Zbrodnia w Mucznem

17.01.12, 14:47
To jedna z najmniej nagłośnionych tragedii z burzliwego okresu konfliktu polsko-ukraińskiego w latach II wojny światowej i tuż po niej. Chodzi o zamordowanie 74 osób narodowości polskiej w niewielkiej osadzie leśnej Muczne w Bieszczadach. Do zbrodni doszło najprawdopodobniej 15 sierpnia 1944 r., a sprawcami byli członkowie ukraińskiego podziemia.

Jako wprowadzenie do tematu proponuję artykuł z "Nowin", który ukazał się już prawie półtora roku temu z okazji odsłonięcia na szczycie Jeleniowatego pamiątkowego obelisku, poświęconego ofiarom tej ciągle dość zagadkowej zbrodni. Autorem tekstu jest Wojciech Zatwarnicki.


"Pamiętajmy o ofiarach tej zbrodni"

Pierwsze ciała napotkali w pobliżu budynku. Wśród traw i opłotków znajdywali kolejne. Kobiety, mężczyźni, dzieci... Widać było sutannę duchownego i mundury leśników Ciała nosiły ślady okrutnych tortur ...

Na szczyt Jeleniowatego w pobliżu Mucznego wchodzimy błotnistym, leśnym szlakiem. Towarzyszy nam szum potoku, z rzadka słychać przytłumione szepty. Nastrój jest podniosły. Wchodzimy na rozległą polanę, na której ruiny piwnicy, studnia. Ktoś mówi, że pewnie to one stały się grobem dla pomordowanych. Na środku, pomiędzy konarami starych drzew, potężny dębowy krzyż. Pod jego lewym ramieniem głaz z mosiężną tabliczką: „Pamięci 74 Polaków bestialsko pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów".

*Ich ciała wchłonął las*

Kiedyś była tu leśniczówka Franciszka Króla. Stała się miejscem kaźni dla 74 osób, które szukały schronienia przed wojenną pożogą. Ludzie ci nigdy nie zostali pochowani. Ich ciała wchłonął las. Teraz, 16 września, po 66 latach, rozpoczyna się symboliczny pogrzeb. A wszystko dzięki Antoniemu Derwichowi, miejscowemu leśniczemu. - Chciałem uchronić od zapomnienia tamtą zbrodnię - mówi Derwich.
Rok temu poprosił Jana Mazura, nadleśniczego z Nadleśnictwa Stuposiany, gospodarza terenu, o zezwolenie na ustawienie tu drewnianego krzyża. Nadleśniczy pomysł zaakceptował i zaangażował grono kolegów. Obelisk i krzyż miały stanąć w 65. rocznicę krwawych wydarzeń. Udało się to dopiero teraz.

*Strach pozostał*

W skupieniu słuchamy historii opowiadanej przez Antoniego. Miejscowy proboszcz, ks. Marek Typrowicz, święci pomnik i ziemię. Na naszych oczach dzieje się coś, co powinno stać się ponad pół wieku temu. Choć tak naprawdę nigdy nie powinno się wydarzyć.
Do przypomnienia historii mordu na Jeleniowatym zainspirowało Antoniego Derwicha spotkanie z Alojzym Wiluszyńskim, jedynym żyjącym świadkiem tamtych wydarzeń.
Pan Alojzy mieszka w Warszawie. W Bieszczady przyjeżdżał wielokrotnie. Odwiedzał miejsce, gdzie stał jego dom. Był też na Jeleniowatym. Ciągle się boi. W tamtym czasie był członkiem oddziału samoobrony pod dowództwem oficera AK z Turki. Oddział usiłował zapewnić ochronę najbliższym. Podczas jednej z jego wizyt w Bieszczadach spisali z panem Antonim relację z tamtych dni.

*Kobiety, mężczyźni, dzieci..*

„Rankiem (18 sierpnia) przemykali się pomiędzy bukami grzbietem Jeleniowatego" - czytamy we wspomnieniach. - „Może znajdą chwilę spokoju i trochę żywności u Królów? Do osady podchodzili bardzo ostrożnie. Dokoła panowała cisza mącona intensywnym brzękiem much. Czasem odezwał się leśny ptak, trzasnęła gałązka...
Pierwsze ciała napotkali w pobliżu budynku mieszkalnego, naraz okazało się, że wśród traw i opłotków wciąż znajdywano nowe. Były kobiety, mężczyźni, dzieci. Widać było sutannę duchownego i mundury leśników. Ciała nosiły ślady okrutnych tortur i bestialskiej śmierci. Musiało mieć to miejsce jakieś 2-3 dni temu. Ktoś zaczął liczyć ofiary, ktoś zaczął szukać łopat do godziwego pochówku. Dowódca małym aparatem fotograficznym robił pośpiesznie zdjęcia, przynaglając jednocześnie do jak najszybszego opuszczenia miejsca tragedii, obawiając się, że zostaną prowokacyjnie oskarżeni o popełnienie tej zbrodni. Naliczyli 74 osoby. Ktoś nieśmiało zaoponował, że jemu udało się policzyć 75 ofiar. Nie liczono ponownie. Zmówili modlitwę za zmarłych".

*Ślady krwi prowadziły do lasu*

Potem dowódca rozwiązał oddział. Każdy ruszył w swoją stronę. Alojzy - do rodzinnego domu. Zanim wszedł, podkradł się do zabudowań i długo je obserwował. W końcu odważył się zajrzeć.
- Porozbijane sprzęty, plamy krwi na ścianach i podłodze nie pozostawiały żadnej nadziei - wspomina. - W sieni wisiało ciało ciotki pocięte nożem z kałużą krwi na glinianej polepie. Ślady krwi prowadziły także do lasu... Tam uprowadzono cztery osoby!
Przyczepiona do drewnianej cembrowiny kartka obwieszczała o wykonaniu wyroku na Lachach.
Alojzy pozostał sam.

*Chłopiec to widział*

Z materiałów rzeszowskiego IPN wynika, że bezpośrednim świadkiem masakry na Jeleniowatym był 14-letni chłopiec, który w chwili tragedii znajdował się poza leśniczówką. „W sierpniu, 1944 r. Polacy z rodzinami uciekali do lasu na Jasieniów (Jeleniowate)" - czytamy w materiałach IPN. - „Później w Sokolikach pojawił się chłopiec, który opowiadał, że 15 sierpnia, wracając rankiem zobaczył jak upowcy otaczają leśniczówkę. Potem słyszał ich wrzaski oraz krzyki i płacz ofiar. Chłopiec uciekł do Sokolik, ale dręczony niepewnością o los bliskich powrócił do lasu, gdzie został przez upowców pojmany i zamordowany".

"Po prostu czcimy pamięć"

Historia na Jeleniowatym to jedna z wielu tragedii, jakie rozegrały się w Bieszczadach za sprawą UPA.
- Tylko w sierpniu 1944 r. zginęło co najmniej 219 polskich mieszkańców dziesięciu wsi górnego Nadsania. Są to dane potwierdzone przez dokumenty i zeznania świadków - mówi Antoni Derwich i zaraz zaznacza:
- Nie nawołujemy do ukarania winnych, nie potępiamy nikogo, nie wskazujemy odpowiedzialnych. Po prostu czcimy pamięć osób cywilnych i bezbronnych, którym nie dano szans na przetrwanie. Mamy do tego prawo. To jest nasz obowiązek.

Wojciech Zatwarnicki

„Nowiny”, 24-26 września 2010 r.
    • venus99 Re: Zbrodnia w Mucznem 17.01.12, 15:19
      Są to dane potwierdzone przez dokumenty i zeznania świadków - mówi Antoni Derwich i zaraz zaznacza:
      - Nie nawołujemy do ukarania winnych, nie potępiamy nikogo, nie wskazujemy odpowiedzialnych. Po prostu czcimy pamięć osób cywilnych i bezbronnych, którym nie dano szans na przetrwanie. Mamy do tego prawo. To jest nasz obowiązek.

      a ja się pytam w imię czego rezygnujemy ze sprawiedliwości???
    • ciekawy344 Re: Zbrodnia w Mucznem 18.01.12, 18:07
      członkowie ukraińskiego podziemia to znaczy kto ?
      • tawnyroberts UPA czy SB OUN 19.01.12, 14:32
        W tekście pisze, że Ukraińska Powstańcza Armia, ale nie powtarzam, bo może sprawcami byli członkowie bojówki SB OUN. Dla autora artykułu to zapewne "wsio ryba", dla mnie - nie do końca. Póki co, bezpieczniej napisać "członkowie ukraińskiego podziemia", bo, jak napisałem w przewodnim wpisie, nie mam zbyt dużej wiedzy na temat tego mordu. Powód jest dość prozaiczny: Muczne leży ponad sto kilometrów od miejsca mojego zamieszkania.
        • ciekawy344 Re: UPA czy SB OUN 20.01.12, 19:24
          a może tak ufoludki ta wersja wydaje się najbardziej wygodna i słuszna... Wołyń bo Wołyń Muczne bo 100 km, a Chryszczata to ? no właśnie bestialski atak na bezbronny szpital... niezły jesteś...
          • tawnyroberts Chryszczata i Muczne 24.01.12, 19:36
            "Bestialski" to określenie zarezerwowane na tym forum dla Venusa. Proszę, nie wciskaj mi w moją klawiaturę cudzych słów.

            Wersja z ufoludkami rzeczywiście byłaby wygodna, ale niestety zbyt mało realna. Bardziej prawdopodobna to sowiecka partyzantka. Nie takie wyskoki im się zdarzały...

            No, Chryszczata to jednak w prostej linii ode mnie jakieś 70 kilometrów, Muczne ok. 110. Czy ta różnica aż tak bardzo zaważyła, że o Chryszczatej trąbię już od kilku lat, a o Mucznem dopiero teraz? Nie wydaje mi się... Mogłem przecież o Mucznem w ogóle nie zakładać wątku i świat by się nie zawalił. Założyłem, bo chcę dowiedzieć się więcej. Szkoda tylko, że do tej pory wyłącznie na zasadzie osobistych poszukiwań...
            • ciekawy344 Re: Chryszczata i Muczne 25.01.12, 19:46
              Nie mówiłem, że ufoludki a tak poważnie czemu sowiecka partyzantka a nie ukraińscy faszyści ?
    • tawnyroberts Wspomnienia Alojzego Wiluszyńskiego 23.01.12, 21:30
      Jeśli kogoś ciekawią wspomnienia wzmiankowanego w tekście z "Nowin" Alojzego Wiluszyńskiego, to na stronach serwisu "Region Halicz" jest dość obszerny zapis nieautoryzowanego wywiadu, którego udzielił on Antoniemu Derwichowi - inicjatorowi upamiętnienia w Mucznem. To właśnie relacje Wiluszyńskiego, o czym nadmienia także redaktor Zatwarnicki, były w znacznej mierze impulsem do powstania pomnika. Bardzo interesujący materiał, także z uwagi na dość szczegółowe opisy wsi "bieszczadzkiego worka".


      „POCHODZĘ Z TARNAWY WYŻNEJ”

      Urodziłem się tutaj, w Tarnawie Wyżnej nad Sanem. Gospodarstwo nasze rozciągało się pasem od Sanu, przez torfowiska w kierunku południowym, między potokami i miało powierzchnię ok. 50 ha. Majątek naszej rodziny był największy we wsi, liczącej wtedy ok. 130 rodzin, oczywiście po bardzo dużej posiadłości rodziny Kostyrkiewiczów, których dwór stał naprzeciw torfowisk, na wzgórzu po drugiej stronie Sanu. T. Kostyrkiewicz junior prowadził w Nowym Samborze biuro notarialne, natomiast senior, rzadko odwiedzający posiadłość, zarząd nad nią powierzył leśniczemu, energicznemu służbiście o brzmiącym z niemiecka nazwisku. Jednym z leśników w tym czasie był zruszczony Polak – Boberski. Brzmienie nazwisk oczywiście wcale nie przesądzało o narodowości, np. mieszkała tutaj czysto polska rodzina Silbertów.

      Do szkoły powszechnej chodziłem do Tarnawy Niżnej, ponieważ rodzice uważali, że jest to szkoła, w której więcej mogę się nauczyć. Szkoła była na górze po drugiej (prawej) stronie Sanu. Każdy dzień nauki rozpoczynaliśmy wspólną modlitwą po polsku, a kończyliśmy słowami „Sława Jesu Christi” – gdyż chodziło z nami dużo Bojków, których nazywaliśmy „bracia Rusini”.

      Tarnawa Niżna liczyła ok. 150 rodzin. Za Sanem na wzgórzu (tam też była i szkoła), gdzie jeszcze dzisiaj widać ruiny murowanej dzwonnicy, stała piękna, stara drewniana cerkiew z bogatym wystrojem wnętrza. Obok położony był stary cmentarz, nagrobki (często bogate i marmurowe) były zapełnione polskimi nazwiskami, jak np. Tarnawski czy Rościszewski. Bliżej Sanu stał kościół rzymskokatolicki, murowany, z dzwonnicą. Tak do kościoła jak i do cerkwi zgodnie chodzili wszyscy Rusini i Mazurzy (Polacy). I właśnie stojąc wtedy na obecnej drodze do Sokolików, na prawo od obu świątyń widzieliśmy budyneczek mojej szkoły, czteroklasowej szkoły powszechnej.

      Na drugim wzgórzu w górę Sanu, już na terenie Tarnawy Niżnej, naprzeciwko torfowiska większego, tuż poniżej szczytu wzgórka, stała cerkiew z trzema kopułami, kryta blachą. Była to cerkiew nowsza od tej w Tarnawie Niżnej, większa. W cerkwi tej kapłanem był pop Iwan Iwanio. Jego syn Czesław, który kończył studia we Lwowie był później dowódcą kurenia UPA. Poniżej cerkwi znajdował się stary, rzadko już wtedy użytkowany cmentarz, na którym wśród pomników wyróżniały się groby powstańców z 1863 r. W kierunku południowo-wschodnim stał ładny dwór Kostyrkiewiczów, modrzewiowy z werandą. Przechodząca opodal dworu droga szerokim, drewnianym mostem łączyła oba brzegi Sanu. Stał tutaj tartak napędzany parową lokomobilą i oświetlany prądnicą elektryczną. Ciekawostką konstrukcyjną tartaku było usytuowanie całości w skarpie. Przetarcia dokonywano na gatrze (traku), umieszczonym na poziomie terenu, a niżej, jakby w suterenie, przygotowywano, na maszynach napędzanych z tej samej co i trak lokomobili, proste elementy bukowych mebli, które to wysyłano w okolice Bielska-Białej do parzalni, gdzie je gięto. Tartak został rozebrany w 1938 r., część bardzo dobrej cegły otrzymanej z rozbiórki (miała symbol „F”) była używana w naszym domu do drobnych napraw. Zarządcą tartaku był Żyd.

      Jako ciekawostkę z tamtych czasów warto przypomnieć o organizowanych w Tarnawie letnich obozach harcerskich. Rozmawiałem wtedy z takimi późniejszymi sławami jak Bartel czy Boy-Żeleński.

      Przechodząc, zwłaszcza wieczorem, koło torfowisk, często wracałem myślą do opowieści starszych ludzi, którzy mówili o utopionych. Dusze ich, jako tajemnicze zawirowania mgieł, przesuwały się nad mokradłem w księżycowe noce. Z potoku Fedkowskiego do potoku płynącego przez torfowiska przenosiłem raki, ale te za nic nie chciały się tutaj osiedlić. W potokach i w Sanie było dużo ryb, które najczęściej odławiano na podrywkę. Jagody z połonin i torfowisk zbierano drewnianą zbieraczką.

      Prócz myśliwych, wędrownych handlarzy, rzadkich turystów spotykało się wędrownych Cyganów - bardzo wysoko cenionych fachowców. Przy pomocy prostych narzędzi Cygan - kowal potrafił np. zrobić z kawałka szyny kolejki wąskotorowej doskonałą obręcz na beczkę.

      Po wybuchu wojny i ustaleniu się granicy na Sanie rozdzielono rodziny i gospodarstwa kordonem. Tylko początkowo ruch cywilny przez granicę był tolerowany, później wojska, zwłaszcza sowieckie, wprowadziły ścisłą blokadę. Za Sanem pojawili się pogranicznicy, przypominający formacje kozackie (konie, szable, karabinki). Niemcy, jak na okupanta, zachowywali się jeszcze dość znośnie. W tym czasie, w latach 1939-1940, pomagałem w przeprowadzaniu przez granicę oficerów polskich trasą z Tarnawy, nad wsią Bukowiec i w rejonie Halicza i Kińczyka Bukowskiego na tamtą stronę. Jedna z tych wypraw zimowych była bardzo ciężka, gdyż silnie oblodzone stoki połonin, dojmujący wiatr i zamiecie, wybitnie utrudniały przejście. Innym znowu razem żołnierze Grenzschutzu ostrzelili nas z bardzo dużej odległości z karabinów. Odległość była tak znaczna, że nic sobie z tej pukaniny nie robiliśmy. Niemcy powołali policję porządkową – ukraińską, która wkrótce zaczęła wprowadzać swoje porządki, głównie wśród Polaków. Rozpoczęła również działalność OUN. Komitet OUN mieścił się u nas w Tarnawie Wyżnej, na wzgórzu w gęsto zabudowanej części wsi zwanej Cehła (Syhła). Jednym z głównych działaczy tego komitetu był Wasyl Kość – Kostiw, którego dwaj synowie byli elewami szkoły oficerskiej UPA. Posterunek policji (ukraińskiej) był także w Tarnawie Niżnej, gdzie stacjonowała także placówka gestapo. Z wioski tej pochodził Iwan Szwed – jeden z późniejszych kurennych. Jak wiemy, 14.10.1942 roku powstała UPA. Powstała na Polesiu, Wołyniu, ale i u nas stosunkowo szybko poczuli ludzie represje, zwłaszcza pogróżki i pobicia Lachów stawały się coraz częstsze.
      • tawnyroberts Pochodzę z Tarnawy Wyżnej - cz. II 23.01.12, 21:35
        W marcu 1944 r. z karpackim rajdem zawędrował na Muczne duży oddział partyzantki radzieckiej Kowpaka. „Dzidek” prowadził ożywioną działalność. Na wspominanej Koniarce działało partyzanckie zrzutowisko i lądowisko „kukuruźników”. Jednym z dowódców u Kowpaka był Polak o ps. „Orlik” – działający najczęściej w rejonie Sianki – Borynia. Dowódcą oddziału „B” był ok. 20-letni radziecki podpułkownik. Kowpakowcy lawirowali dosyć umiejętnie między partyzantką polską a upowcami, starając się nie zadrażniać żadnej ze stron. Rozdawali także zrzucane z sowieckich samolotów ulotki podpisane przez Chruszczowa, wzywające UPA do opamiętania i jednoczenia się we wspólnej walce z hitlerowcami. A front zbliżał się ciągle. Nad Sanem już oglądałem często walki powietrzne samolotów. Upowcy zapowiedzieli rzeź wszystkich Lachów. Początkiem tej akcji miał być sygnał widoczny z daleka – płonący stos na Pikuju. Od maja 1944 r. zaczęli Polacy dostawać wyroki śmierci. Były to krótkie kartki papieru ze stałą treścią wypisaną na maszynie, gdzie po słowach: „...skazuje się na karę śmierci” dopisywano ołówkiem kopiowym nazwisko skazanego lub całej rodziny. Taki też wyrok otrzymała i moja cała rodzina. Kartki przylepione na studni i na oknie. Wyrok podpisany był przez OUN i UPA z Sambora. Mimo obecności działającej dość intensywnie partyzantki wyroki takie były wykonywane. Tak zginął m.in. stryj pana Ludwika Gdowskiego z Tarnawy Niżnej, legionista i uczestnik wojny polsko-sowieckiej. Rozrąbano go toporem na progu swojego domu. Zapanował terror i permanentny strach, gdyż strzał mógł paść do każdego i w każdej chwili.

        W połowie czerwca 1944 r. kowpakowcy zaproponowali mi przewodnictwo oddziału szturmowego, który to oddział miał za zadanie zniszczenie niemieckiej placówki w Sokolikach Górskich. Dowódcą tej placówki był Pischerid, który twardą ręką egzekwował wszystkie należności od ludzi miejscowych. Miał 41 podwładnych (kilkunastu grenzschutzów, SS-mani i gestapowcy). Budynek straży, położony na lewym brzegu Sanu, był dość solidną murowaną budowlą. Jednopiętrowy, z ułożonymi na parapetach workami z piaskiem, z zasiekami z drutu kolczastego i polem minowym stanowił silny punkt oporu. Szturmować miał batalion Azerbejdżan dowodzony przez Uzbeka i jego politruka. Oddział ten dobrze uzbrojony (oprócz broni maszynowej mieli także moździerze) walczył poprzednio u boku Niemców, ale w odpowiednim czasie przeszedł w całości i z bronią do partyzantki Kowpaka. Na mundurach nosili granatowo-czerwony ryngraf z napisem: „Assen Azerbajzan”. Oddział liczył prawdopodobnie niewiele mniej jak 500 żołnierzy. Przeprowadziłem ich ostrożnie nad wsią Tarnawa i popod Sokolikami, aż do budynku straży niemieckiej. Przed północą bojcy zajęli rejon placówki granicznej. Zarazem też, po przegrupowaniu sił, rozpoczął się szturm. Azerbejdżanie uświadomieni przez politruka o konieczności rehabilitacji za niemiecką służbę, a także podochoceni 200 gramami bimbru ruszyli z determinacją i wsparciem moździerza. Niemcy jednak nie dali się zaskoczyć i atak się załamał. Napastnicy wycofali się tylko na chwilę i jeszcze raz ruszyli zaciekle przez pole minowe i wreszcie dopadli do muru, gdzie udało im się odpalić minę. Przez wyrwany w ścianie otwór wrzucili najpierw granaty, a potem wskoczyli sami. Wkrótce cała placówka była zdobyta. Padli wszyscy obrońcy w liczbie 42 Niemców. Mimo że w ich stronę pędziła kolejowa pancerka, Azjaci zdążyli dokumentnie ogołocić budynek, a zwłaszcza dobrze zaopatrzoną piwniczkę. Straty batalionu Azerbejdżan sięgnęły podobno aż 25%. Wracający, już prawie jawnie, żołnierze „karnego szturmowego batalionu” jeszcze w obu wojskach zabrali bydło i konie, zaczepiali kobiety i kradli zapamiętale. Po powrocie na Muczne do obozu za rabunki na cywilnej ludności 14-tu z nich rozstrzelano.

        Zbliżający się front zmusił Kowpaka do odejścia na południe, gdyż zgodnie z założeniami oddział miał działać na dalszym zapleczu. Oddział był dość liczny, o czym świadczy fakt, że za okres od marca do sierpnia zjedzono ok. 500 sztuk bydła. Jego liczebność działała dosyć hamująco na działalność UPA skierowaną przeciwko Polakom. Kowpakowcy przygotowując się do odejścia powiedzieli nam, że na Koniarce, niedaleko zrzutowiska, jest magazyn z bronią, którą możemy uzbroić spore oddziały samoobrony. Oddział taki, dowodzony przez akowca z Sambora, przetrwał tylko dwa tygodnie i z powodu miażdżącej przewagi UPA uległ samorozwiązaniu. W czasie działalności oddziału wybrałem się samotnie na zrzutowisko, aby odnaleźć magazyn kowpakowców. Czternastostrzałowa, dziewięciomilimetrowa „efenka” i granaty nie na wiele mi się zdały, gdyż już przed Koniarką wpadłem w zasadzkę. Zostałem ostrzelany i tylko przypadkiem udało mi się wybrnąć z biedy.

        Przyszedł dzień 15.08.1944 r. We dworze w Tarnawie Wyżnej kwaterował sztab UPA, a we wsi pancerna jednostka niemiecka. Kowpak w tym dniu odszedł z całym oddziałem na południe. W Mucznem, w budynku, który nazywaliśmy „nadleśnictwo”, zatrzymało się 74 osoby narodowości polskiej, które uchodziły przed zalewem represji i linią frontu. UPA, czując się bezkarnie, otoczyła budynek i wszyscy zostali zabici. Było tam dużo kobiet i dzieci. Pastwiono się nad oficerami. Wszyscy chyba mieli odrąbane głowy. Na koniec upowcy zapowiedzieli, że przez tydzień zwłoki mają leżeć nie pochowane – dla ostrzeżenia innych Lachów.

        W następną noc nad ranem (czyli już 17-go) po kryjomu wróciłem do domu. Musiałem zachowywać jak największa ostrożność, gdyż ludzie wiedzieli o mojej działalności, no i byłem Polakiem. Widok jaki zastałem budził grozę. Po całej mojej rodzinie pozostały tylko plamy krwi, a dom splądrowano i obrabowano. Swoich najbliższych, uprowadzonych do któregoś z pobliskich wąwozów, nigdy już nie odnalazłem.

        Dzisiaj byliśmy tam na miejscu. Na moim rodzinnym chałupisku. Grube już jesiony tworzą żywopłot. Została jedna uschnięta jabłoń, zarys fundamentów i studnia...
      • tawnyroberts Pochodzę z Tarnawy Wyżnej - cz. III 23.01.12, 21:49
        Wtedy, w 44 roku, nie bardzo wiedziałem, co z sobą począć. Leżąc w krzakach obserwowałem zajęty przez UPA dwór. Łącznicy na koniach z niebiesko-żółtymi opaskami na rękawach co chwila przyjeżdżali do sztabu, aby zaraz znowu gdzieś pędzić. Jeszcze raz zebrał się nasz oddział samoobrony. Nocą przeprowadziliśmy akcja odwetową wrzucając przez okna granaty do budynku komitetu OUN. Wtedy też nastąpiło rozwiązanie oddziału. Upowcy chętnie zobaczyliby mnie w swoich rękach. Nic już tutaj nie miałem do roboty. Najpierw udałem się na stację do Sokolików, która była osadzona przez Węgrów. Ci zawsze pomagali Polakom. Potem udałem się do Turki. W Turce mój znajomy, pan Kruk, chociaż był ounowcem, pomógł mi wydatnie załatwiając niemiecką kenkartę z niebieską okładką i literą „U” – Ukrainiec. Korzystając z tego nająłem się do Niemców jako furman. Niedługo jednak furmaniłem, pewnego dnia jakiś ludzki niemiecki oficer ostrzegł mnie, że ktoś doniósł na mnie do gestapo. Koleją (znowu pomogli żołnierze węgierscy) pojechałem do Użgorodu. Po drodze ostrzelały nas sowieckie myśliwce. W Użgorodzie wszystkich zdolnych do roboty zgarniało gestapo i goniło do kucia w skale pieczar, chyba miały to być schrony na samoloty. Już drugi tydzień kuliśmy dość niedbałe skały, gdy nagle uderzyły wojska sowieckie. Niemców wyparto, na my piliśmy ze zwycięzcami śmierdzące naftą wino z kanistrów po paliwie. Kanistry opróżnialiśmy leżąc pod czołgami, bo Niemcy odgryzali się jeszcze artylerią. Zaraz też zainteresował się nami NKWD. Powołano oddział szturmowy do zwalczania UPA. Skoszarowano nas w Nowym Samborze, gdzie w koszarach ogrzewanych gazem spędziliśmy jeszcze i Wigilię. Szybko jednak ktoś doszedł do wniosku, że „faszystowska gadzina hitleryzmu” jest ważniejsza niż jakieś mizerne oddziały UPA i przetransportowano nas pod Dębicę. Tutaj już oficjalnie wcielono nas do Armii Czerwonej i... za kilka miesięcy kończyłem wraz z kolegami wojnę na Odrze i Nysie.

        Chciałem jeszcze dodać, że zawsze zależało mi na odwiedzeniu swojej rodzinnej ziemi. Kiedyś było tutaj bezdroże, potem obowiązywał twardy zakaz pułkownika (Doskoczyńskiego - przyp. tawny), stąd próba dojazdu w 1979 r. spaliła na panewce.


        Opublikowany tu materiał jest nieautoryzowanym wywiadem przeprowadzonym przez A. Derwicha z byłym mieszkańcem Tarnawy.

        region.halicz.pl/worek/pochodze%20z%20tarnawy%20wyznej.html
    • venus99 Re: Zbrodnia w Mucznem 23.01.12, 21:45
      nie ma III części??dlaczego?
      bardzo interesujące.dzięki za publikację.
    • tawnyroberts Legenda o «Birkucie» 24.01.12, 19:08
      Szperając w sieci za informacjami na temat zbrodni w Mucznem, natrafiłem na tekst Stanisława Żurka "Legenda o «Birkucie»", zamieszczony na kresowiackim portalu "Ludobójstwo ludności polskiej na Kresach". Artykuł jest krytyką wspomnień mieszkańca Stefkowej opublikowanych na łamach rocznika "Bieszczad", a dotyczących odnalezienia w 1975 r. w Mucznem tajemniczej mogiły z 36 ludzkimi szkieletami oraz ich ekshumacji (!) w 1997 r. Do kogo należały te szczątki, i czy miały one jakiś związek z zabitymi w 1944 r. w Mucznem Polakami, dowiecie się po przeczytaniu tekstu. Polecam raczej jako ciekawostkę.


      "Legenda o «Birkucie»"

      W roczniku „Bieszczad” nr 12 Aleksander Sałapata przytacza wspomnienia Jana Słoty ze Stefkowej, dotyczące znalezienia w 1975 roku w Mucznem mogiły z 36 ludzkimi szkieletami oraz z ich ekshumacji (?) w 1997 roku. Odkryte w 1975 roku szkielety miały połamane kości rąk i nóg, uszkodzone czaszki i żebra, natomiast dłonie jednego z kościotrupów miały po sześć palców (potem pisze o jednej takiej dłoni). Wśród szkieletów leżał karabin maszynowy z wygiętą lufą oraz torba oficerska z dokumentami, polskimi odznaczeniami państwowymi i książeczką do nabożeństwa. Torbę tę z jej zawartością zabrać miał ówczesny administrator Mucznego, pułkownik Doskoczyński. Co z nimi zrobił, nie wiadomo. Zapewne przekazał ówczesnej Służbie Bezpieczeństwa i powinny znajdować się obecnie w archiwum IPN.

      Sałapata pisze dalej, że w 1997 r. w Bieszczady przyjechała starsza kobieta, mieszkająca w Kanadzie, w towarzystwie kilku sędziwych panów oraz rosłych młodzieńców. Poprosiła Jana Słotę o wskazanie mogiły w Mucznem. „Gdy tam przybyłem, okazało się, że trwały już prace wykopaliskowe, tyle że błędnie zlokalizowane. Młodzi ludzie kopali łopatami ziemię” – mówi Jan Słota. Relacja ta budzi jednak wiele wątpliwości. Nie były to „prace wykopaliskowe”, ale ekshumacyjne, na które potrzebna jest zgoda odpowiednich władz i, zgodnie z obowiązującym prawem, powinny być prowadzone pod nadzorem. Starsza pani z Kanady w kościotrupie z „sześciopalczastą dłonią” rozpoznała szczątki swojego męża, dowódcy czoty UPA Jurko Lewyćkoho (w Polsce pisze się: Lewyćkiego, bądź Lewickiego), o pseudonimie „Birkut”.

      Problem w tym, że w literaturze i polskiej i ukraińskiej dotyczącej SB-OUN-UPA nie występuje ani razu „Birkut”, jest natomiast „Berkut”. Jest to prawdopodobnie „zruszczenie”, jak w przypadku posługiwania się słowem „rezun”, zamiast „rizun”. Grzegorz Motyka w książce „Ukraińska partyzantka 1942-1960” (Warszawa, 2006) na s. 316 pisze o napadzie „oddziału „Berkuta” w kwietniu 1943 roku na polską wieś Huta Stara (pow. Krzemieniec): „Ludność wezwano na zebranie do domu Jana Jastrzębskiego. Gdy wszyscy się zebrali, partyzanci otoczyli budynek i go podpalili. Do uciekających strzelano. Zamordowano 52 osoby”. Nie dodaje, że jedną z polskich kobiet owi „partyzanci” przerznęli na pół piłą – co dokumentują Władysław i Ewa Siemaszko w swojej książce: „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” (Warszawa, 2000). Na ss. 293-294 Motyka pisze: „W rozkazie wołyńskiej SB OUN z 11 marca 1944 r. podpisanym przez „Berkuta” w jednym z punktów czytamy: Bez zwłoki zlikwidować komunistów i Żydów. W rozkazie do „Kolegi «Kornija» nakazywano niszczyć NKWD-stów, tajnych współpracowników, Żydów i Polaków”. Na s. 356 pisze: „W marcu 1944 r. na Wołyniu lokalny dowódca SB „Berkut” (NN) wydał podwładnym rozkaz obserwowania i meldowania o działaniach Polaków przeciwko Ukraińcom. Zalecił też informowanie sowieckiej partyzantki o wszelkich wypadkach współpracy Polaków z Niemcami. Chodzi o to – tłumaczył „Berkut” – aby wywołać nieporozumienia Polaków z bolszewikami oraz odwrócić uwagę partyzantów od ukraińskiej ludności i skierować ją na polską mniejszość narodową (rozkaz „Berkuta” do „Denisa” z 18 marca 1944 r.).

      Są to oczywiste dowody na współpracę banderowskiej Służby Bezpeky z sowiecką partyzantką, skierowaną przeciwko ludności polskiej. Na Wołyniu realizował to nieznany z imienia i nazwiska dowódca SB „Berkut”. Jest prawdopodobne, że był nim Jurko Lewyćkyj. Jak „głęboko” sięgała ta współpraca? Czy podjął ją samowolnie? Dalej o „Berkucie” Motyka pisze na ss. 492-493, gdy to pod koniec sierpnia 1944 roku wojska sowieckie stoczyły walkę w lasach pod Korowem z trzema sotniami UPA, w tym z sotnią dowodzoną przez „Berkuta” (NN). Kolejny wymieniany „Berkut”, to Wołodymyr Soroczak, który od września 1945 roku dowodził kureniem UPA w Polsce i dotrwał do września 1947 roku na Zamojszczyźnie.

      W książce wydanej przez IPN „Akcja Wisła 1947” (Warszawa – Kijów, 2006) zamieszczony jest dokument: „Informacja Zarządu ds. Walki z Bandytyzmem MWD USRR dotycząca UPA i OUN-B działających na terytorium Polski”, datowany „28 lutego 1947, Kijów” i podający stan na dzień 1 lutego 1947 roku. Stwierdza on, że „bojówka SB – przywódca „Berkut” – działa we wsi Bereźnica Niżna. Stan liczebny – 45 ludzi” (s. 55).

      Pseudonim „Berkut” pojawia się jeszcze kilkakrotnie. Posługiwał się nim (obok innych pseudonimów) Ołeksandr Bohdan Łućkyj, w 1943 r. dowódca Ukraińskiej Samoobrony Narodowej na terenie Małopolski Wschodniej. W cytowanym wyżej opracowaniu IPN na s. 549 znajduje się sprawozdanie z działań GO „Wisła” za okres 7-8 lipca 1947 r., a w nim informacja: „W rejonie m. Jasiel oddział 1 Dyw. WBW natknął się na 20-osobową bandę „Berkuta” z grupy „Burłaki”. W wyniku walki zabito 2 bandytów”. Na s. 555 jest podane, że 9-10 lipca „Berkut” przeszedł na teren Czechosłowacji. W. Marczak w książce „Ukrainiec w Polsce” podaje na s. 369: „Pod komendą „Horysława” i „Berkuta”, wczesną wiosną 1947 roku część naszego oddziału szczęśliwie wycofała się do Niemiec Zachodnich”. Pseudonim „Berkut” pojawia się także przy nazwisku Włodzimierza Fedorniaka, który z grupą kurierów z ZCz OUN zrzucony został na spadochronie z brytyjskiego samolotu 31 maja 1951 r. niedaleko Kosowa (byłe woj. stanisławowskie).

      W ukraińskim środowisku nacjonalistycznym wielu działaczy nosiło nazwisko Lewyćkyj (często pisane w polskiej inskrypcji jako Lewicki), m.in. prezydentem na uchodźctwie był Andriej Lewyckij. Na łamach pisma Związku Ukraińców w Polsce „Nasze Słowo” publikuje artykuły Myrosław Lewyćkyj (np. nr 45/1996).

      A. Sałapata twierdzi (w oparciu o relację Jana Słoty), że odkopane 36 kościotrupy należały do zlikwidowanej tutaj na początku 1945 roku czoty „Birkuta”, liczącej 42 osoby. Czynu tego miała dokonać przez pomyłkę sotnia, której dowódcą był „Wesełehyj”. Jest to niewątpliwie „nowa legenda bieszczadzka”, rozpowszechniana na współczesny użytek. Dowództwo UPA miało dobry wywiad, łączność, hasła itp. Nie sposób przyjąć tezę autora, że w dowództwie OUN-UPA panował totalny bałagan, oddziały działające na tym samym terenie nie miały ze sobą łączności, wykonywano nie wiadomo czyje rozkazy, co prowadziło do wzajemnego wybijania się całych czot banderowskich. Wręcz „pomyłkę” należy wykluczyć, nieprawdopodobna jest także prowokacja, gdyż rozkazy podpisywał konkretny dowódca UPA lub prowidnyk OUN.
      • tawnyroberts Legenda o «Birkucie» - cz. II 24.01.12, 22:45
        Jak mogło być naprawdę? Realne są dwie wersje. Bardziej prawdopodobna, że czota ta została zlikwidowana na rozkaz dowództwa UPA, gdyż jej trzon stanowili agenci NKWD, a sam „Birkut” stał się dla OUB-B niewygodny (współpraca z Sowietami, być może walki frakcyjne, jeśli był spokrewniony z Andrejem Lewyćkym). W wersji mniej prawdopodobnej można przyjąć, że faktycznie czota została zlikwidowana w zasadzce NKWD. Na początku 1945 roku oddziały UPA wracały w Bieszczady, które penetrowały już oddziały NKWD.

        W Bieszczadach działała sotnia, którą dowodził Danyło Swistel „Wesoły” (w literaturze ukraińskiej „Wesołohyj”). W lutym 1945 roku liczyła około 70 osób, w tym około 50 chorowało na tyfus. Zlikwidowana została 21 marca w Strubowiskach przez oddział NKWD. Sam „Wesoły” zmarł 2 kwietnia w wyniku odniesionych ran w domku myśliwskim w Moczarnem, blisko granicy z Czechosłowacją. Jako kapitan Wojska Polskiego, ożeniony z Ukrainką, nie musiał „przechodzić na stronę UPA”, bo nie był Polakiem.

        Gdyby faktycznie sotnia „Wesołego” uczestniczyła w likwidacji czoty „Birkuta”, musiałoby dziać się to w styczniu 1945 r. Czy wówczas czota „Birkuta” czyhająca na oddział NKWD mogła pozwolić sobie na to, aby „część bojowników spała”? W styczniowym „późnym wieczorze”? W ogóle opis likwidacji czoty jest naiwny. Czy jest możliwe, aby „dwu upowców” z czoty widząc, jak zlikwidowano wysłany przed nimi zwiad, „wycofało się w bezpieczne miejsce” nie wszczynając alarmu?

        Niezrozumiałym jest pochowanie „Birkuta” razem z jego oficerską teczką, zawierającą dokumenty i polskie odznaczenia państwowe. Nie jest prawdą, że w 1945 roku „obszar Bieszczadów objęty był walkami polsko-ukraińskimi”. Rzadkie posterunki MO liczyły po kilku milicjantów, Wojsko Polskie zaczęło instalować się dopiero od lipca, obie strony unikały potyczek. Walki zaczęły się w 1946 roku. Sałapata twierdzi, że „do dziś nie wiadomo, ile głośnych, krwawych mordów przypisywanych ukraińskiej lub polskiej stronie było de facto dziełem lub inspiracją przebierańców z NKWD”. Szkoda, że nie ujawnił ani jednego takiego przypadku, bo chyba takie stwierdzenie oparł o jakieś znane mu fakty.

        Sałapata pisze, że „odkopane szkielety bojowników zlikwidowanej czoty starsza pani z Kanady, żona dowódcy czoty, zabrała ze sobą i przewiozła w nieznane miejsce”. Do Kanady ich chyba nie zabrała? Gdyby przeczytał książkę Pawła Smoleńskiego „Pochówek dla rezuna” wiedziałby, że „w grudniu 1947 roku Anna Karwańska po raz kolejny przyjechała z Ameryki do Polski z postanowieniem, że godnie pochowa męża Dymitra. Poległ on w ataku na Wojsko Polskie w Birczy”. Smoleński opisuje, jakim problemem było właśnie w 1997 roku dokonanie ekshumacji i ponowny pochówek „bojowników UPA”. Nie mogła „starsza pani z Ameryki” pójść w ślady „starszej pani z Kanady”, wynająć kilku młodych mężczyzn z łopatami i po „pracach wykopaliskowych” zabrać kości ze sobą i „przewieźć w nieznane miejsce”? Bo chyba nie był to artykuł interwencyjny, zgłaszający polskim władzom złamanie przez obywatelkę Kanady pochodzenia ukraińskiego obowiązującego w Polsce prawa o ekshumacji i ponownym pochówku?

        Stanisław Żurek

        www.stankiewicze.com/ludobojstwo/legenda_birkuta.html
        • seba-1 Re: Legenda o «Birkucie» - cz. II 27.01.12, 14:13
          Ale czy rzeczywiście odnaleziono jakąś mogiłę z 36 szczątkami? Wiesz coś więcej na ten temat? Nie wiem gdzie i kiedy to czytałem - że w 1943 czy 1944 na terenie Wysokich Bieszczadów (okolice Ustrzyk G.) jakiś oddział banderowski wymordował inny oddział ukraiński - melnykowców lub bulbowców. Może to ma jakiś związek? Chyba że z tą mogiłą to bujda.
    • tawnyroberts Re: Zbrodnia w Mucznem 26.04.13, 15:07
Pełna wersja