Krakowski kocioł - wspomnienia "Mariczki"

07.05.08, 13:40
Czytając książkę Mikołaja Siwickiego "Dzieje konfliktów polsko-
ukraińskich. Tom trzeci" trafiłem na interesujące wspomnienia Marii
Sawczyn "Mariczki", żony Wasyla Hałasy "Orłana" - zastępcy Jarosława
Starucha i referenta propagandy OUN na "Zakierzoński Kraj".
Przeżycia autorki mogłyby posłużyć za scenariusz do niejednego filmu
sensacyjnego.


"Krakowski kocioł" - cz. I

Pod koniec stycznia 1947 r. przeszedł na stronę wroga tj. do polsko-
bolszewickiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego były bojówkarz
Służby Bezpieczeństwa OUN – „Orzeł” (prawdziwe nazwisko Sus Roman,
urodzony i zamieszkały we wsi Cisowa, powiat Przemyśl).
Wspomniany „Orzeł” został ukarany za niedbałość w przechowywaniu
materiałów organizacyjnych, które wpadły w ręce wroga w jego
kryjówce. Władze ukarały go za to przeniesieniem na inny teren i
pracą rehabilitacyjną. Tymczasem w przeddzień odejścia „Orzeł”
przeszedł na stronę wroga, zgłaszając się do garnizonu KBW w Birczy.
Po kilku dniach wskazał wrogowi magazyn ze zbożem i kryjówkę z
bronią (kilka karabinów zwykłych i jeden karabin maszynowy). Na tym
jego zdradzanie skończyło się, bo wszystko, o czym wiedział lub mógł
wiedzieć, zostało przeniesione w inne miejsce. Zostali tylko ludzie,
którzy żyli legalnie, ale „Orzeł” znał ich stosunek do Organizacji.
Zaczął więc sprowadzać ubeków do tych ludzi. Pouczyliśmy kobiety, co
mają robić, gdy ten Judasz przyjdzie z ubowcami, więc one tak się za
niego wzięły, że przestał sprowadzać nieproszonych gości. Bał się,
że UBP dowie się o nim wszystkiego, co chciał ukryć, obawiając się o
własną skórę. Później KBW wykorzystywało Orła tylko do wypraw
leśnych, które jednak nie dawały wrogowi oczekiwanych rezultatów.

W tym czasie zamierzał wyjechać do USA proboszcz ze wsi Kłokowice,
Andrij Goza. Załatwianie różnych formalności (potwierdzenie
obywatelstwa USA, paszport itd.) ciągnęło się prawie cały rok. W
kwietniu 1947 r. ks. Goza otrzymał zawiadomienie z ambasady
amerykańskiej w Warszawie, że jego obywatelstwo jeszcze nie wygasło
i do końca kwietnia powinien wyjechać. Sprawa tego wyjazdu była
szeroko znana. Wiedziało o tym również UBP. Do tej pory traktowało
księdza jako obywatela USA, starającego się o wyjazd. Wiedzieli o
tym również parafianie, a jeszcze dodatkowo wiedzieli, że ich ksiądz
od pewnego dnia nazywać się będzie nie Goza, a Lewczuk (na takie
nazwisko ks. Goza wyrabiał paszport). W takich okolicznościach 22
kwietnia 1947 r. zdrajca „Orzeł” przyprowadził do ks. Gozy UBP,
oczywiście powiedziawszy im wszystko, co o nim wiedział.

Ks. Goza nie był członkiem naszej organizacji, ale jako ksiądz-
Ukrainiec solidaryzujący się z ukraińskim ruchem wyzwoleńczym,
wykonywał swoje powinności duszpasterskie, kilkakrotnie odprawiał
liturgie w lasach, udzielał ślubu rewolucyjnym parom, uczestniczył w
pogrzebach poległych w bojach powstańców i pomordowanych przez
bandytów z UBP i WP cywilnych Ukraińców. Jednym słowem wykonywał
swoje obowiązki jak każdy uczciwy ksiądz-Ukrainiec na ziemi, na
której naród nie korzy się przed najeźdźcą, lecz prowadzi bohaterską
walkę. O tym wszystkim, podobnie jak i wszyscy ludzie, „Orzeł”
wiedział. W takiej sytuacji UBP aresztowało ks. Gozę wraz z jego
amerykańskimi dokumentami na nazwisko Lewczuk. Kiedy agenci UBP
zjawili się ze zdrajcą „Orłem” na plebanii, ks. Goza powiedział
tylko do swojej do służącej: „Zginąłem, Haniu!” i zemdlał (był to
bardzo delikatny człowiek). Kilka dni przed aresztowaniem ks. Gozy
UBP aresztowało w Przemyślu ks. Jaworskiego i proboszcza wsi Łuczyce
(przemyskie). Obu księży UBP przekazało do USRR w ręce NKWD, ks.
Gozę natomiast zatrzymali w przemyskim więzieniu.

Kilkanaście dni po aresztowaniu ks. Gozy do amerykańskiej ambasady w
Warszawie pojechał proboszcz z K., aby interweniować w tej sprawie.
W ambasadzie odpowiedzieli jemu: „Otrzymaliśmy pismo z polskiego
ministerstwa bezpieczeństwa, w którym podano przekonywujące nas
fakty, że ks. Lewczuk występował pod fałszywym nazwiskiem i że nie
jest on obywatelem amerykańskim. Unieważniamy więc nasze dokumenty i
nie zajmujemy stanowiska w sprawie aresztowania.” A w międzyczasie
UBP „obrabiało” ks. Gozę w przemyskim więzieniu, stosując znane
bolszewicko-żydowskie metody.

W tym samym czasie, gdy ks. Goza siedział w więzieniu, przejeżdżałam
z dzieckiem przez Kraków i musiałam zatrzymać się na kilka dni na
plebani, chociaż było wiadomo, że ks. Grab (proboszcz w Krakowie)
jest zagrożony, a prócz tego możliwa była wsypa ze strony ks. Gozy,
który go znał. Długo nie trzeba było czekać.

Następnego dnia po moim przyjeździe (13. V. 1947 r.) na plebanię
przyszedł specjalny oddział UBP i NKWD i urządzono tzw. kocioł.
Wyglądało to następująco:

Przed południem zjawili się na plebani agenci, wszyscy w cywilnych
ubraniach. Dwóch stanęło przy bramie, dziesięciu rozeszło się po
domu, do każdego pokoju weszło po 2-3 agentów. Po sprawdzeniu
tożsamości obecnych rozpoczęli ścisłą rewizję. Na plebani było
wówczas oprócz dwóch księży i dwóch sióstr zakonnych ponad
dziesięcioro ludzi z różnych okolic, którzy zatrzymali się tu
przejazdem lub też uciekli przed wysiedleniem. Podczas legitymowania
pytano każdego o stosunek do ks. Graba i w jakim celu przybył na
plebanię.
Wśród obecnych tylko ja byłam „Polką”.
- Pani jest Polką? – zapytał agent.
- Tak.
- Cóż więc pani tu robi? Polka, u księdza ukraińskiego?
- Jestem przejazdem. Tutaj zaszłam przypadkowo. W drodze
dowiedziałam się, że tu mieszka kobieta z mieszanej rodziny, która
przybyła z moich rodzinnych stron. Chciałam się dowiedzieć o losie
moich krewnych, o których nie mam wiadomości od 1944 roku. Nie wiem,
czy zamordowała ich banda, czy też repatriowano ich do Polski.
- A kiedy pani przyjechała z Kołomyi (stąd pochodził mój dokument)
do Polski?
- W czerwcu 1944 r. przyjechałam do ciotki w Przemyślu. Bałam się
już wracać do domu, bo zbliżał się front, a prócz tego w
Kołomyjskiem bandy mordowały Polaków. Dodatkowo dowiedziałam się,
już przed samym wejściem Armii Czerwonej, że zamordowano moich
rodziców. Od tego czasu wałęsam się po świecie, zarabiam na życie,
aż w końcu - jak pan widzi - „dorobiłam się” dziecka.
Agent wysłuchał wszystkiego uważnie i zapytał:
- To pani nie ma męża? A dziecko czyje?
- Dziecko? Jego ojcem jest porucznik wojska polskiego – powiedziałam
i mimo woli policzki moje zaczerwieniły się.
Zdaje się, że agenta przekonały moje argumenty, a zwłaszcza
rumieniec, gdyż zaczął mnie pocieszać, że nieślubne dziecko, to
żaden wstyd, a jeśli z porucznikiem wojska polskiego, to nawet
zaszczyt...

Na tym legitymowanie skończono. Zwrócono mi dokumenty (kenkartę,
zameldowanie w Gnieźnie i metrykę dziecka, wydaną przez
rzymskokatolicki urząd parafialny w Gnieźnie). Ubolewając nad
fatalnym zbiegiem okoliczności, które przyniosły mi tyle kłopotu,
agent starał się mnie pocieszyć:
- Niech się pani nie denerwuje. Będzie pani musiała kilka, może
kilkanaście dni tu posiedzieć, bo robimy kocioł, chcemy wyłapać
wszystkich banderowców z Krakowa i całej Polski, którzy tu
przychodzą.

Na tym rozmowa urwała się. Rewizja w pokojach dobiegała końca.
Podczas rewizji w walizce jednego księdza znaleziono odezwę o
ogłoszeniu niepodległości Państwa Ukraińskiego w dniu 30 czerwca
1941 r. Agent, prawdopodobnie enkawudysta, rozłożył odezwę i w
głębokiej ciszy zaczął czytać na głos, przekręcając z ukraińskiego
na rosyjski:
- „Wolą Narodu Ukraińskiego ogłasza się restytuowanie Niepodległego
Zjednoczonego Państwa...” – tu przerwał i z wściekłością wycedził: -
Nu, zwiestno, kodło bandiorowskoje!
    • tawnyroberts Krakowski kocioł - cz. II 07.05.08, 13:54
      Po skończeniu rewizji agenci rozeszli się po pokojach (po 1-2 w
      każdym pokoju). Księdza Graba trzymano w oddzielnym pokoju, do
      którego nikomu nie wolno było wchodzić. Pozostali mieszkańcy mogli
      poruszać się po całej plebani, lecz tylko w asyście agentów.

      Każdy, kto przychodził na plebanię, trafiał - jak i my - w pułapkę.
      Każdego, obojętnie czy to był mężczyzna, kobieta lub dziecko,
      natychmiast legitymowano, zawiadamiano o czasowym zatrzymaniu i
      przydzielano do któregoś pokoju. Do wieczora zebrało się w ten
      sposób około 20 osób różnej płci, wieku i narodowości. Znaleźli się
      także Polacy. Nie obeszło się bez rozmaitych scen. M. in. jeden z
      Polaków zaszedł na plebanię, a żonę zostawił na chodniku. Widocznie
      miał jakąś drobną sprawę i myślał, że zaraz wyjdzie. Tymczasem
      poszedł i przepadł. Żona czekała na chodniku. Po kilkunastu minutach
      widocznie coś wyczuła, gdyż weszła do przeciwległej kamienicy,
      stanęła w otwartym oknie i zwróciwszy się w stronę plebani zaczęła
      wołać męża. Ten, usłyszawszy głos żony, szybko podbiegł do okna i
      krzyknął: „Basiu, nie mogę wrócić, tu jakaś cholera się dzieje.
      Jestem aresztowany!” W tym momencie agent skoczył ku niemu jak
      tygrys, z krzykiem i pięściami, i oderwał od okna. Wieczorem wielu
      ludzi przyszło na majowe nabożeństwo. Zobaczywszy zamknięta cerkiew,
      niektórzy weszli na plebanię, żeby dowiedzieć się, co się stało i...
      nie wrócili.

      Agenci zmieniali się na „dyżurze” co kilka godzin. Gdy nastała noc i
      zamarł ruch na ulicach miasta, zaczęto wywozić aresztowanych z kotła
      do UBP. Najpierw zabrano ks. Graba. Mnie na razie nie ruszano,
      traktując jako zatrzymaną przypadkowo. Ten, który mnie legitymował,
      kupił nawet w mieście mleko dla dziecka, oczywiście za moje
      pieniądze. Inni agenci zachowywali się bardzo ordynarnie. I tak pod
      bacznym okiem agentów minęła w kotle pierwsza noc. Nie zabierano
      mnie do UBP rzekomo ze względu na dziecko, gdyż tam trzeba byłoby
      siedzieć do zakończenia kotła. Oczywiście byłyby możliwości
      zwolnienia, gdyby ktoś nie wsypał. Dręczona niepokojem,
      przesiedziałam całą noc. Spać nie mogłam, chociaż nie spałam już
      trzy poprzednie doby - cały czas byłam w drodze, na dodatek dziecko
      chorowało.

      Nadszedł ranek. Około godziny 10 przed bramą plebani zatrzymał się
      samochód, wysiadło z niego trzech agentów ubranych po cywilnemu.
      Czekałam w niepewności, czy to nie po mnie? Czy nie sypnął ktoś z
      aresztowanych? O tym, kim jestem, wiedział dokładnie tylko ks. Grab,
      inni mieszkańcy wiedzieli tylko, że jestem Ukrainką. Wreszcie z
      łoskotem otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyło trzech agentów.
      Jeden stanął o krok przede mną i, cały rozpromieniony, ze zjadliwym
      uśmiechem na twarzy zapytał po rosyjsku:
      - Ty znasz Orłana?
      Uświadomiłam sobie, że tu rozegra się ostatni akt tragedii. Po
      chwilowym zdenerwowaniu opanowuję się i odpowiadam po polsku.
      - Nie znam!
      Tyle tylko byłam w stanie powiedzieć. A z głębi serca pchały się
      inne słowa. Chciało się powiedzieć otwarcie: „Tak, jestem jego żoną,
      a oto jego syn.” Jednak opanowałam się. Przez głowę przemknęła myśl:
      czy to nie prowokacja? Nie mogłam uwierzyć, że ks. Grab tak szybko
      mnie wsypał (tylko on wiedział dokładnie, kim jestem).
      Wypowiedziawszy to nieprzekonujące „Nie” staliśmy naprzeciwko siebie
      milcząc i patrząc sobie prosto w oczy. Dziecko, mój mały
      czteromiesięczny Zenek, również wyczuł przed sobą wroga, bo coraz
      mocniej tulił się do piersi. Wreszcie enkawudysta wycedził:
      - Nu, szto, bandierowka? Popala? – i histerycznie zachichotał. A
      potem, z cynicznym uśmiechem, zaczął rzucać pytania:
      - Ty nie znasz Orłana? Nie pamiętasz tej cerkwi w Brylińcach, gdzie
      braliście ślub? My wiemy wszystko. Grab i Goza wszystko wyśpiewali.
      Choćby zaraz mogą ci to wszystko powtórzyć prosto w oczy.
      - To czego chcecie ode mnie, jeśli wszystko wiecie? –
      odpowiedziałam. Mówiłam nadal po polsku.
      - Sąd urządzimy! Taki głośny, pokazowy - zrozumiałaś? Jeszcze samego
      Orłana do ciebie przyprowadzimy. Dobre będzie, co? – i znowu zaniósł
      się śmiechem. Moskal zaczął aż podskakiwać z radości. Chodzi po
      pokoju, zaciera ręce z radości i gada:
      - Ale wpadła! Sądzić będziemy. Nie wierzyłem, że tak łatwo cię
      złapię... A powiesz nam, gdzie jest bunkier twego męża? Na pewno
      wszystko powiesz, to już nasza sprawa.
      Wreszcie zbliża się do mnie i mówi:
      - No, cóż, Maryjko, dlaczego milczysz? Boisz się?

      W ciągu tych kilku chwil, od kiedy dowiedziałam się, że mnie
      wsypano, w głowie roiło się od planów i koncepcji. Decyzję należało
      podejmować szybko. Wybór nie był wielki. Sprowadzał się właściwie do
      jednego: więzienie, a tam tortury, sąd i śmierć. Najbardziej utkwiły
      w pamięci wyrazy „sąd”, „proces”, do których enkawudysta
      przywiązywał ogromne znaczenie. Widać było, że im taki proces jest
      potrzebny, do tej pory bowiem nie udawało się zrobić coś podobnego,
      gdyż nasi rewolucjoniści trzymali się zasady: żywymi nie oddajemy
      się w ręce wroga. Postanowiłam więc natychmiast skończyć ze sobą lub
      uciekać. Możliwości ucieczki były bardzo ograniczone, gdyż plebania
      naszpikowana była agentami. Najkrótsza droga to podejść do okna i
      rzucić się z dzieckiem na chodnik. Raptem zmieniłam plan: położyłam
      dziecko do wózka i zdecydowałam skończyć tylko ze sobą. Nie miałam
      prawa ani siły, jako matka i jako człowiek, zabijać dziecka, chociaż
      nie chciałam też zostawiać go na „łasce” tych drapieżników. Trzeźwy
      rozum przypominał o obowiązkach względem Organizacji. Przecież oni o
      wsypie nie wiedzą. Wróg może wykorzystać załamanych ludzi do różnych
      prowokacji. Zatem trzeba uciekać i zawiadomić swoich o wszystkim. A
      jak się nie uda, to wówczas szukać nowej drogi do śmierci.

      Po pierwszej euforii szyderczej radości enkawudysta zażądał moich
      dokumentów. Znowu zaczynała się rewizja, w pokoju i osobista.
      Wzięłam torebkę, by podać dokumenty. Agent wyrwał torebkę i zaczął
      przeglądać ją sam. Nie znalazłszy nic prócz dokumentów, zapytał:
      - A gdzie zdjęcia? Gdzie zdjęcie Orłana?
      - Nic znam takiego człowieka, to skąd mogę mieć jego zdjęcie?
      - Nie znasz? Zobaczymy.
      Wziął dokumenty do ręki i zaczął pytać:
      - Nazwisko?
      - Gontarska Maria.
      - Kłamiesz! Ty jesteś Maria Krupińska (nazwisko z poprzedniego
      dokumentu, o którym wiedział ks. Grab. Obecnego nie znał).
      - Zobaczcie w dokumentach. Tam jest moje nazwisko.
      - To falsyfikat! To dokument z waszego banderowskiego biura
      paszportowego!
      - Jeśli tak myślicie, to nie zamierzam was przekonywać.
      - Wszystko powiesz, swołocz banderowska! – zazgrzytał zębami
      enkawudysta.
    • tawnyroberts Krakowski kocioł - cz. III 07.05.08, 13:59
      Tymczasem rewizja dobiegała końca. Po rewizji powinni wywozić na UB,
      należało się spieszyć. Po raz ostatni biorę synka na ręce, żegnam go
      w duchu, całuję, błogosławię w imieniu własnym i ojca. Ciężkie to
      było rozstanie, jak każdej matki ze swym dzieckiem. Położywszy
      dziecko do wózka zabieram pieluszki i mówię enkawudyście, że muszę
      wyjść do ubikacji. Jeden idzie za mną i staje pod drzwiami. Okno
      ubikacji wychodzi na podwórze. Cicho, ale szybko wdrapuję się na
      okno. Pode mną, z wysokości piętra rysują się kamienie podwórza.
      Sekunda. Skok i leżę na kamiennych płytach. Wstaję. Nogi na
      szczęście całe i zdrowe, tylko skóra na obydwu rękach obdarta.
      Przebiegam przez podwórze i wpadam na tylną uliczkę. Za sobą, z
      okien plebani słyszę krzyk: „Udrała! Uciekła!” Szybko przebiegam
      przez ulicę, wpadam do bramy prowadzącej na następną ulicę. Tu idę
      już szybkim krokiem, chowając zakrwawione ręce. Skręciwszy
      kilkakrotnie w różne ulice, zachodzę do znajomej. Kupuję prochowiec
      i chustkę na głowę, gdyż wyskoczyłam tylko w sukience i ruszam w
      drogę. Mam zamiar okrążyć Kraków i za Krakowem wsiąść do pociągu.
      Zachowując ostrożność idę aż do drugiej stacji za Krakowem i wsiadam
      do pociągu, który odchodził akurat w potrzebnym kierunku. Liczę się
      z tym, że w pociągu będą mnie szukać. I nie omyliłam się.

      Po kilkudziesięciu chwilach jazdy zobaczyłam jednego z agentów,
      którzy byli na plebani. On mnie nie zauważył. Odwróciłam się do kąta
      i udałam, że drzemię. Trochę maskowała mnie zmieniona odzież.
      Najbardziej obawiałam się kontroli dokumentów, gdyż jechałam z
      pustymi rękoma. Dokumenty zostały w Krakowie w rękach enkawudysty.
      Podczas jazdy udało się uniknąć legitymowania. Spodziewałam się
      jednak, że w Tarnowie pociąg zatrzymają na dłużej i przy pomocy
      tamtejszych agentów przetrząsną wszystkie wagony. Trzeba więc
      okrążyć Tarnów na piechotę. I tak zrobiłam. Na szczęście w Tarnowie
      pociąg zatrzymali dłużej, bo szukali mnie, a więc zdążyłam jeszcze
      wsiąść do tego samego pociągu. Po przejechaniu kilku stacji, jak
      spod ziemi wyrósł przede mną jeden z krakowskich agentów.
      Rozpoznaliśmy się nawzajem. Agent wyszedł, po chwili zaczęli ściągać
      do „mego” wagonu pozostali. Cały czas, wskazując na mnie, coś
      szeptali między sobą. Ale na razie nie prosili o dokumenty ani nie
      odzywali się. Jeden z nich usiadł naprzeciwko mnie. Wyglądało na to,
      że szansę ucieczki są całkowicie przekreślone. Należało szukać
      sposobu skończenia ze sobą. Poprosiłam swego sąsiada, jakiegoś
      starszego pana, o pożyczenie żyletki, bo chcę paznokcie oczyścić.
      Zaplanowałam podcięcie żył na rękach. Tymczasem sąsiad podał mi
      nożyczki do paznokci. Wówczas decyduję się wyskoczyć z pociągu.
      Pociąg w pełnym biegu. Siedzę niedaleko drzwi (wagony towarowe, w
      drzwiach siedzą ludzie). Przede mną siedzi ubowiec. Podejść do
      drzwi - nie puści. Decyduję się skakać z ławki prosto w drzwi i
      padać na kamień, jaki jest w tym miejscu koło nasypu, obok torów.
      Żegnam się jeszcze raz w myślach z syneczkiem i swoimi najbliższymi.
      Chwila. Skaczę! Czuję pęd powietrza, uderzenie o ziemię, twarzą o
      kamień. Ze wszystkich wagonów słychać: „Ach! Zabiła się!”

      Ale tak nie było! Ku wielkiemu zdziwieniu czuję, że żyję. Próbuję,
      czy nogi nie połamane. Nie. Świdruje mnie tylko dotkliwy ból -
      skutek silnego potłuczenia. Nogi we krwi, twarz rozbita, ale uciekać
      mogę. Podnoszę się i biegnę, boję się pogoni. Niedaleko przysiółek.
      Na polu widzę kilka zagonów żyta. Tu można się schować. Przebiegam
      obok małego pastuszka, który krzyczy do mnie:
      - Niech pani nie ucieka, pociąg pojechał!
      On wszystko widzi, bo stoi po drugiej stronie cmentarza, pociąg zaś
      wjechał za zakręt. Po kilku chwilach krzyczy znowu:
      - Uciekaj pani, prędzej uciekaj, bo pociąg stanął! Już biegną!
      Rzeczywiście. Pociąg odjechał jeszcze ze 300 metrów od miejsca mego
      skoku i zatrzymał się. Cała zgraja ubeków rzuciła się w pogoń.
      Najpierw pognali na przysiółek. Nie dostrzegli mnie w tym momencie,
      gdyż zasłaniał mnie cmentarz i żyto. Przysiółek przewrócili do góry
      nogami. Uciekałam wzdłuż żyta. Siły opuściły mnie zupełnie i
      musiałam ukryć się w życie. Szczęście dopisało mi. Nie znaleźli,
      choć szukali zawzięcie. Przeleżałam w tym życie od godziny 17 do
      rana. O świcie podeszłam do najbliższej chaty, zapytałam o sytuację
      i dowiedziałam się wszystkiego o wczorajszej pogoni i
      poszukiwaniach. Gospodarze przyjęli mnie bardzo serdecznie.
      Domyślali się, że ja to ta, która wyskoczyła wczoraj z pociągu i
      której szukano. Widzieli zresztą rany na rękach, nogach i na twarzy.

      Stąd polami i lasami szłam pieszo do powstańczego królestwa.
      Omijałam drogi i wsie, przewidując, że wróg (znający mniej więcej
      kierunek mej trasy) na pewno wszędzie ustawił swoich agentów. Była
      to droga bardzo ciężka, gdyż przeżycia ostatnich dni, głód i
      bezsenne noce odebrały mi fizyczne siły, trzymałam się wszakże na
      nogach siłą woli i dotarłam do celu bez większych przygód.

      Dziecko enkawudziści zabrali. W kotle złapano około 70 ludzi.

      Mariczka, maj 1947 r.
      • krouk ocena książki M. Siwickiego 07.05.08, 14:44
        Co do książki M. Siwickiego, z której pochodzi cytowany tekst to
        polecam wszystkim bardzo mądrą, inteligentną, wręcz
        błyskotliwą "recenzję" w/w dzieła, autorstwa Księdza Diakona Piotra
        Siwickiego z KUL - zamieszczoną na forum "Podkarpacka u-Kraina".

        A oto kluczowe fragmenty:
        (...)
        Owszem, w warstwie źródeł, zwłaszcza z t. I (i II, w nieco mniejszym
        stopniu), jest wiele rzeczy, które się pojawiły w druku po raz
        pierwszy. T. III to głównie relacje, publikowane już po ukraińsku.
        To jednak tylko jeden aspekt sprawy - źródła. Drugi - teksty
        odautorskie - czytelnikowi nie wyrobionemu mogą wykrzywić obraz
        rzeczywistości. Zwłaszcza ukraińskiemu czytelnikowi - polski raczej
        odrzuci je z miejsca, uznając za wykwit jakichś antypolskich uczuć.
        Ukraiński - może dać się "uwieść" autorskiej pasji, poddać
        złudzeniu, że oto w prosty sposób wyjaśniono mu, że rzezie Polaków
        owszem były - ale winien jest Kazimierz Wielki, endecja, sanacja i
        rząd londyński.

        (...)

        Niestety, wiele z krytyk (także artykułowanych po stronie ukr.) było
        słusznych. Śp. Autor miał bardzo uproszczony i zarażony
        kolektywizmem pogląd na dzieje. Jego książka zawiera sporo źródeł i
        stąd jest cenna - ale autorska interpretacja była niestety bardzo
        często nienaukowa. Książka odegrała pewną
        rolę "psychoterapeutyczną" - Ukraińcy w Polsce mieszkający, będący
        pod silną presją psychiczną w związku z prawdziwymi i nieprawdziwymi
        oskarżeniami o zbrodnie, dostali do rąk dzieło, przekonujące ich, że
        wina i tak leży po stronie polskiej. Plus zawierające zestaw
        argumentów do dyskusji z polskimi rozmówcami. Trafnych i
        niekoniecznie. "Dzieje..." zatem w większości rozkupili sami
        Ukraińcy i poprawili sobie tym samopoczucie.

        (...)

        mimo całej czci dla Zmarłego nie mogę się podpisać pod
        Jego wizją historii.

        (...)

        tendencyjność,
        przemilczenia, anachronizmy, nieuprawnione wnioski - tak. Plus sądy
        nie do przyjęcia z etycznego punktu widzenia (tu się kłania
        zwłaszcza t. II).

        (...)
        --------------------------------------------

        To tak gwoli informacji, dla tych, których zainteresują publikowane
        wspomnienia i będą się być może zastanawiać co jeszcze jest w
        książce M. Siwickiego.


        • krouk Re: ocena książki M. Siwickiego 07.05.08, 16:00
          Sorry - zapomniałem dla zainteresowanych podać link do dyskusji, z
          której pochodzą cytowane fragmenty wypowiedzi Diakona Piotra:

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=45535&w=77502627
          • piotrzr autentyzm relacji 07.05.08, 20:14
            Znam oczywiście ten fragment książki Siwickiego i dziękuję Tawny za żmudne jej
            przepisanie. Dzisiaj na krakowskiej ul Wiślnej - dawny kościół św. Norberta i
            klasztor znów pełni funkcje cerkwi greckokatolickiej. warto odwiedzić to miejsce
            chociazby aby zobaczyć scenerię tamtych wydarzeń.
            A krytyczna recenzja Ks. Piotra w niczym nie umniejsza prawdziwości relacji o
            losie ukraińskiej łączniczki i dzielnych księży z Wislnej.
          • zawilecgajowy Re: ocena książki M. Siwickiego 07.05.08, 21:08
            To niestety nie jest historia Polaków.Forum ciekawe ale jaki jest
            cel jego powstania, co chciano czy chce się osiągnąć.
            • piotrzr Re: ocena książki M. Siwickiego 07.05.08, 22:03
              zawilecgajowy napisał:

              > To niestety nie jest historia Polaków.Forum ciekawe ale jaki jest
              > cel jego powstania, co chciano czy chce się osiągnąć.

              Nieprawda - to forum Polaków i dla Polaków. być może że w części dla tych co w
              sobie geny ukraińskie noszą i nie kryją się (przynajmniej na forum) do
              przywiązania do nich :)
              • zawilecgajowy Re: do Piotrazr 08.05.08, 09:30
                Przyznaję Ci po części rację. Miałem na myśli to, że nie mam w sobie
                genów ukraińskich i trudno mi zaakceptować fakt nazywania Polaków
                najeźdźcami itd.
        • tawnyroberts Re: ocena książki M. Siwickiego 08.05.08, 10:09
          Zgadzam się w zupełności z Księdzem Piotrem co do oceny książki M.
          Siwickiego. Przypominam jednak, że trzeci tom "Dziejów...", który
          posiadam i z którego pochodzą wspomnienia "Mariczki" to przede
          wszystkim dokumenty. To prawda, że dobrane tendencyjnie i opisujące
          prawie wyłącznie tragedię ludności ukraińskiej. Ale bardzo
          wartościowe dla chcących poznać historię ukraińskich wiosek tzw.
          Zakerzonia, szczególnie tą z okresu II wojny światowej. Drażnić może
          jedynie brak chronologii w zestawieniu dokumentów oraz fakt, że
          niemalże połowa z nich pochodzi ze zbioru "Jarosławszczyna i
          Zasiannia 1031-1947, Istoryczno-memuarnyj zbirnyk".

          Autorskie teksty zajmują ok. 70 stron książki i tak jak pisał Ksiądz
          Piotr nie wystawiają najlepszej laurki Siwickiemu. Powiedziałbym
          nawet, że go, jako twórcę z historycznym zacięciem, kompromitują.
          Stąd krytyczna ocena Księdza Piotra jest jak najbardziej zasadna.
          • piotrzr Re: ocena książki M. Siwickiego 08.05.08, 17:51
            Dokumenty tendencyjnie dobrane?? To przecież święte prawo autora to takiego a
            nie innego kształtu dzieła. A te 70 odautorskich stron to według mnie tylko
            70...a nie aż 70.
            I dla mnie ważniejsze są opisywane w niej FAKTY - a nie dywagacje autora
            • tawnyroberts Re: ocena książki M. Siwickiego 09.05.08, 09:57
              Zgadzam się, że dobór dokumentów to święte prawo autora, ale
              pozostaje jeszcze kwestia tytułu książki, który przecież
              brzmi: "Dzieje konfliktów polsko-ukraińskich", a powinno raczej
              być "Martyrologia ludności ukraińskiej Zakerzonia". Przynajmniej
              takie wrażenie można odnieść po lekturze książki.

              "Dywagacje autora" powinny stanowić jakąś próbę podsumowania, oceny
              tamtych wydarzeń. Nie można tak po prostu ich zignorować. Myślę, że
              na jakość tekstu autorstwa Siwickiego wpłynął właśnie dobór
              dokumentów. W tym wypadku obiektywna ocena sytuacji miałaby się
              nijak do zaprezentowanego zestawu materiałów źródłowych. Autorski
              tekst Siwickiego jest po prostu pochodną tych materiałów.

              Wszystkie moje krytyczne uwagi co do tej książki nie zmieniają
              faktu, że dla "badaczy" stosunków polsko-ukraińskich (do których z
              różnych powodów się zaliczam) jest to pozycja bardzo wartościowa. Z
              pewnością będzie jeszcze okazja, żeby coś z niej zacytować.
              • piotrzr Re: ocena książki M. Siwickiego 09.05.08, 18:24
                Nie zgadzam się z krytyką Siwickiego - jeśli chodzi o przytaczanie faktów i
                dokumentów ale też z uwagi na refleksje odautorskie. Jeśli nawet będzie w tej
                mej postawie trochę filozofii Kalego (w odniesieniu do prusa i poliszczuka) :)
                • piotrzr Re: ocena książki M. Siwickiego 09.05.08, 20:33
                  Dodam jeszcze - przeglądnąłem po raz kolejny Siwickiego -te 69 stron autorskiego
                  komentarza może i nie jest najwyższego lotu - ale cóż to znaczy przy 440
                  stronach w owym tomie - opisów faktów ,cytowanych dokumentów archiwalnych i
                  zebranych relacji. Oczywiście - gdyby zestawić publicystykę nieżyjącego już
                  E.Prusa i Siwickiego w swych autorskich wypowiedziach to wyszedłby niezły
                  polsko-ukraiński kogel mogel licytacji :)
                • krouk Re: ocena książki M. Siwickiego 16.05.08, 11:05
                  piotrzr napisał:

                  > Nie zgadzam się z krytyką Siwickiego - jeśli chodzi o przytaczanie
                  faktów i
                  > dokumentów ale też z uwagi na refleksje odautorskie. Jeśli nawet
                  będzie w tej
                  > mej postawie trochę filozofii Kalego (w odniesieniu do prusa i
                  poliszczuka) :)

                  --------------------------------------------------------------

                  W zasadzie wszyscy wiedzą ale w sumie fajnie, że sam przyznałeś, iż
                  tekst Siwickiego jest na poziomie Prusa i Poliszczuka oraz, że mimo
                  tego jest on wg. ciebie wartościowy a jego krytykowanie jest
                  niesłuszne – pewnie niepatriotyczne :)))

                  Każdy kto zna twoje wypowiedzi wie, że główne tezy jakie promujesz
                  można bez trudu odnaleźć w tekście Siwickiego, który jest, jak sam
                  przyznałeś na poziomie Prusa i Poliszczuka :)

                  Jesteś po prostu jednym z tych, o których Diakon Piotr napisał, że
                  dali się, cytuję: „poddać
                  złudzeniu, (…), że rzezie Polaków
                  owszem były - ale winien jest Kazimierz Wielki, endecja, sanacja i
                  rząd londyński…” oraz uznali, że ksiązka zawiera przekonujące
                  argumenty, iż, cytuję: „
                  wina i tak leży po stronie polskiej”.

                  Zresztą sam kiedyś poinformowałeś, że książka Siwickiego była tą,
                  która wywarła największy wpływ na twoje widzenie kwestii konfliktu
                  polsko – ukraińskiego.

                  Jakie źródło wiedzy taki i pogląd – jedno i drugie równie
                  wartościowe :)))))

                  To samo dotyczy zresztą darusia - podobnie widzącego sprawy :)

              • krouk Re: ocena książki M. Siwickiego 16.05.08, 09:11
                Co do "Dziejów konfliktów ..." M. Siwickiego to zgadzam się ze
                wszystkim, co na ten temat napisali Diakon Piotr i Tawnyroberts. Nie
                chciałem nikomu odradzać lektury tego dzieła - wręcz przeciwnie -
                polecam je każdemu zainteresowanemu zagadnieniem. Chodzi tylko o to,
                żeby czytelnik miał świadomość, iż jest to praca bardzo, bardzo
                tendencyjna zarówno jeśli chodzi o dobór zamieszczonych w niej
                tekstów źródłowych jak też komentarz od autora - i jej zawartość nie
                pasuje do tytułu, który w tej sytuacji powinien brzmieć
                raczej "Dzieje zbrodni na ludności ukraińskiej". Oczywiście nawet
                przy takim tytule zamieszczony komentarz od autora w obecnej formie
                byłby nie do zaakceptowania i należałoby go ocenic tak samo
                krytycznie.
              • krouk Re: ocena książki M. Siwickiego 16.05.08, 11:15
                tawnyroberts napisał:
                Wszystkie moje krytyczne uwagi co do tej książki nie zmieniają
                > faktu, że dla "badaczy" stosunków polsko-ukraińskich (...) jest to
                pozycja bardzo wartościowa. Z
                > pewnością będzie jeszcze okazja, żeby coś z niej zacytować.

                ---------------------------------------------------------------

                Może coś z zamieszczonego tam fragmentu wspomnień D. Szumuka o
                mordowaniu przez OUN-UPA polskiej ludności cywilnej ?





    • darino trochę więcej o "Mariczce" i mężu ... 11.05.08, 21:18
      uk.wikipedia.org/wiki/%D0%93%D0%B0%D0%BB%D0%B0%D1%81%D0%B0_%D0%92%D0%B0%D1%81%D0%B8%D0%BB%D1%8C_%D0%9C%D0%B8%D1%85%D0%B0%D0%B9%
      D0%BB%D0%BE%D0%B2%D0%B8%D1%87
      • darino Re: trochę więcej o "Mariczce" i mężu ... 11.05.08, 21:19
        Chyba link za długi, i nic z tego ...
        Trzeba na ukraińskiej Wikipedii wpisać:
        Галаса Василь Михайлович
        Jest tochę ciekawostek !!!
        • piotrzr Problem z trochę więcej o "Mariczce" i mężu ... 11.05.08, 22:21
          jest jakiś problem - bo i na wiki też się nie daje.
          Ale sam fakt potwierdzenia relacji Siwickiego w żródłach ukraińskich - to
          potwierdzenie mojej (i nie tylko jak sądzę) dobrej oceny tego autora
          • darino Re: Problem z trochę więcej o "Mariczce" i mężu . 11.05.08, 23:34
            Skopiuj Hałasę do okienka wyszukiwania na UkrWikipedii. Powinno się
            udać ???
            • darino Re: Problem 11.05.08, 23:35
              PS. Jest też zalinkowany z polskiej Wiki.
        • tawnyroberts Kłopoty z linkami 12.03.10, 12:27
          Przy dzieleniu niektórych długich linków pojawiają się takie
          problemy. Wystarczy jednak skopiować niedziałający link, wkleić do
          okienka przeglądarki, nacisnąć "Enter" i gotowe. Podobne kłopoty
          miałem ze zdjęciem "Mariczki" i "Sirej". Niestety nie można tego w
          żaden sposób obejść...
    • fumba1 Do trolla Krouka 16.05.08, 11:56
      Niech Pan da już spokój z tym prowokowaniem. Opinie na temat ksiażki
      Siwickiego każdy ma wyrobioną, a Pan próbuje wrzucać coraz to nowe
      posty, obrażając przy okazji dyskutantów.
      Proszę wrócić sobie do matecznika.
      • krouk Do trolla fumby1 16.05.08, 12:39
        Panu radzę to samo, co Pan mnie - wracaj Pan do swojego
        matecznika, /jeśli się Panu coś nie podoba/ ;))


        ps. chwila edukacji - nie jest tak, że każdy post, który się Panu
        nie podoba jest "trollowaniem" - zdziwiony ? ;)
        • piotrzr prawdziwe wydarzenia 16.05.08, 17:27
          Dla mnie najważniejsze jest to że wiele wydarzeń - a właściwie wszystkie
          opisywane przez Siwickiego Są PRAWDZIWE. To nie jakieś tam wianuszki obłąkanej
          cyganki z przypisywanym sprawstwem Ukraińcom i wymysły obłąkanych umysłów z iluś
          tam metodami tortur, ...
          A ten epizod z Wislnej jest faktem historycznym - z porwaniem przez Polaków
          dziecka nieszczęsnej Mariczki.
          Ksiądz Piotr ma święte prawo do takiego a nie innego recenzowania książek autora
          o podobnym do swego nazwisku. Co nie znaczy że każdy z księdzem doktorem z KULu
          może czy musi się zgadzać.

          Ps a krouk. jako dyskutant tu się nie liczy i nie mysle aby m,ógł kogokolwiek
          obrazić. To take... (jak kiedyś dosadnie napisałem) co się przylepia do byrty
          statku i krzyczy "płyniemy!!!!!!
    • tawnyroberts W sidłach UB - wspomnienia "Romy" 09.03.09, 11:57
      W "krakowskim kotle" została uwięziona także Anna Karwańska-Bajlak
      ("Lisowa", "Roma"), łączniczka OUN, prowadząca punkt łącznościowy
      kurierów OUN w Krakowie. Swoje przeżycia związane z aresztowaniem i
      pobytem w polskich więzieniach opisała we wspomnieniach "Wo imia
      Twoje" ("W imię Twoje"). Zamieszczone poniżej fragmenty pochodzą z
      portalu "Nowa Ukraina".


      "W sidłach UB"

      *Pani pójdzie ze mną*

      W maju 1947 r. Kraków wszedł w rozkoszną wiosnę. Pokochałam to
      miasto od pierwszego spotkania. Podobało mi się, oczarowało mnie.
      Nazywali je wtedy miastem emerytów i rencistów. Życzyłabym jednak
      każdej miejscowości takiego wiekowego powabu. Teraz ulegałam mu z
      całej duszy.
      Wstawałam o świcie. Podchodziłam do okna, otwierałam je na oścież i
      pełnymi płucami wdychałam ciepłą wilgoć poranka. Szerokie, niczym
      autostrada, Aleje Słowackiego, szczodrze obsadzone młodymi drzewami.
      Z pewnej perspektywy tworzyły gęsty tunel, który wiosną wybuchł
      świeżą zielenią. Ociężałe od nocnej rosy drzewa kąpały się w
      pierwszych promieniach, jak gdyby żywe istoty. Ich nastroszone
      liście grały, szumiąc cicho i połyskiwały w słońcu tęczami iskierek.
      Wydawało się, że zło nie istnieje.
      Rankiem 12 maja licho jednak zajrzało do naszego domu. Kiedy się
      obudziłam, usłyszałam... ciszę. A nie powinno tak być. Do tej pory
      każdego dnia budził nas kanarek. Przyzwyczailiśmy się do jego
      figlarnego głosu jak do naturalnej części naszego istnienia.
      Spojrzałam w stronę klatki. Nic się tam nie poruszało. Wstałam,
      podeszłam bliżej. Na jej dnie leżał martwy ptaszek. W serce wkradł
      się smutek. Coś niezrozumiałego i złowieszczego zaświtało mi w
      głowie. Nie wiem dlaczego pomyślałam o stryjku. Postanowiłam, że
      dziś pójdę do niego do szpitala wcześniej. Od razu po pracy.
      Wyszłam z domu o ósmej. Naszego ptaszka miała pochować pani domu. W
      pracy było jak zawsze. Pracownicy rozjeżdżali się do miejsc
      sprzedaży towarów. O jedenastej cały ekipaż odjechał. Zaczęłyśmy z
      Danutą robić porządki w sklepie.
      Ktoś zastukał do drzwi i jednocześnie je otworzył. Próg przestąpił
      ubrany elegancko mężczyzna. Bez przywitania się zapytał:
      - Czy mogę rozmawiać z panem Raczkiem?
      - Naprzeciwko… - odpowiedziałam i pokazałam ręką drzwi, za którymi
      mieściła się kancelaria dyrektora. Nie dostrzegłam niczego, co
      mogłoby budzić moje wątpliwości. Zresztą, przychodziło tutaj
      codziennie tylu interesantów o różnym typie, charakterze i
      wychowaniu.
      Minęła jedna, dwie chwile. Drzwi pomiędzy pokojem dyrektora i naszym
      otworzyły się znowu. Tym razem ociężały gość szedł prosto na mnie.
      - Pani Karwańska, pani pójdzie ze mną - oznajmił stanowczo.
      Nawet nie zapytałam, kim jest i jakim prawem mi rozkazuje. Nie było
      sensu, a także potrzeby. Wiedziałam: ten moment, którego ja i mi
      podobni mogli spodziewać się o każdej porze dnia i nocy, właśnie
      nastąpił. Nadziei na to, aby go ominąć, oddalić, nie było żadnej.
      Poczułam jak przez całe moje ciało przeszedł prąd. Pociemniało mi w
      oczach, nogi na moment się ugięły. Sekunda, dwie i powstrzymałam
      nerwy, oprzytomniałam. Wyszłam spokojnie zza stołu. Zrobiłam gest,
      świadczący o tym, że chcę pójść do dyrektora i powiadomić go, że
      wychodzę na pewien czas. Ociężały nie pozwolił, zaszedł mi drogę. W
      korytarzu czekał kolega mojego towarzysza. Podszedł. Przedstawił się
      jako major Wróblewski, pokazując jednocześnie służbową odznakę z
      nazwą firmy: Urząd Bezpieczeństwa Publicznego.
      - Jak się „Roma” czuje? - zapytał, zagryzając uśmiech.
      - Nie jestem „Roma” i nie znam pana - odpowiedziałam.
      - To mnie „Roma” pozna… - powiedział, cedząc każde słowo.
      Przed budynkiem stała limuzyna. Jeden z ubeków odegrał
      półdżentelmena: otworzył drzwi auta i kazał usiąść. Jechaliśmy
      Alejami. Poprosiłam, aby zatrzymali się naprzeciwko mojego
      mieszkania. Chciałam zabrać jakieś ubranie. Tak tłumaczyłam. Zresztą
      to, w co byłam ubrana, było najlepszym argumentem. Sukienka, chociaż
      z płaszczowego materiału, nie mogła uchronić mnie od wieczornego
      chłodu. Tym bardziej buty - modne wtedy tak zwane sznuraki.
      W rzeczywistości jednak nie ubranie było głównym powodem mojej
      prośby. Prześladowała mnie myśl o niewielkiej kasetce w moim pokoju.
      Leżał w niej list, zaadresowany do Anny Fenik z Przemyśla, a
      przeznaczony dla „Oksany”. Pisałam w nim, że w końcu mogłam zamienić
      mieszkanie. Ono nie jest jeszcze uporządkowane, ani gotowe na
      przyjmowanie gości. Prosiłam „Oksanę”, by odwiedziła mnie pod koniec
      miesiąca.
      Listu nie wysyłałam, ponieważ pod ręką akurat zabrakło znaczka
      pocztowego. Planowałam w przerwie obiadowej wstąpić do domu, a potem
      na pocztę. Teraz, w towarzystwie dwóch agentów Urzędu
      Bezpieczeństwa, marzyłam, modliłam się tylko o jedno: żeby ten list
      nie trafił do ich rąk. I jeszcze: żeby „Oksana”, nie doczekawszy
      informacji ode mnie, nie zdecydowała się wybrać do Krakowa. Czekała
      tu na nią nieuchronna pułapka.
      W dziwnej naiwności myślałam: Jeżeli pozwolą wysiąść, jakoś ukryję
      kasetkę. Nie pozwolili, nie zatrzymali się. Byłam świadoma jednego:
      kiedy dojedziemy, wtedy za bramą, która zamknie się za plecami,
      skończy się już świat, w którym żyłam do tej pory, który znałam.

      *Etnocyd: od Łemkowszczyzny po Podlasie*

      Tego ranka ruch na więziennym korytarzu był wielki. Wykrzykiwali
      dozorcy i klucznicy, z brzękiem otwierały się i zamykały drzwi.
      Aresztantów brano na przesłuchanie.
      Z korytarza doleciał do mnie znajomy głos. Skupiłam się. Ojciec Hrab
      najpierw rozkaszlał się, a potem, uspokoiwszy się, mówił coś
      klucznikowi. A więc uwięzili i duszpasterza. Cóż się takiego dzieje?
      Zamilknie cerkiew na Wiślnej! To znaczy, że zaczęło się gruntowne
      niszczenie życia ukraińskiego w Krakowie. Gruntowne, ponieważ po
      zamknięciu cerkwi upadnie ostatnia twierdza duchowej samoobrony i
      przyciągania rozproszonych Ukraińców. Minęło zaledwie parę minut,
      kiedy usłyszałam kaszel, a potem głos Ludy Kot. Nie miałam już
      wątpliwości: w podwawelskim mieście miała miejsce solidnie
      przygotowana, zaplanowana, oparta na dokładnej informacji akcja
      likwidacji struktur ukraińskich i w ogóle elementu ukraińskiego.
      Wniosek był szokujący. Po nim pojawiło się nie mniej wstrząsające
      pytanie: skąd Polacy mają tak dokładne informacje na temat naszych
      ludzi, przede wszystkim tych z podziemia?
      Moje wątpliwości potwierdziły się w ciągu następnych dni. Każde
      przesłuchanie, każde spotkanie na więziennych korytarzach ze
      znajomymi i nieznajomymi mi ludźmi dostarczały mi kolejnych
      argumentów co do skali operacji. Dojrzewałam w przekonaniu, że jest
      ona nie tylko lokalna, krakowska, a zdecydowanie szersza. Nie miałam
      jednak wyobrażenia o jej zasięgu.
      Na przesłuchania brano nas jeszcze w ciągu kilku następnych dni.
      Potem przesłuchania ustały. Dotarła do nas informacja: w związku z
      faktem, że naszą działalność prowadziliśmy na terytorium województwa
      rzeszowskiego, przekażą nas pod organ bezpieki w Rzeszowie. Nas, to
      znaczy ojca Hraba, Ludę Kot i mnie. 29 maja samochodem ciężarowym
      pod eskortą uzbrojonych funkcjonariuszy wojskowych powieźli nas na
      dworzec.
      Wtedy już wiedzieliśmy: Akcja „Wisła” trwała w pełni. Stanowiliśmy
      małą cząstkę naszego tutaj narodu, na który państwo polskie wydało
      zbrodniczy wyrok. Od Łemkowszczyzny po Podlasie pacyfikowano wsie,
      bito, rozstrzeliwano, wieszano, gnano do więzienia, do obozu
      koncentracyjnego w Jaworznie, wieziono na wygnanie setki tysięcy
      ludzi. Oczyszczano z etnosu ukraińskiego nasze praojcowskie ziemie.
      • tawnyroberts W sidłach UB - cz. II 09.03.09, 12:14
        *Rzeszów: brama pierwsza*

        Była ósma rano. Naszą trójkę wieźli na dworzec PKP w Płaszowie koło
        Krakowa. Zabronili rozmawiać. Do pociągu prowadzili jak zbrodniarzy.
        W wagonie towarowym nie było schodków. Ludzie wchodzili przy pomocy
        tych, którzy już tam weszli i stali przy drzwiach. Jedni drugim
        podawali ręce. Wyciągnęli je także do nas. I zabrzmiały głosy
        eskortujących:
        - Nie pomagać! To banderowcy!
        Odskoczyli od nas, jak od zadżumionych. Nie, nie wszyscy. Elegancko
        ubrany pan podał mi rękę i pomógł wejść do wagonu. Kim był? Może też
        ubekiem?
        Rozmieścili nas daleko jeden od drugiego. Nie było nawet jak
        zamienić słowa. W którymś jednak momencie, kiedy w wagonie zrobił
        się ruch, o. Hrab zdążył mi szepnąć, że „Mariczka” uciekła. Dziecko
        zostawiła. Zabrało ją UB.
        Zrobił się piękny, słoneczny dzień wiosenny. Świat napełniał się
        ciepłem. Powietrze w wagonie było coraz bardziej duszne.
        Przeszkadzała mi przesiąknięta więziennym zapachem wełniana
        sukienka. Pociąg się ślimaczył, zatrzymywał się na każdej oznaczonej
        i nie oznaczonej stacji. Do Rzeszowa dowlekł się na czwartą
        popołudniu. Tu czekało więzienne auto.
        W budynku UB rozdzielono nas. Mnie zostawili w korytarzu w
        towarzystwie strażnika. Minęło kilka chwil. Podszedł wojskowy i
        kazał iść za nim.
        - Na przesłuchanie. Idziesz do rosyjskiego pułkownika - oznajmił.
        Mężczyzna w wieku może 45 lat, z włosami przyprószonymi gęsto
        siwizną, ubrany po cywilnemu w ciemny garnitur, siedział na krześle
        za stołem. Gestem ręki pokazał mi krzesło, które stało naprzeciwko
        niego. Kazał usiąść. Zapytał, jak się nazywam i za co mnie
        zatrzymali. Normalne, że ta odpowiedź nie wymagała kamuflażu. Oni ją
        doskonale znali.
        - Nazywam się Karwańska i zatrzymano mnie za przynależność do OUN.
        Następnego pytania zupełnie się nie spodziewałam. Nie spodziewałam
        się właśnie od Sowieta, gotowego szkalować wszystko, co ukraińskie.
        - Co zrobiliście ze swoimi chłopcami, że oni rozrywają się
        granatami, rozrzucając po drzewach?
        W głowie mi zaświtało: Czy ten sowiet jest świadomy tego, że w tych
        słowach uznaje heroizm naszych chłopców? Żeby nie trzymać go długo w
        niepewności, długo nie myśląc, wygarnęłam z całą otwartością:
        - Oni rozrywają się i umierają w imię idei, za którą walczą.
        - Odprowadzić ją! - krzyknął tak głośno i z taką nienawiścią, że aż
        podskoczyłam.
        Podszedł bez słowa wojskowy - ten, z którym tutaj przyszłam - wziął
        mnie za rękę i wyprowadził na korytarz. Tu przystanęliśmy.

        *Paradoksy doktor Haliny*

        W tym właśnie czasie, w ostatnich dniach maja 1947 r., więzienny los
        zetknął mnie z człowiekiem, którego nie sposób zapomnieć. Po
        obiedzie, w czasie spodziewanego spokoju, w drzwiach naszej
        dziewiątki zazgrzytał klucz. Do celi weszła wysoka, bardzo zgrabna,
        z nastroszonymi włosami, ubrana w suknię koloru brązowego i trzewiki
        na niskim obcasie, kobieta. Rozkładając ręce, powiedziała:
        - Ludzie, dajcie mi wody, mydło i ręcznik, bo jestem strasznie
        brudna.
        W celi woda była tylko w muszli toaletowej, którą ciągle myłyśmy,
        czyściłyśmy, dezynfekowałyśmy. Ktoś podał mydło, ktoś ręcznik.
        Zrzuciła całe ubranie, stanęła naga i zaczęła się myć. Kiedy
        doprowadziła się do porządku, odwróciła się do nas i oznajmiła:
        - Jestem Polką, ale aresztowano mnie za UPA.
        Ktoś zaszeleścił papierami i poczęstował czym chata bogata.
        Przedstawiła się: Halina Jakubiak. A dalej poszło od słowa do słowa.
        Powiedziała, że z zawodu jest lekarzem i na wolności zostawiła
        pięcioletnią córeczkę - Katarzynę. Halina nie płakała, ale przed
        wszystkimi oświadczyła:
        - Wstydzę się, że siedzę za UPA.
        I jakby to nie dziwne, ale to odważne stwierdzenie nie odepchnęło
        mnie od niej. W jej sercu nabrzmiewał żal do świata i siebie. Kiedy
        kładłyśmy się spać, zaproponowałam jej miejsce obok siebie.
        Zapytała, jak się nazywam. Przedstawiłam się i przy okazji
        opowiedziałam, za co siedzę. Spojrzała badawczo i powiedziała:
        - Będę Cię nazywać Romeczkiem.
        Tej nocy jeszcze długo rozmawiałyśmy. Halina mówiła, że ostatnie
        czasy jej pobytu na wolności były ciekawe, pełne niespodziewanych
        wydarzeń i bardzo niebezpieczne.
        Zaczęło się od tego, że któregoś wieczoru do jej drzwi zapukał ktoś
        ze znajomych. Poprosił o pójście do chorego człowieka. Odmówić nie
        było jak. Ułożyła więc córeczkę do snu, zrobiła na niej znak krzyża,
        pocałowała i wyszła z domu. Na zewnątrz czekała furmanka i zupełnie
        obcy jej ludzie. Poprosili usiąść i powieźli. Chorym okazał się
        ciężko ranny od wybuchu granatu. Poszarpanemu przez odłamki ciału
        groziła gangrena. Interwencja chirurgiczna była niezbędna. Po kilku
        następnych wizytach chory okrzepł i zaczął zdrowieć.
        Wyrzuciwszy z pamięci pierwsze, nabrzmiałe wspomnienia, moja nowa
        sąsiadka z celi zasnęła. Dni pełne ciężkich doświadczeń,
        przesłuchań, znęcania się płynęły jeden po drugim. Nikt nie
        wiedział, od czego się zacznie i czym zakończy każda następna
        godzina. Prawie codziennie Halina obdarowywała mnie jakąś cząstką
        wspomnienia. Czasami miało się wrażenie, że wyłuszcza z przeszłości
        najdrobniejsze nawet fragmenciki minionej rzeczywistości.
        Rzeczywistości z UPA.
        Nigdy nie odmawiała pomocy powstańcom. Kupowała im lekarstwa,
        jeździła dawać zastrzyki czy zwyczajne porady lekarskie. O
        partyzantach wyrażała się bardzo dobrze. Zawsze podkreślała, że są
        niezwykle uprzejmi, pełni szacunku do drugiego człowieka. Było jej
        żal, że teraz tak się poniewierają. To odczucie nasilało się w
        momentach, kiedy przechodząc przez więzienne podwórze, widziała ich,
        w większości młodych chłopców, przygnębionych, bezradnych.
        W rozmowach ze mną była bardzo szczera, niekiedy boleśnie
        bezpośrednia. Przypominam sobie, jednego wieczoru stałam koło okna i
        wpatrywałam się w niebo. Było rozgwieżdżone, pełne niezliczonej
        ilości świetlistych ziaren, napełniało moją duszę spokojem. Lekarka
        podeszła do mnie, położyła rękę na ramieniu i powiedziała:
        - Romeczku, nie martw się. Jeżeli przyjdzie Ci umrzeć, to idź na
        śmierć z przekonaniem, ze sprawa, o którą walczyłaś, zwycięży!
        Na początku sierpnia wypuścili ją na wolność. Płakała, kiedy się ze
        mną żegnała. Jednocześnie nie kryła radości, że wraca do swojej
        córeczki. Od momentu aresztu nic nie słyszała o losach dziecka.
        Odchodząc zapewniała, że pod koniec sierpnia pojedzie do
        Częstochowy. Na kolanach pójdzie na Jasną Górę, żeby u Matki Boskiej
        wyprosić dla mnie łaskę i ratunek, żeby nie sądzili mnie w trybie
        doraźnym i żebym przeżyła to całe nieszczęście.
        Obiecane spełniła. Pojechała. W drodze do Częstochowy przekazała mi
        paczkę. Były w niej dwa torty - jeden z jabłkami, drugi ze śliwkami,
        a całej reszty wszystkiego po dziewięć sztuk: jajek, pomidorów,
        jabłek, gruszek i śliwek. Jak dziewięć - numer celi... Przekazała
        także maleńką poduszeczkę: Żeby szyjka nie bolała - jak zawsze
        mówiła.
        Zapamiętałam Halinę jako kobietę o niezwykłej wrażliwości,
        inteligentną, piękną, po ludzku szczerą. Czemuś powtarzała: Brzydką
        mam twarz. Nie widziałam tego. Wiem na pewno: serce miała złote.
      • tawnyroberts W sidłach UB - cz. III 09.03.09, 12:20
        *Zostaw mi swój język*

        Polki na Zamku Lubomirskich. Wśród uwięzionych było ich niemało.
        Nazwisk wszystkich, z którymi się tutaj spotykałam, dziś już sobie
        nie przypomnę. Czernikowa, Hanuszowa, Stacha (sympatia Rząsy), który
        zresztą na zamku czekał na swoją kolejkę w rozpatrzeniu sprawy - to
        moi znajomi jeszcze z ubeckich kazamatów. Inglot była siostrą
        wesołej nauczycielki z Francji, Jadwigi Terleckiej. Netkę
        Stojałowską - córkę profesorki muzyki z Rzeszowa, poznałam dopiero
        tutaj.
        Dyskusję, która wybuchła wieczorem po rozporządzeniach w sprawie
        pralni, zaczęła Netka Stojałowska:
        - Jak śmiałyście się buntować?
        Jak śmiałyśmy... Czy ta młoda kobieta była świadoma tego, ile
        mentalnego kalectwa zawarła w kilku słowach krótkiego pytania? Czy
        wiedziała, ile pokaleczonego, polskiego myślenia na temat Ukraińców
        dostała w spadku od tych, którzy w ciągu stuleci, poniżając Ukrainę,
        wymagali od niej pokory, a kiedy jej naród buntował się, najeźdźca
        zawsze pytał: Jak śmieliście się buntować? Nie, tego nie rozumiała,
        albo nie chciała wiedzieć. W jej świadomości zakodowało się, że
        kiedy Ukrainiec broni się - jest winny, ponieważ nie ma prawa do
        obrony.
        Usłyszawszy pytanie Netki, nie mogłam się powstrzymać od powiedzenia
        całej prawdy. Powoli, momentami dosadnie, uświadomiłam jej, że wina
        nie leży po naszej stronie. Że Kazimierz Wielki i jego wyczyny - to
        dla nas niszcząca agresja, zaborczość, zniewolenie narodu. Że
        zwycięstwa Polaków na Ukrainie, gloryfikacją których przepełnione są
        podręczniki historii Polski, to najczęściej zbrodnie przeciw
        narodowi ukraińskiemu. Że patrzenie Polaków w przeszłość przez
        pryzmat trylogii Sienkiewicza - to fałszywe wychwalanie własnej
        historii.
        - Oczywiście powinniście poznać swoje dzieje, ale jednocześnie uczyć
        się historii sąsiednich narodów - mówiłam szybko, ale spokojnie –
        Powinniście emocje, historyczne stereotypy konfrontować z faktami, z
        wiedzą, którą posiedliście. Im głębsza będzie, tym bardziej
        zrozumiałe stanie się, iż w waszym stosunku do Ukrainy przeważała
        agresja. Zaborczość Bolesława Chrobrego, który, wedle waszej
        legendy, wyszczerbił miecz na bramie kijowskiej. Do dziś
        przechowujecie ten miecz jak relikwię, dumę polskiego oręża. A dla
        Ukraińców jest to przestroga, znak zaborczości zachodniego sąsiada.
        Tak dużo w waszym zachowaniu wściekłości, nienasyconej agresji, a
        tak mało humanizmu i tolerancji.
        Słuchali. Netka wspomniała coś o powstaniu Chmielnickiego,
        oczywiście, jak o zjawisku negatywnym. Spytałam wtedy, czy wie,
        dlaczego wybuchła ta wojna narodu ukraińskiego z Polakami. Milczała.
        Nie potrafiła lub nie chciała odpowiedzieć na proste pytanie.
        Przypomniałam jej wtedy zupełnie niedawną historię. Oto rok 1938,
        kiedy Polacy z Węgrami podali sobie ręce i zdławili powstanie
        ukraińskie, iskrę niezależności ukraińskiej na Zakarpaciu. A polskie
        pacyfikacje wsi ukraińskich, przysiółków, chutorów, a rujnowanie
        cerkwi?
        - Czy słyszała o tym? Jeżeli nie, to niech zapyta obecne w celi
        kobiety. Pamiętają. A Wołyń, wzajemna wojna bratobójcza - to nie
        przypadek. To musiało nastąpić. Uzbierało się zanadto obelg i
        cierpienia. Nic nie dzieje się bez przyczyny...
        Mówiłam i rozumiałam, że nie godzin, ale lat nauki potrzeba dla
        choćby częściowej zmiany poglądów ludzi podobnych do Netki. Dlatego
        skorzystałam z przykładu, wobec którego nie pozostaje obojętny żaden
        Polak. Rozbiory Polski: czy w historii Polski uważane są za dobro,
        czy też zło? Pytanie było retoryczne. Wtedy także przypominałam, że
        każdy Polak-patriota dążył do wyzwolenia, starał się wywalczyć dla
        swej Ojczyzny wolność, niezależność, samodzielność. Dlaczego więc
        właśnie Polakom tak trudno zrozumieć, że także inne narody mają
        boskie i naturalne prawo do takiej samej niezależności? Nikt nie
        każe Polakom kochać sąsiada, innego narodu, ale szanować jego
        podstawowe prawa muszą koniecznie się nauczyć. W przeciwnym razie
        nikt ich nie będzie szanować. Czy właśnie tego chcą?
        W celi zapanowało milczenie i cisza. Nauczycielka Sokulska, która
        podczas naszej rozmowy to wstawała, to siadała na pryczy, zacierając
        przy tym ręce, teraz z zadowoleniem uśmiechnęła się.
        Wiadomo, że nie wszystko zdołałam tu przytoczyć z tej naszej z Netką
        więziennej dyskusji. Czas wypłukał detale, niuanse. Pamiętam, że
        emocjonalnie przeżyłam to bardzo głęboko. Czułam się wyczerpana i
        psychicznie, i fizycznie. Następnego dnia nie byłam w stanie się
        podnieść. Z prawej strony odczuwałam ostry ból. Od pracy?
        Dostrzegła to Netka. Podeszła do mnie i powiedziała:
        - Jak będziesz umierać, zostaw mi swój język!
        - I twojemu nic nie brakuje. To po pierwsze. A po drugie, nie
        zbieram się jeszcze umierać. Nie ciesz się.
        Po mojej odpowiedzi na moment strwożyła się, ale potem podeszła
        bliżej, wyciągnęła w moją stronę rękę i cicho powiedziała:
        - Przebacz.
        Minęły dwa dni. Moje zdrowie wróciło do więziennej normy. Zaczęłam
        znowu chodzić z naszymi do pracy. Do celi zawitała atmosfera
        przyjaźni. Pani Hanuszowa i Czernikowa przypomniały sobie zwyczaj z
        ubeckiej celi. Kiedy nadchodził wieczór, prosiły, żeby nakręcić im
        włosy. Rano natomiast, żeby je zaczesać. Nie odmawiałam. Do
        rozprawy, do wyroku, takie koleżeńskie wzajemne usługi były
        dozwolone w więziennym regulaminie.
        Obie panie swój aktualny do nas stosunek demonstrowały także w
        innych sprawach. Kiedy otrzymywały paczki z jedzeniem, robiły małe
        paczuszki i przekazywały je mnie. Nie odmawiałam, dziękowałam i
        darowanym sprawiedliwie, po równo dzieliłam się z innymi.
      • tawnyroberts W sidłach UB - cz. IV 09.03.09, 12:22
        *Dziesiątkami, setkami*

        Oddziałowa wyznaczyła mnie na starszą praczkę. Spoczęła na mnie
        odpowiedzialność za wykonanie przez grupę ustalonej pracy.
        Z każdym dniem moich więziennych znajomych robiło się więcej. Oto
        cela visá-vis naszej. Trzymali w niej matki z dziećmi. Z tymi
        dziećmi, które urodziły się w więzieniu. Tutaj także los zderzył
        mnie z Marią Kopko-Kotelnicką. Wszyscy jakoś przywykli nazywać ją
        Mysią. Na wolności spotkałyśmy się, chyba tylko raz - w Krakowie na
        plantach, niedaleko Wiślnej.
        Czas do rozmowy znalazł się dopiero tutaj - w więzieniu na zamku.
        Mysia była farmaceutką. Leki, które przekazywała oddziałom UPA i
        naszemu podziemiu, uratowały niejedno życie. Za to ją posadzili, a
        potem zasądzili 10 lat więzienia.
        Natomiast z innym więźniem - o. Wasylem Szewczukiem, to znaczy
        ojcem „Kadyło”, przeszliśmy wiele ścieżek, w niejednym miejscu
        bywaliśmy w pogodę i niepogodę. Któregoś dnia jeden z więźniów
        przybiegł do nas z wiadomością, że ojca „Kadyło” dali do celi, gdzie
        siedzą kryminaliści. Ci, nie marnując czasu, pobili dotkliwie
        księdza. Prawie nieprzytomnego położyli na koc i przenieśli na
        poprzednie miejsce. Tu ojciec przebywał już do rozprawy, do wyroku
        sądowego. Nie mieliśmy wątpliwości, że całe to zajście było
        zaaranżowane przez ubeków i zawczasu przygotowane przez więziennych
        funkcjonariuszy.
        Uczucie, którym przepełniała mnie cela śmierci, ciężko nazwać. Był
        to strach zmieszany ze współczuciem, protestem wobec okrucieństwa
        losu i wiarą w niezniszczalność idei wolności. Teraz w tej celi
        zamykali naszych chłopców. To, kogo tutaj zamkną, można było
        przewidzieć. Stworzony przez komunistyczną Polskę mechanizm
        wyniszczania narodu ukraińskiego żywił się z góry ustalonymi
        wyrokami śmierci. Określone ofiary należało znaleźć. Tak jak
        znaleziono je w maju 1948 r. Wtedy odbyła się ekstradycja z
        Czechosłowacji do Polski 112-osobowej grupy powstańców, którzy
        podczas rajdu na Zachód po nierównej walce dostali się do niewoli. W
        ekstradycji brał udział „Wyszeński”. Wśród przekazanych Polakom
        żołnierzy UPA, przede wszystkim z sotni „Burłaki”, byli
        sotenni „Kałynowycz” i „Jar”.
        W czerwcu przywieźli ich do Rzeszowa. Podczas śledztwa
        przesłuchiwali ich w katowni UBP. W tym czasie do Rzeszowa
        przywieźli też Włodzimierza Szczygielskiego „Burłakę”, Romana
        Hrobelskiego „Brodycza” i Lubomira Bachtałowskiego „Zenka”. Wszyscy
        wiedzieliśmy, co ich czeka. Minęły trzy, może cztery miesiące. Pod
        koniec lipca, albo na początku sierpnia powstańców przewieziono na
        zamek. Czy wszystkich? Od tego czasu już z wyrokiem przebywali w
        celi śmierci. Jeszcze czekali na wykonanie wyroku. Jeszcze szli do
        boju.

        Tłumaczenie z języka ukraińskiego: Ola Kich-Masłej
        • bastion44 Re: W sidłach UB - cz. IV 09.03.09, 12:53
          A czy ta Karwańska nie jest przypadkiem żoną Dmytra Karwańskiego ps."Orski",upowca poległego w ataku na Birczę 6.I.1946r?.
          • tawnyroberts Anna Karwańska-Bajlak 09.03.09, 13:02
            Dokładnie. Ona też starała się o ekshumację szczątków męża oraz
            innych żołnierzy UPA, poległych wtedy w Birczy i godny ich pochówek
            na cmentarzu greckokatolickim w Starej Birczy.
            • bastion44 Re: Anna Karwańska-Bajlak 09.03.09, 13:19
              A może jest wiadomo jaką on pełnił funkcję w strukturach UPA i skąd pochodził?.W jakim kureniu służył i w jakiej sotni?.
              • tawnyroberts Dmytro Karwanśkyj "Orśkyj" 12.03.09, 20:48
                A owszem, wiadomo.

                Dmytro Karwanśkyj „Orśkyj”, „Ker” (pol. Dymitr
                Karwański „Orski”, „Ker”) – chorąży, dowódca sotni UPA „Udarnyky 2”
                (pełnił tę funkcję czasowo w zastępstwie porucznika Mychajła
                Dudy „Hromenki”, rannego 22 października 1945 r. w akcji na
                Kuźminę). Urodzony w 1914 r. w Stanisławczyku, powiat Przemyśl. W
                1934 r. ukończył przemyskie gimnazjum, później pracował jako
                instruktor kulturalno-oświatowy „Proswity” i „Silśkoho Hospodara” w
                różnych wioskach powiatu przemyskiego. Po podziale OUN (1940 r.)
                Karwański stanął po stronie pułkownika Andrija Melnyka i był jednym
                z najaktywniejszych działaczy tej frakcji OUN w Przemyślu i
                okolicach. Od 1943 do lata 1944 r. służył w dywizji „Hałyczyna”,
                skąd zdezerterował i przeszedł do podziemnej pracy w UPA w
                Nadrejonie „Chołodnyj Jar”. Zginął 7 stycznia 1946 r. w Birczy,
                powiat Przemyśl, w boju z Wojskiem Polskim, podczas którego dowodził
                sotnią „Udarnyky 2”, w zastępstwie rannego „Hromenki”. Pochowany we
                wspólnej mogile w Birczy. Z rozkazu Sztabu UPA „Zahid” pośmiertnie
                awansowany, najpierw do stopnia starszego buławnego, a potem
                chorążego. W 1999 r., po prawie dziesięcioletnich staraniach żony
                Karwańskiego, szczątki żołnierzy UPA poległych w Birczy ekshumowano
                i przeniesiono na ukraiński cmentarz wojskowy w Pikulicach.

                Opracował: tawny (na podstawie książki "Powstanśki mohyły" pod
                redakcją Eugeniusza Misiły).
    • darino link 12.03.09, 21:17
      pl.wikipedia.org/wiki/Dmytro_Karwanśkyj
    • tawnyroberts "Tysiąc dróg" - wspomnienia Marii Sawczyn 12.03.10, 12:01
      Maria Sawczyn (Марія Савчин) "Mariczka" jest autorką wspomnień
      zatytułowanych "Тисяча доріг" ("Tysiąc dróg"), wydanych w 2003 roku
      w Kijowie. Oczywiście książka dotyczy jej udziału w walce za wolną
      Ukrainę w czasie i po II wojnie światowej. Wspomnienia (w języku
      ukraińskim) są dostępne na internecie pod linkiem:

      www.ukrcenter.com/library/read.asp?id=6911&page=1#text_top

      Z tej książki pochodzi zdjęcie Marii Sawczyn zamieszczone na
      ukraińskiej Wikipedii. Fotografia została wykonana w 1943 r.,
      a "Mariczce" (z prawej) towarzyszyła wówczas Natalka
      Kozakewycz "Sira" (Наталка Козакевич "Сіра") - referentka
      Ukraińskiego Czerwonego Krzyża na ziemi przemyskiej, aresztowana
      przez Sowietów w Koniuszy w zimie 1945 roku. Urody konspiratorkom na
      pewno nie można było odmówić...

      uk.wikipedia.org/wiki/%D0%A4%D0%B0%D0%B9%D0%
      BB:SavchynMaria.jpg
    • tawnyroberts Re: Krakowski kocioł - wspomnienia "Mariczki" 11.03.11, 21:00
    • tawnyroberts Re: Krakowski kocioł - wspomnienia "Mariczki" 10.03.12, 15:56
    • tawnyroberts Re: Krakowski kocioł - wspomnienia "Mariczki" 09.03.13, 22:29
Pełna wersja