tawnyroberts
03.03.09, 09:59
W 1992 r. ukazała się, nakładem Towarzystwa Przyjaciół Nauk w
Przemyślu, książka Michała Kryczki "Jawornik Ruski-Dylągowa 25-26
kwiecień 1944". Autor opisuje w niej dość wyczerpująco sprawę
głośnego ataku oddziału AK z Dynowa na posterunek ukraińskiej
policji pomocniczej w Jaworniku Ruskim. Zasadniczym celem natarcia
było odbicie trzech polskich konspiratorów-żołnierzy AK,
zatrzymanych kilka dni wcześniej przez policjantów z Jawornika i
rzekomo przetrzymywanych w tamtejszym areszcie. Misternie
przygotowana operacja nie powiodła się, bo aresztowanych na placówce
nie było. Ale wywiązała się walka, w wyniku której śmierć poniosło
kilku ukraińskich policjantów, a budynek posterunku został
kompletnie zniszczony. Na skutek działań odwetowych, podjętych przez
niemieckiego okupanta, omal nie doszło do całkowitej zagłady
mieszkańców polskiej wsi Dylągowa, na których padło podejrzenie o
przeprowadzenie ataku.
W następnych wpisach postaram się bardziej szczegółowo przedstawić
tę brawurową i niecodzienną akcję, głównie w oparciu o książkę
Kryczki. Ale nie tylko, bo nawet sam autor zauważa, że jest to
pozycja nie do końca obiektywna. We "Wprowadzeniu" pisze m.in.:
"Pracę tę oparłem na relacjach pisemnych i ustnych żołnierzy
uczestniczących bezpośrednio w walce, a także świadków tamtych
wydarzeń, przede wszystkim tragedii dylągowskich chłopów. Wypada w
tym miejscu nadmienić, że mimo wielokrotnie podejmowanych wysiłków
nie udało mi się dotrzeć do tworzących ówcześnie stronę przeciwną,
tj. do policjantów ukraińskich, w ogóle do byłych (z okresu wojny)
mieszkańców Jawornika Ruskiego. Fakt ten poczytuję za poważny
mankament mego opracowania. Nie pozwala on na formułowanie możliwie
obiektywnych wniosków, w związku z czym praca niniejsza powimnna być
kontynuowana i to niekoniecznie w zakresie tylko podjętego tematu,
lecz wielu innych..."