogie porachunki z dawnych czasów. Możliwe, że to Rudka tak zemściła się na nim?”. Nie wiemy, czy tak rzeczywiście było, jednak okoliczni Polacy z pewnością dobrze pamiętali o zbrodniach „Zalizniaka” sprzed roku, pamiętali także, gdzie utworzyła się znienawidzona przez nich sotnia.

        Krwawa rozprawa wojskowych, milicjantów i cywili na mieszkańcach Gorajca trwała 4 godziny. „Grupa mężczyzn, kobiet i dzieci zgromadzona została w ogrodzie sołtysa Grzegorza H. Żołnierze otworzyli do zgromadzonych ogień z karabinu, a rannych dobijali pojedynczymi strzałami z bliskiej odległości, ograbiając ciała z odzieży i obuwia” – czytamy w raporcie ze śledztwa IPN. Żołnierze podpalili też wiejskie zabudowania, w których płonęli żywcem ukrywający się w nich mieszkańcy. Gorajczan mordowano wszędzie: „w obrębie ich gospodarstw, na drogach, a także w czasie, gdy ci salwowali się ucieczką w stronę lasu”. Przy znęcaniu się nad ludnością żołnierze krzyczeli, żeby „wyjeżdżali za Bug, bo ich wszystkich wystrzelają”.

        O godzinie 10.00 akcja zostaje zakończona upomnieniem dowódcy, że rozkaz nie obejmował zabijania kobiet i dzieci. Wojsko wraz z zagrabionym ludności mieniem (40 krów, 14 koni, 100 owiec, dwa parokonne wozy, 2 świnie) powraca do koszar w Lubaczowie. Po drodze 30 żołnierzy wraz z dowódcą stacza jeszcze potyczkę z nieznanym oddziałem, być może resztkami gorajeckiej samoobrony.

        Bilans akcji z 6 kwietnia jest tragiczny: życie straciło prawdopodobnie 155 osób, w tym 42 kobiety i 32 dzieci. Gorajec (wieś i folwark), przysiółek Kaczory oraz sąsiednie wsie – Piła i Chotylub zostały spalone, majątek zagrabiony przez żołnierzy.

        IPN w przeprowadzonym śledztwie uznało, że akcja była samowolnym działaniem żołnierzy, a celem dowództwa była jedynie likwidacja ukraińskich sił zbrojnych, w związku z czym „czyny (...) nie zawierają znamion zbrodni komunistycznej”. Szersze spojrzenie na całą działalność 2. SBO zdaje się podważać tę tezę. Zbrodnicze akcje tego batalionu trwały 2 miesiące. Gdyby rzeczywiście były one niezgodne z polityką batalionu, dowódca powinien zareagować na nie już w pierwszych przypadkach, zaś po kolejnych morderstwach – wyciągnąć konsekwencje. Tymczasem żołnierze zostali ukarani jedynie upomnieniem. Wynika z tego, że w 2. SBO zbrodnie spotykały się z milczącą zgodą, a być może nawet z aprobatą. Informacje o zachęcaniu bitych mieszkańców do „wyjazdu za Bug” sytuują zbrodnie w szerszej polityce wojska, mającej na celu zastraszenie ludności, by ta nie przeciwstawiała się wysiedleniom.

        „UPOWSKA REPUBLIKA”

        Na działania KBW Ukraińcy odpowiedzieli błyskawicznie. „Z Gorajca prawie cała młodzież poszła do UPA, sami się zgłaszali, bo chcieli zemścić się na wrogu z bronią w ręku” – opowiada Michajło Liwczanin „Semenko”. Po ostrych kłótniach dowództwo UPA postanowiło zmienić strategię działania. Kureń „Mesnyky” odchodzi od pasywnej dotąd taktyki, przejmuje inicjatywę i rozpoczyna ofensywę.

        28 marca, jeszcze przed zbrodnią w Gorajcu, „Zalizniak” przeprowadza jednoczesną akcję na sieć posterunków polskiej milicji – niszczy 18 spośród nich, całkowicie dezorganizuje polską administrację na pobliskim terenie, rozbija stanice milicji w sąsiadujących z Gorajcem miejscowościach: m.in. w Łówczy, Bruśnie, Płazowie i Podemszczyźnie. Po tej akcji UPA całkowicie przejmuje kontrolę nad terenem. Jak opisuje Sztendera, od tego momentu «KBW i pozostałe posterunki MO „uspokoiły się”; siedzieli w swoich punktach, z których wychodzili tylko większymi, gotowymi do boju grupami. We wsiach powstała „Upowska Republika”». Jurewicz wspomina zaś, że „na wschód (od Lubaczowa, przyp. M.P.) nie jeździliśmy. Był to teren opanowany przez UPA. Nazywaliśmy go Ukraina”. 29 kwietnia dochodzi do potyczki z NKWD we wsi Surmaczówka.

        UPA pali też cztery polskie wsie – Mołodycz, Wólkę Mołodycką, Groblę i Stare Sioło. W tym ostatnim pozbawia życia 17 osób. Do tragicznej sytuacji dochodzi także w Wiązownicy, gdzie „Zalizniak” w odpowiedzi na polskie zbrodnie (m.in. zastrzelenie w tej wsi 10 Ukraińców, głównie kobiet i dzieci) przeprowadza brutalną akcję, w wyniku której ginie 90 osób. Była to ostatnia operacja „Mesnyków” przeciw ludności cywilnej. 10 kwietnia, po zawarciu porozumienia z AK-WIN, wydany zostaje rozkaz zakazujący podejmowania akcji przeciwko cywilom.

        23 kwietnia ma miejsce dziwna sytuacja. Pod tą datą w kronice sotni „Mesnyky II” znajdujemy notę: „Nasz wywiad doniósł, że przez Nowe Sioło przejeżdżała grupa uzbrojonych ludzi, która wyjechała w stronę Gorajca. Później okazało się, że była to część polskiej milicji i szturmówek z Lubaczowa, która poszła do lasu, uciekając przed bolszewikami. Uciekający Polacy nikogo nie zaczepiali”. Na wieść o nadejściu oddziału Wojsk Pogranicznych NKWD cały 2. SBO, duża część milicji oraz funkcjonariuszy UB, zdezerterowała. Czego komunistyczne polskie oddziały obawiały się od sojuszniczych wojsk radzieckich? I, co więcej, te sojusznicze oddziały zajęły wówczas budynki w Lubaczowie i ostrzelały rynek! Być może trafnie wyjaśnia tę sprawę Sztendera, twierdząc, że NKWD dowiedziało się, iż milicja była infiltrowana przez AK. Dezercję wywołała, słuszna czy też nie, plotka, jaką usłyszał Jurewicz: „Sowieci rozbrajają polskich żołnierzy i wywożą na wschód”. Niemal cała jego kompania przyłącza się w okolicach Sieniawy do Armii Krajowej, część jej żołnierzy wróciła do Lubaczowa. Wydarzenie to kładzie kres działalności 2. SBO na Lubaczowszczyźnie.
      • tawnyroberts Pamięci polskich i ukraińskich... - cz. IV 04.11.10, 21:06
        PANACHIDA

        Po likwidacji polskiej milicji, dezercji KBW oraz porozumieniu z AK-WiN na Lubaczowszyźnie zapanował spokój. „Lato 1945 roku było w lubaczowskim (...) bardzo spokojne, co wykorzystaliśmy do szkolenia” – wspomina „Semenko”. Kureń liczył wtedy aż 6 sotni. Kronika sotni „Mesnyky II” odnotowuje ciekawy epizod z tego okresu. W czerwcu sotnia ta stacjonowała w gorajeckim lesie. Wieczorem 25 czerwca komendant „Bałaj” wraz z 12 strzelcami wyruszył w stronę Gorajca. Tu, po sprawdzeniu czy jest bezpiecznie, obstawia stójką cmentarz i posyła po resztę oddziału oraz greckokatolickiego księdza z Żukowa. W nocy, o godzinie 22.00, rozpoczyna się panachida (nabożeństwo żałobne za zmarłych w Kościele wschodnim). „Zapalenie ogni, rozkaz baczność i ksiądz rozpoczął nabożeństwo żałobne” – opisuje sotenny kronikarz. – «Chór odśpiewuje kilka pieśni i kończy święto pieśnią „Nie pora”». W takiej właśnie tajemniczej atmosferze – nocą, przy świetle zniczy, odbyło się pierwsze nabożeństwo w intencji zamordowanych mieszkańców Gorajca.

        WYSIEDLENIA

        Już od 1944 r. planowano przeprowadzić akcję wysiedleńczą, mającą na celu usunięcie Ukraińców z Polski. Zakładano, że będzie ona dobrowolna, lecz tak się nie stało. Do marca 1945 r. z PRL wyjechało zaledwie ok. 15% mieszkańców. Później inicjatywę przejęła armia, która postanawia zmusić niechcianą ludność brutalnymi środkami do wyjazdu. „We wrześniu 1945 r. po kilkumiesięcznej przerwie, wojsko ściągnęło większymi siłami do Lubaczowa i zaczęło wywozić ludzi na Ukrainę” – wspomina Semenko.

        Ludność, by uniknąć wysiedleń i terroru wojska, ukrywała się w lasach – w nich powstawały obozy, w których chronili się miejscowi. Taki obóz znajdował się m.in. w głębinach lublinieckich lasów, za rzeką Studenicą.

        Przyszedł czas na Gorajec. Wojsko po raz pierwszy pojawiło się w tej wsi w dniu 20 maja 1946 roku. Skontrolowało mieszkańców, jednemu z gospodarzy skradziono pieniądze (2000 zł). „Zabranie czegoś Ukraińcom uważane było za normalne, jako odpłata za pożogi, rzeź i rabunki na wschodzie” – wspomina Jurewicz.

        Od tego momentu rozpoczęły się coraz agresywniejsze akcje żołnierzy, czasem ich działania przybierały skandaliczne formy. Jak dowiadujemy się z kroniki sotni „Mesnyky II”, 21 maja roku „we wsi Gorajec, WP w liczbie 80 ludzi wysiedlało mieszkańców. Przy tej okazji, rozkopywali groby na cmentarzu i szukali schowanych cerkiewnych rzeczy. Wiele cerkiewnych rzeczy znaleźli, szaty i obrusy darli na onuce, a książki porozrzucali po cmentarzu. Kości wykopanych porozrzucali po cmentarzu i tak je zostawili. Był przypadek, że zwierzęta w mundurach WP rzucały w siebie czaszkami nieboszczyków”. W kolejnych dniach brutalność żołnierzy nasiliła się. 26 maja żołnierze aresztowali 13 osób, które „po kilku dniach mocno pobitych wypuszczono”. Kolejnego dnia, chcąc zastraszyć ukrywających się, terroryzowani byli ci, którzy pozostali we wsi – starzy i chorzy: „Nad tymi WP znęcało się w nieludzki sposób, bili do nieprzytomności i wyrzucali na dwór. Po tym na wpół żywych, zrzucali na wozy, zwozili do Żukowa (...). Stamtąd zabrali ich do Lubaczowa”. Sposób prowadzenia wysiedlenia zaczyna przynosić „sukcesy”. 28 maja z Gorajca udaje się usunąć 19 rodzin, przy okazji dochodzi do kolejnych przestępstw: „7 żołnierzy złapało 17-letnią dziewczynę, zgwałcili ją, znaleziono ją później nieprzytomną. Tego samego dnia do Gorajca przyjechało 200 żołnierzy WP, którzy nocą biegali za kobietami, zaciągali je do pustych chat i gwałcili”. W ciągu następnych dni Polacy przeprowadzają poszukiwania ludzi w gorajeckim lesie (wyposażeni w pancerne samochody) oraz znowu przyjeżdżają do wsi, gdzie 30 maja wojsko „wyłapało resztki ukraińskich mieszkańców, przy czym niszczyli i ograbili cerkiew”. Mieszkańcy zostają doprowadzeni na stacje w Lubaczowie i Oleszycach, skąd są wywożeni do ZSRR. Jeszcze do 1947 r. we wsi pozostaje pewna liczba mieszkańców (przez cały czas nękana grabieżczymi akcjami WP, wiadomo, że miały one miejsce w dniach 24-27 czerwca; w jednej z nich zostaje złapany i aresztowany ranny strzelec UPA, ukrywający się u jednego z gospodarzy). Ostatnich 144 mieszkańców wsi wysiedlono podczas akcji „Wisła” na zachód Polski. Rok 1947 przynosi kres wielowiekowej obecności ukraińskiej ludności w Gorajcu.

        EPILOG

        Po usunięciu ludności i opustoszeniu okolicy, sytuacja partyzantów staje się coraz cięższa. Upowcy tracą wsparcie otoczenia, możliwość bezpiecznego noclegu, zdobycia wyżywienia. „Zrobiło się ciężko. Miesiąc gotowaliśmy żyto z wodą i jedliśmy. Nic więcej. W głowach kręciło się od głodu” – wspomina „Kret”. WP ostatecznie przejęło kontrolę nad terenem, upowcy nigdzie nie mogli czuć się bezpieczni: „(...) jednego wieczora wszedłem w sześć zasadzek: tyle było wszędzie wojska”. Przez pewien czas partyzanci próbują jeszcze działać, jednak w 1947 r. przychodzi decyzja o rozwiązaniu oddziału. „Kret” przez krótki czas ukrywa się w opuszczonym niemieckim bunkrze, później zostaje złapany przez wojsko. Sam „Zalizniak” przechodzi przez Karpaty na Czechosłowację, tam podaje się za węgierskiego żołnierza i zamieszkuje wraz z rodzicami w Wielkich Kapuszanach. W grudniu 1958 zostaje rozpoznany (według dokumentów UPA, został przez kogoś wydany) i oddany polskiemu sądowi. Wydarzenie to koresponduje z falą ostatecznej likwidacji upowskiego podziemia i zamachami kagiebistów na emigracyjnych działaczy OUN (zabójstwo Stepana Bandery i Lwa Rebeta). „Zbieżność dat zdaje się wykluczać możliwość przypadku” – twierdzi Grzegorz Motyka, spekulując, że schwytanie „Zalizniaka” było częścią zorganizowanej akcji KGB. Szpontak zostaje skazany na karę śmierci, którą później zamieniono na dożywocie. Po amnestii w listopadzie 1981 wraca do Czechosłowacji, umiera w 1989 roku w Koszycach.

        W PRL-u tragiczna historia konfliktu była przekłamywana bądź przemilczana. Nie wspominano o zbrodniach sił komunistycznych, również o tej w Gorajcu. Wedle oficjalnej wersji wydarzeń, wieś została zniszczona podczas walk z UPA. Niestety, do dziś w niektórych publikacjach możemy napotkać na takie informacje.

        Po 1989 r. sytuacja się zmienia. Tragiczna historia regionu zaczyna być przedstawiana rzetelnie i prawdziwie. W 1992 roku w Nowym Lublińcu na miejscu zniszczonego w 1946 r. krzyża na mogile zabitych żołnierzy samoobrony zostaje postawiony pomnik. Gorajec godnego upamiętniania zbrodni nie doczekał się do dziś. Na mogile umieszczony jest wysoki brzozowy krzyż, obok niego maleńka tabliczka informująca o tragicznym wydarzeniu.

        ***

        Gorajec wiele wycierpiał podczas wojny i lat powojennych. Cywilni mieszkańcy, zarówno zabici przez sotnie „Zalizniaka”, jak i wymordowani przez oddziały KBW, byli niewinnymi ofiarami. Upamiętnienie ich wspólnym pomnikiem byłoby idealnym przykładem sąsiedzkiego pojednania i dziejowej sprawiedliwości. Nadarza się znakomita ku temu okazja – 6 kwietnia 2010 rok mija 65. rocznica zbrodni. Wiemy już, że tak się nie stanie. Miejmy jednak nadzieję, że prędzej czy później, wbrew wszelkim przeciwnościom, ofiary tego tragicznego konfliktu zostaną we właściwy sposób upamiętnione.

        Maciej Piotrowski

        Artykuł w języku ukraińskim ukazał się w nr 18 i 19/2010 "Naszego Słowa" (2 i 9 maja 2010 r.).
    • venus99 Re: Pamięć i tożsamość ofiar Gorajca 12.11.11, 14:20
      jak widać miłosnicy upowskich bandytów nie mogą żyć bez łgarstwa.
      tak się jakoś dziwnie złozyło,ze w tej wsi byli sami niewinni,działała tylko ukraińska samoobrona,ranny upowiec znalazł tam schronienie przez przypadek a koniec bandyckiej działalności UPA jaki nastapił po akcji Wisła to cud którego nikt nie jest w stanie zrozumieć i wyjaśnić.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka