tawnyroberts
07.05.08, 13:40
Czytając książkę Mikołaja Siwickiego "Dzieje konfliktów polsko-
ukraińskich. Tom trzeci" trafiłem na interesujące wspomnienia Marii
Sawczyn "Mariczki", żony Wasyla Hałasy "Orłana" - zastępcy Jarosława
Starucha i referenta propagandy OUN na "Zakierzoński Kraj".
Przeżycia autorki mogłyby posłużyć za scenariusz do niejednego filmu
sensacyjnego.
"Krakowski kocioł" - cz. I
Pod koniec stycznia 1947 r. przeszedł na stronę wroga tj. do polsko-
bolszewickiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego były bojówkarz
Służby Bezpieczeństwa OUN – „Orzeł” (prawdziwe nazwisko Sus Roman,
urodzony i zamieszkały we wsi Cisowa, powiat Przemyśl).
Wspomniany „Orzeł” został ukarany za niedbałość w przechowywaniu
materiałów organizacyjnych, które wpadły w ręce wroga w jego
kryjówce. Władze ukarały go za to przeniesieniem na inny teren i
pracą rehabilitacyjną. Tymczasem w przeddzień odejścia „Orzeł”
przeszedł na stronę wroga, zgłaszając się do garnizonu KBW w Birczy.
Po kilku dniach wskazał wrogowi magazyn ze zbożem i kryjówkę z
bronią (kilka karabinów zwykłych i jeden karabin maszynowy). Na tym
jego zdradzanie skończyło się, bo wszystko, o czym wiedział lub mógł
wiedzieć, zostało przeniesione w inne miejsce. Zostali tylko ludzie,
którzy żyli legalnie, ale „Orzeł” znał ich stosunek do Organizacji.
Zaczął więc sprowadzać ubeków do tych ludzi. Pouczyliśmy kobiety, co
mają robić, gdy ten Judasz przyjdzie z ubowcami, więc one tak się za
niego wzięły, że przestał sprowadzać nieproszonych gości. Bał się,
że UBP dowie się o nim wszystkiego, co chciał ukryć, obawiając się o
własną skórę. Później KBW wykorzystywało Orła tylko do wypraw
leśnych, które jednak nie dawały wrogowi oczekiwanych rezultatów.
W tym czasie zamierzał wyjechać do USA proboszcz ze wsi Kłokowice,
Andrij Goza. Załatwianie różnych formalności (potwierdzenie
obywatelstwa USA, paszport itd.) ciągnęło się prawie cały rok. W
kwietniu 1947 r. ks. Goza otrzymał zawiadomienie z ambasady
amerykańskiej w Warszawie, że jego obywatelstwo jeszcze nie wygasło
i do końca kwietnia powinien wyjechać. Sprawa tego wyjazdu była
szeroko znana. Wiedziało o tym również UBP. Do tej pory traktowało
księdza jako obywatela USA, starającego się o wyjazd. Wiedzieli o
tym również parafianie, a jeszcze dodatkowo wiedzieli, że ich ksiądz
od pewnego dnia nazywać się będzie nie Goza, a Lewczuk (na takie
nazwisko ks. Goza wyrabiał paszport). W takich okolicznościach 22
kwietnia 1947 r. zdrajca „Orzeł” przyprowadził do ks. Gozy UBP,
oczywiście powiedziawszy im wszystko, co o nim wiedział.
Ks. Goza nie był członkiem naszej organizacji, ale jako ksiądz-
Ukrainiec solidaryzujący się z ukraińskim ruchem wyzwoleńczym,
wykonywał swoje powinności duszpasterskie, kilkakrotnie odprawiał
liturgie w lasach, udzielał ślubu rewolucyjnym parom, uczestniczył w
pogrzebach poległych w bojach powstańców i pomordowanych przez
bandytów z UBP i WP cywilnych Ukraińców. Jednym słowem wykonywał
swoje obowiązki jak każdy uczciwy ksiądz-Ukrainiec na ziemi, na
której naród nie korzy się przed najeźdźcą, lecz prowadzi bohaterską
walkę. O tym wszystkim, podobnie jak i wszyscy ludzie, „Orzeł”
wiedział. W takiej sytuacji UBP aresztowało ks. Gozę wraz z jego
amerykańskimi dokumentami na nazwisko Lewczuk. Kiedy agenci UBP
zjawili się ze zdrajcą „Orłem” na plebanii, ks. Goza powiedział
tylko do swojej do służącej: „Zginąłem, Haniu!” i zemdlał (był to
bardzo delikatny człowiek). Kilka dni przed aresztowaniem ks. Gozy
UBP aresztowało w Przemyślu ks. Jaworskiego i proboszcza wsi Łuczyce
(przemyskie). Obu księży UBP przekazało do USRR w ręce NKWD, ks.
Gozę natomiast zatrzymali w przemyskim więzieniu.
Kilkanaście dni po aresztowaniu ks. Gozy do amerykańskiej ambasady w
Warszawie pojechał proboszcz z K., aby interweniować w tej sprawie.
W ambasadzie odpowiedzieli jemu: „Otrzymaliśmy pismo z polskiego
ministerstwa bezpieczeństwa, w którym podano przekonywujące nas
fakty, że ks. Lewczuk występował pod fałszywym nazwiskiem i że nie
jest on obywatelem amerykańskim. Unieważniamy więc nasze dokumenty i
nie zajmujemy stanowiska w sprawie aresztowania.” A w międzyczasie
UBP „obrabiało” ks. Gozę w przemyskim więzieniu, stosując znane
bolszewicko-żydowskie metody.
W tym samym czasie, gdy ks. Goza siedział w więzieniu, przejeżdżałam
z dzieckiem przez Kraków i musiałam zatrzymać się na kilka dni na
plebani, chociaż było wiadomo, że ks. Grab (proboszcz w Krakowie)
jest zagrożony, a prócz tego możliwa była wsypa ze strony ks. Gozy,
który go znał. Długo nie trzeba było czekać.
Następnego dnia po moim przyjeździe (13. V. 1947 r.) na plebanię
przyszedł specjalny oddział UBP i NKWD i urządzono tzw. kocioł.
Wyglądało to następująco:
Przed południem zjawili się na plebani agenci, wszyscy w cywilnych
ubraniach. Dwóch stanęło przy bramie, dziesięciu rozeszło się po
domu, do każdego pokoju weszło po 2-3 agentów. Po sprawdzeniu
tożsamości obecnych rozpoczęli ścisłą rewizję. Na plebani było
wówczas oprócz dwóch księży i dwóch sióstr zakonnych ponad
dziesięcioro ludzi z różnych okolic, którzy zatrzymali się tu
przejazdem lub też uciekli przed wysiedleniem. Podczas legitymowania
pytano każdego o stosunek do ks. Graba i w jakim celu przybył na
plebanię.
Wśród obecnych tylko ja byłam „Polką”.
- Pani jest Polką? – zapytał agent.
- Tak.
- Cóż więc pani tu robi? Polka, u księdza ukraińskiego?
- Jestem przejazdem. Tutaj zaszłam przypadkowo. W drodze
dowiedziałam się, że tu mieszka kobieta z mieszanej rodziny, która
przybyła z moich rodzinnych stron. Chciałam się dowiedzieć o losie
moich krewnych, o których nie mam wiadomości od 1944 roku. Nie wiem,
czy zamordowała ich banda, czy też repatriowano ich do Polski.
- A kiedy pani przyjechała z Kołomyi (stąd pochodził mój dokument)
do Polski?
- W czerwcu 1944 r. przyjechałam do ciotki w Przemyślu. Bałam się
już wracać do domu, bo zbliżał się front, a prócz tego w
Kołomyjskiem bandy mordowały Polaków. Dodatkowo dowiedziałam się,
już przed samym wejściem Armii Czerwonej, że zamordowano moich
rodziców. Od tego czasu wałęsam się po świecie, zarabiam na życie,
aż w końcu - jak pan widzi - „dorobiłam się” dziecka.
Agent wysłuchał wszystkiego uważnie i zapytał:
- To pani nie ma męża? A dziecko czyje?
- Dziecko? Jego ojcem jest porucznik wojska polskiego – powiedziałam
i mimo woli policzki moje zaczerwieniły się.
Zdaje się, że agenta przekonały moje argumenty, a zwłaszcza
rumieniec, gdyż zaczął mnie pocieszać, że nieślubne dziecko, to
żaden wstyd, a jeśli z porucznikiem wojska polskiego, to nawet
zaszczyt...
Na tym legitymowanie skończono. Zwrócono mi dokumenty (kenkartę,
zameldowanie w Gnieźnie i metrykę dziecka, wydaną przez
rzymskokatolicki urząd parafialny w Gnieźnie). Ubolewając nad
fatalnym zbiegiem okoliczności, które przyniosły mi tyle kłopotu,
agent starał się mnie pocieszyć:
- Niech się pani nie denerwuje. Będzie pani musiała kilka, może
kilkanaście dni tu posiedzieć, bo robimy kocioł, chcemy wyłapać
wszystkich banderowców z Krakowa i całej Polski, którzy tu
przychodzą.
Na tym rozmowa urwała się. Rewizja w pokojach dobiegała końca.
Podczas rewizji w walizce jednego księdza znaleziono odezwę o
ogłoszeniu niepodległości Państwa Ukraińskiego w dniu 30 czerwca
1941 r. Agent, prawdopodobnie enkawudysta, rozłożył odezwę i w
głębokiej ciszy zaczął czytać na głos, przekręcając z ukraińskiego
na rosyjski:
- „Wolą Narodu Ukraińskiego ogłasza się restytuowanie Niepodległego
Zjednoczonego Państwa...” – tu przerwał i z wściekłością wycedził: -
Nu, zwiestno, kodło bandiorowskoje!