Czerwcowa powiastka ;)

IP: *.tktelekom.pl 03.06.09, 23:05
Rok 1989. Początek przemian ustrojowych w Polsce. – „Solidarność”,
Komitety Obywatelskie... Czuliśmy, że nowa ekipa czai się na pisma z
podtytułem: „organ PZPR” – wspomina Zdzisław Szeliga, były
dziennikarz „Życia Przemyskiego” i „Pogranicza”.

22 marca 1990 r. Sejm uchwalił ustawę o likwidacji Robotniczej
Spółdzielni Wydawniczej „Prasa – Książka – Ruch”. Powołano Komisję
Likwidacyjną, która miała rozstrzygnąć losy wielu tytułów,
m.in. "Życia Przemyskiego i 30 innych tygodników PZPR.

Ówczesny szef przemyskiej „Solidarności” Marek Kamiński: –
Postanowiliśmy: jest gazeta, należy ją przejąć! Wystąpiliśmy do
Komisji Likwidacyjnej z informacją, że jesteśmy zainteresowani
tytułem „Życie Przemyskie”.

Dziennikarze walczą o tytuł. 23 listopada 1990 zawiązują Wydawniczo –
Usługowo – Handlową Spółkę z o.o. „Publikator” i startują w
przetargu. "Płynąc pod prąd" nie mają szans. – Od początku zdawałem
sobie sprawę z tego, że będzie nam ciężko. Pewne odium zostało -
wspomina Zdzisław Szeliga.

Dziennikarze nie mają też argumentów finansowych... – Każdy z nas
żył tylko z jakiejś pensyjki w „Życiu”, relatywnie może nie
najgorszej w tamtym okresie – tłumaczy Szeliga – „Gołodupcy”
byliśmy, nawet Zdzichu Besz, biznesmen „pożal się Boże” – śmieje się.

Stosunkiem głosów 5:1 przetarg wygrała wspierana przez
solidarnościowe elity i władze Przemyśla spółka „Ziemia Przemyska”.
Nie była to sytuacja wyjątkowa – zdecydowana większość z 15
tygodników byłej PZPR trafiła w ręce osób związanych z nową władzą.

Szef przemyskiej „Solidarności” Marek Kamiński przyznaje: –
Dziennikarze mogli składać najlepszą ofertę, ale i tak nie dostaliby
tytułu. Te nasze dwa udziały to takie o d... rozbić. Symboliczna
rzecz. Ale bytność „Solidarności” była wtedy wymagana i mile
widziana. Na salonach, w różnych decyzjach politycznych związek
jeszcze się liczył... W demokracji, w przetargu może startować
każdy. Wygrywa ten, kto ma większą siłę przebicia.

Zanim w kioskach pojawił się nowy tygodnik, doszło do spotkania
dziennikarzy z przedstawicielami nowego wydawcy „Życia
Przemyskiego”. Zwycięzcę przetargu, spółkę „Ziemia Przemyska”,
reprezentował Marek Kamiński: – Oznajmiliśmy wszystkim, że kolegium
redakcyjne przestaje istnieć. Wskazaliśmy na Borzęckiego i
mówimy: „To jest redaktor naczelny, wy jesteście dziennikarzami!
Jakie on powoła kolegium, to jest jego sprawa”. Słyszymy, że tak
nie, że oni chcieli... Guzik prawda, takie są fakty i do widzenia. W
efekcie wszyscy złożyli wypowiedzenia, nie podjęli pracy.

4 czerwca 1991 r. w kioskach pojawiło się „Pogranicze”.

Pierwszy nakład nowego tygodnika – 10 tysięcy egzemplarzy – sprzedał
się zaskakująco dobrze. Pod koniec lipca 1991 r. dziennikarze-
wydawcy "Pogranicza" zdecydowali o zwiększeniu objętości do 14
stron. Szybko jednak zaczęły się problemy.
– Wszędzie idzie nowe, a tu jakaś banda „komuchów” jeszcze próbuje
się trzymać – tłumaczy kłopoty tygodnika Zdzisław Szeliga. – Żeby ta
banda komuchów miała jeszcze kasę...

Tygodnik redagowany był przez niewielki zespół. – Zmienił się nasz
system pracy... W „Życiu” – jak to za komuny – było rozpasanie
etatowe. Mieliśmy fotoreportera, kierowcę z samochodem, redaktora
technicznego, redaktora graficznego, sprzątaczkę i trzy sekretarki,
przez co dość późno nauczyłem się pisać na maszynie – wspomina
Zdzisław Szeliga.
A w „Pograniczu”? – Wszystko było tworzone na zasadzie pospolitego
ruszenia – opowiada Szeliga. – Na starcie nie mieliśmy pieniędzy.
Pracowaliśmy na dwóch maszynach z demobilu, w dwóch pokoikach na
ulicy Waygarta...

***

W pierwszych miesiącach istnienia "Pogranicze" wykorzystywało każdą
okazję, by krytykować prawicę, nowe elity „Solidarności” i ich walkę
z "komuną". Sytuacja często była dość niezwykła: władze samorządowe
przylepiały nowemu tytułowi „komunistyczną łatkę”, a dziennikarze
wykazywali, że to radni powinni najpierw przezwyciężyć w swoim
środowisku „dziedzictwo komunistycznych klik”.

Po opublikowaniu wywiadu z Wojciechem Kłyżem, który opowiedział o
kulisach odradzania się "Solidarności" na przełomie 1988 i 1989
roku, tygodnik „Pogranicze” stał się wrogiem numer jeden elit
rządzących miastem... Ówczesny szef lokalnych struktur związku Marek
Kamiński przyznaje: – Wszelkie dążenia zmierzały do tego, że to ma
być zdołowane pismo i że ono nie ma zafunkcjonować. Dno i koniec
kropka. – Takie pismo dla nas nie istniało! Oni nie dostawali
zaproszeń na sesje, na konferencje prasowe. Traktowani byli jak
powietrze, ich nie ma!

***

W marcu 1992 roku „Pogranicze” ogłosiło konkurs czytelniczy pod
nazwą „Kogo należałoby zdekretynizować w województwie przemyskim?”.
Inspiracją było sejmowe wystąpienie marszałka-seniora Aleksandra
Małachowskiego o potrzebie dekretynizacji życia politycznego w
Polsce, reakcja na coraz głośniejsze wołanie o dekomunizację.

– Myślałem, że to będzie niewinny żarcik, o którym tydzień później
nikt nie będzie pamiętał. Ot, mały niepodpisany tekścik. Pomyślałem:
przyjdzie parę listów, omówimy je, sprawa się zakończy – wspomina
Zdzisław Szeliga, pomysłodawca konkursu. Czy „Pogranicze”
publikowało wszystkie listy? – Skąd! Niektórych to nawet Urban by
nie opublikował!

Odzew zaskoczył wszystkich. W krótkim czasie „Pograniczu” próbowano
wytoczyć w sumie... cztery procesy, jeden z nich – o obrazę
prezydenta Lecha Wałęsy. W którejś z ankiet znalazła się bowiem
uwaga, że Wałęsa nadaje się na „wójta w gminie a nie na głowę
państwa”. – Nie wolno mi było z kraju wyjeżdżać, bo czuł się,
biedaczek, obrażony – wspomina Marek Cynkar.
Sprawa stała się głośna. Spór o dekretynizację, bo tak nazwano tę
sprawę, zaczął zataczać coraz szersze kręgi.

Na rozprawy sądowe z powództwa Rady Miejskiej przyjeżdżali
dziennikarze z całej Polski, niemal wszystkie rodzime stacje
telewizyjne. Marek Cynkar, ówczesny naczelny „Pogranicza” wspomina: –
Skoro pozywa nas Rada, to jak możemy jej nie wysłuchać?!
Zawnioskowałem, by przesłuchać całą Radę Miejską, każdego radnego
oddzielnie! Trzeba było też zdefiniować słowo „kretyn”,
wnioskowaliśmy o powoływanie specjalistów, biegłych... Chodziliśmy
do sądu jak wieprze na rzeź. Sędzia przyjmował świadków,
przesłuchiwał – wszystko przy drzwiach zamkniętych, co dodatkowo
nakręcało zainteresowanie – wspomina Marek Cynkar. – Jako
podejrzany, mogłem z każdym z radnych rozmawiać przez kilka godzin,
przesłuchiwać, zadawać sto różnych pytań. A ponieważ każdy radny
musiał zeznawać - pod przysięgą! – to serial szybko się skończył...
Przewodniczący Matusiewicz czuł się zagrożony.

Po doświadczeniach radnych Gmina Przemyśl i prezydent miasta
wycofali pozwy. – Bali się wpuszczać w maliny – komentuje Cynkar.
Sprawę znieważenia Prezydenta RP umorzono.

– Dekretynizacja nie była dla nas krytyką dekomunizacji czy
lustracji. Zawsze uważałem, że historię trzeba rozliczać, nigdy się
z tego nie śmiałem. Dekretynizacja była odpowiedzią na
dekomunizację, ale rozumianą w głupi sposób... Na taką
dekomunizację, jaką zrobiono z zespołem starego „Życia
Przemyskiego” - wspomina ówczesny naczelny "Pogranicza".

cdn.
    • Gość: or Re: Czerwcowa powiastka ;) IP: *.tktelekom.pl 03.06.09, 23:07
      Dekretynizacja, happeningi, pisanie o mniejszościach narodowych,
      religijnych, seksualnych – wszystko to wyróżniało „Pogranicze”
      spośród innych lokalnych tytułów.

      W „Pograniczu” Cynkara nie brakowało tekstów i obrazków krytycznych
      w stosunku do hierarchii kościoła rzymskokatolickiego: – Zasada była
      taka: do tworzenia monolitu ręki nie przykładamy – tłumaczy Cynkar.
      Zdecydowanie odrzuca jednak opinię, że „Pogranicze” było pismem
      antyklerykalnym. – To nie tak... Nie ścigaliśmy „czarnych”
      programowo. Nie tępiliśmy nigdy księży, nie walczyliśmy z kościołem,
      z przekonaniami ludzi. Szanowaliśmy uczucia religijne, wszelkie
      preferencje religijne. Wyśmiewaliśmy tylko głupotę.

      „Pogranicze” podpadło jednak przemyskim księżom i biskupom.
      Dlaczego? – Raz się zdarzyło, że wpadły do kurii prostytutki,
      obrobiły kancelarię – przypomina Marek Cynkar. – Wdaliśmy się z
      kanclerzem miejscowym i z arcypasterzem w dyskusję, bo nie mogliśmy
      tego przegapić. Pół miasta było zamknięte, k...a w czerwonych butach
      uciekała, policja jej szukała... Więc pisaliśmy o tym i śmialiśmy
      się z tego, że k...y przyszły do kurii, wcale nie wnikając po co.

      ***

      Specyficzny był styl redagowania tytułu. – Besz pisał na przykład,
      że „w pewnym mieście, pewien prezydent”... – śmieje się Zdzisław
      Szeliga, wieloletni dziennikarz "Pogranicza". Gazeta dość osobliwie
      relacjonowała wiele wydarzeń, na przykład przebieg wyborów
      samorządowych:

      Mieszkaniec podprzemyskiej wioski, w której kościelnym jest
      nad wyraz aktywny ongiś... ORMO-wiec, powiedział mi bez
      ogródek: – Panie redaktorze, niektórym to już całkiem
      odpier... w głowach. Wyobraź pan sobie, że o mandat radnego
      ubiegali się u nas dwaj kandydaci, z których każdy był kiedyś
      sekretarzem partii, a dziś mają takie kwalifikacje, że i pewnie
      proboszczami mogliby być...13
      [W pobliżu Szkoły Podstawowej nr 2 w Przemyślu] czuwał
      dżentelmen wydający z bagażnika samochodu po buteleczce...
      „patykiem pisanego” niektórym swoim (tak się domyślamy)
      wyborcom.
      Jeden z czytelników osobliwie skomentował masowy udział
      przemyskich sióstr zakonnych: - Tym siostrzyczkom to dobrze.
      Raz na cztery lata wyjdą za mury, zagłosują na kogo mają
      zagłosować i zadowolone wracają do siebie. A my się musimy
      później z takimi „modelami” przez cztery lata męczyć.
      Uzupełniając refleksje czytelników (...) kolejny kamyczek do
      ogródka hipokryzji, tym razem z okolic Jarosławia, gdzie mocnym
      atutem jednego z kandydatów, ongiś bardzo ideowego
      sekretarza partii, był tym razem... śpiew w parafialnym chórze.
      Rzecz jasna, kandydat występował znów na pierwszej linii,
      w aktualnie przewodniej sile narodu...

      ***

      „Pogranicze” było gazetą otwartą. – Do każdej redakcji przychodzi
      dużo wariatów, nawiedzonych... – opowiada Zdzisław Szeliga, który
      pracował również w dziennikach „A-Z” i „Gazecie Wyborczej”. – Ale do
      nas, do „Pogranicza”, przychodziło też wielu młodych ludzi, którzy
      chcieli pisać, i których chętnie przyjmowaliśmy.

      Potwierdza to Olga Hryńkiw. Kończąc filologię ukraińską rozglądała
      się w Przemyślu za pracą. Odwiedziła redakcję z nadzieją, że w
      lokalnym tygodniku, na polsko-ukraińskim pograniczu, przyda się ktoś
      ze znajomością języka. Olga zaproponowała „Pograniczu” pomoc w
      tłumaczeniach. Ówczesny naczelny, Marek Cynkar odpowiedział: – Nie
      bardzo... Potrzebujemy dziennikarzy! Została więc dziennikarką.
      Pracę w „Pograniczu” wspomina bardzo dobrze. Ale... – Nie wiem, czy
      złapałam Pana Boga za nogi – zastanawia się. – Zawód mocno wypala
      człowieka.

      Z tygodnikiem współpracowało więcej młodych osób. Marek Cynkar
      wspomina: – Odeszło kilku twardogłowych, w ich miejsce przyszło
      małżeństwo Gierulów, Ania Marczewska, Ola Hryńkiw. Wszyscy wnieśli
      duży wkład w rozwój tygodnika. Dzięki młodym „Pogranicze” było
      ładnie ilustrowane. Był klimat, rodzinna atmosfera, wszyscy z
      rozkoszą przychodzili na kolegia redakcyjne.

      W połowie lat dziewięćdziesiątych Cynkar, Szeliga i Hryńkiw odeszli
      z redakcji. „Pogranicze” słabło. Pojawiły się spore problemy
      finansowe, zespół redakcyjny tworzyły tylko... cztery zatrudnione na
      etacie osoby: redaktor naczelna Barbara Sykała, Alicja Bogusławska,
      Zdzisław Besz i Wiesław Warejko oraz kilku współpracowników.

      ------------------------------------------------

      Fragmenty książki "Pogranicze 1991-98. Romantyzm i niezależność"
      Premiera książki i więcej szczegółów - jutro :)

      pozdruffki!
      • Gość: or Re: Czerwcowa powiastka ;) IP: *.tktelekom.pl 08.06.09, 09:10
        Książkę można już dostać w czterech przemyskich księgarniach: przy
        ul. Sowińskiego 5 (obok Dworca PKP), Rynek 26 (nieopodal Przemyskiej
        Agencji Rozwoju Regionalnego), Kazimierza Wielkiego 11 oraz
        Mickiewicza 4 :)

        Więcej na www.pogranicze.xx.pl i w lokalnych mediach:

        www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article?
        AID=/20090606/PRZEMYSL/843772858

        przemysl.naszemiasto.pl/wydarzenia/1008862.html
Pełna wersja