"Likwidator" - już w księgarni

08.11.10, 21:33
Dzisiaj stwierdziłem, że owa książka Dąmbskiego - wspomnienia kata podziemnej AK i współsprawcy zbrodni popełnianych na ukraińskich mieszkańcach Nadsannia jest już w sprzedaży.
Dostępna jest na przykład w księgarni (chyba sieci Nova ?) na ul. Hetmańskiej w Rzeszowie.
Kilka dni temu pytałem o nią w innej "sieciówce" ale Pani twierdziła że nie ma jej jeszcze w hurtowniach.
Sam, u siebie na PuKu, zarzekałem się, że książki tej nie kupię. Ale jak wiadomo "tylko krowa nie zmienia zadania" :)
    • tawnyroberts "Egzekutor" już w księgarni 08.11.10, 22:01
      Oj, chyba raczej "Egzekutor", a nie "Likwidator", chociaż znaczenie tych dwóch słów jest w tym przypadku niemal identyczne. Rzeczywiście, książka Stefana Dąmbskiego - tytułowego egzekutora AK, pojawiła się już w sprzedaży. Pozycja ukazała się nakładem Ośrodka "Karta", publikującego wcześniej fragmenty wspomnień Dąmbskiego na łamach czasopisma "Karta". Cena jest raczej przystępna (widziałem ją na Allegro po 18,50 PLN plus koszty wysyłki), bo i objętość w sumie nie powala - 122 strony formatu 130 na 200 mm. Książka na pewno znajdzie się w mojej domowej bibliotece.
    • enfer Re: "Likwidator" - już w księgarni 09.11.10, 00:45
      "Gdy tylko zobaczył Ukraińców, oczy wychodziły mu na wierzch, z otwartych ust zaczynała kapać ślina i robił wrażenie człowieka, który dostał obłędu. (...) Rzucał się na skamieniałych ze strachu Ukraińców i krajał ich na kawałki. Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła, aż krew tryskała po ścianach. Silny niesamowicie, często zamiast noża używał zwykłej ławy stołowej, którą gruchotał czaszki, jakby to były makówki".
      • piotrzr Egzekutor ?? no -egzekutor :) 09.11.10, 14:47
        Kupiłem - 22 złote w detalu !! Denerwujące są nawiasy w tekście - redakcyjne wycinki !!
        Tłumaczą, że wycieli zbędne "naddatki".....
        A śmieszne ?? oczywiście załączone w aneksie sprostowania byłych akowców, że to nie tak było, że Dęmbski kłamał itd itd

        Wspomnienia pisał u progu śmierci jako swoją spowiedź przed samym sobą - to i po co miałby konfabulować ???
    • tawnyroberts Egzekutor w "Nowinach" 05.01.11, 13:06
      Kilka tygodni temu o Stefanie Dąmbskim - bezwzględnym akowskim egzekutorze, pisały także rzeszowskie "Nowiny" piórem Piotra Samolewicza. Artykuł ukazał się w papierowym weekendowym wydaniu gazety z 17-19 grudnia 2010 r.


      "Byłem specjalistą od zabijania"

      „(...) będąc specjalistą od likwidacji ludzi, wykonywałem polecone mi wyroki bez emocji, ze stoickim spokojem, ciesząc się, że jestem potrzebny” - wyznaje Stefan Dąmbski, nieżyjący żołnierz AK. Kombatanci uważają, że pośmiertnie rozstrzeliwuje dobre imię AK.

      Opublikowane niedawno w książce „Egzekutor” wspomnienia bojowca, który działał na terenie od Rzeszowa po Bachórz i Brzozów, wywołują szok. Zwłaszcza u ludzi, którzy wychowali się na książkach o AK wydawanych w PRL i później. Wcześniejsze publikacje miały albo naukowy charakter, jak książki Cezarego Chlebowskiego, albo jeśli były wspomnieniami, to nader oszczędnymi w detale i emocje.

      Oto zdanie z książki napisanej przez oficera Kedywu Komendy Głównej AK Aleksandra Kunickiego pt. „Cichy front” (Warszawa, 1968) z rozdziału o zamachu na urzędnika warszawskiego Arbeitsamtu: „(...) „Elektryk” nie wyjął pistoletu i nie strzelił, lecz gnany jakąś przemożną pasją, przebiegł przez jezdnię (...) i z gołymi rękami rzucił się na Niemca.” I tyle, ani słowa wyjaśnienia dlaczego „Elektryk” postąpił tak, a nie inaczej. Skąd u niego ta „przemożna pasja”?

      Natomiast Dąmbski nie szczędzi szczegółów. Tak opisuje wyrok wykonany na niejakiej Jadzi Pierożance, mieszkance Harty, za to, że wydała Niemcom swego narzeczonego, AK-owca:
      „Celuję prosto w głowę. Jest księżycowa noc. Widzę to piękne ciało przed sobą i w ostatniej chwili odczuwam pewnego rodzaju żal. Zniżyłem lufę i równocześnie pociągnąłem za spust. Byle nie w głowę - pomyślałem - jak ona będzie wyglądać w trumnie. Długa seria... i koniec wszystkiego! Jadzia Pierożanka przestała istnieć. I dlaczego? Było to pytanie, które dręczyło mnie później tygodniami.”.

      *Z ziemiańskiej rodziny*

      Kim był autor tych wynurzeń? Dąmbski urodził się w 1925 r. w Nosówce w rodzinie ziemiańskiej. Do AK wstąpił jako 16-latek. Najpierw służył w oddziale „Józefa”, dowódcy placówki AK w Hyżnem, później w 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich AK pod dowództwem majora „Draży”. Wyznaje, że pod koniec wojny uczestniczył na Dynowszczyźnie w akcji odwetowej na Ukraińcach, potem wykonywał wyroki na funkcjonariuszach UB i milicji. Po dokonaniu zamachu na komunistę Dobruckiego i starostę w Brzozowie uciekł na Zachód. Osiadł w USA. Pod koniec życia zaczął spisywać wspomnienia. Nie dokończył ich. Samotny i chory na raka popełnił samobójstwo 13 stycznia 1993 r. w Miami.

      *Powrót do przeszłości*

      Z prawie stustronicowego zapisu wyłania się intrygujący portret byłego akowskiego „pistoleta”, czyli egzekutora, jak sam siebie nazywa Dąmbski. Z jednej strony chwali się, że był specjalistą od likwidacji ludzi. W tych fragmentach nietrudno dostrzec, że niepogodzony z życiem (dwukrotnie rozwiedziony) próbuje odzyskać siebie jako pełnego witalnych sił młodzieńca. I taka właśnie postać widnieje na zdjęciach zamieszczonych w książce: uśmiechnięty chłopiec sprzed wojny i młody człowiek w mundurze po wojnie.

      Z drugiej zaś strony Dąmbski ma wyrzuty sumienia. Zawadiaka przemienia się w cynika. Bez skrupułów opisuje swoje wyczyny. Na przykład gdy uśmiercił śpiącego „Sowietczyka”, czyli radzieckiego sierżanta, wbijając mu kolbą karabinu gwóźdź między oczy. A na końcu wyznaje: „doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach - w atmosferze do przesady patriotycznej”.

      *Dąmbski istniał*

      Wspomnienia Dąmbskiego są tak emocjonujące, że rodzą się pytania o wiarygodność autora. Znawca dziejów AK na Rzeszowszczyźnie, dr hab. Grzegorz Ostasz, prof. Politechniki Rzeszowskiej, a zarazem konsultant naukowy „Egzekutora”, nie ma wątpliwości, że Dąmbski faktycznie był „pistoletem” działającym na terenie południowej części rzeszowskiego obwodu AK.
      - Są dokumenty akowskie i ubeckie powojenne, potwierdzające tożsamość Dąmbskiego - mówi historyk. - Zachowały się też wzmianki o Dąmbskim w polskich archiwach londyńskich. Szukałem zapisków o ludziach, którzy po zakończeniu okupacji działali jeszcze w podziemiu i Dąmbski w nich występuje. Zapiski potwierdzają, że uczestniczył w zamachu w Brzozowie.

      Źródła potwierdzają też opisane przez Dąmbskiego zdarzenia, zgadza się wiele nazwisk osób likwidowanych, czy fakt wydawania wyroków.

      Ale dr Ostasz nie jest bezkrytyczny wobec tych wspomnień. Przyznaje, że przyjęcie Dąmbskiego do AK, gdy rzekomo w pojedynkę zabił swego przyjaciela posądzonego o zdradę, przypomina inicjację do gangu, a nie do armii.
      - Nie mogę zapewnić, że Dąmbski czasami nie myli się, że nie fantazjuje.

      *Strzał w tył głowy?*

      Historyk powątpiewa też w tak dużą liczbę wyroków śmierci, wykonanych przez Dąmbskiego. Nie wie też, czy faktycznie, jak opisuje to egzekutor, wyroki wykonywano strzałem w tył głowy.
      - Rozmawiałem z co najmniej czterema osobami, które uczestniczyły w tego rodzaju akcjach - mówi dr Ostasz. - Podawali różne wersje. Na pewno było coś takiego, jak cicha likwidacja, bez użycia broni. Trzeba sobie wyobrazić, jak była wykonywana - czy gołymi rękami, czy bagnetem. Nie wiem, czy lepiej jest komuś patrzeć w twarz, gdy się go zabija, i czytać mu sentencję wyroku, czy lepiej uśmiercić strzałem w tył głowy, który może być porównywany z Katyniem.

      Historyk podkreśla, że w dziejach AK dochodziło do wielu wydarzeń, o których głośno się nie mówi. Takie zdarzenie miało miejsce w Mielcu na przełomie 1943 i 44 roku, kiedy egzekutorzy zlikwidowali komendę obwodu, czyli swoich szefów, bo było przypuszczenie, że mogli dopuścić się działań kryminalnych. Zlikwidowano wówczas trzech oficerów, w tym komendanta obwodu i ciężarną żonę jednego z nich.

      *Kowbojem nie był*

      Westernowa brawura Dąmbskiego rodzi podejrzenia, że nie był kontrolowany przez dowódców.
      - Nie ma mowy, by był kowbojem. Na pewno był kontrolowany przez dowództwo po tych akcjach, na pewno musiał zdawać sprawozdanie - stwierdza dr Ostasz.
      W sumie dla rzeszowskiego historyka Dąmbski był „egocentrykiem o sadystycznych skłonnościach”.

      W prawdopodobieństwo relacji Dąmbskiego jest skłonny wierzyć inny znawca dziejów AK na Rzeszowszczyźnie, Piotr Szopa z rzeszowskiego IPN, autor m.in. pracy „Armia Krajowa w Strzyżowskiem”. Książkę Dąmbskiego określa on mianem „źródła historycznego subiektywnego”. Zwraca uwagę, że Dąmbski mówi dużo o podziemiu, ale nie wszystko.
      - Nie opowiada o tym, jak wyglądało jego życie, jakie były problemy dnia codziennego, jak był szkolony, jakie miał inne zajęcia bojowe. Koncentruje się tylko na wykonywanych wyrokach, co świadczyłoby o tym, że pod koniec życia faktycznie targały nim wyrzuty sumienia.

      *„Chore majaczenia"*

      Wspomnienia Dąmbskiego wzburzyły środowiskiem kombatanckim. Stanisław Kostka-Dąbrowa książki nie czytał, zna tylko fragmenty opublikowane w periodyku „Karta”. W okresie, o jakim pisze autor, pełnił odpowiedzialną funkcję w komendzie Podokręgu AK Rzeszów, potem - od grudnia 1944 roku - pod nowym ps. „Dzierżyński”, był oficerem dywersji w przemyskiej komendzie Obwodu AK-NIE-DSZ.

      Jego zdaniem opowieści Dąmbskiego to „chore majaczenia”. Nie wierzy, że tam, gdzie jakoby grasował „żądny krwi egzekutor”, nie obowiązywały stosowane wszędzie zasady dbałości o honor polskiego żołnierza.
      - Funkcjonowały konspiracyjne sądy cywilne i wojskowe, obowiązywały wyroki określone jednoznaczną procedurą - podkreśla były akowiec. - Przecież nie można było zabijać na zasadzie własnych fantazji, dając przy tym upust swym sadystycznym instynktom.

      Piotr Samolewicz

      „Nowiny”, 17-19 grudnia 2010 r.
      • piotrzr złote żniwa ..... 05.01.11, 17:46
        Ledwie przeczytałem ową książkę - a już czekam na nową....... "Złote żniwa" Grossa . O Polakach którzy po holocauście zrobili sobie gorączkę złota w oparciu o ludzkie szczątki pomordowanych żydów.
        Przesiewanie popiołów ludzkich w poszukiwaniu złota, wyrywanie złotych zębów z czaszek ....br . Horror. A to Polska właśnie :/
        • czesio48 Re: złote żniwa ..... 05.01.11, 20:29
          trzeba wyjątkowej inteligencji by się podniecać tym co ten klamca-polakożerca wypisuje, przypisując wredne przypadki całej nacji.
          • graziowawiar Re: złote żniwa ..... 06.01.11, 09:42
            Nienawiść do Polaków a więc również do samego siebie - to zawód , hobby, choroba, opętanie...
            Ks. Anatol modli się zapewne w Twojej intencji.
            Życzę Bożego narodzenia.
            • piotrzr Re: złote żniwa ..... 06.01.11, 17:38
              Cytuję za Tygodnikiem Powszechnym (czy to pismo antypolskie ??)

              Dlatego „Złote żniwa” są przede wszystkim niewygodną opowieścią o korzyściach, jakie w czasie wojny i po jej zakończeniu Polacy czerpali z Holokaustu, zarówno w wymiarze lokalnym, jak i szerszym. Ten pierwszy opisany jest na przykładzie zdjęcia z Treblinki: istniały na mapie wojennej Polski miejscowości, które skorzystały na istnieniu obozów koncentracyjnych, podnosząc w istotny sposób swój status materialny – dowodzi historyk z Princeton. Najpierw dzięki wymianie handlowej z esesmanami i personelem pomocniczym (zrabowane w obozach kosztowności trafiały do wiosek w zamian za żywność, wódkę i usługi erotyczne), później dzięki wygrzebywaniu spomiędzy zakopanych w ziemi zwłok i popiołów tego, co ocalało przed grabieżą. Według cytowanych przez Grossa źródeł gospodarze z Wólki Okrąglik najpierw wysyłali swoje żony i córki do esesmanów i regimentu ukraińskiego, wściekając się, jeśli w zamian kobiety przynosiły do domu zbyt mało precjozów, następnie zaś, kiedy Niemcy odeszli, ruszyli dużymi grupami w stronę zbiorowych mogił, tworząc dobrze zorganizowane grupy poszukiwawcze. Podobnie sytuacja rozwinęła się w Bełżcu i Sobiborze, część historyków do tej listy dodaje jeszcze Poniatową i Chełmno.

              koniec cytatu

              A Wam.....Pokój Wam !!!!!

              Christos Rażdżajetsia

              Christos Rożdajetsia!
              • czesio48 Re: złote żniwa ..... 06.01.11, 19:28
                na jakich dokumentach oparte są te zarzuty, jakie złoto mogło zostać w obozie, nie wystarczy umnieć pisać trzeba jeszcze umieć myśleć, wyborcza nie jest mądrością jest raczej kłamstwem, wystarczy wiedzieć jak powstała.
                • piotrzr Re: złote żniwa ..... 07.01.11, 12:03
                  Jest u Grossa i plan szerszy, z którego można wyciągnąć wnioski jeszcze bardziej dramatyczne niż z historii podlaskiej Wólki Okrąglik, gdzie już w czasie wojny dachy kryto blachą, zamiast słomą. Za plecami rozluźnionej, spokojnej gromadki kopaczy złota stoją specjaliści od handlu pożydowskim mieniem, szmalcownicy, granatowa policja, a także ci, którzy ręki do zbrodni nie przyłożyli, ale podkreślali jej pozytywny wymiar.
                  123...
                  Wszystko wskazuje na to, że „Złote żniwa” wywołają taką samą burzę jak „Sąsiedzi” i „Strach”.
                  Niebywałe zdanie, „Hitlerowi po wojnie postawi się pomnik za to, że Polskę uwolnił od Żydów”, okazuje się banałem, powtarzanym w takim lub innym sformułowaniu wzdłuż i wszerz Rzeczypospolitej, wśród ludzi ze wszystkich środowisk – opisuje Gross postawę okupowanego społeczeństwa. Jakkolwiek to zabrzmi, Holokaust rozwiązuje nieusuwalny konflikt z dwudziestolecia międzywojennego, wysyłając do gazu całą właściwie klasę społeczną, która zajmowała się handlem i wywoływała skrajnie negatywne uczucia. „Rozporządzenia okupantów nakazujące aryzację żydowskich przedsiębiorstw i kamienic spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem polskich prawników. Przejmowali zarządzanie żydowską własnością – co było okazją do szybkiego wzbogacenia – z przeświadczeniem, że spełniają w ten sposób patriotyczny obowiązek obrony polskiego stanu posiadania przed zakusami Niemców. Tylko »Biuletyn Informacyjny« – nietypowa publikacja na firmamencie prasy nielegalnej obozu londyńskiego, bo nie ukazywały się w nim antysemickie artykuły – ostrzegał korporację prawników w wydaniu z 19 lipca 1940 r. przed kompromitacją grożącą osobom biorącym udział w tym przedsięwzięciu sponsorowanym przez okupanta” – pisze naukowiec z Princeton.

                  Dla Grossa grabież majątków żydowskich to coś więcej niż pojedyncze przypadki: „była to praktyka społeczna, a nie kryminalne wyskoki dewiantów ze społecznego marginesu”. A oprócz grabieży miało miejsce przecież także mordowanie Żydów albo wydawanie ich Niemcom (co wychodziło na to samo), po czym „zabójca pozostawał dalej akceptowanym, a często i szanowanym członkiem wspólnoty”. Kopacze stają się z takiego punktu widzenia częścią polskiego pejzażu, jego odrażającym odpryskiem, który cudzą tragedię przyjmuje z iście chłopską zaradnością, starając się znaleźć w niej swoje miejsce. Na obrzeżach Holokaustu dzieją się rzeczy równie potworne, jak w jego centrum.

                  Jeśli więc zamknąć w kilku słowach zestaw zarzutów, jakie pojawiają się w tej książce pod adresem Polaków, a szczególnie polskiego chłopstwa, będą one brzmiały następująco: skwapliwość, zaradność, chciwość.

                  Humanitaryzm i kalkulacja

                  Szczególnie mocno brzmią w eseju Grossa próby dekonstrukcji dwóch mitów, na których wychowywały się powojenne pokolenia Polaków.

                  Po pierwsze: autor „Złotych żniw” podważa powszechne dotychczas przekonanie, że za ukrywanie Żydów groziła automatycznie kara śmierci.
                  Wszystko wskazuje na to, że „Złote żniwa” wywołają taką samą burzę jak „Sąsiedzi” i „Strach”.
                  – Między Niemcami a Polakami, którzy się na to decydowali, stała jeszcze duża grupa pośredników nastawiona na zysk. Zależało im przede wszystkim na tym, by wyciągnąć z Żydów jak najwięcej pieniędzy, a nie na tym, by rozstrzeliwać polskich sąsiadów czy znajomych – dowodzi. Gross formułuje swoją tezę wyraźnie: „osoby, u których znaleziono Żydów, nie były bezwarunkowo karane śmiercią”.

                  Po drugie: jedną z ważnych pobudek, jakie miały kierować Polakami ukrywającymi Żydów, były według Grossa motywacje finansowe i chęć drapieżnego wzbogacenia się na tych, którzy i tak przecież nie mieli prawa wyjść z wojny żywi. Co oczywiście otwiera pole do kolejnej gwałtownej dyskusji. Jak bowiem pogodzić przekonanie, że Polakami kierowała chęć zarobku, z ponad sześcioma tysiącami Sprawiedliwych? Czy podczas wojny płynęły obok siebie dwa nurty, humanitaryzmu i chłodnej kalkulacji, czy też bywały momenty, w których splatały się one w jedno? To skądinąd temat nienowy: „przemysłem pomocy”, czyli ratowaniem Żydów za pieniądze, zajmował się np. Jan Grabowski w roczniku „Zagłada Żydów”. W tym samym piśmie Joanna Tokarska-Bakir pisała o wsiach, w których jedni Żydów przechowywali, drudzy – udając obojętność – chronili, inni mordowali, a jeszcze inni „nie mogli się zdecydować, do jakiej kategorii należą”...
                  • tawnyroberts Na Ukraińców 08.01.11, 21:45
                    Zostawmy może w spokoju Grossa i jego "Złote żniwa", bo to zupełnie inna bajka w zestawieniu z wyczynami "Egzekutora". Na stronie internetowej "Karty" jest fragment wspomnień "akowskiego pistoleta" dotyczący tzw. akcji odwetowej na Ukraińcach. Pozwolę go sobie tutaj zacytować w całości, ale z małą adnotacją: tylko dla ludzi o mocnych nerwach.


                    "Na Ukraińców"

                    Mojemu koledze z Czternastki, „Twardemu” [Wilhelmowi Ćwiokowi], który z bratem zamieszkiwał na Pasiekach we Lwowie, Ukraińcy wymordowali całą rodzinę: ojca, matkę i rodzeństwo. Choć on i brat się uratowali, to jednak obydwaj nigdy nie mogli zapomnieć tej tragedii i w końcu brat „Twardego” zastrzelił się na zabawie tanecznej, na oczach swojej dziewczyny i kilku kolegów. Sam „Twardy” też miał skłonności samobójcze i przy wódce trzeba go było pilnować, aby sobie nie palnął w łeb.

                    Ten właśnie „Twardy”, którego drugie pseudo brzmiało „Wiluśko”, po [...] moim przybyciu do Laskówki został przydzielony przez samego „Drażę”, wraz ze mną, „Słowikiem” i „Luisem”, do specjalnego Oddziału Karnego, powołanego do odwetowej likwidacji Ukraińców. To była nasza regularna paczka na co dzień. Na większe roboty dołączali jeszcze „Szofer” i „Muszka”.

                    Nasze operacje zbliżone były w swojej jakości do ukraińskich, z tą tylko różnicą, że wybieraliśmy wioski, w których przeważała ludność polska, bo w ten sposób było nam łatwiej wykończyć Ukraińców. Nie było w tych akcjach żadnej litości, żadnego pardonu. Nie mogłem też narzekać na swoich towarzyszy broni. Szczególnie „Twardy”, który miał osobiste porachunki z Ukraińcami, przechodził sam siebie.

                    Gdy wchodziliśmy do ukraińskiego domu, nasz „Wiluśko” dostawał dosłownie szału. Zbudowany jak dobrze rozwinięty goryl, gdy tylko zobaczył Ukraińców, oczy wychodziły mu na wierzch, z otwartych ust zaczynała mu kapać ślina i robił wrażenie człowieka, który dostał obłędu.

                    Ja z „Luisem” przeważnie obstawialiśmy drzwi i okna, natomiast półprzytomny „Twardy”, stary nożownik z lwowskich Pasiek, rzucał się na skamieniałych ze strachu Ukraińców i krajał ich na kawałki. Z niesłychaną wprawą rozpruwał im brzuchy lub podrzynał gardła, aż krew tryskała po ścianach. Silny niesamowicie, często zamiast noża używał zwykłej ławy stołowej, którą gruchotał czaszki, jakby to były makówki.

                    Pewnego razu zebraliśmy trzy rodziny ukraińskie w jednym domu i „Twardy” postanowił wykończyć je „na wesoło”. Założył sobie znaleziony na półce kapelusz i – wziąwszy leżące na stole skrzypce – zaczął przygrywać na nich Ukraińcom. Podzielił ich na cztery grupy i przy dźwiękach muzyki kazał im śpiewać na głosy: „Tu pagórek, tam dolina, w dupie będzie Ukraina…”. I pod groźbą trzymanego przeze mnie pistoletu śpiewali biedacy, aż szyby w oknach drżały, łudząc się, że nasza brać partyzancka będzie miała więcej sumienia od nich samych. Niestety, była to ich ostatnia piosenka na tym padole. Po skończonym koncercie „Twardy” tak się żywo wziął do pracy, że obaj z „Luisem” uciekliśmy do sieni, ażeby też nas czasem przez pomyłkę nie zarąbał. [...]

                    W dywersji działy się czasem rzeczy, które nawet mnie samemu się nie podobały. Zgoda, nieraz podczas wojny trzeba było za jakąś zdradę kobietę pod ścianę postawić i wyrok wykonać. Sam brałem udział w takich likwidacjach i o to nie mam pretensji; wtedy uważałem to za rzecz konieczną, za coś normalnego. Ale „Twardy”, który kochał się w torturowaniu Ukraińców, pod względem kobiet nie robił żadnych wyjątków.

                    Raz, idąc przez wieś z „Twardym” i „Luisem”, weszliśmy do domu, w którym mieszkały trzy dziewczęta. W czasie nawiązanej konwersacji okazało się, że jedna z tych panienek jest Ukrainką. Ponieważ była bardzo młoda i bardzo ładna, „Twardy” zadecydował, że najlepszą karą za jej ukraińskie pochodzenie będzie, gdy wszyscy trzej dopuścimy się na niej gwałtu.

                    Byłem tym pomysłem niemile zaskoczony, ale nadrabiałem miną, bo nie ma nic gorszego dla 19-letniego chłopaka, jak przyznać się, że się „dupy boi”. Nikt nie protestował, dziewczyna została zabrana do osobnej sypialni, w której pierwszy został z nią sam pomysłodawca, kapral „Twardy”. Przyszedł do nas po dziesięciu minutach spocony jak mysz i „Luis” zajął jego miejsce. Wreszcie przyszła moja kolej.

                    Po wejściu do sypialni, zastałem biedną dziewczynę leżącą zupełnie nago na łóżku i szlochającą histerycznie. Zrobiło mi się głupio, zacząłem jej rzeczywiście żałować i nie wiedziałem, co robić. W końcu usiadłem na skraju łóżka i zacząłem delikatnie głaskać ją po długich, czarnych jak aksamit włosach. Zacząłem ją prosić, aby przestała płakać i nawet próbowałem jej wmówić, że może się jeszcze wszystko dobrze skończy, choć w głębi duszy, znając już dobrze „Twardego”, wiedziałem jaki ten koniec będzie. Jednak zrobiło mi się bardzo przykro.

                    Dziewczyna była śliczna i taka młoda jeszcze, w życiu na pewno nikomu krzywdy nie zrobiła i miała takie samo prawo do życia, jak każdy z nas. Jedynie to, że miała pecha urodzić się Ukrainką – przez to jedno los jej był już przypieczętowany.

                    Ja byłem za bardzo zajęty swoją karierą partyzancką i swoim „patriotyzmem”, aby wtedy wyjść i oświadczyć „Twardemu” prosto w nos, że robimy wielkie świństwo i że tę dziewczynę należy uniewinnić. Posiadałem ten sam stopień wojskowy co „Twardy”, więc o dawaniu jakichkolwiek rozkazów mowy nie było. Tylko, że mój sposób myślenia wtedy był tak wypaczony… Uważałem, że pierwszy stopień do bohaterstwa to być twardym, tak jak „Twardy”. Trzymając się tej zasady, nie myślałem wcale o poważniejszym ratowaniu dziewczyny.

                    Nie zgwałciłem jej jako trzeci, to prawda, ale głównie dlatego, że gwałt nie działał na mnie podniecająco, a histeryczny płacz dziewczyny wprowadzał mnie raczej w nastrój depresyjny. Poburzywszy sobie odpowiednio włosy, zziajany jak nieszczęście, ocierając z potu suche czoło, wkroczyłem z powrotem do mieszkania, gdzie koledzy tymczasem zabawiali się rozmową z dwiema Polkami.

                    Oświadczyłem, że jestem już „załatwiony” i że oddaję dziewczynę do dyspozycji „Twardego”, z lekką jednak sugestią, ażeby jej życie darować. „Twardy”, choć popatrzył na mnie jak na wariata, zgodził się na to niespodziewanie łatwo, zaznaczając jednak: „Ty, «Żbik», to masz zawsze idiotyczne pomysły”.

                    Jednak na samym gwałcie się nie skończyło i choć „Twardy” rzeczywiście darował jej życie, to przedtem przyciągnął ją nagą do kuchni i rozgrzawszy do czerwoności pogrzebacz, na goły tyłeczek takie jej smary sprawił, że aż czerwone pręgi zaczęły się pokazywać. I w takim stanie, zupełnie nagą, wyrzucił biedną dziewczynę na dwór. Ratując ostatkiem sił swoje życie, w śniegu po kolana, w trzaskający mróz pobiegła do sąsiadów.

                    forum.karta.org.pl/?page_id=373
    • tawnyroberts Egzekucja w Hyżnem 27.01.12, 13:28
      I jeszcze jeden reportaż z "Nowin" ze Stefanem Dąmbskim - "Egzekutorem" w roli głównej. Tym razem dziennikarz wziął "na tapetę" likwidację posterunku milicji w Hyżnem w 1944 r., oczywiście z udziałem bezwzględnego "Egzekutora", który musiał nawet zabić swojego przyjaciela ze sportowego boiska. Dąbski zadanie wykonał, chociaż w tym wypadku chyba zadrżała mu ręka. Pozostałe szczegóły akcji w artykule Andrzeja Plęsa "Egzekucja w Hyżnem".


      "Egzekucja w Hyżnem"

      Stefan Dąbski przyznał się do wielu egzekucji, dokonanych na zlecenie przełożonych z AK. "Ta robota” sprawiała mu przyjemność.

      Jeszcze w 40 lat po wojnie ludzie w Hyżnem bali się mówić o tamtym wydarzeniu. I przez 40 lat nikomu specjalnie nie zależało, by kulisy tego wydarzenia wyjaśnić. Nawet władzy ludowej, a przecież to czterech jej funkcjonariuszy zginęło tej grudniowej nocy 1944 roku. Nikomu nie zależało, aż do 1980 roku.

      - Do posterunku milicji w Hyżnem przyjechał pułkownik Wojska Polskiego Gusarczuk, imienia już nie pamiętam – opowiada Józef Przyboś, dziś prywatny detektyw, wówczas najmłodszy funkcjonariusz hyżneńskiego posterunku. Oświadczył, że dopiero teraz dowiedział się, że jego ojciec zginął w Hyżnem w czterdziestym czwartym, prosił mnie o odnalezienia miejsca pochówku, bo chciał ojcu urządzić godziwy pogrzeb. Prosił mnie, może dlatego, że byłem najmłodszy. Dałem mu słowo, że zrobię, co się da, by wyjaśnić tę zbrodnię.

      Dziś przyznaje, że wówczas nie dawał sobie szans na sukces. Po latach sprawca tamtej zbrodni przyznał się do winy. Zza grobu.

      *Lista do odstrzału*

      Na dwa tygodnie przed bożonarodzeniowymi świętami 1944 roku, tuż przed północą, do posterunku milicji w Hyżnem weszło dwóch partyzantów AK. Zadanie: zlikwidować czterech milicjantów, odnaleźć i zniszczyć sporządzoną tu listę 90 nazwisk ludzi z konspiracji. I zrobić to natychmiast, zanim lista trafi do komendantury rzeszowskiej.

      Akcja wydawała się samobójczym szaleństwem dla dwóch akowców, bo posterunek obsadzony był 17 milicjantami. Dopiero później okazało się, że część z nich gotowa jest przejść na stronę AK, niektórzy już od dawna współpracowali z niepodległościowym podziemiem. Dwójkę zamachowców miał wprowadzić do środka jeden z milicjantów.

      Wszystko odbyło się błyskawicznie: dowódca posterunku, porucznik, tylko przez chwilę stawiał opór, trójkę pozostałych "do ostrzału” pochwycili pozostali milicjanci. Odnaleziona lista i pozostałe dokumenty spłonęły na środku pokoju w pomieszczeniach posterunku.

      Całą czwórkę wyprowadzono z budynku i słuch po nich zaginął. Po dwójce zamachowców też. Po części załogi hyżneńskiego posterunku też, bo poszli "do lasu”, do oddziału AK. Może ze wstydu i w obawie przed kompromitacją władza ludowa i wówczas i później nie chciała wyjaśnienia tamtego wydarzenia.

      *Szukanie sprawców*

      Zobowiązanie Przybosia tylko z pozoru wydawało się łatwe do realizacji. Pochodził z tego terenu, znał tu wszystkich, zresztą wszyscy wszystkich tu znali od pokoleń. W takim środowisku żadna tajemnica nie utrzyma się długo, ktoś coś musiał wiedzieć, a jednak na temat tamtego wydarzenia nikt niczego nie chciał mówić. Nawet 40 lat po fakcie.

      - W ciągu pięciu lat przeprowadziłem setki rozmów, zawsze poufnych, bez świadków – opowiada. - I nic. Przełom nastąpił w 1985 roku, kiedy jeden z moich znajomych, z którym rozmawiałem wiele razy, zasugerował, że coś wie. I dodał, że za ceną swojego życia musi jeszcze milczeć. W końcu zgodził się mówić, ale zobowiązał mnie, że cokolwiek ujawnię, zrobię to po jego śmierci. I to bez podawania jego nazwiska.

      Podał kilkanaście nazwisk ludzi, którzy działali w akowskiej partyzantce, a w latach 80. mieszkali w Hyżnem i okolicach. Przyboś doskonale ich znał. Informator wiedział, o kim mówi, w 1944 roku był jednym z hyżneńskich milicjantów, choć tamtej nocy na posterunku go nie było.

      Przyboś przeanalizował każdego z wymienionych, doszedł do wniosku, że żadnego nie byłoby stać na tak brawurowy atak. Przenosili meldunki, dostarczali zaopatrzenie, stali na czujce, ale nie byliby w stanie zaatakować licznego i uzbrojonego posterunku milicji. Z wyjątkiem Stefana Dąbskiego ps. "Żbik I”.

      - Wśród partyzantów uchodził za bezwzględnego, strzelającego do ludzi z przyjemnością, także do niewinnych – charakteryzuje "podejrzanego” Przyboś.

      – Wśród wymienionych przez informatora nazwisk było jeszcze dwóch akowców, którzy mogli brać udział w tamtym wydarzeniu, a którzy mieszkali w Hyżnem. Może to ich się obawiał. Bo po Dąmbskim ślad zaginął. Mógł wyjechać na Zachód, mógł żyć w Polsce pod zmienionym nazwiskiem. Tak mi się wydawało w 1985 roku.

      *Szukanie ofiar*

      Obiecał pułkownikowi Gusarczukowi, z obietnicy chciał się wywiązać. Na podstawie strzępów informacji kopał w określonych miejscach, w poszukiwaniu szczątków zabitych. Bez rezultatu.

      W końcu ziemia odsłoniła tajemnicę: w Hyżnem właściciel terenu postanowił postawić cegielnię, z dołu pod fundamenty zaczął wydobywać ludzkie kości. Dużo ludzkich kości. Nie wiadomo czyich, bo grzebano tu i zastrzelonych przez hitlerowców Żydów, i potem zastrzelonych przez partyzantów hitlerowców, więc może i czwórka milicjantów tu spoczęła. Wszystkie szczątki trafiły na cmentarz w Hyżnem.

      - Właściciel powiedział, że w jednym z grobów były szczątki aż czterech osób – opowiada Przyboś. – Może właśnie tych czterech milicjantów?

      *Ludzie zawsze coś wiedzą*

      Ze strzępów informacji wywnioskował, że pojmanych milicjantów wieziono furmanką, należącą do jednego z hyżneńskich gospodarzy. W latach 80. Przyboś, już jako komendant miejscowego posterunku, zatrzymał na drodze pijanego rowerzystę, syna właściciela owej furmanki.

      - Powiedziałem, że nic mu nie zrobię, ale niech leci do matki i zapyta, jak było z tymi milicjantami. Matki, bo ojciec już nie żył – opowiada Przyboś. – Ponad godzinę go nie było. Wrócił. Mówił, że matka się spłakała. Opowiadała, że ciemno było, niewiele widziała i tylko jeden z tych milicjantów, osiemnastoletni Paściak, bardzo prosił, żeby go puścić. Ale nie wie, kto tych milicjantów do nich przyprowadził.

      *Sprawca się ujawnia*

      W latach 80. już niewiele więcej dało się ustalić. Przyboś zamknął sobie to prywatne śledztwo. Wydedukował, że atakiem na posterunek dowodził Stefan Dąmbski, że szczątki milicjantów spoczęły, razem z innymi, na hyżneńskim cmentarzu. Potwierdzenie jego przypuszczeń przyszło po 25 latach, od kiedy płk. Gusarczuk prosił go o wyjaśnienie losów ojca.

      W 2005 roku wydawnictwo Karta opublikowało wspomnienia okupacyjne Stefana Dąmbskiego, żołnierza AK, członka grupy dywersyjnej, człowieka do specjalnych poruczeń. Tytuł wspomnień wymowny: "Egzekutor”.

      Dąmbski, cierpiący na chorobę nowotworową, zdecydował się na ujawnienie swoich wspomnień z dalekiego Chicago, do którego został przemycony tuż po wojnie. We wspomnieniach przyznaje się do wielu egzekucji, dokonanych na zlecenie przełożonych z AK, i wcale nie ukrywa, że "ta robota” sprawiała mu przyjemność.
      • tawnyroberts Egzekucja w Hyżnem - cz. II 27.01.12, 13:32
        Przyznaje się też do ataku na posterunek w Hyżnem, w którym zginął ojciec płk. Gusarczuka, choć milicjantów nie wymienia z nazwiska. Poza jednym: Stanisławem Paściakiem, owym osiemnastoletnim milicjantem, który podpisał listę akowców dla rzeszowskiej centrali SB. Dąmbski woli go nazywać "Staszkiem P.”, może dlatego, że "Staszek P.” był jego przedwojennym, serdecznym kumplem z boiska.

        Dąbski wspomina, że strzelił do niego, ale nie miał sumienia go dobić, polecił to zrobić swojemu koledze. To on także zastrzelił ojca płk. Gusarczuka. Jego wspomnienia roją się od szczegółów akcji na posterunek, od szczegółów innych akcji likwidacyjnych też. Rozkaz likwidacji milicjantów wydał mu kapelan miejscowego AK, ks. Bossowski, którego Dąmbski błędnie nazywa księdzem Ostrowskim.

        - W Hyżnem ćwierć wieku temu nikt nie wiedział, co się stało z Dąmbskim, ale wszyscy wiedzieli, do czego jest zdolny – tłumaczy Przyboś powściągliwość miejscowych. – Poza tym żyli jeszcze albo niegdysiejsi akowcy, albo ich potomkowie, mówienie o wojennych, trudnych czasach nie było bezpieczne. Dziwi tylko, że natychmiast po zdarzeniu nikomu nie zależało na wyjaśnieniu tej sprawy. Za udział w tym ataku na Sybir wysłano niewinnych akowców: Staszka Sowę, Tadka Ossolińskiego, Władka Czyrę i Putyłę. Wrócili, bo okazało się, że byli niewinni.

        Stefan Dąmbski popełnił samobójstwo w Miami w 1993 roku. Jego prochy rodzina sprowadziła na cmentarz do Hyżnego. Przyboś ustalił, że tuż po wojnie ks. Bossowski uciekł do Anglii w przebraniu zakonnicy. Kilka lat temu odwiedził parafię w Hyżnem, nawet odprawiał tu mszę, głosił kazanie.

        Dotąd nie ma pewności, czy szczątki zastrzelonych milicjantów znajdują się w zbiorowym grobie na cmentarzu w Hyżnem.

        Andrzej Plęs

        www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110801/WEEKEND/449867069
        • piotrzr Re: Egzekucja w Hyżnem - cz. II 28.01.12, 11:59
          cóż - Dąmbski nie był raczej blagierem jak go chcieli widzieć współczesni krytycy
    • tawnyroberts Re: "Likwidator" - już w księgarni 27.01.13, 08:28
Pełna wersja