działania UPA na Pogórzu Przemyskim

08.10.07, 19:28
Pry okazji zbliżającej się rocznicy powstania UPA (umownie przyjmuje
się jako datę powstania 14 października 1942) chciałbym wspomnieć o
największej bitwie UPA z Sowietami na Pogórzu Przemyskim, koło
Leszczawy Górnej:
pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Leszczaw%C4%85_G%C3%B3rn%C4%85
W związku z tym mam pytanie - czy UPA prowadziła na tym terenie
jakieś większe akcje przed tą datą ?
    • lokis1271 Re: działania UPA na Pogórzu Przemyskim 08.10.07, 22:40
      Wielce Szanowny Panie Darino !
      Napisał Pan, cyt.:
      "...czy UPA prowadziła na tym terenie jakieś większe akcje przed tą datą ?...", odpowiadam - tak, w okresie od od sierpnia do grudnia 1944 roku bandy UPA wymordowały w powiatach brzozowskim, leskim, lubaczowskim, jarosławskim, hrubieszowskim, tomaszowskim, przemyskim i biłgorajskim ponad 800 osób, osiadłych głównie na wsi, w tym wielu Ukraińców. OUN i jej bojówki (Służba Bezpieky) dokonały pacyfikacji we wsiach, m.n. Jaksmanicach, Mołodyczu, Ułuczu, Wołodzi i Zabiale.
      Źródło:
      Z. Konieczny, OUN-UPA na terenie Polski w latach 1944-1947 [w:] Stosunki polsko-ukraińskie w latach 1939-2004, Warszawa 2004, s. 164.
      To Dziadek Szanownego Pana nie opowiedział ?
      L. Bodio
      • mat120 Re: działania UPA na Pogórzu Przemyskim 08.10.07, 23:05
        Kolego Lokis,
        Można by tu wymienić jeszcze całe mnóstwo takich większych "akcji"
        z udziałem band UPA. Liczę tu na aktywność obywatela xxyx, który
        napewno zacytuje nam z "Bajkopysu" jakiegoś Płeczena.
    • mariusz9959 No Darino 09.10.07, 01:00
      No Darino, ale Ci się trafili fachowcy od UPA i Pogórza Przemyskiego.
      Niejaki Lokis tak się rozpędził, że był już bliski zaliczenia do
      Pogórza Przemyskiego reszty Lubelszczyzny i całego Wołynia, ale nie
      ma co narzekać Pogórze Przemyskie się u niego rozrosło, że ho, ho.

      Mat jak zwykle pisze by zaistnieć a nie wnieść coś do dyskusji, ale
      on już tak ma.

      Przy okazji, widziałeś jak te dwa orły starają się by wątek o mnie
      miał najwięcej wpisów na forum bez cenzury. Trochę się ostatnio
      opuścił Lokis ale Mat niczego sobie, wyraźnie urwał się z peletonu.
      Będę musiał chyba ufundować jakąś nagrodę dla zwycięscy, może Pan
      Bodio się zmobilizuje.
    • tawnyroberts Opis bitwy w Leszczawie Górnej 15.10.07, 09:51
      Dosyć obszerny opis bitwy w Leszczawie Górnej pomiędzy NKWD, a UPA,
      znajduje się we wspomnieniach Omelana Płeczenia "9 lat w bunkrze",
      cytowanych na forum przy innej okazji. Oto on (str. 36-39):

      "Kiedy do naszych stron zaczął zbliżać się radziecki front,
      przebywałem w okolicy Kotowa, dokąd mnie, Lutego i Orła wysłała
      stanica OUN. Naszym zadaniem była budowa bunkrów w okolicznych
      lasach, gromadzenie zapasów broni, amunicji, odzieży, obuwia i
      żywności. W jednej z kryjówek przeczekaliśmy front, a potem
      przenieśliśmy się do sąsiedniej wsi Żohatyn, gdzie odbywał się pobór
      do UPA.

      Zebrało się tam około 100 chłopów, w większości uzbrojonych i
      ubranych w mundury wojskowe różnych armii. Ja również miałem
      niemiecki wojskowy mundur i polski karabin. Dowództwo nad nami
      objęli prowidnycy Wydra i Pasternak. Z nimi przeszliśmy do
      Leszczawy, gdzie kwaterowały sotnie Czarnego i Chomy.

      22.X.1944 r. sotnie Chomy przeorganizowano, uzupełniając
      ochotnikami. Dostałem przydział do czoty Chrina, tego samego, który
      później wsławił się bojami na Łemkowszczyźnie. W tym czasie sotnia
      liczyła 5 czot. Procedura przyjmowania i wydawania przydziałów
      trwała cały dzień. Siąpił deszcz. Byliśmy już doszczętnie mokrzy i
      ochlapani błotem, gdy wreszcie pod wieczór wydano nam białe
      przepaski, które mieliśmy umieścić na prawym rękawie.

      Wieczorem sotnie ruszyły w kierunku Kuźminy. W połowie drogi,
      dowództwo oddziałów otrzymało rozkaz, by skierować się do Leszczawy
      Górnej i tam zakwaterować w domach na skraju wsi. Na miejscu
      zarządzono ostre pogotowie. My jednak rozbieraliśmy się i
      wykręcaliśmy swe mokre ubrania. Wśród strzelców rozniosła się
      plotka, że gdzieś w lesie, z uszkodzonego samolotu, wyskoczyło dwóch
      spadochroniarzy. Natychmiast wysłano zwiad. Jedna ze zwiadowczych
      grup przyprowadziła ze sobą jeńców, kilku polskich milicjantów,
      którzy również szukali spadochroniarzy. Dowódcy przesłuchali ich i
      puścili wolno. Ci oczywiście od razu zaalarmowali stanicę NKWD w
      Birczy, która ściągnęła swoje oddziały z okolicznych wsi i
      przypuściła na nas atak. Tymczasem spadochroniarze, z pomocą
      wieśniaków, szczęśliwie trafili do nas. Miło było na nich spojrzeć,
      przystojni, w całkiem porządnych mundurach, z pełnym uzbrojeniem.

      23.X.1944 r. akurat wypadała niedziela. O świcie przednia straż
      enkawudzistów natknęła się na naszą czujkę. Wartownicy otworzyli
      ogień i wycofali się do sotni. Rozkazano nam zająć stanowiska
      ogniowe. Za całość akcji odpowiadał sotenny Choma. Amunicji i broni
      mieliśmy pod dostatkiem. Nasza sotnia miała 16 ciężkich karabinów
      maszynowych, a w sotni Czarnego na każdy rój przypadały po 2 ckm-y.
      Ogólnie oddział Czarnego miał nad nami znaczną przewagę. My nie
      mieliśmy żadnego bojowego doświadczenia, a u niego wszyscy żołnierze
      przeszli już chrzest bojowy. Wróg następował szeroką ławą, główną
      uwagę skupiając na wsi. Nasze karabiny na razie milczały i dopiero
      gdy enkawudziści podeszli bliżej, Czarny raził ich ogniem,
      doszczętnie kosząc pierwszy szereg wroga. Póki NKWD nie ochłonęło,
      nasi chłopcy zdążyli zebrać broń zabitych. Wróg nie żałował swych
      ludzi i wystawiał ich prosto pod nasze celowniki.

      Po drugiej nieudanej próbie ataku, ruszyły czołgi. Gdy te pancerne
      potwory zrównały się z naszymi stanowiskami, spadochroniarze
      obrzucili je butelkami z benzyną. Dwa od razu zostały zniszczone
      zamieniając się w słupy ognia. Płonęły chaty, nad wsią wzniosły się
      kłęby dymu, ryczało przerażone bydło, słychać było krzyk
      przestraszonych ludzi, jazgot broni i rozkazy walczących stron.

      Trzeci czołg pozostał nie uszkodzony i z niego właśnie wróg ranił w
      twarz któregoś spadochroniarza. Upadł zalewając się krwią. Zanim
      ktokolwiek z nas zdążył do niego podbiec, wyciągnął rewolwer i
      zastrzelił się. Później mówiono, że pochodził ze Stanisławowa. W
      ferworze walki ciężko raniono w ręce czotowego Chrina. Sanitariusz
      Hordyj odwiózł go do punktu medycznego w Krajnej. Czotowy Had, tak
      to przynajmniej wyglądało, dostał ataku nerwowego. Z krzykiem rzucił
      się przed siebie, akurat w tym momencie, gdy czołgi otworzyły ogień.
      Nikt nawet nie zdążył go zatrzymać.

      Gdy czołgi zaczęły się wycofywać, Choma rozkazał nam przyłączyć się
      do sotni Czarnego, która prowadziła zacięty bój. Dochodziło nawet do
      walki wręcz. Nasze trzy czoty wzmocniły pozycje Czarnego, zmuszając
      wroga do odstąpienia. Lecz nie na długo. Przeklęty czołg, choć już
      tylko jeden, nadal dokonywał dzieła zniszczenia. Bój praktycznie
      rozgrywał się w tym samym miejscu, szliśmy w przód lub cofaliśmy
      się, choć nie bardzo było gdzie. Za nami ciągnęły się pola i łąki,
      najbliższy las był dopiero koło Limnej. Pomogła nam gęsta mgła,
      która powoli zaścielała ziemię. W tej białej jak mleko zawiesinie
      wróg nie zawsze orientował się, gdzie jesteśmy. To dawało nam
      możliwość skutecznej obrony. Walka ciągnęła się prawie do czwartej
      po południu. Wreszcie nieprzyjacielskie ataki osłabły i nasz dowódca
      dał rozkaz odwrotu. Wycofywaliśmy się stopniowo, po jednej czocie.
      Manewr zakończył się powodzeniem. Wróg nie ruszył za nami. W lesie,
      po przeliczeniu, okazało się, że brakuje 17 strzelców.

      Sotnia odpoczywała, a sotenny Choma w towarzystwie kilku strzelców i
      sanitariusza Hordego zeszli do Limnej, do karczmy, by posłuchać co
      mówią ludzie. We wsi panował spokój, bolszewików w pobliżu nie było.
      Gdy wychodzili z karczmy, nagle na podwórzu zjawiło się trzech
      jeźdźców. Seria z automatu przeszyła Chomę. Hordyj i strzelcy
      zdążyli ukryć się w budynku. Na odgłos strzałów we wsi zjawiła się
      sotnia, ale jeźdźcy zniknęli bez śladu. Wyglądało na to, że zupełnie
      przypadkowo zatrzymali się przed karczmą, raczej nie byli to
      zwiadowcy. Sotenny nie żył. Pochowaliśmy go na cmentarzu w Limnej i
      omijając wsie, skierowaliśmy się ku lasom Posadzkiej Sosny koło
      Cisowej. Tu dowódca Pawuk wygłosił do nas przemowę. Wyjaśnił naszą
      sytuację, pochwalił za odwagę w walce, choć jednocześnie podkreślił,
      że brakuje nam jeszcze bojowego doświadczenia. Bolszewicy ściągnęli
      na nasz teren całą dywizję partyzantów, tzw. czerwoną miotłę. Walka
      z nimi nie będzie lekka. Dlatego dowództwo zdecydowało, że poborowi —
      również ze względu na zimową porę — wrócą do swych terenowych
      kuszczy. Na wiosnę odbędzie się reorganizacja sotni, wtedy znów
      zostaniemy powołani. Ciężką broń rozkazano przekazać Łastiwce.

      Tak zakończyła się moja dwudniowa służba w sotni. Bardzo chciałem
      zostać, ale rozkaz to rozkaz. Wróciliśmy "do domu". Po drodze
      powiedziano nam, że Leszczawa Górna spłonęła doszczętnie, zginęło
      wielu ludzi, a ci co ocaleli rozeszli się po sąsiednich wsiach.
      Bolszewicy ponieśli duże straty, około 150 zabitych.

      Lutyj, Oreł i ja otrzymaliśmy rozkaz, by zameldować się u naszego
      stanicznego w przysiółku Kopań. Tam mieliśmy oczekiwać na dalsze
      dyspozycje. Nie mogłem wrócić do Iskani, bo kwaterował tam duży
      oddział NKWD, który urządzał obławy na młodych mężczyzn i na siłę
      wcielał ich do Armii Czerwonej. Mimo to mama i siostra potajemnie
      mnie odwiedzały."
      • seba-1 Re: Opis bitwy w Leszczawie Górnej 09.12.08, 12:04
        Bardzo mnie zaintrygowali "spadochroniarze" z opisu pana Płeczenia.
        Nie znam całej książki ale coś tu trąci bajkopisarstwem. Kim byli
        owi spadochroniarze, bo przecież nie banderowcami? Nad tym terenem
        latali tylko Rosjanie bądź Niemcy. Rosjanie raczej nie obrzucaliby
        własnych czołgów butelkami z benzyną. Niemcy? Przecież rzekomo UPA
        prowadziła walkę z Niemcami więc jakżeby mogła być im towarzyszami
        broni? Pozostają jeszcze Amerykanie, którzy rozbili się pod Sufczyną
        ale było to w grudniu a nie październiku 1944r, no i żaden nie
        zginął w walce z czołgiem (jednego Sowieci zastrzelili ale nie
        tutaj). I jeszcze ten Stanisławów? Coś to wszystko dziwne. Może ktoś
        to wyjaśni bo mnie się zdaje że pan Płeczeń bajki pisze...
        • seba-1 Re: Opis bitwy w Leszczawie Górnej 15.12.08, 15:19
          Tak jak się spodziewałem, nikt nie podjął tematu. Sądzę że Płeczeń
          opisuje Amerykanów, bo poza nimi chyba nie było wtedy na tym terenie
          podobnego wypadku z samolotem. Ci lotnicy rzeczywiście na pewien
          czas trafili w ręce UPA. A po latach,słysząc zapewne że jeden z
          załogi samolotu nie przeżył, do swoich "wspomnień" Płeczeń dodał
          bajkę jak to dzielni spadochroniarze bili ruskie czołgi, przy czym
          jeden nawet przy tym poległ. To, plus przesunięcie wydarzeń o dwa
          miesiące (a wspomnienia są niby takie datowo skrupulatne co ma im
          dodać wiarygodności) sprawia że także do wszystkich innych opisanych
          w książce wydarzeń należy podchodzić z rezerwą. A więc "wspomnienia"
          tego członka UPA o dzielnych wojakach i złych Polakach i NKWDzistach
          są funta kłaków warte. Ile takich skonfabulowanych bajek jeszcze
          zawierają?
          • tawnyroberts Spadochroniarze u Płeczenia 06.01.09, 10:36
            Ja też uważam, że Płeczeń opisuje dwóch Amerykanów - rozbitków z
            bombowca "Liberator", który rozbił się 2 grudnia 1944 r. pod
            Sufczyną. Lotnicy ci zostali przechwyceni przez żołnierzy UPA i po
            pewnym czasie odstawieni do Birczy. Płeczeń, który w 1944 roku
            mieszkał w Iskani niedaleko Sufczyny, zapewne słyszał o
            katastrofie "Liberatora" i znał losy lotników odnalezionych przez
            upowców. Myślę, że tym udziałem dwóch tajemniczych spadochroniarzy w
            walce z NKWD, chciał nieco ubarwić opis bitwy w Leszczawie Górnej.
            Oczywiście z faktami nie ma to za wiele wspólnego, ale to wcale nie
            oznacza, że wspomnienia Płeczenia zawierają tylko "skonfabulowane
            bajki". No, ale żeby się o tym przekonać, trzeba przeczytać całą
            książkę...
            • seba-1 Re: Spadochroniarze u Płeczenia 06.01.09, 12:13
              OK, całej książki nie przeczytałem ale takie "perełki"
              czy "kłamstewka" czynią z niej zwykłą beletrystykę a nie źródło
              historyczne.
              Gorzej że w Wikipedii (link w pierwszym poście Darina w tym wątku)
              widnieje cuś takiego: "W październiku zostały one wzmocnione przez 7
              spadochroniarzy ukraińskich, zrzuconych przez Niemców". A ja ciągle
              słyszę że ta UPA to biła Niemców, cosik mi tu nie gra...
            • darino Re: Spadochroniarze u Płeczenia 06.01.09, 12:44
              A ja jestem przekonany, że niezależnie od tej relacji czytałem w jakimś
              Litopysie o zrzuceniu 7 ukraińskich spadochroniarzy na Pogórzu Przemyskim w
              październiku 1944. Przypuszczalnie chodziło o organizowanie dywersji na tyłach
              wojsk sowieckich ?
              Podejrzewam, że mogli należeć do "Gruppe B":
              pl.wikipedia.org/wiki/Brygada_Spadochronowa_Gruppe_B
              • seba-1 Re: Spadochroniarze u Płeczenia 06.01.09, 13:38
                Być może, ale to się jednak kłóci z tezą o tym jakoby UPA i III
                Rzesza byli wrogami...
                • darino Re: Spadochroniarze u Płeczenia 06.01.09, 14:06
                  Wiele faktów historii się kłóci - na przykład Związek Radziecki zrzucał
                  spadochroniarzy na własne terytorium, aby tworzyli partyzantkę. Poza tym toczył
                  wojnę z najlepszym sojusznikiem, a najwięksi wrogowie mu pomagali :)))
              • tawnyroberts Spadochroniarze-dywersanci 06.01.09, 14:28
                To też możliwe, tyle, że Płeczeń pisze o dwóch spadochroniarzach,
                którzy wyskoczyli z uszkodzonego samolotu. Ale kilka zdań później
                wspomina, że lotnicy byli w porządnych mundurach z pełnym
                uzbrojeniem, a do tego jeden z nich pochodził ze Stanisławowa. Nie
                sądzę, żeby amerykańscy rozbitkowie z "Liberatora" opuszczali pokład
                swojej maszyny z pełnym uzbrojeniem. Niewykluczone, że Płeczeń
                opisywał właśnie spadochroniarzy zrzuconych przez Niemców, dodając
                przy tym nieświadomie strzępy faktów z historii o amerykańskich
                rozbitkach, którą zapewne znał.

                Co do relacji UPA-III Rzesza, to wiadomo, że w 1943 r. kierownictwo
                OUN-B podjęło decyzję o przystąpieniu do walki zbrojnej z niemieckim
                okupantem. Wiadomo także, że Niemcy, przegrywając wojnę, próbowały
                na różne sposoby wykorzystywać swoje dawne "znajomości", czego
                przykładem może być wspominana przez Darina Brygada
                Spadochronowa "Gruppe B", dowodzona przez Tarasa Borowecia (tego
                od "bulbowców").
                • darino Re: Spadochroniarze-dywersanci 07.01.09, 07:42
                  Z tego co czytałem, to z Liberatora wyskakiwali oni w dość dużych odstępach
                  czasu. Pierwsi chyba gdzieś nad Uluczem, a ostatni nad Sufczyną. Zresztą dwóch
                  dotarło do Birczy dzięki pomocy UPA. Tak więc duża część gminy pewnie widziała
                  ten samolot albo lotników amerykańskich. Moja babcia też mi o tym opowiadała.
      • darino Opis bitwy w Leszczawie Górnej - czołgi 06.01.09, 12:48
        Nie przypuszczam, aby to były czołgi - może tankietki, albo samochody pancerne ?
        Płeczeń, nie posiadając wcześniejszego przeszkolenia wojskowego, mógł nie
        rozpoznać, co to były za pojazdy ?
    • mariusz9959 Wiedza MO o UPA kwiecień 1947r. 09.02.08, 00:04
      Stan wiedzy KPMO o UPA w powiecie przemyskim.
      Ze sprawozdania KPMO w Przemyślu o „bandach” UPA działających na
      obszarze powiatu.
      Kwiecień 1947 r.
      1.
      dowódca – nie znany
      stan – ok. 600 osób
      miejsce dyslokacji - Brzezawa, Lachawa, Lipa i pobliskie lasy
      2
      dowódca – „Chromenko”
      stan – ok.300 osób
      miejsce dyslokacji - okolice Kupnej, Krzeczkowej i Cisowej.
      3
      dowódca – „Lubczenko”
      stan – ok. 200 osób
      miejsce dyslokacji - Piątkowa i pobliskie lasy
      4
      dowódca – Jankiwskij Grzegorz
      stan – ok. 200 osób
      miejsce dyslokacji – Korytniki i Krasice.
      5
      dowódca – Kociołek Sławek „Suchyj”
      stan – 950 osób
      miejsce dyslokacji - lasy w Witoszyńcach i Grochowcach
      6
      dowódca – Denus Władysław
      stan – 15 osób
      miejsce dyslokacji - lasy Korytnickie
      7
      dowódca – ps. „Jaroń”
      stan – ok. 200 osób
      miejsce dyslokacji –Iskań i Ruska Wieś
      8
      dowódca – „Łastiwka”, „Burłak”
      stan – ok. 350 osób
      miejsce dyslokacji – Rybotycze i pobliskie lasy
      9
      dowódca – Fenik Mikołaj
      stan – 100 osób
      co ciekawe podano dosyć dokładnie stan uzbrojenia: 7 RKM, 90 kbk, 1
      moździerz i PPSza w nieustalonej liczbie
      miejsce dyslokacji – Krzeczkowa, Mielnów, Chołowice i okoliczne lasy.
      10
      dowódca – Korecki Michał „Rizak”
      stan – 60 osób
      miejsce dyslokacji - Rokszyce i pobliskie lasy
      11
      dowódca – „Jar”
      stan – ok. 250 osób
      miejsce dyslokacji – obręb gminy Wojtkowa i okoliczne lasy.
      • tawnyroberts Wiedza = niewiedza 12.02.08, 15:09
        Podsumowując daje to łącznie ok. 3225 dobrze wyszkolonych i
        uzbrojonych żołnierzy. I to na terenie samego powiatu przemyskiego.
        Toż to prawdziwa militarna potęga! Rozumiem, że sprawozdanie zostało
        sporządzone na potrzeby mającej się wkrótce rozpocząć Akcji "Wisła".
        Z takimi upowskimi siłami los Ukraińców w powiecie przemyskim wcale
        nie byłby przesądzony...
        • mariusz9959 Re: Wiedza = niewiedza 12.02.08, 15:41
          Zestawienie sporządzono w KPMO Przemyśl, na podstawie meldunków z
          posterunków. Tworzono je cyklicznie. Ja podałem akurat skrót z
          zestawienia sporządzonego w kwietniu 1947 r., to oczywiście
          przypadek. Po zapoznaniu się z nimi podobnie jak Ciebie zdziwiły
          mnie te liczby i dlatego je zacytowałem. Myślę, że przesadzono z
          liczebnością oddziałów w myśl przysłowia „strach ma wielkie oczy” a
          w większości były to szacunkowe dane z terenu. Niewykluczone
          jednak, że była jakaś odgórna tendencja do zawyżania danych, by
          usprawiedliwić przyszłe działania.
    • tawnyroberts Sowieckie prowokacje na Pogórzu 05.12.08, 09:36
      Podczas lektury książki Grzegorza Szajnika "Stosunki polsko-
      ukraińsko-żydowskie w mieście i gminie Dynów" natrafiłem na
      interesującą wzmiankę o prowokacjach oddziałów sowieckich,
      podszywających się pod UPA, na terenie Dynowszczyzny.

      "Wiosną 1944 roku natknąłem się w lesie na partyzantkę radziecką i
      zaprzyjaźniłem się z jednym Rosjaninem. Kilka razy donosiłem im
      żywność do lasu i ostrzegałem przed Niemcami. Po wyzwoleniu w 1945
      roku, pewnej nocy do naszego domu wpadła banda UPA. Ustawili nas pod
      ścianą i z całą rodziną usłyszałem: "budem Lachów riezat". W pewnej
      chwili skojarzyłem ten głos i odwróciłem się. Tak, to był on, ten z
      lasu. Poznał mnie i zapytał czy to mój dom i moja rodzina.
      Potwierdziłem. Kazał opuścić ręce, zjedli kolację i wyszli. Na
      pożegnanie znajomy z lasu powiedział: "Miałeś szczęście, że trafiłeś
      na mnie i w porę się odwróciłeś. Damy waszej wsi dzisiaj spokój."
      Zapytałem go, co teraz robi. "Ja tieper w armii i bolsze nie
      sprasziwaj, łudsze nie znat i nie sprasziwat..." Tej samej nocy
      spłonęła sąsiednia wieś i straciło życie ponad dwadzieścia osób.
      Nikt nie chciał wierzyć, że to wcale nie musiała być sotnia UPA. Po
      dziś dzień jestem przekonany, że to chyba jednak nie byli upowcy,
      skoro nawet po ukraińsku mówić nie umieli."

      Autor książki podaje, że cytowany fragment pochodzi ze wspomnień
      pewnego rencisty z Przemyśla, zamieszczonych w artykule "Pękła tama
      milczenia" ("Życie Przemyskie", 15.08.1990 r., strona 6). Szkoda, że
      w książce nie sprecyzowano dokładnie terminu akcji i o jakie wioski
      tutaj chodzi. A może ktoś ma dostęp do tego archiwalnego
      numeru "Życia Przemyskiego"?
      • piotrzr Re: Sowieckie prowokacje na Pogórzu 05.12.08, 10:31
        Dla mnie nie ulega wątpliwości że wiele tzw zbrodni przypisywanych "bandom UPA"
        było dziełem oddziałów pozorowanych NKWD.
        Dr Motyka wspomina m.in o ataku rzekomych upowców na Dynów w 1945 roku.
        Gdy opór milicji i akowców okazał się silny - nkwdowcy musieli się zdemaskować !!!


        Temat sam w sobie jest bardzo ciekawy i obok opisu działalnosci striebek IB
        rzuciłby całkiem "nowe światło" na temat walk polsko-ukraińskich/
        • hansgrubber Re: Sowieckie prowokacje na Pogórzu 07.12.08, 19:33
          Ciekawe - to samo mowia polscy ultraprawicowcy o zbrodni w Jedwabnem
          czy pogromie kieleckim. :)
    • anonimzwanygallem Re: działania UPA na Pogórzu Przemyskim 18.03.09, 08:50
      Oto odpowiedz.
      www.zielonysztandar.com.pl/index.php?co=wiecej&id=1471&dzial=59
      Mówią świadkowie historii

      11 lipca 2007 roku podczas uroczystej akademii świadkowie opowiedzieli nam o
      tamtych dniach.Irena Gajowczyk była zbyt mała, miała zaledwie 6 i pół roku, aby
      się bronić i zbyt duża, żeby zapomnieć tragiczny dzień 2 czerwca 1943 roku. Na
      wieść o tym, że banderowcy napadli na ich wieś, wraz z mamą i rodzeństwem
      pobiegła do lasu.

      „Uszliśmy może ze 150 metrów, kiedy mama zauważyła kilku młodych mężczyzn
      wychodzących z lasu. Każdy miał w ręku siekierę. Mama zaczęła krzyczeć
      przeraźliwie, abyśmy się chowali. Rozbiegliśmy się wszyscy w zboże na tyle duże,
      że pozwalało nam ukryć się.

      Rozpoczęła się rzeź. Banderowcy uderzali na oślep siekierami i nożami kogo
      dopadli. Kilku z nich nadjechało na koniach i tratując zboże w poszukiwaniu
      ofiar mordowali znalezionych. Kilku banderowców podbiegło do mojej mamy i jeden
      z nich uderzył ją w głowę siekierą. Mama upadla i wypuściła z rąk brata Tadzia,
      a ja z przerażenia krzyczałam. Na całym polu był ogromny wrzask i lament, ludzie
      błagali swoich oprawców o darowanie życia, no bo przecież ich znali. Oprawcy
      byli jednak bezwzględni. Mama, czołgając się, przygarnęła do siebie płaczącego
      Tadzia i zakrwawionemu dała pierś.

      Po niedługiej chwili banderowcy ponownie dobiegli do mojej Mamy i podcięli jej
      gardło. Jeszcze żyła, kiedy zdarli z niej szaty i poodcinali piersi. Ja leżałam
      przytulona do ziemi, chyba ze strachu nawet nie oddychałam. Mama i Tadzio
      strasznie się męczyli.”

      Z całej rodziny małej Irenki żyje tylko ona i jej siostra. Zginęła matka, ojciec
      obdarty ze skóry, powieszony na drzewie, brat Marcel, siostra Stasia, brat
      Tadzio. Poranioną Irenkę uratowali żołnierze niemieccy.

      Barbara Olak
      • piotrzr Re: działania UPA na Pogórzu Przemyskim 18.03.09, 08:57
        anonimzwanygallem napisał:
        a ja na to :)))
        ty mógłbyś razem ze zielonym sztandarem pisać scenariusze do...."Teksańskiej
        masakry piłą mechaniczną 21,5" :)))))
      • tawnyroberts Kolejne "pudło" Anonima 18.03.09, 09:56
        Coś sie nam kolega Anonim nie bardzo wstrzelił z tym drastycznym
        opisem w temat działań UPA na Pogórzu Przemyskim. W czerwcu 1943 r.
        na Pogórzu o UPA nawet jeszcze ptaszki nie ćwierkały. Znowu się
        wątki (fora) pomyliły...
      • darino Zielony Sztandar 18.03.09, 11:33
        Dobrze, że "Zielony Sztandar" zajął się tą tematyką. Na wyjaśnienie czeka
        działalność oddziału Ludowej Straży Bezpieczeństwa "Sępa". Chyba wymordowali
        najwięcej ludności cywilnej na Pogórzu Przemyskim. Oddział "ludowców", i dowódca
        "ludowiec" (potem ubek).
        • bastion44 Re: Zielony Sztandar 18.03.09, 14:44
          Roman Kisiel-"Sęp"-urodzony w Bystrowicach pow.Jarosław.
    • tawnyroberts Sanem płynęły trupy ofiar UPA... 25.02.10, 09:03
      W "Nowinach" zaszaleli. W ubiegły piątek w internetowym wydaniu
      gazety pojawił się artykuł, który miał chyba za zadanie...
      odstraszyć i zniechęcić do wędkowania "rzecznych rybaków", bo
      ostatnio z nimi same kłopoty (patrz historia dzielnego strażaka,
      ratującego starszego wędkarza dryfującego na krze na Sanie w
      Przemyślu). W tekście też jest miasto Przemyśl i rzeka San, ale mamy
      rok 1945 i jej nurtem płyną okaleczone trupy. Czyje trupy?
      Oczywiście ofiar Ukraińskiej Powstańczej Armii, co do tego starszy
      pan - bohater tekstu, który popuścił wodze swoim wspomnieniom, a
      może i trochę fantazji, nie ma żadnych wątpliwości. Dajmy zresztą
      temu spokój, bo czy można obiektywnie nakreślić rzeczywistość z lat
      1944-1947 na Pogórzu Przemyskim na podstawie relacji tylko jednej,
      tej polskiej, strony konfliktu. Nie można, chociaż starszy pan
      głęboko wierzy w to, co usłyszał po wojnie od Polaków z Sufczyny,
      Rozpucia, Kuźminy. Uwierzył chyba także dziennikarz z "Nowin" -
      Andrzej Plęs, bo artykuł "poszedł" w świat. Tylko jak tu mówić o
      jakimkolwiek obiektywiźmie, skoro ukraińskim ofiarom poświęcił
      zaledwie jedno, wtrącone od niechcenia, zdanie. Ale akcja "Wisła"
      została usprawiedliwiona, a pewnie o to chodziło. Podsumowując,
      dawno nie czytałem w "Nowinach" takiego propagandowego bełkotu...


      "W Przemyślu i okolicach wyzwolenie nie oznaczało końca wojny"

      Przestał wędkować, kiedy zobaczył rozpłatane i okaleczone trupy,
      płynące Sanem. Niektóre bez rąk, bez nóg, ciała kobiet z obciętymi
      piersiami, mężczyzn pozbawionych genitaliów, napuchnięte, rozpłatane
      korpusy.

      Przestał wędkować, bo wydawało mu się, że ryby obżarły ciała. I ryb
      też już nie brał do ust, bo to byłby prawie kanibalizm.

      To nie były frontowe trupy, w końcu front przez Przemyśl dawno się
      przetoczył i poszedł na zachód. Jan Kramarz miał wtedy 15 lat i
      takiej makabry nie oglądał, nawet gdy hitlerowcy stacjonowali nad
      Bugiem. Później dowiedział się, że San zbierał ciała ofiar
      Ukraińskiej Powstańczej Armii. Tak mu powiedziano. Może to ci sami,
      którzy kilka lat wcześniej w pełnym rynsztunku maszerowali ulicami
      miasta?

      *Wojna się skończyła, więc skąd te trupy?*

      - Wysokie onuce, mundury do złudzenia przypominające umundurowanie
      Wojska Polskiego, karabiny z długimi bagnetami – wspomina obrazy z
      przemyskich ulic pierwszych lat wojny. – Nie wiem, czy to było SS
      Galizien czy Nachtigal - ukraińskie formacje walczące po stronie
      hitlerowców.

      Opowiada, że kiedy Niemcy wycofywali się z Przemyśla przed Armią
      Czerwoną, to most na Sanie był wysadzany trzy razy. Nigdy dość
      skutecznie, bo ludzie przerzucali deski między resztkami przęseł i
      przeskakiwali po nich z brzegu na brzeg.

      - I czasem słyszało się krzyk: trup leży, bo płynące z nurtem rzeki
      ciała zatrzymywały się na tej prowizorycznej kładce – wspomina pan
      Jan. - Dla mnie, czternasto-, piętnastolatka, to było potworne.
      Przecież w tej rzece pływałem, tu łapałem ryby. Dla mnie było
      niewyobrażalne, żeby człowiek człowiekowi mógł uciąć rękę, wyłupać
      oczy, wyrwać język, obciąć piersi.

      Przecież wojna się kończy, albo już skończyła – myśleli wtedy z
      kolegami – więc skąd te trupy? Później dowiedzieli się, że gdzieś
      tam, w górze Sanu, wojna wciąż się toczy. Przecież słyszał nocami –
      jak mówi – strzały i łuny wokół Przemyśla. Frontu nie ma, Niemców
      nie ma, ale ofiary są. I wszechobecny strach. Ukraińcy boją się i
      Polaków, i swoich. Polacy boją się i Ukraińców, i nowej władzy. I
      nie wiadomo, kogo i czego bardziej.

      *Niemcy odeszli, strach został*

      Strach i nieufność utrzymywały się latami. Doświadczył tego, kiedy w
      1949 roku po maturze dostał pracę kierownika jednoklasowej szkoły w
      Rozpuciu, 47 kilometrów od Przemyśla.

      Już kiedy jechał z Przemyśla do Rozpucia i Kuźminy, jego woźnica,
      jak przewodnik, pokazywał w mijanych wsiach: tu zabili tylu, tu
      powiesili wszystkich z rodziny, tu porąbali, tu wyrzucili do rzeki.

      - Skóra mi cierpła, kiedy tego słuchałem – opowiada pan Jan. – Co
      miejscowość, to piekło okrucieństwa. I ja miałem tu pracować. Dużo
      później dowiedziałem się, że ten mój woźnica był Bojkiem.
      Kiedy dotarł do Rozpucia, nasłuchał się jeszcze więcej, choć nie od
      razu.

      - Byłem tu nowy i obcy, na początku traktowali mnie, jak nasłanego
      bolszewika – opowiada. – Trochę to trwało, zanim mnie zaakceptowali
      i zaczęli opowiadać.

      A straszne rzeczy opowiadali: o dziewczynie ze wsi, Polce, którą
      ukraińscy sąsiedzi dopadli, zgwałcili, pokroili i zostawili. O
      zamykaniu się w domostwach na noc, bo mogą przyjść, wymordować,
      spalić. Może Rozpucie tak bardzo od UPA nie ucierpiało, pobliskie
      wsie znacznie bardziej. Niemal skończyło się to wraz z
      Akcją „Wisła”, kiedy mnóstwo tutejszych wysiedlono na ziemie
      zachodnie. Nikt nie pytał: Ukrainiec, Łemko, Bojko? Wystarczyło, że
      był prawosławny, albo greckokatolicki, a już był „elementem
      podejrzanym”. Nawet wielu Polaków stąd wysiedlono. Tak na wszelki
      wypadek. Spędzili tygodnie i miesiące w obozach w Bykowcu i Załużu.
      I jeśli tylko zdołali udowodnić narodowość polską i chcieli – mogli
      wrócić. Wracali w opustoszałe wsie, a wraz z nimi wspomnienia.

      - Potworne rzeczy ci ludzie opowiadali, ja już nawet nie chcę ich
      wszystkich pamiętać – pan Jan broni się przed tymi wspomnieniami. –
      O tym, że żona Ukrainka musiała zamordować swojego męża Polaka, że w
      mieszanych rodzinach mordowano synów, ale czemuś oszczędzano córki.

      *Pustka i groza*

      Jeszcze z początkiem lat 50. prowadził szkolne obozy wędrowne po
      tych naznaczonych strachem i cierpieniem okolicach.

      - W wielu miejscach było tak samo: gołe fundamenty, wypalone
      domostwa, które otaczały zaniedbane sady i nic wokół, żadnych ludzi –
      przypomina sobie wycieczkę do wsi Puławy, nieopodal Rymanowa. – I
      nie sposób rozpoznać, czy to polska wieś, spalona przez banderowców,
      czy miejscowość zlikwidowana w Akcji „Wisła”.

      Wcześniej trafił do Sufczyny, w której pamięć o dramacie utrzymywała
      się latami.

      - W domu nauczycieli widziałem ślady krwi na podłodze, na suficie –
      opowiada. – Długo się zachowały. I pamięć o tej rodzinie
      nauczycielskiej, którą banderowcy torturowali i zamordowali w
      czterdziestym piątym.

      Nie mówi już o tym, że kilka miesięcy później poakowscy partyzanci
      wraz z okoliczną, polską ludnością, wymordowali w odwecie 26
      ukraińskich mieszkańców Sufczyny i setki w pobliskich wsiach.
      Panował strach wszystkich przed wszystkimi. A mimo to Kramarz na
      tych naznaczonych śmiercią ziemiach zdobył przyjaciela.

      - Jarosław Fedejko się nazywał, kursy oświatowe prowadził i pewnego
      razu przyznał się, że omal nie został banderowcem – opowiada pan
      Jan. – Był Ukraińcem, do czego też jawnie się nie przyznawał. Mówił,
      że przyszli do nich ludzie od Bandery, jego i brata zamknęli w
      piwnicy, chcieli, żeby przystąpili do bandy. Obaj zdołali się
      wydostać z uwięzienia, uciekali w zboże. Jego brat nie zdążył,
      zastrzelili.
      • tawnyroberts Sanem płynęły trupy ofiar UPA... - cz. II 25.02.10, 09:04
        *Idzie nowe, też straszne*

        Mówi, że po Akcji „Wisła” polska ludność na tym terenie prawie
        przestała się bać. Prawie, bo niedobitki banderowców czasem jeszcze
        podnosiły głowy, ale schronienia, informacji i żywności już nie miał
        im kto dostarczać. Stare lęki wysiedlono, spalono, zastrzelono, ale
        pojawiły się nowe.

        - Poczułem to, gdy trafiłem między tych ludzi – tłumaczy. – Człowiek
        przysłany z zewnątrz, nie wiadomo, czy nie bolszewik, komunista,
        kapuś. Ma uczyć ich dzieci, ale nie wiadomo, co jeszcze ma tu robić.
        Wysłali mnie do wsi, pięć kilometrów od Kuźminy, miałem tutejszych
        namawiać do kolektywizacji. Ciemno w izbie, lampa naftowa na stole,
        nic nie widać od dymu papierosowego. Powiedziałem swoje i na koniec:
        są pytania? Nie było. Podeszło dwóch, postawili pół litra. Potem
        odwieźli furmanką do Kuźminy i pożegnali się tak: „panie kierowniku,
        nie chcemy więcej pana w naszej wsi widzieć. Tym razem panu
        podarowaliśmy”. Nie chcieli słyszeć o kolektywizacji.

        Mówi, że u miejscowej ludności nie znajdował współczucia dla tych,
        których w Akcji „Wisła” wysiedlono. Przesadnej radości z tego
        powodu – też nie. Może tylko ulgę, że ten koszmar się skończył.

        Andrzej Plęs

        www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100219/WOJNA01/83553106
        • darino Re: Sanem płynęły trupy ofiar UPA... - cz. II 25.02.10, 09:48
          Czy ten pan (nazwisko na K.) nie był przypadkiem dyrektorem szkoły w Birczy ?
          Jeśli to ten sam, to miał sprawę karną o balety z panią jakichś obyczajów
          (butelka w pochwie itp.) Głośna sprawa onegdaj ...
          • tawnyroberts Kim jest (był) Jan Kramarz? 25.02.10, 10:47
            Całkiem możliwe, że to ten sam człowiek, bo na początku swojej
            nauczycielskiej kariery uczył w pobliskim Rozpuciu, ale wspomina też
            coś o Sufczynie. Obecnie głośno o nim raczej z powodu awanturniczej
            działalności w Stowarzyszeniu Obrońców Pamięci Orląt Przemyskich,
            gdzie Jan Kramarz jest sekretarzem. Oto próbka możliwości pana Jana
            i jego kompanów - list otwarty do posła Marka Kuchcińskiego w
            sprawie zwrotu orderu za zasługi dla Ukrainy. Wydaje mi się, że
            jakiś medal za ten tekst się należy...



            Pan Marek Kuchciński
            Poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej
            Przemyśl

            List otwarty

            Stowarzyszenie Obrońców Pamięci Orląt Przemyskich w Przemyślu –
            zbulwersowane postawą Prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki, który
            nadając mordercy Polaków Stepanowi Banderze tytuł Bohatera Ukrainy
            napluł w twarz wszystkim Polakom – apeluje do Pana, Panie Pośle o
            zwrot W. Juszczence otrzymanego ostatnio przez Pana orderu III
            stopnia za zasługi dla Ukrainy. Główny Rabin Ukrainy, odznaczony
            takim samym jak Pan orderem, zwrócił go na znak protestu przeciwko
            odznaczeniu Bandery. Miał odwagę! Czy Pan zdobędzie się na podobną
            postawę?

            Apelujemy do Pana o zwrot temu zaślepionemu nacjonaliście
            ukraińskiemu W. Juszczence otrzymanego odznaczenia z odpowiednim
            uzasadnieniem oraz opublikowanie tego uzasadnienia w środkach
            masowego przekazu.

            Mamy prawo domagać się od Posła Rzeczypospolitej Polskiej postawy
            patriotycznej w obronie honoru 200 tysięcy polskich ofiar UPA –
            organizacji zbrodniczej dowodzonej przez S. Banderę- zwyrodniałego
            ludobójcę!

            Za zarząd

            Sekretarz Zarządu
            mgr Jan Kramarz

            Prezes
            inż. Stanisław Żółkiewicz
            • darino Re: Kim jest (był) Jan Kramarz? 25.02.10, 11:26
              No właśnie tak się głowię, i nie mogę przypomnieć sobie nazwiska mojego Dyrektora.
              • darino Re: Kim jest (był) Jan Kramarz? 25.02.10, 11:29
                Ze zdjęcia jakby on ?
            • tawnyroberts Poseł Kuchciński nie oddał medalu 27.02.13, 14:23
              Tak z ciekawości "zapuściłem" sobie Google i próbowałem się dowiedzieć, czy poseł Marek Kuchciński, po licznych prostestach środowisk kresowiackich, oddał w końcu medal za zasługi dla Ukrainy? Ponieważ nigdzie nie znalazłem informacji potwierdzającej zwrot, domyślam się, że jednak go sobie zatrzymał. Jakoś nie przeszkodziło mu to w ponownym wyborze do ław poselskich w 2011 r., chociaż głosów otrzymał znacznie mniej niż w poprzednim głosowaniu.
          • venus99 Re: Sanem płynęły trupy ofiar UPA... - cz. II 25.02.10, 20:42
            podziwiam trafność i elegancję argumentów.w dodatku w Ameryce
            murzynów bija.
        • tawnyroberts Sanem płynęły trupy... - poprawny link 25.02.10, 13:54
          Poprawny link do artykułu z "Nowin":

          www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100219/WOJNA01/835531067
      • ciekawy344 Re: Sanem płynęły trupy ofiar UPA... 26.02.10, 10:35
        Ale Cię ubodło i niby czemu ? Jest człowiek są wspomnienia jest punkt widzenia.
        Dlaczego nie opublikować bo co ?. Banderowcom przypisuje masakry, nielegalne
        pobory do UPA, wspomina ukraińskich kolaborantów Hitlera, wolno mu to wolny
        kraj. Uważasz, że kłamie i oczernia idź do sądu. Jest taka książka Jerzego
        Kosińskiego "Malowany Ptak" jakieś oszołomy obwołały ją antypolską a taka nie
        jest. Podobnie publikacje na temat UPA nie są antyukraińskie są antybanderowskie
        i dobrze bo ostania rzecz której potrzebujemy to terrorystów i faszystów na
        pomnikach.
        • tawnyroberts O artykule słów kilka 26.02.10, 14:02
          O.K., jest człowiek, są wspomnienia, jest i punkt widzenia.
          Oczywiście można to opublikować, tylko niekoniecznie przez
          niezależnego redaktora w niezależnym regionalnym dzienniku.
          Właściwszym rozwiązaniem byłoby wydanie tego pod własnym nazwiskiem
          w formie wspomnień. Dlaczego? Ano dlatego, że w opowieściach pana
          Jana Kramarza jest za mało konkretów, a właściwie to nie ma ich
          wcale. Za to ciągle padają tam zwroty w rodzaju: "powiedziano
          mi", "opowiadali", "słyszałem", "nie chcę o tym pamiętać" itp.
          Zadziwia przy tym łatwość, z jaką narrator osakrża o wszystkie
          wymienione zbrodnie Ukraińską Powstańczą Armię, na podstawie tak
          lichego "materiału dowodowego". Już zupełnym szlagierem jest
          ustalenie sprawców mordów na podstawie widoku trupów płynących
          Sanem, jakby to tylko UPA miała patent na pozbywanie się zwłok w
          nurtach rzek. Co prawda nie jest to jakaś poważna rozprawa
          historyczna, ale jakaś przyzwoitość to chyba jednak obowiązuje. Poza
          tym gość ewidentnie ukrywa przypadki mordów na ukraińskiej ludności,
          co nawet wypomniał mu redaktor Plęsny (przypadek Sufczyny), a,
          przypominam to po raz kolejny, Ukraińcy znacznie bardziej ucierpieli
          na Pogórzu Przemyskim niż Polacy. Trudno przecież uwierzyć, że facet
          w ogóle o tym nie słyszał.

          Ktoś mało zorientowany w tej tematyce, po przeczytaniu artykułu
          odniesie wrażenie, że na tym terenie mordowała tylko UPA, Polacy zaś
          byli jedynie ofiarami i świadkami tych przerażających zbrodni.
          Dobrze wiesz, że to nieprawda i stąd moje oburzenie na ten artykuł.
          Takie próby fałszowania historii należy bezwzględnie piętnować. Poza
          tym już sama osoba Jana Kramarza - znanego ukrainożercy, powinna dać
          dziennikarzowi do myślenia, żeby do tych jego rewelacji podchodzić z
          dużą rezerwą i nie przyjmować ich bezkrytycznie. Tego krytycyzmu w
          tym atykule zabrakło i wyszło to co wyszło: propagandowy bubel na
          zlecenie Stowarzyszenia Obrońców Pamięci Orląt Przemyskich.
          • dezyderiusz500 Re: O artykule słów kilka 02.03.10, 23:06
            Zauważyłem że darnino skrupulatnie zajmuje się hasłami w Wikipedii dotyczących "strasznych zbrodni" polskich partyzantów na ludności ukrainskiej. Może nasz drogi "birczanin" stworzy jakieś hasła o wyczynach "szlachetnych" strzelców z UPA w przemyskim?
            • darino słów kilka 03.03.10, 10:12
              Myślę, mój drogi, że warto poświęcić trochę własnego czasu, i coś napisać. Na
              tym polega Wikipedia.
              Takie propozycje, jak twoja, nazywa się "szukaniem kolejarza".
          • tawnyroberts Jeszcze raz o trupach płynących Sanem 03.03.11, 14:43
            A propos trupów płynących Sanem. Rok temu udało mi się przeprowadzić arcyciekawą rozmowę z byłym członkiem polskiego podziemnego ugrupowania, działającego na Pogórzu Dynowskim. Oddział mojego rozmówcy brał udział w wielu zorganizowanych akcjach wymierzanych przeciwko ludności ukraińskiej w celu zmuszenia jej do wyjazdu do ZSRR, a także w pospolitych napadach rabunkowych. Częstym miejscem tych drugich był las w pobliżu Sanu. Przeważnie napadano na osoby powracające w rodzinne strony z robót przymusowych w Niemczech. Prawie zawsze spotkanie z uzbrojoną grupą kończyło się śmiercią nieszczęśnika, któremu nierzadko do własnego domu zostawało zaledwie kilka kilometrów drogi. Mój rozmówca twierdził, że najlepszym sposobem pozbywania się zwłok było... wrzucenie ich Sanu. Jak sam zauważył, ciała najczęściej dostrzegano i wyławiano dopiero w Przemyślu. Może to właśnie o tych trupach wspominał Jan Kramarz w artykule z "Nowin"?
            • kokode Re: Jeszcze raz o trupach płynących Sanem 03.03.11, 21:04
              Napiszę trochę nie na temat, ale... w zeszłym roku kolega poszedł do lasu, był urodzaj na prawdziwki i uzbierał ich pełen koszyk, było może z dwadzieścia parę sztuk. Fama poszła po wsi, zatoczyła wielkie koło i wróciła do tego kolegi wielka sensacyja jakoby prawdziwków w koszyku było prawie czterysta!!!!! Do tej pory się z tego śmiejemy. Podobnie traktuję wypowiedzi w takich wątkach, jak ten tutaj, lub podobne wątki z forów zakładanych przez stronę przeciwną. Sieję to przez wielkie sito i wychodzi mi, że każda ze stron ubabrała się niewinną krwią cywilów, skala nie gra roli, bo role odwróciły się w momencie ustalenia granic, kiedy to ludność ukraińska stała się liczebną mniejszością na terenie Polski, nie było tu drugiego Wołynia, ale mimo wszytko nastąpiła inna zagłada - wymarł wielokulturowy obszar, bezcenne dziedzictwo, którego resztki starają się ratować m.in zakładający tutaj wątki
              (np. tawnyroberts i jego wkład w ratowanie cmentarzysk, cerkiewek...).

              Wracając do tematu: ja też jestem ciekawa działań UPA na terenie Pogórza Przemyskiego, ale interesują mnie tylko i wyłącznie udokumentowane fakty.
Pełna wersja