Dodaj do ulubionych

Czy czarodzieje się rozwodzą?

28.07.07, 00:07
Jak wam się wydaje? Czy ktoś znalazł jakąś wzmiankę o rozwiedzionych
czarodziejach?
Być może w tym świecie to jest prostsze: wystarczy miotnąć zaklęcie i problem
z głowy?
Obserwuj wątek
    • xtrin Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 28.07.07, 10:45
      meduza7 napisała:
      > Być może w tym świecie to jest prostsze: wystarczy miotnąć zaklęcie
      > i problem z głowy?

      Jedyne zaklęcia pozwalające uniknąć rozwodu jakie przychodzą mi do głowy to
      Avada Kedavra i Imperio. Tak więc pewnie pośród Death Eaterów rozwodów nie ma :).
      Ale jakoś nie wyobrażam sobie jakie inne zaklęcia byłyby w stanie rozwiązać
      problemy małżeńskie. Ogólnym podejściem "jasnej" części czarodziejskiego świata
      jest to, że magią się ludzi do niczego nie zmusza, chyba, że w ramach
      ostatecznej konieczności.
    • a_weasley Brak danych 31.07.07, 20:28
      Z rozwodami jest u czarodziejów podobnie jak z praktykami religijnymi innymi niż
      chrzest: nie ma o nich żadnej wzmianki, równocześnie jednak nie ma wzmianki, że
      ich nie ma. W każdym razie nie wiemy o żadnym czarodzieju, który by był
      rozwiedziony, ani też o żadnej pannie z dzieckiem. Wiemy jedynie o wdowcu z
      dzieckiem (Lovegood) i o babci jako rodzinie zastępczej (Longbottom).
      Należy więc przypuszczać, że albo rozwodów w ogóle nie ma, albo są one bardzo
      rzadkie, w każdym razie znacznie rzadsze niż u mugoli.
      Można sobie wyobrazić sytuację, w której ślub jest wiążącym kontraktem
      magicznym, może nawet Niezłomną Przysięgą.
      Może też być tak, że czarodzieje potrafią magicznym sposobem rozpoznać szanse na
      stworzenie trwałego związku, dzięki czemu nie ma takich pomyłek jak wśród mugoli.
      Pamiętajmy, że rozwód jest wynalazkiem stosunkowo świeżej daty - we Francji
      wprowadzono rozwody 200 lat temu, w Polsce poza zaborem pruskim 60, we Włoszech
      i Hiszpanii 30 lat temu, a np. w Chile nie ma ich do dzisiaj. Nie było rozwodów
      i jakoś ludzie żyli...
      • meduza7 Re: Brak danych 01.08.07, 12:44
        a_weasley napisał:

        > Z rozwodami jest u czarodziejów podobnie jak z praktykami religijnymi innymi
        niż chrzest: nie ma o nich żadnej wzmianki, równocześnie jednak nie ma wzmianki,
        że ich nie ma.

        A propos dyskusji, która gdzieś tam się toczyła nt. praktyk religijnych u
        czarodziejów i świąt jako "świeckiej tradycji". W "Listach do nieznajomej" C.S.
        Lewisa jest opisana sytuacja, jakiej świadkiem był jego brat: mianowicie w
        okresie okołoświątecznym pewna kobieta widząc na wystawie sklepu szopkę,
        wykrzyknęła: Coś takiego! Mieszają religię nawet do świąt Bożego Narodzenia!
        Brzmi to absurdalnie (chyba nawet po polsku bardziej niż po angielsku), ale
        myślę, że dobrze pokazuje stopień zeświecczenia UK już kilkadziesiąt lat temu.

        Nie było rozwodów
        > i jakoś ludzie żyli...

        Ba! I nawet wybierali sobie partnerów z o wiele mniejszym namysłem niż dzisiaj.
        To mnie zawsze zastanawia, gdy czytam dawną literaturę, jak prędko dochodziło do
        oświadczyn, gdy tylko para poczuła do siebie jakąkolwiek sympatię i jak bardzo
        te oświadczyny były wiążące, zwłaszcza dla mężczyzny. Widać to np. u Jane
        Austen: w "Rozważnej i romantycznej" Edward miota się pomiędzy narzeczoną, co do
        której się rozczarował, a kobietą, którą naprawdę pokochał, ale zerwać zaręczyn
        nie może, bo jest to sprawa honoru: jedynie kobieta miała do tego prawo. Zresztą
        w dawnej Anglii istniało prawo karzące mężczyznę więzieniem za niedotrzymanie
        obietnicy małżeństwa. Myślę, że wiązało się to z sytuacją społeczną kobiet,
        które nie pracowały i tylko dochody męża mogły im zapewnić utrzymanie. A potem
        mężczyzna, który poniewczasie odkrył, że ożenił się z głupią gęsią - albo
        kobieta, która wyszła za fałszywego drania - musieli pokutować za pochopną
        decyzję przez resztę życia.
        I ta właśnie pochopność decyzji zdumiewa mnie nieodmiennie, to podejmowanie
        zobowiązania na całe życie po kilkutygodniowej zaledwie znajomości.
        A propos sytuacji społecznej kobiet: czy zamężne czarodziejki pracują? Pani
        Weasley na pewno nie, Narcyza Malfoy też raczej nie, hm, czy wiemy coś jeszcze o
        matkach innych uczniów Hogwartu? Bo owszem, są pracujące kobiety, np. właśnie
        nauczycielki, ale w tym przypadku znowu nie wiemy absolutnie nic o ich
        rodzinach. Czy w ogóle jakieś miały.
        Ach, rodzice Neville'a pracowali oboje jako aurorzy, ale z drugiej strony to
        chyba bardziej powołanie niż zawód.
        • tonks666 Re: Brak danych 01.08.07, 13:49
          matka któregoś kolegi Harrego pracowała chyba w "Proroku codziennym"... ale
          szczegóły wyleciały mi z głowy, bo już dawno Harrego nie czytałam...
        • a_weasley Re: Brak danych 02.08.07, 14:29
          meduza7 napisała:

          > A propos dyskusji, która gdzieś tam się toczyła nt. praktyk religijnych
          > u czarodziejów i świąt jako "świeckiej tradycji".

          Tej: , czy jakiejś innej?

          > W "Listach do nieznajomej" C.S.
          > Lewisa jest opisana sytuacja, jakiej świadkiem był jego brat: mianowicie w
          > okresie okołoświątecznym pewna kobieta widząc na wystawie sklepu szopkę,
          > wykrzyknęła: Coś takiego! Mieszają religię nawet do świąt Bożego Narodzenia!
          > Brzmi to absurdalnie (chyba nawet po polsku bardziej niż po angielsku), ale
          > myślę, że dobrze pokazuje stopień zeświecczenia UK już kilkadziesiąt lat temu.

          Kiedy czytam tegoż Lewisa "Listy starego diabła do młodego", mam wrażenie, jakby
          opisywał rzeczy, które wtedy czaiły się za rogiem, a teraz plenią się na całego.

          > mężczyzna, który poniewczasie odkrył, że ożenił się z głupią gęsią - albo
          > kobieta, która wyszła za fałszywego drania - musieli pokutować za pochopną
          > decyzję przez resztę życia.

          Teraz też pokutują. I pokutują dzieci wychowywane bez ojca.
          Ostatecznie czym się różni takie małżeństwo od małżeństwa z podyskotekowej wpadki?

          > I ta właśnie pochopność decyzji zdumiewa mnie nieodmiennie, to podejmowanie
          > zobowiązania na całe życie po kilkutygodniowej zaledwie znajomości.

          Z jednej strony chyba wtedy ludzie się mniej różnili, a z drugiej - teraz się
          pobierają dziko zakochani i zdaje im się, że tak będzie zawsze. Kiedyś chyba
          takich nierealistycznych oczekiwań nie było. Jak mawiała babcia mojej przyjaciółki:
          - Jeśli mąż kocha żonę, a ona jego nie, to źle. Jeśli mąż nie kocha żony, a ona
          kocha jego, to jeszcze gorzej. Jeśli mąż nie kocha żony i ona jego też nie, to
          może być całkiem udane małżeństwo.
          • waldemar_batura Re: Brak danych 02.08.07, 19:26
            a_weasley napisał:

            > meduza7 napisała:
            >
            > > A propos dyskusji, która gdzieś tam się toczyła nt. praktyk religijnych
            > > u czarodziejów i świąt jako "świeckiej tradycji".
            >> Tej: , czy jakiejś innej?
            >
            > > W "Listach do nieznajomej" C.S.
            > > Lewisa jest opisana sytuacja, jakiej świadkiem był jego brat: mianowicie
            > w
            > > okresie okołoświątecznym pewna kobieta widząc na wystawie sklepu szopkę,
            > > wykrzyknęła: Coś takiego! Mieszają religię nawet do świąt Bożego Narodzen
            > ia!
            > > Brzmi to absurdalnie (chyba nawet po polsku bardziej niż po angielsku), a
            > le
            > > myślę, że dobrze pokazuje stopień zeświecczenia UK już kilkadziesiąt lat
            > temu.
            >
            > Kiedy czytam tegoż Lewisa "Listy starego diabła do młodego", mam wrażenie, jakb
            > y
            > opisywał rzeczy, które wtedy czaiły się za rogiem, a teraz plenią się na całego
            > .

            To musi być straszne. Serdecznie współczuję: szczególnie jeśli naprawdę
            wierzysz, że za nowoczesnym światem stoi diabeł.

            > > mężczyzna, który poniewczasie odkrył, że ożenił się z głupią gęsią - albo
            > > kobieta, która wyszła za fałszywego drania - musieli pokutować za pochopn
            > ą
            > > decyzję przez resztę życia.
            >
            > Teraz też pokutują.

            Nie tak bardzo, skoro mogą się rozwieść.

            >I pokutują dzieci wychowywane bez ojca.

            Nie tak bardzo, jakby rodzice męczyli się w nieudanym związku.

            > Ostatecznie czym się różni takie małżeństwo od małżeństwa z podyskotekowej wpad
            > ki?

            Choćby tym, że tamte małżeństwo można rozwiązać: naprawdę sam na to nie wpadłeś?
            Nie mówiąc już o tym, że w cywilizowanych państwach (z dozwoloną antykoncepcją i
            aborcją) takich małżeństw w ogóle nie trzeba zawierać.

            > > I ta właśnie pochopność decyzji zdumiewa mnie nieodmiennie, to podejmowan
            > ie
            > > zobowiązania na całe życie po kilkutygodniowej zaledwie znajomości.
            >
            > Z jednej strony chyba wtedy ludzie się mniej różnili, a z drugiej - teraz się
            > pobierają dziko zakochani i zdaje im się, że tak będzie zawsze. Kiedyś chyba
            > takich nierealistycznych oczekiwań nie było. Jak mawiała babcia mojej przyjació
            > łki:
            > - Jeśli mąż kocha żonę, a ona jego nie, to źle. Jeśli mąż nie kocha żony, a ona
            > kocha jego, to jeszcze gorzej. Jeśli mąż nie kocha żony i ona jego też nie, to
            > może być całkiem udane małżeństwo.

            Pogratulować babci i jej życiowych mądrości, ale naprawdę nie musisz uogólniać
            swoich doświadczeń na innych (jest to co najmniej tak nielogiczne i niestosowne,
            jak wcześniejsze udawanie, że stanowisko twojego proboszcza nt. HP jest bardziej
            reprezentatywne dla KK niż stanowisko papieża). A jeśli już koniecznie musisz
            wprowadzać nawet na forum HP wątki w tym stylu (a musisz się wtedy liczyć z tym,
            że spotkasz się z ripostą, jak teraz), jedno pytanie: czemu pod nickiem
            a.weasley? Vernon Dursley, który wygłaszał konserwatywne mądrości dokładnie w
            tym samym stylu, pasowałby tu znacznie lepiej. ;-)
            • a_weasley Oftop, ale to nie ja zacząłem... 02.08.07, 20:02
              waldemar_batura napisał:

              > To musi być straszne. Serdecznie współczuję: szczególnie jeśli naprawdę
              > wierzysz, że za nowoczesnym światem stoi diabeł.

              Serdecznie gratuluję zdolności czytania ze zrozumieniem posuniętej tak daleko,
              że pozwala odczytać to, czego nie ma.
              Diabeł stoi nie za dzisiejszym światem ogólnie, równie jak nie stał za światem
              sprzed 60 czy 70 lat ogólnie, lecz za pewnymi zjawiskami na świecie. Raz się one
              plenią bardziej, raz mniej. Raz się plenią jedne, raz inne. W czasach, w których
              pisał swoje teksty Lewis, bardziej się na przykład plenił komunizm, a w pewnym
              okresie także nazizm.
              Gdyby miał nie stać za niczym, równie dobrze mogłoby go nie być.

              > > Teraz też pokutują.

              > Nie tak bardzo, skoro mogą się rozwieść.

              Bardziej czy mniej, rozwód też podobno jest ciężkim doświadczeniem.

              > >I pokutują dzieci wychowywane bez ojca.

              > Nie tak bardzo, jakby rodzice męczyli się w nieudanym związku.

              Trudno powiedzieć. Tak czy owak pokutują.

              > Choćby tym, że tamte małżeństwo można rozwiązać: naprawdę sam na to
              > nie wpadłeś?

              Nie umknęło to mojej uwadze. Oczywiście można zostać pocztowym ojcem i zostawić
              dziewczynę samotną matką, ale to też marny interes.

              > Nie mówiąc już o tym, że w cywilizowanych państwach (z dozwoloną
              > antykoncepcją i aborcją) takich małżeństw w ogóle nie trzeba zawierać.

              Antykoncepcja jest dozwolona w Polsce, w razie gdybyś nie zauważył, a co do
              aborcji - cóż, żyjemy w wolnym kraju i każdy ma swoje pojęcie cywilizacji.

              > Pogratulować babci i jej życiowych mądrości,

              Dziękuję w imieniu danej śp. babci i jej wnuczki, zresztą czytującej dość
              systematycznie to forum. Doświadczenia i mądrości moich babć wykorzystam przy
              innej okazji.

              > ale naprawdę nie musisz uogólniać swoich doświadczeń na innych

              Z moimi doświadczeniami to to już ma tyle wspólnego co Twoje antyklerykalne
              wywody z tematem tego wątku...

              > jak wcześniejsze udawanie, że stanowisko twojego proboszcza
              > nt. HP jest bardziej reprezentatywne dla KK niż stanowisko papieża).

              Primo, jestem, jak wspominałem, ewangelikiem, więc stanowisko pastora mojego
              zboru z definicji nie może być reprezentatywne dla KK.
              Secundo, HP potępia mniejszość kleru katolickiego. Jeszcze mniej liczna
              mniejszość go pochwala. Większości - w każdym razie większości tych, z którymi
              rozmawiałem - jest doskonale obojętny.
              Tertio, jak to już wywiodłem w innym wątku, stanowiska papieża w tej sprawie nie
              ma, cokolwiek by w przeszłości kard. Ratzinger o HP powiedział. Podobnie jak
              tego, co powiedział Lech Kaczyński, kiedy nie był prezydentem RP, nie można
              nazwać stanowiskiem RP ani stanowiskiem prezydenta RP.

              > Vernon Dursley, który wygłaszał konserwatywne mądrości dokładnie w
              > tym samym stylu, pasowałby tu znacznie lepiej. ;-)

              Problem polega na tym, że ja na razie nie zająłem wobec tekstu o małżeństwie
              stanowiska. Cytowałem powiedzenie osoby o dwa pokolenia starszej jako ilustrację
              mechanizmu zawierania małżeństw, jaki funkcjonował przez wieki.
              Małżeństwo z miłości, czy wręcz z zakochania, jako model domyślny jest
              zjawiskiem dość świeżej daty i dotąd nie cała ludzkość się na nim opiera.
              Podejrzewam, że nawet nie większość. To tylko nam w naszej europejskiej pysze
              zdaje się, że to, co obowiązuje teraz u nas, jest jedynie słusznym modelem dla
              całej ludzkości, uniwersalnym w czasie i przestrzeni.
              • waldemar_batura Nie ty? To daleko posunięta obłuda... 02.08.07, 20:27
                ...kiedy każdy może zobaczyć na własne oczy, że to ty zacząłeś zmieniać temat wątku.

                a_weasley napisał:

                > waldemar_batura napisał:
                >
                > > To musi być straszne. Serdecznie współczuję: szczególnie jeśli naprawdę
                > > wierzysz, że za nowoczesnym światem stoi diabeł.
                >
                > Serdecznie gratuluję zdolności czytania ze zrozumieniem posuniętej tak daleko,
                > że pozwala odczytać to, czego nie ma.
                > Diabeł stoi nie za dzisiejszym światem ogólnie, równie jak nie stał za światem
                > sprzed 60 czy 70 lat ogólnie, lecz za pewnymi zjawiskami na świecie. Raz się on
                > e
                > plenią bardziej, raz mniej. Raz się plenią jedne, raz inne. W czasach, w któryc
                > h
                > pisał swoje teksty Lewis, bardziej się na przykład plenił komunizm, a w pewnym
                > okresie także nazizm.
                > Gdyby miał nie stać za niczym, równie dobrze mogłoby go nie być.

                To musiałoby być straszne dla Twojej wizji świata, więc nawet nie będę wysuwał
                tak śmiałej hipotezy. ;-)

                > > > Teraz też pokutują.
                >
                > > Nie tak bardzo, skoro mogą się rozwieść.
                >
                > Bardziej czy mniej, rozwód też podobno jest ciężkim doświadczeniem.

                Nie ma bagatelizowania "bardziej czy mniej": to właśnie kluczowe pytanie, co
                jest mniejszym złem w tym wypadku. I kluczowa kwestia, że człowiek może sam o
                tym zadecydować.

                >
                > > >I pokutują dzieci wychowywane bez ojca.
                >
                > > Nie tak bardzo, jakby rodzice męczyli się w nieudanym związku.
                >
                > Trudno powiedzieć. Tak czy owak pokutują.

                Jak wyżej. I sam rób co chcesz, ale nie siej propagandy, jakoby dopuszczenie
                rozwodów nie zwiększyło przestrzeni ludzkiej wolności i szans na osobiste szczęście.

                >
                > > Choćby tym, że tamte małżeństwo można rozwiązać: naprawdę sam na to
                > > nie wpadłeś?
                >
                > Nie umknęło to mojej uwadze. Oczywiście można zostać pocztowym ojcem i zostawić
                > dziewczynę samotną matką, ale to też marny interes.

                Odkrywcza konkluzja. I co z tego? Lepsze to niż związek na siłę.

                > > Nie mówiąc już o tym, że w cywilizowanych państwach (z dozwoloną
                > > antykoncepcją i aborcją) takich małżeństw w ogóle nie trzeba zawierać.
                >
                > Antykoncepcja jest dozwolona w Polsce, w razie gdybyś nie zauważył,

                W razie gdybyś nie zauważył - z ograniczeniami, a chcą ją ograniczyć jeszcze
                bardziej.

                a co do
                > aborcji - cóż, żyjemy w wolnym kraju i każdy ma swoje pojęcie cywilizacji.

                Niewątpliwie: różne jej pojęcie mają zwolennicy wolności, a różne rozmaici
                mentalni Dursleyowie, którzy lubią przymuszać innych do swojej wizji
                cywilizacji. ;-)

                > > Pogratulować babci i jej życiowych mądrości,
                >
                > Dziękuję w imieniu danej śp. babci i jej wnuczki, zresztą czytującej dość
                > systematycznie to forum. Doświadczenia i mądrości moich babć wykorzystam przy
                > innej okazji.

                Ależ nie ma za co.

                > > ale naprawdę nie musisz uogólniać swoich doświadczeń na innych
                >
                > Z moimi doświadczeniami to to już ma tyle wspólnego co Twoje antyklerykalne
                > wywody z tematem tego wątku...

                W przeciwieństwie do Twoich proklerykalnych wywodów, od których się zaczęło.

                > > jak wcześniejsze udawanie, że stanowisko twojego proboszcza
                > > nt. HP jest bardziej reprezentatywne dla KK niż stanowisko papieża).
                >
                > Primo, jestem, jak wspominałem, ewangelikiem, więc stanowisko pastora mojego
                > zboru z definicji nie może być reprezentatywne dla KK.
                > Secundo, HP potępia mniejszość kleru katolickiego. Jeszcze mniej liczna
                > mniejszość go pochwala. Większości - w każdym razie większości tych, z którymi
                > rozmawiałem - jest doskonale obojętny.

                Ewangelik, który mówi o "swoim" proboszczu? Ciekawe. Ale dobrze, że przynajmniej
                w końcu przyznałeś, że więcej księży potępia HP, niż go chwali.

                > Tertio, jak to już wywiodłem w innym wątku, stanowiska papieża w tej sprawie ni
                > e
                > ma, cokolwiek by w przeszłości kard. Ratzinger o HP powiedział. Podobnie jak
                > tego, co powiedział Lech Kaczyński, kiedy nie był prezydentem RP, nie można
                > nazwać stanowiskiem RP ani stanowiskiem prezydenta RP.

                Jeśli naprawdę wierzysz w jedno i drugie - że poglądy obu tych panów zmieniają
                się tylko z racji objęcia nowej funkcji - to pogratulować naiwności. Ale zawsze
                można udawać głupiego i ignorować rzeczywistość, wiedząc doskonale, że Watykan
                nigdy nie wypowie się ex cathedra o HP, bo to sprawa zbyt małego kalibru - co
                jest podstawą do wykrętów, jakoby żadne stanowisko KK w tej sprawie nie
                istniało. Twoje kluczenie przypomina mi propagandę eurosceptyków, którzy też
                gotowi byli uciec się do każdego wykrętu, żeby tylko nie przyznać, że JP II
                poparł wstąpienie Polski do UE.

                > > Vernon Dursley, który wygłaszał konserwatywne mądrości dokładnie w
                > > tym samym stylu, pasowałby tu znacznie lepiej. ;-)
                >
                > Problem polega na tym, że ja na razie nie zająłem wobec tekstu o małżeństwie
                > stanowiska. Cytowałem powiedzenie osoby o dwa pokolenia starszej jako ilustracj
                > ę
                > mechanizmu zawierania małżeństw, jaki funkcjonował przez wieki.

                Myślę, że powiedziałeś tu wystarczająco wiele od siebie samego, aby każdy mógł
                dostrzec, że skojarzenia z Dursleyami są prawidłowe. ;-)

                > Małżeństwo z miłości, czy wręcz z zakochania, jako model domyślny jest
                > zjawiskiem dość świeżej daty i dotąd nie cała ludzkość się na nim opiera.
                > Podejrzewam, że nawet nie większość. To tylko nam w naszej europejskiej pysze
                > zdaje się, że to, co obowiązuje teraz u nas, jest jedynie słusznym modelem dla
                > całej ludzkości, uniwersalnym w czasie i przestrzeni.

                Podobnie można by powiedzieć np. o demokracji, samorządności, prawach
                człowieka... Ale wybacz, pozostanę na tyle "pyszny", że dalej będę uważał, że są
                to rozwiązania najlepsze, niezależnie od sloganów o "czasie i przestrzeni".
                Które są mocno demagogiczne: nikt przecież nie twierdzi, że obecne rozwiązania
                mogłyby bezproblemowo funkcjonować np. w XV-wiecznej Europie, przy psychice
                ówczesnych ludzi - i to samo dotyczy wielu obecnych państw, znajdujących się na
                poziomie rozwoju niewiele wyższym niż średniowieczny.
                Wydawałoby się, że to wszystko to elementarne sprawy, ale jak widać niektórym
                wciąż trzeba je tłumaczyć...
                • a_weasley Re: Nie ty? To daleko posunięta obłuda... 02.08.07, 21:59
                  waldemar_batura napisał:

                  > > Gdyby miał nie stać za niczym, równie dobrze mogłoby go nie być.

                  > To musiałoby być straszne dla Twojej wizji świata, więc nawet nie będę wysuwał
                  > tak śmiałej hipotezy. ;-)

                  Ja mam swój światopogląd, Ty masz swój, niech każdy zostanie przy swoim. Za sto
                  lat nie będzie nas, to się spotkamy i pogadamy.

                  > > Bardziej czy mniej, rozwód też podobno jest ciężkim doświadczeniem.

                  > Nie ma bagatelizowania "bardziej czy mniej": to właśnie kluczowe pytanie, co
                  > jest mniejszym złem w tym wypadku. I kluczowa kwestia, że człowiek może sam o
                  > tym zadecydować.

                  A owszem, tyle że ja wcale tego nie kwestionuję i nie kwestionowałem. Stwierdzam
                  tylko, że przez większość historii w tym kręgu kulturowym małżeństwo było, a w
                  wielu kulturach jest do dziś, zawierane dożywotnio bez możliwości wypowiedzenia.

                  > Jak wyżej. I sam rób co chcesz, ale nie siej propagandy, jakoby dopuszczenie
                  > rozwodów nie zwiększyło przestrzeni ludzkiej wolności

                  Też rób co chcesz, ale nie żądaj od ludzi zaprzestania tego, czego nie robią.

                  > Niewątpliwie: różne jej pojęcie mają zwolennicy wolności, a różne rozmaici
                  > mentalni Dursleyowie, którzy lubią przymuszać innych do swojej wizji
                  > cywilizacji. ;-)

                  A Ty po której stronie się lokujesz?

                  > W przeciwieństwie do Twoich proklerykalnych wywodów, od których się zaczęło.

                  Hę? Zaczęło się od mojego stwierdzenia, że kiedyś nie było rozwodów. Trudno
                  zakwestionować.

                  > Ewangelik, który mówi o "swoim" proboszczu?

                  Gdzie mówi?
                  Może tutaj:
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16511&w=64675722&a=66144855
                  Ja tu widzę miejscowego proboszcza, nie mojego. I wyraźne podkreślenie, że
                  katolikiem nie jestem.

                  > Jeśli naprawdę wierzysz w jedno i drugie - że poglądy obu tych panów zmieniają
                  > się tylko z racji objęcia nowej funkcji - to pogratulować naiwności.

                  Nie. Twierdzę jedynie, że dopóki mówił coś przed objęciem funkcji, to jego
                  poglądu nie można traktować jako stanowiska danej instytucji.

                  Ale zawsze
                  > można udawać głupiego i ignorować rzeczywistość, wiedząc doskonale, że Watykan
                  > nigdy nie wypowie się ex cathedra o HP, bo to sprawa zbyt małego kalibru -

                  Krótko mówiąc, stanowiska Kościoła Katolickiego w sprawie HP nie ma i nie
                  będzie. Będą jedynie, tak jak są, poglądy różnych duchownych. Można mówić o
                  poglądzie w tymże Kościele rozpowszechnionym.

                  > do wykrętów, jakoby żadne stanowisko KK w tej sprawie nie istniało.

                  Zatem powiedz, jakie to stanowisko jest i gdzie je można przeczytać.

                  > Myślę, że powiedziałeś tu wystarczająco wiele od siebie samego, aby każdy mógł
                  > dostrzec, że skojarzenia z Dursleyami są prawidłowe. ;-)

                  Ale skojarzenia kogo z Dursleyami? Oni bardzo lubili obrażać rozmówcę.

                  > Podobnie można by powiedzieć np. o demokracji, samorządności, prawach
                  > człowieka...

                  Tak, tak właśnie jest. O czym zresztą parę linijek dalej piszesz, zaprzeczając
                  sam sobie.

                  > to rozwiązania najlepsze, niezależnie od sloganów o "czasie i przestrzeni".

                  I wcale nie masz skłonności do narzucania innym swojego pojęcia cywilizacji.
                  Masz prawo uważać te rozwiązania za najlepsze, a ktoś inny ma prawo uważać inne.
                  Ty masz prawo kwestionować prawo do życia dziecka poczętego, a ktoś inny prawo
                  do życia mordercy. Nawet w obrębie tej samej cywilizacji wolność wypowiedzi w
                  USA obejmuje wszystkie idee, a w Europie nie (dlatego w USA nie da się nikogo
                  skazać za gloryfikowanie nazizmu ani za kłamstwo oświęcimskie).

                  > Które są mocno demagogiczne: nikt przecież nie twierdzi, że obecne rozwiązania
                  > mogłyby bezproblemowo funkcjonować np. w XV-wiecznej Europie, przy psychice
                  > ówczesnych ludzi -

                  Co prowadzi nas zarówno do tego, co pisała moja przedmówczyni o XIXwiecznej
                  Anglii, jak i do problemu tego wątku. Czarodzieje wszak nie znają demokracji (w
                  każdym razie na to wygląda), praw ucznia ani trójpodziału władz (Wizengamot
                  sądzi pod kierownictwem Ministra, czyli faktycznie głowy państwa, i ma w
                  składzie urzędników rządowych).

                  > i to samo dotyczy wielu obecnych państw, znajdujących się na
                  > poziomie rozwoju niewiele wyższym niż średniowieczny.

                  Jeżeli poziom rozwoju większości państw Europy sto lat temu, Włoch pół wieku
                  temu, a Chile do dziś uważasz za niewiele wyższy od średniowiecznego, to masz rację.

                  > Wydawałoby się, że to wszystko to elementarne sprawy, ale jak widać niektórym
                  > wciąż trzeba je tłumaczyć...
                  • waldemar_batura Re: Nie ty? To daleko posunięta obłuda... 02.08.07, 22:36
                    a_weasley napisał:

                    > waldemar_batura napisał:
                    >
                    > > > Gdyby miał nie stać za niczym, równie dobrze mogłoby go nie być.
                    >
                    > > To musiałoby być straszne dla Twojej wizji świata, więc nawet nie będę wy
                    > suwał
                    > > tak śmiałej hipotezy. ;-)
                    >
                    > Ja mam swój światopogląd, Ty masz swój, niech każdy zostanie przy swoim. Za sto
                    > lat nie będzie nas, to się spotkamy i pogadamy.

                    A, to przynajmniej było dowcipne. :-)

                    > > > Bardziej czy mniej, rozwód też podobno jest ciężkim doświadczeniem.
                    >
                    > > Nie ma bagatelizowania "bardziej czy mniej": to właśnie kluczowe pytanie,
                    > co
                    > > jest mniejszym złem w tym wypadku. I kluczowa kwestia, że człowiek może s
                    > am o
                    > > tym zadecydować.
                    >
                    > A owszem, tyle że ja wcale tego nie kwestionuję i nie kwestionowałem. Stwierdza
                    > m
                    > tylko, że przez większość historii w tym kręgu kulturowym małżeństwo było, a w
                    > wielu kulturach jest do dziś, zawierane dożywotnio bez możliwości wypowiedzenia
                    > .

                    To po to te całe wywody sugerujące, że czy rozwody są dopuszczalne, czy nie, i
                    tak wychodzi na to samo?

                    > > Jak wyżej. I sam rób co chcesz, ale nie siej propagandy, jakoby dopuszcze
                    > nie
                    > > rozwodów nie zwiększyło przestrzeni ludzkiej wolności
                    >
                    > Też rób co chcesz, ale nie żądaj od ludzi zaprzestania tego, czego nie robią.

                    ?

                    > > Niewątpliwie: różne jej pojęcie mają zwolennicy wolności, a różne rozmaic
                    > i
                    > > mentalni Dursleyowie, którzy lubią przymuszać innych do swojej wizji
                    > > cywilizacji. ;-)
                    >
                    > A Ty po której stronie się lokujesz?

                    Zwolenników wolności. A Ty? ;-)

                    > > W przeciwieństwie do Twoich proklerykalnych wywodów, od których się zaczę
                    > ło.
                    >
                    > Hę? Zaczęło się od mojego stwierdzenia, że kiedyś nie było rozwodów. Trudno
                    > zakwestionować.

                    Nie: zaczęło się od Twoich długich wywodów, jak to dopuszczenie rozwodów niczego
                    nie poprawia, w jak złą stronę zmierza ten świat, itd.

                    > > Ewangelik, który mówi o "swoim" proboszczu?
                    >
                    > Gdzie mówi?
                    > Może tutaj:
                    > forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16511&w=64675722&a=66144855
                    > Ja tu widzę miejscowego proboszcza, nie mojego. I wyraźne podkreślenie, że
                    > katolikiem nie jestem.

                    Wybacz, ale umknęło mi to u tak (nad)gorliwego obrońcy Kościoła katolickiego.
                    ;-) P.S. Nie chcę Cię martwić, ale wg. ostatnich wypowiedzi Watykanu Twój
                    Kościół nie zasługuje na miano kościoła. Jakieś usprawiedliwienie i w tym
                    przypadku? :-)

                    > > Jeśli naprawdę wierzysz w jedno i drugie - że poglądy obu tych panów zmie
                    > niają
                    > > się tylko z racji objęcia nowej funkcji - to pogratulować naiwności.
                    >
                    > Nie. Twierdzę jedynie, że dopóki mówił coś przed objęciem funkcji, to jego
                    > poglądu nie można traktować jako stanowiska danej instytucji.

                    A jeśli takiego oficjalnego stanowiska nie ma, to stanowiska człowieka
                    zajmującego najwyższe stanowisko w tej instytucji WCALE nie można uważać za
                    najbardziej dla niej reprezentatywnego... Tu powinien być emotikon z puk-puk w
                    główkę, ale na tym forum jest niedostępny.

                    > Ale zawsze
                    > > można udawać głupiego i ignorować rzeczywistość, wiedząc doskonale, że Wa
                    > tykan
                    > > nigdy nie wypowie się ex cathedra o HP, bo to sprawa zbyt małego kalibru
                    > -
                    >
                    > Krótko mówiąc, stanowiska Kościoła Katolickiego w sprawie HP nie ma i nie
                    > będzie. Będą jedynie, tak jak są, poglądy różnych duchownych. Można mówić o
                    > poglądzie w tymże Kościele rozpowszechnionym.

                    Można, ale to tylko zabawa słowami, bo wychodzi na to samo: KK jest w większości
                    przeciwny Potterowi.


                    > > do wykrętów, jakoby żadne stanowisko KK w tej sprawie nie istniało.
                    >
                    > Zatem powiedz, jakie to stanowisko jest i gdzie je można przeczytać.
                    >

                    Patrz wyżej.

                    > > Myślę, że powiedziałeś tu wystarczająco wiele od siebie samego, aby każdy
                    > mógł
                    > > dostrzec, że skojarzenia z Dursleyami są prawidłowe. ;-)
                    >
                    > Ale skojarzenia kogo z Dursleyami? Oni bardzo lubili obrażać rozmówcę.

                    I byli bardzo przywiązani do tzw. tradycyjnych wartości, komentując ze zgrozą w
                    jak strasznym kierunku zmierza ten świat. Jakieś skojarzenia czy jeszcze nie? ;-)


                    > > Podobnie można by powiedzieć np. o demokracji, samorządności, prawach
                    > > człowieka...
                    >
                    > Tak, tak właśnie jest. O czym zresztą parę linijek dalej piszesz, zaprzeczając
                    > sam sobie.

                    A to ciekawe gdzie? Czy może nie zrozumiałeś mojej wypowiedzi?

                    > > to rozwiązania najlepsze, niezależnie od sloganów o "czasie i przestrzeni
                    > ".
                    >
                    > I wcale nie masz skłonności do narzucania innym swojego pojęcia cywilizacji.
                    > Masz prawo uważać te rozwiązania za najlepsze, a ktoś inny ma prawo uważać inne
                    > .
                    > Ty masz prawo kwestionować prawo do życia dziecka poczętego, a ktoś inny prawo
                    > do życia mordercy. Nawet w obrębie tej samej cywilizacji wolność wypowiedzi w
                    > USA obejmuje wszystkie idee, a w Europie nie (dlatego w USA nie da się nikogo
                    > skazać za gloryfikowanie nazizmu ani za kłamstwo oświęcimskie).

                    A co to zmienia a propos moich wcześniejszych postów? Jasne, że każdy może
                    wygłaszać dowolne bzdury (byleby mieściły się w ramach prawa): co nie znaczy,
                    żeby te bzdury nie podlegały krytycznemu osądowi. Na który naraża się zarówno
                    ktoś twierdzący, że Dobraczyński>Gombrowicz, jak i ktoś utrzymujący, że
                    średniowieczne rozwiązania w zakresie prawa rodzinnego były lepsze niż obecne.

                    Natomiast o tym, że w USA nie da się nikogo skazać za propagowanie nazizmu, to
                    sobie jeszcze poczytaj, bo to po prostu nieprawda.

                    > > Które są mocno demagogiczne: nikt przecież nie twierdzi, że obecne rozwią
                    > zania
                    > > mogłyby bezproblemowo funkcjonować np. w XV-wiecznej Europie, przy psychi
                    > ce
                    > > ówczesnych ludzi -
                    >
                    > Co prowadzi nas zarówno do tego, co pisała moja przedmówczyni o XIXwiecznej
                    > Anglii, jak i do problemu tego wątku. Czarodzieje wszak nie znają demokracji (w
                    > każdym razie na to wygląda), praw ucznia ani trójpodziału władz (Wizengamot
                    > sądzi pod kierownictwem Ministra, czyli faktycznie głowy państwa, i ma w
                    > składzie urzędników rządowych).

                    Przewodniczącym Wizengamotu był akurat Dumbledore, póki go nie zdymisjonowali: a
                    przewodniczenie przez Fudge'a w rozprawie przeciw Harry'emu nosi wyraźnie
                    znamiona sytuacji nadzwyczajnej. Minister Magii w żadnym wypadku nie był głową
                    państwa, skoro uznawał (demokratycznie wybieranego!) premiera mugoli.
                    Czarodzieje nie znają demokracji? To dość śmieszne założenie: a niby na jakiej
                    zasadzie wybierany był ten minister? Naciągasz fakty, żeby znaleźć uzasadnienie
                    dla swoich tez. Choć przypomnij: czego właściwie miałoby dowodzić to, gdyby
                    czarodzieje nie znali demokracji?

                    > > i to samo dotyczy wielu obecnych państw, znajdujących się na
                    > > poziomie rozwoju niewiele wyższym niż średniowieczny.
                    >
                    > Jeżeli poziom rozwoju większości państw Europy sto lat temu, Włoch pół wieku
                    > temu, a Chile do dziś uważasz za niewiele wyższy od średniowiecznego, to masz r
                    > ację.
                    >

                    W zakresie rozwodów niewątpliwie istniało więcej podobieństw ze średniowieczem
                    niż z erą obecną.

                    > > Wydawałoby się, że to wszystko to elementarne sprawy, ale jak widać niekt
                    > órym
                    > > wciąż trzeba je tłumaczyć...
                    >
                    >
                    >

                    Trudno nie powtórzyć jeszcze raz tej tezy...
        • a_weasley Kobiety pracujące 02.08.07, 14:35
          meduza7 napisała:

          > A propos sytuacji społecznej kobiet: czy zamężne czarodziejki pracują? Pani
          > Weasley na pewno nie, Narcyza Malfoy też raczej nie, hm, czy wiemy coś jeszcze
          > o
          > matkach innych uczniów Hogwartu?

          Pani Edgecombe pracuje w Ministerstwie. Pani Chang wydaje mi się że też, ale
          głowy nie dam.
          Czy one mężatki, panny, wdowy czy rozwódki (jakkolwiek, jakom rzekł, o
          rozwódkach ani o pannach z dzieckiem nic w kanonie nie słyszymy), brak danych.
      • meduza7 Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 03.08.07, 11:11
        Wiesz, podejrzewam, że mają na to bardzo skuteczne magiczne sposoby, przy
        ktorych cała mugolska antykoncepcja jest jak babcine ziółka.
        Ale faktycznie, jedynacy jak Malfoy są raczej rzadkością, większość bohaterów ma
        przynajmniej jedną sztukę rodzeństwa. A Wesleyowie pracują nad tym, żeby
        statystyki lepiej wyglądały ;)
        A może pan Weasley po prostu bardzo chciał mieć córkę i próbował, dopóki mu się
        nie udało? Ginny jest przecież najmłodsza.
    • nazgul Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 03.08.07, 22:10
      Coś chyba widziałem (ale nie mogę teraz znależć w PDF-ie), że ktoś przed komsiją
      rejestracji mudbloodów przekownywał, że jego czy jej ojciec był czarodziejem,
      ale nie znał go, bo opuścił on swą partnerkę mugolkę i tyle go widziano. Może
      nie rozwód to, ale też rozpad rodziny w sposób inny, niż naturalne owdowiednie.
      • a_weasley Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 06.08.07, 22:45
        nazgul napisał:

        > Coś chyba widziałem (ale nie mogę teraz znależć w PDF-ie), że ktoś przed komsij
        > ą
        > rejestracji mudbloodów przekownywał, że jego czy jej ojciec był czarodziejem,
        > ale nie znał go, bo opuścił on swą partnerkę mugolkę i tyle go widziano. Może
        > nie rozwód to, ale też rozpad rodziny w sposób inny, niż naturalne owdowiednie.

        Dean Thomas. Tyle, że primo - nie wiemy, czy aby opuszczający też nie był
        mugolem, secundo - wcześniej (w V tomie) Dean mówił, że oboje jego rodzice są
        mugolami, tertio - wtedy wynikało z tego, że dalej są razem, a teraz mówi, że
        ojciec opuścił mamę bardzo dawno.
        Krótko mówiąc jesteśmy równie mądrzy jak i wprzódy.
        • nazgul Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 18.08.07, 15:36
          > Krótko mówiąc jesteśmy równie mądrzy jak i wprzódy.

          Wręcz przeciwnie. Nie wiemy, czy ojciec na pewno był czarodziejem ani czy
          naprawdę opuścił swą żonę - ale nie na te pytania szukamy odpowiedzi. Ale wiemy,
          że skoro Dean opowiedział tę historię, to musi być ona prawdopodobna, czyli że
          taka sytuacja jest możliwa. Gdyby czarodzieje nigdy nie porzucali swych żon lub
          matek swoich dzieci, to opowiadanie takich historyjek nie miałoby sensu, bo nikt
          by w nie nie uwierzył.
          • a_weasley Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 18.08.07, 23:59
            nazgul napisał:

            > że skoro Dean opowiedział tę historię, to musi być ona prawdopodobna, czyli że
            > taka sytuacja jest możliwa.

            Natomiast czy się ona zdarza raz na dziesięć małżeństw, czy raz na pokolenie,
            nadal nie wiemy.
            Ba, może się ona nawet nie zdarzać czarodziejom wcale, tyle że Dean o tym nie
            wie. Pamiętajmy, że to jest mugolak. Ojciec zostawił matkę? Jego to wcale nie
            dziwi, bo wychował się wśród brytyjskich mugoli (do 11-go roku życia) i tam
            rodziny rozbite tudzież panny z dzieckiem były na porządku dziennym.
            Tak przy okazji - nawet nie wiemy, czy ojciec Deana w ogóle się z jego matką ożenił.
            We wszystko to wchodzi stwierdzenie Thomasa otwartym tekstem w V tomie, że jego
            rodzice są mugolami.
            • nazgul Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 21.08.07, 12:13
              Dotarłem do tego fragmentu, i zauważyłem, że Dean nie mówi tego wcale do komisji
              czy łowców nagród, ale do Teda Tonksa, który jest mugolem (choć związanym z
              magicznym światem przez małżeństwo z Andromedą i posiadanie córki-czarodziejki z
              Zakonu). Nie ma więc powodu, żeby wciskać mu kit (no, chyba, że źle przeczytałem
              i Dean zdaje Tedowi relację z przesłuchania przed komisją, ale wątpię). Tak więc
              Dean raczej mówi o swych przypuszczeniach co do ojca, a nie zmyśla historyjkę.
              Może oczywiście nie mieć racji, a Ted (też będący mugolem) może nie wyłapać
              błędu w informacji - jako dla mugola jest ona całkiem normalna.
              • a_weasley Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 22.08.07, 22:25
                nazgul napisał:

                > do Teda Tonksa, który jest mugolem

                W V tomie przy drzewie genealogicznym Black mówi Harry'emu, że Andromeda wyszła
                za "urodzonego w mugolskiej rodzinie Teda Tonksa". Czy i tu w VII tomie są
                jakieś zmiany?

                > Może oczywiście nie mieć racji,

                Mnie nie chodzi o to, czy ma rację, tylko o to, że to nie pasuje do tego, co
                mówił w IV tomie.
        • waldemar_batura Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 21.08.07, 22:41
          a_weasley napisał:

          > nazgul napisał:
          >
          > > Coś chyba widziałem (ale nie mogę teraz znależć w PDF-ie), że ktoś przed
          > komsij
          > > ą
          > > rejestracji mudbloodów przekownywał, że jego czy jej ojciec był czarodzie
          > jem,
          > > ale nie znał go, bo opuścił on swą partnerkę mugolkę i tyle go widziano.
          > Może
          > > nie rozwód to, ale też rozpad rodziny w sposób inny, niż naturalne owdowi
          > ednie.
          >
          > Dean Thomas. Tyle, że primo - nie wiemy, czy aby opuszczający też nie był
          > mugolem, secundo - wcześniej (w V tomie) Dean mówił, że oboje jego rodzice są
          > mugolami, tertio - wtedy wynikało z tego, że dalej są razem

          Jestem pewien, że za tym wnioskowaniem musi kryć się jakaś, choćby pokrętna
          logika - mógłbyś ją przybliżyć? ;-)
          • a_weasley Re: Rodzice pewnego Gryfona (spojler VII tomu) 22.08.07, 22:20
            waldemar_batura napisał:

            > logika - mógłbyś ją przybliżyć? ;-)

            Owszem.
            Na początku IV tomu Ron pyta Deana Thomasa, czy jego rodzice też wierzą w to, co
            pisze Skeeter, a Dean odpowiada "Moi rodzice są mugolami".
            Natomiast w VII tomie wspomina, że nie jest w stanie ustalić, czy ma magicznych
            przodków, bo jego ojciec opuścił matkę tak dawno, że Dean w ogóle go nie pamięta.
    • cabela Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 10.08.07, 18:17
      To książka między innymi dla młodszej młodzieży.Nie bedzie wiec wzmianek o
      rozwodach, piciu whiskey po godzinach, paleniu fajek,magicznych i mugolskich
      burdelach , inicjacji seksualnej naszych małych bohaterów i..wielu wielu innych
      sprawach.
      Ale czemu mieliby sie nie rozwodzic?
      • a_weasley Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 12.08.07, 02:58
        cabela napisała:

        > To książka między innymi dla młodszej młodzieży.

        Przestała nią być jakieś dwa do trzech tomów temu.

        > Nie bedzie wiec wzmianek o rozwodach, piciu whiskey
        > po godzinach,

        Akurat niektórzy tankują tam niewąsko (Syriusz, Dung), a picie piwa jest na
        porządku dziennym nawet w szkole.

        > Ale czemu mieliby sie nie rozwodzic?

        A czemu mieliby się rozwodzić?
        Poszlaki za rozwodami: są u mugoli.
        Poszlaki przeciwko rozwodom: mamy wiele rodzin magicznych i mieszanych, a nie
        wiemy o żadnym rozwodzie. Dzieci panieńskich zresztą też ani na lekarstwo.
        Dowody na obecność rozwodów: brak.
        Dowody na brak rozwodów: brak.
        • cabela Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 12.08.07, 23:25
          to, ze stala sie ksiazka _takze_ dla doroslych nie znacza,, ze
          Rowling zapomniala, ze i mlodsza mlodzez to czyta.dlatego mimo
          wszystko nie uswiadczysz tekstu "o k&*^^^ ,odpowiedzial syriusz".nie
          wyczuwasz,ze pewne asekty sa ewidentnie bardziej lajowo potraktowane
          niz w literaturze stricte dla doroslych?
          A to ze ktos zginal..?no zginal bo to mimo wszystko nie jest
          historia z tej samej polki co pingwin pik-pok.A w szkole pija te
          nedzne cieniusie kremowe browary..:-))).Realizm-taki mocny zyciowy
          realizm dnia codziennego w porownaniu z takim wiedzminem to tu
          wymieka.
          Dlaczego mieliby sie rozwodzic?Bo to ludzie.Poprostu.Moze magczni
          ale nie jakies ufoki, tylko ludzie i to z kultury hm..europejskiej
          [dretwo zabrzmialo ale mam nadzieje ze wiadomo o co
          chodzi].Wiesz..opierajac sie tylko na tym o czym J.R.wspomniala
          mozna dojsc do wniosku,ze wszyscy czarodzieje poznaja swojego meza/
          zone w szkole..i jest to ich pierwszy i ostatni partner
          seksualny.Lepiej niz amisze ;-O.
          A rodzin pokazala malo,zbyt malo zeby cos stwierdzic.Weasley'owie
          nie maja chyba takich pogladaow zeby sie rozwiezc, zrobili sobie 6
          dzieci to chyb cos wyjasnia a propos zycoiwych priorytetow.Rodzice
          Harrego sa juz kaput, rodziny czystokrwiste pewnie sie niechetne
          rozwodza z tego samego wzgledu co angielska arystokracja-jak ktos
          sie hajtnal dla genealogii to sie nie bedze zaraz
          rozwodzil ;-)) .Dla mnie ten watek t troche sztuczny problem w
          stylu:a czy czarodzieje mieli kible ze spluczkami ;-)))
          • a_weasley Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 14.08.07, 11:32
            cabela napisała:

            > Dlaczego mieliby sie rozwodzic?Bo to
            > ludzie.Poprostu.Moze magczni ale nie jakies ufoki,
            > tylko ludzie i to z kultury hm..europejskiej
            > [dretwo zabrzmialo ale mam nadzieje ze wiadomo o co
            > chodzi].

            Wiadomo. O utożsamienie kultury europejskiej z kulturą europejskich mugoli
            drugiej połowy XX wieku.

            >Wiesz..opierajac sie tylko na tym o czym
            > J.R.wspomniala mozna dojsc do wniosku,ze wszyscy
            > czarodzieje poznaja swojego meza/
            > zone w szkole..

            Np. Bill i Fleur, a także [nie spojleruję].

            > i jest to ich pierwszy i ostatni
            > partner seksualny.

            Autorka o seksie w ogóle nie wspomina. Natomiast o osobach, które nie poślubiły
            swojego pierwszego chłopaka / pierwszej dziewczyny i owszem, sporo.

            > A rodzin pokazala malo,zbyt malo zeby
            > cos stwierdzic.

            Dostatecznie dużo, żeby stwierdzić, że jeśli nawet ta społeczność zna instytucję
            rozwodu, to jest to o wiele mniej rozpowszechnione niż wśród brytyjskich (a też
            polskich) mugoli.
            • ewengarda Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 18.08.07, 23:04
              wiecie co? nawet dobrze, ze nie ma nic na ten temat. moze nie ma rozwodow - i
              fajnie, kestem za tym, zeby jedną z cech magicznego swiata bylo to, ze
              malzenstwa sa raczej udane i nie ma potrzeby rozwodow. To bylaby mila odmiana od
              rze3czywistosci, w ktorej ostatnio, z okazji kolejnego slubu moich znajomych
              zrobilam zestawienie, z ktorego jasno wynika, ze sposrod znanych mi par, ktore
              wstapily w "swiety zwiazek malzenski", wiecej sie rozwiodlo, niz jest razem.
              Czesc teraz unieszczesliwia swoje potomstwo, wyrywajac je sobie w imie jego
              dobra, oczywiscie.
              Wiec mam nadzieje, ze w magicznym swiecie jest inaczej, choc to pewnie glupie,
              nierealne myslenie - ale skoro wyraznie o tym nie napisano, to moge sobie
              pofantazjowac;-)
            • waldemar_batura Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 21.08.07, 22:45
              a_weasley napisał:

              > cabela napisała:
              >
              > > Dlaczego mieliby sie rozwodzic?Bo to
              > > ludzie.Poprostu.Moze magczni ale nie jakies ufoki,
              > > tylko ludzie i to z kultury hm..europejskiej
              > > [dretwo zabrzmialo ale mam nadzieje ze wiadomo o co
              > > chodzi].
              >
              > Wiadomo. O utożsamienie kultury europejskiej z kulturą europejskich mugoli
              > drugiej połowy XX wieku.
              >
              > >Wiesz..opierajac sie tylko na tym o czym
              > > J.R.wspomniala mozna dojsc do wniosku,ze wszyscy
              > > czarodzieje poznaja swojego meza/
              > > zone w szkole..
              >
              > Np. Bill i Fleur, a także [nie spojleruję].
              >
              > > i jest to ich pierwszy i ostatni
              > > partner seksualny.
              >
              > Autorka o seksie w ogóle nie wspomina. Natomiast o osobach, które nie poślubiły
              > swojego pierwszego chłopaka / pierwszej dziewczyny i owszem, sporo.
              >
              > > A rodzin pokazala malo,zbyt malo zeby
              > > cos stwierdzic.
              >
              > Dostatecznie dużo, żeby stwierdzić, że jeśli nawet ta społeczność zna instytucj
              > ę
              > rozwodu, to jest to o wiele mniej rozpowszechnione niż wśród brytyjskich (a też
              > polskich) mugoli.
              >

              Gdyby wnioskować na podstawie treści książek dla dzieci, również "mugole" prawie
              nigdy nie rozwodziliby się. Coś Ci to mówi - może dostrzegasz już kolejny błąd w
              swoim rozumowaniu? ;-)

              I czemu tu mówisz "nawet jeśli", skoro w książkach są wyraźnie dowody, że jednak
              rozwody były? Kolejny atak przymusu interpretowania wszystkiego a la Dursleyowie?
              • a_weasley Re: Czy czarodzieje się rozwodzą? 22.08.07, 22:17
                waldemar_batura napisał:

                > Gdyby wnioskować na podstawie treści książek dla dzieci,
                > również "mugole" prawie nigdy nie rozwodziliby się.

                Primo, współcześnie różnie bywa (vide "Nowy tatuś Martynki"), a secundo - HP już
                dość dawno przestał być książką dla dzieci.

                > I czemu tu mówisz "nawet jeśli", skoro w książkach są
                > wyraźnie dowody, że jednak rozwody były?

                Jak dotąd mamy jedną sytuację zostawienia czarownicy przez mugola i jedną
                sytuację zostawienia mugolki przez mugola (przy czym nie wiadomo, czy był jej
                mężem).
    • niedo-wiarek Rodzice Hagrida 19.08.07, 10:11
      byli de facto rozwiedzeni.
      Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku konkubinatu rodziców
      Voldemorta.

      Widać więc, że rozapdają się związki mieszane (człowiek-olbrzymka;
      czarodziejka-olbrzym)

      :)
      • niedo-wiarek PS (spoiler) 19.08.07, 10:15
        w pewnym momencie na najlepszej drodze do ucieczki od ciężarnej żony
        jest wilkołak Lupin. Co potwierdza tezę, że rozbijaczami rodzin jest
        wszelkiej maści hołota (olbrzymy, mugole, wilkołaki).

        :)
      • a_weasley Re: Rodzice Hagrida 19.08.07, 14:46
        niedo-wiarek napisał:

        > byli de facto rozwiedzeni.

        Zakładając, że olbrzymy primo - w ogóle mogą zawierać związki małżeńskie,
        secundo - mogą zawierać związki małżeńskie z ludźmi.

        > Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku konkubinatu rodziców
        > Voldemorta.

        Akurat w tym przypadku to było małżeństwo.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka